Najprostszym a zarazem najpewniejszym sposobem na zarabianie pieniędzy na k-popie jest sformowanie boysbandu. Najprostszym wyznacznikiem jest sprzedaż fizycznych albumów, w której dominują męscy wykonawcy. Ale można też spojrzeć na programy muzyczne, gdzie triumfy święcą grupy, którym daleko do ścisłego topu tej branży, podczas gdy nawet te bardziej rozpoznawalne girlsbandy nierzadko mkuszą godzić się z miejscami poza pierwszą piątką.
Nie jest to w żadnym razie przedmowa do tyrady na temat niesprawiedliwości dziejowej jaka spotyka płeć piękną. Chodzi o osadzenie w kontekście bohaterów dzisiejszego wpisu, grupy B.A.P - grupy dość wyjątkowej. Wysokobudżetowe, efektowne teledyski (np. "Badman" [>>TUTAJ<<] i "One shot" [>>TUTAJ<<]), niemal nieustanna obecność na scenie (12 singli w niespełna 2 lata!), obiecujący debiut w Japonii (5 miejsce na Oriconie), olbrzymia popularność za granicą, dobra sprzedaż fizycznych wydawnictw i... W zasadzie to klapa na rodzimym rynku.
Jeśli się nie mylę, to B.A.P jeszcze nie wygrało żadnego programu muzycznego! W sumie trudno się dziwić, ich piosenki nie łapią się do pierwszych dziesiątek notowań Billboardu i Gaonu, a one mają spory procentowy udział w wyniku piosenki w programach muzycznych. Z jednej strony cała ta sytuacja jest dosyć dziwna, bo B.A.P to jeden z najciekawszych boysbandów na rynku, z drugiej s trony prawdopodobnie w tym tkwi sęk.
Grupa zadebiutowała z może nie ostrym, ale twardym, męskim wizerunkiem i raczej trzyma się tej koncepcji. Podobnie jest z jej repertuarem muzycznym, który nieustannie kręci się wokół motywów kojarzących się przede wszystkim z rockiem i hip-hopem, wszystko to zostaje zmieszane z R&B i daje mieszankę, która brzmi niezwykle przebojowo... W uszach zachodniego odbiorcy, ale najwyraźniej niekoniecznie w uszach koreańskich fanek.
B.A.P właśnie wydało swoj pierwszy pełny album "First Sensibility", który wciąż czeka bym znalazł dla niego trochę czasu. Nie wiem jak sprawa ma się z całym albumem, ale mam wrażenie, że singiel promujący wydawnictwo jest próbą wkupienia się w łaski rodzimej publiczności. Podkreślam słowo "próbą", bo przekonania, co do skuteczności obranej taktyki, nie mam.
Tak piosenka, jak i teledysk są znacznie bardziej boysbandowe niż to, co B.A.P robiło do tej pory. A jednak duch grupy wciąż tu pokutuje tak w samej muzyce, jak i w wokalach. Trzonem formacji są Bang Yong Guk i Zelo - dwaj raperzy - i przed tym nie da się uciec. A że obaj z jednej strony trzymają wysoki poziom w tym co robią, z drugiej wymagają dopasowanego do siebie repertuaru, to zawsze będą ciągnęli resztę w nieco ambitniejsze rejony. Oczywiście ktoś w wytwórni mógłby pójśc pod prąd, zrobić coś bardziej mainstreamowego, a raperów dorzucić na doczepkę, ale to pachnie strzałem w stopę.
Bo trzeba przyznać, że wymienieni przed chwilą panowie ciągną ten wózek, to ich głosy nadają charakteru i charyzmy zwrotkom. Dzięki temu, że piosenka jest dopasowana do ich potrzeb i świetnie wkomponowuje w siebie sekwencje rapu, utwór jest dla mnie atrakcyjny. Gdyby rap został wepchnięty na siłę, raczej miałbym znacznie mniej sympatii dla tego kawałka.
Nie chodzi o to, że raperzy ratują sytuację. Refren jest efektowny, sama kompozycja trzyma wysoki poziom, bo to nie tylko ciekawy riff i chwytliwa melodia (ktoś wytknął, że jest podobna do "Counting Stars" OneRepublic i coś jest na rzeczy, ale do plagiatu daleko), ale także bardzo ładny most w środku i zgrabnie wprowadzony fragmenty innej piosenki ("Save Me").
Jednak z wokalami sprawa ma się różnie, niektóre partie są świetne, inne uchodzą w tłoku - partie podzielone są tak, żeby każdy z członków miał coś do powiedzenia, tak żeby wszystkie fanki były zadowolone. W dodatku gdyby nie rapowane wstawki, zwrotki byłyby znacznie mniej ciekawe - mniej urozmaicone - więc raperzy nie tyle są zbawieniem tej piosenki, co podnoszą jej poziom.
Co do teledysku to jest to zdecydowanie ukłon w kierunku Koreanek. Obraz koncentruje się na solowych ujęciach poszczególnych członków, dodatkowo stylizacje starają się narzucić każdemu z chłopaków jakiś wizerunek, może nawet sugerować pewne cechy charakteru, które znajdują także przedłużenie w tym, co robią w swoich scenkach. Np. najmłodszy Zelo jest obowiązkowo przyporządkowany do bycia "niewinnym i uroczym". To po prostu próba sprzedania grupy na sztuki, która jest fundamentem tego biznesu, a który to fundament TS Entertainment zaniedbywał w swojej konstrukcji.
Właściwie nie mam z tym klipem jakiegoś większego problemu, jest bardzo profesjonalnie wykonany, ze sporym wyczuciem, rozmachem i pomysłem, choć troszeczkę brakuje mi tu jakichś detali, jakiegoś wzbogacenia tła i znaczenia poszczególnych kadrów. Bez tego sceny wydają się trochę odizolowane i gołe - ale taki urok przyjętej konwencji, gdzie każdy z wokalistów ma swoją odrębną domenę.
Od tradycyjnego materiału B.A.P najdalej odchodzi tekst piosenki. Do tej pory single formacji były jeśli nie "o czymś", to przynajmniej znacznie silniejsze i bardziej wyraźne w wydźwięku. Tym razem mamy typowe miłosne westchnienia do utraconej miłości - nic złego, ale też nic o czym warto się rozpisywać. Zainteresowani angielskie tłumaczenie znajdą >>TUTAJ<<.
"1004 (Angel)" to dla mnie projekt udany, który godzi dotychczasową tożsamość grupy z wymogami, jakie stawia rynek. Oczywiściwe wolałbym, gdyby ta kompozycja została wykonana w nieco mniej boysbandowym stylu - bo to właśnie przebojowa kompozycja jest zdecydowanie najmocniejszą stroną projektu - ale jestem realistą, wiem jak działa rynek, w szczególności mechanizmy popytu i podaży. Wolę dobry, oryginalny pomysł na piosenkę w wykonaniu, do którego mam drobne zastrzeżenia, niż piosenkę wykonaną bez zarzutu, ale do bólu sztampową, wtórną i nieciekawą, a niestety wiele boysbandów (i nie tylko boysbandów) taką właśnie ścieżką podąża. Pozostaje tylko pytanie. Czy te wszystkie sztuczki zadziałają i B.A.P w końcu wylansuje w Korei przebój. Potencjał zdecydowanie jest.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zelo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zelo. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 6 lutego 2014
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
B.A.P - Badman
Jest tak wiele powodów, dla których ta piosenka powinna zostać zatytułowana "Batman", że aż zaczynam podejrzewać, że w oryginale taki właśnie był jej tytuł. Tak czy inaczej "Badman" znaczy wydanie nowego mini-albumu grupy B.A.P i z tej okazji miałem przyjrzeć się wszystkim trzem teledyskom wypuszczonym w związku z tą płytową premierą.
A jednak "Coffee Shop" i "Hurricane" znów lądują na myślowej półce, bo... Bo nie chce mi się o nich pisać. To nagrania z takich czy innych powodów wadliwe, miały znaleźć się w tym tekście jako uzupełnienie pewnego obrazka, pokazanie przekroju pewnego muzycznego projektu, ale... Teraz uważam to za bezcelowe, bo "Badman" jest materiałem dość ciekawym sam w sobie, by nie potrzebować tych piosenek jako jakichś zapełniaczy.
Nawet jeżeli Wam się nie spodoba, klip do "Badmana" po prostu trzeba zobaczyć. I to najlepiej w wysokiej rozdzielczości i na pełnym ekranie. Bo o ile muzycznie i treściowo projekt troszeczkę się rozłazi, to wizualnie... Wizualnie "Badman" jest spektakularny.
Od strony czysto operatorskiej, to jeden z najlepszych teledysków, jakie w życiu widziałem. Jakość ujęć stoi na poziomie hollywoodzkich superprodukcji, a na to nachodzą jeszcze filtry obrazu i zręczny montaż, które również pachną bardziej kinowym blockbusterem niż videoklipem dla boys bandu. Ujęcia w zwolnionym tempie, wysięgniki, ujęcia a'la bullet time - sam sprzęt, i fachowcy wykorzystani do jego obsługi, musiał być niezwykle kosztowny.
To, co widzimy na ekranie, wydaje się nie tańsze. Ponad setka statystów - wszyscy ucharakteryzowani i przebrani. Do tego wynajęty plan zdjęciowy w Detroit, ponoć ten sam, na którym kręcono bay'owskie "Transformery". No i ktoś z pewnością dostał trochę pieniędzy za samą wizualną koncepcję dla B.A.P. W wielu wypadkach przebrania i stylizacje naszykowane dla koreańskich boys bandów bywają tak pretensjonalne, że aż śmieszne.
W wypadku "Badman" wizualna koncepcja B.A.P również ociera się o śmieszność... Dopóki nie zobaczy się finału teledysku. O czym właściwie jest ten teledysk i o czym jest ta piosenka? Co tu się właściwie dzieje? Przyznam szczerze, że do tej pory mam problem z jasną interpretacją. Mam wrażenie, że projekt w pewnym momencie wymknął się spod kontroli autorom lub zabrakło im jasności co do kierunku, w którym zmierzają. W efekcie całość treściowo trochę się rozłazi i wymaga dużo samozaparcia i dobrej woli, by jakoś rozsądnie to zinterpretować.
Zacznijmy może od samego obrazu, a dokładniej skupmy się na przebiegu fabularnym klipu, bo do szczegółów będę jeszcze wracał dalej. Sednem klipu jest starcie dwóch wrogich grup. Jedna ubrana jest spójnie, dobrze wyposażona i uzbrojona. Wizualnie przywodzi na myśl jednostki policyjne - coś pomiędzy oddziałami prewencji, a SWAT-em, choć nigdzie w klipie nie jest pokazane wprost, że to jest policja. Brak jasnych oznaczeń, brak radiowozów, gdzieś tam na tylnych drzwiach furgonetki można dopatrzeć się fragmentu napisu SWAT (amerykańska nazwa antyterrorystów), ale prędzej uznałbym to za niedopatrzenie niż celowy zabieg. Twórcy nie starają się stanąć po stronie frakcji w uniformach, toteż unikają jawnie określenia ich jako policji - w sensie reprezentantów prawa i społeczeństwa.
Druga grupa jest znacznie bardziej chaotyczna, to coś pomiędzy zorganizowaną grupą chuliganów, dzikim tłumem i grupą przestępców. Twarze wielu zakryte są maskami, chustami, okularami i kominiarkami, w rękach trzymają wszelkiej maści zaimprowizowaną broń - łańcuchy, pałki, pręty, nawet kije hokejowe. "Nie-policja" też jest uzbrojona po zęby - pałki, tarcze, nawet strzelby.
Jednak na tym podobieństwa się nie kończą. Pisałem o maskach po stronie przestępców, ale przecież maski są też po stronie "nie-policji". Ten tłum w większości ma pozostać bezimienny - każdy może stać po jednej i po drugiej stronie. A jednak nie wszystkie twarze pozostają zakryte i tu dopiero widzimy ciekawą spójność. Ludzie - tak po jednej, jak i po drugiej stronie - mają wyrytą na twarzy nienawiść i agresję. To nie jest tak, że tutaj ktoś kogoś bije w słusznej sprawie. Nie, to jest zezwierzęcony tłum po obydwu stronach. Obie frakcje wzajemnie się prowokują i obie rzucają się na siebie w amoku, nie wykazując cienia litości.
"Nie-policjanci" okładają swoich przeciwników pałkami po czym się da - po głowach, po kręgosłupie, widzimy jak jeden z chuliganów jest zwyczajnie duszony, a inny zostaje... Zastrzelony. To nie jest pokazane wprost, ale za pomocą zręcznej przebitki. Tuż przed sceną postrzelenia w zaułku widzimy jak "nie-policjant" mierzy do wroga ze strzelby z wyrazem szału na twarzy. Podobieństwo kadrów i ich bezpośrednie następowanie po sobie po prostu nie może być przypadkowe.
W ogóle scena transakcji w zaułku wydaje się kluczowa dla całego obrazu. Bez niej można by odnieść wrażenie, że autorzy nawet stają po stronie bandytów, którzy przez cały klip są brutalnie bici przez przeciwników, podczas gdy nie widzimy by sami chuligani robili komuś krzywdę. Dopiero scena w zaułku pokazuje wprost morderstwo. Z drugiej strony, przez zasugerowany wystrzał "nie-policjanta" nie dochodzi też do odwrócenia szachownicy - klip nie staje też po stronie ludzi w uniformach. Cały czas pozostaje neutralny, z jednakową wzgardą patrząc na obie strony.
To zresztą zostaje zaakcentowane przez sam finał teledysku, który następuje tuż po scenach wystrzału. Gniew Boży. Następuje wybuch - niezbyt silny, a jednak zakłóca obraz w kamerze, a wszyscy walczący padają na ziemię i zaczynają wić się w konwulsjach, bez żadnej wyraźnej przyczyny. I warto podkreślić, że dotyczy to obydwu walczących stron. Zupełnie jakby te strzały, te popełnione zbrodnie przeciwko życiu, przelały czarę goryczy.
Jedynymi stojącymi pozostają wokaliści grupy, którzy z dziwną mieszanką litości, wzgardy i pewnego dystansu patrzą na całe pobojowisko. W tych swoich dziwnych stylizacjach, z pomalowanymi twarzami i strojami nie przypominającymi zwykłych ubrań, całkiem nie dotknięci ani przez zawieruchę bitwy, ani przez siłę, która położyła jej kres - wyglądają jak miejscy bogowie, którzy nie mogli patrzeć na to, co się dzieje i pokarali równo obie strony jako jednako winne.
Większy problem mam z tekstem piosenki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. A mój problem jest następujący - ten tekst pasuje do każdego i do nikogo i na dobrą sprawę nie wiem, czy patrzeć na niego przez pryzmat słów jednej osoby, czy raczej jest to dialog. Nie wiem też na ile stoi za nim sam Bang Yong Guk, a ile do powiedzenia miała wytwórnia. Oficjalnie firmuje się to jego nazwiskiem, choć gdzieś wyczytałem, że tyczy się to tylko rapu.
A najciekawsze jest to, że zależnie od tego jak na ten tekst spojrzeć, jest on niezwykle płytki i rozczarowujący lub wręcz przeciwnie - bardzo dobry i jak na standardy popu ciekawy - tak od strony tematyki, jak i spojrzenia na nią.
W wariancie płytko-komercyjnym jest to najzwyklejszy w świecie macho-bełkot, w którym słowo badman nie ma większego znaczenia. Ot facet wygrażający wszystkim wkoło, że świat nie może być dalej taki, jaki jest i obiecujący, że wszystko zmieni i nie cofnie się przed niczym, jednocześnie rzucający pretensjonalnym badmanem zupełnie bez zrozumienia wypowiadanych słów. To jest możliwe, choćby ze względu na to, że po kompozycji muzycznej widać ingerencję wytwórni w całość.
Ale spróbujmy - może nawet nieco na siłę - wczytać się w ten tekst. Piosenka otwiera się słowami:
Właśnie stąd bierze się ta dwoista, niejasna i mało konkretna natura tekstu. Tak, padają słowa o zbrodni i walce z nią, ale... Na tyle, na ile dane mi było poznać poglądy ludzi z drugiej strony barykady, oni często występują przeciwko prawu z poczucia krzywdy i niesprawiedliwości im wyrządzonej. Nawet jeśli nie mają racji, to w ich przekonaniu nie oni są przestępcami, a ci wszyscy "psychopaci" w telewizji - nie psychopaci z nożami, psychopaci z pieniędzmi i władzą, nie patrzący na szarego człowieka pod swoją podeszwą. Psychopaci z pałkami, którzy wyolbrzymiają drobne występki, przymykając oczy na poważne przestępstwa.
W tym kierunku myślowym szczególnie kieruje mnie rap Zelo:
Może za bardzo wpatruję się w ten tekst, może przemawia przeze mnie skrywany pod skórą nietscheanizm, a konkretniej jedna z częściej powtarzanych myśli niemieckiego filozofa - "Ci, którzy walczą z potworami, winni uważać, by sami się nimi nie stali. Kiedy patrzysz w otchłań, ona także patrzy w Ciebie." A jednak widzę pewne poparcie mojej interpretacji także w teledysku. Raz, że obraz stara się pozostać bezstronnym i piętnuje na równi obie strony. Dwa, że walczące strony nie spotykają się z zemstą, one spotykają się z karą za swoje błędy. Tu nigdzie nie ma gniewu, nie ma osobistej cielesnej interwencji. Wszyscy, którzy pobłądzili, zostają jednakowo rażeni.
W tym świetle inaczej patrzy się na te pojedyncze przebitki. To nie tyle dowody na to, że po stronie chuliganów widzimy zwykłych ludzi z normalnym życiem. Nie, to są wyrzuty sumienia, które pokazują, że zostawili oni normalne życia, niepozbawione pięknych chwil i emocji - miłości, wolności, radości czerpanej ze sportowej rywalizacji. I to wszystko zamienili na co? Na nienawiść, żądzę zniszczenia przeciwnika i nadchodzące zniewolenie jako konsekwencję wystąpienia przeciwko prawu. Szczególnie ten ostatni element zostaje plastycznie pokazany poprzez obraz parkourowca, który - za sprawą przebitki - w trakcie lotu napotyka na ogrodzenie.
W tym kontekście można też znaleźć logiczne miejsce dla wielkiej, czarnej pięści, którą widzimy w teledysku. Ta monumentalna rzeźba upamiętnia Joe Louisa, czarnoskórego pięściarza, który swoje wielkie sukcesy odnosił w czasach, gdy nawet świat sportu zamykał się na ludzi o jego kolorze skóry. Jego wielkie sukcesy na ringu, poparte jego osobowością, miały dużą wartość wizerunkową. "Brown Bomber" pomógł poprawić wizerunek swojej dyscypliny, stał się medialną ikoną, z której amerykański rząd chętnie korzystał w swojej anty-nazistowskiej propagandzie, ale przede wszystkim miał duży wpływ na zaakceptowanie społeczności afroamerykańskiej w świecie sportu.
Pomnik w samej swojej formie, odarty z tła historycznego, jest pochwałą siły, symbolem siły woli przełożonej w czyn, by obalić jakąś zaporę (pięść jest podwieszona na rusztowaniu jak średniowieczny taran). Jednak w świetle historycznym trzeba dodać tu jeszcze jeden, kluczowy aspekt. Ten pomnik ma przypominać, że to wszystko można osiągnąć pokojowo, bez uciekania się do samozwańczej sprawiedliwości, przemocy, zemsty i wypowiadania wojny tym, którzy stoją po drugiej stronie.
No dobra, a gdzie tu ten Batman, o którym wspominałem na początku. Otóż filmy Nolana podejmują bardzo podobną tematykę, przedstawiają samozwańczych bohaterów, którzy bardziej niż sprawiedliwości, szukają zemsty. Batman, Bane, Ra's al Ghul, Two Face - oni wszyscy są samozwańczymi mścicielami. Nawet Joker - okaleczony szaleniec, który zagubiony w swej nienawiści próbuje wywrzeć zemstę rękami innych ludzi, jednocześnie udowadniając, że wszyscy są równie źli i spaczeni, co on.
No dobra, ale gdzie konkretnie widzę nawiązania do Batmana? To nie tyle nawiązania, co pewien dyskurs. Batman koniec końców okazuje się bardzo czarno-biały. Źli przeciwko dobrym. Szaleni złoczyńcy przeciwko prawym gliniarzom, ludzie o słabym charakterze przeciwko idealistom walczącym z przeciwnościami losu, a na koniec, po serii patetycznych monologów i teatralnych bitew, triumfuje dobro.
W "Badmanie" jest inaczej, jest więcej szarości. Policjanci okazują się nie lepsi od swoich przeciwników, obiema stronami włada szał bitewny, a nie zdrowy rozsądek i pragnienie czynienia dobra. Jednocześnie obalany jest mit motywacji do czynienia zła - gdzie Batman pokazuje ludzi złych z natury, których pojęcie sprawiedliwości nieomal z definicji musi być wypaczone, tam Badman pokazuje ludzi, którzy zboczyli z właściwej ścieżki nie ze względu na przyrodzone im zło, a z chęci czynienia dobra, ale złymi środkami.
No i chodzi też o samą warstwę dźwiękową. Raz, że w moście przed finałem słyszymy ten zniekształcony głos, który brzmi trochę jak to śmieszne mruczenie bale'owskiego Batmana, choć nieporównanie poważniej. Dwa to te charakterystyczne, miarowe okrzyki, składające się na fragment tła dźwiękowego przez większośc piosenki - na jakimś poziomie przypominają one głosy tłumu więźniów z trzeciej części Batmana.
Podobieństwo jest odległe i może bym je sobie odpuścił, bo nie byłaby to przecież pierwsza piosenka z miarowymi okrzykami w podkładzie, a jednak na samym wstępie dostaję coś, co sprawia, że o ile mogę uwierzyć, że twórcy nie starali się celowo wdawać w dysputę z Batmanem, to mieli ten film w głowach. Na samym wstępie słychać oddychanie przez maskę, bardzo podone do tego bane'owskiego.
Ale tak naprawdę ten Batman w mojej głowie zrodził się z oczywistego podobieństwa w tytułach (wg starego standardu hangulu, d i t nie są rozróżniane w pisowni, więc transliteracja obydwu słów byłaby taka sama). A za skojarzeniem poszła inna rzecz, która nie pozwoliła mi zapomnieć o tej myśli. Wyobraźcie sobie sześciu facetów z brzuszkami, przebranych za Batmana a'la Adam West i wykonujących tę marionetkową choreografię trzymając peleryny w rozpostartych ramionach, kiedy to tylko możliwe. A z głośników sączy się melodyjne "I'm a Batman!". Przepraszam, możliwe, że właśnie zepsułem Wam ten teledysk ;)
Ale się rozpisałem, a mam jeszcze kilka słów do wtrącenia o samej piosence. Wstęp jest fajny, rapowane segmenty trzymają wysoki poziom - tak od strony głosów, jak i od strony podkładu, ale... Refreny! Refreny są zbyt boysbandowe. Ta piosenka znacznie lepiej brzmiałaby, gdyby większy ciężar położyć na rapie. Byłoby i więcej treści do analizowania i forma piosenki zdecydowanie lepiej odpowiadałaby jej treści. Bez tego mamy taki znośny consensus, który nie psuje nagrania, ale ujmuje z jego potencjalnej wartości. To nagranie mogło być hip-hopowym hitem, a tak wciąż ma na sobie piętno boys bandu, które wielu odbiorców odstraszy.
Największe pretensje mam do segmentów rozpoczynających się przeciągłym okrzykiem "ooo". Nie są one złe same w sobie, ale kiepsko komponują się z resztą nagrania. W tej chwili zdołałem się już do nich przyzwyczaić, ale z początku trochę drażniły mnie w uszy. No i nawet nie zmieniając refrenu, przydałoby się ciutek namieszać w strukturze piosenki. Przejście od pierwszego refrenu do drugiej zwrotki wydaje się nagłe i zrealizowane zbyt drastycznie, tam jest potrzeba jakiegoś tematycznego łącznika. Podobnie jest z przejściem od drugiej zwrotki do drugiego refrenu.
Właśnie drugi refren wydaje się najmniej na miejscu, bo zostaje wstawiony między dwa segmenty o jednolitym brzmieniu, podczas gdy sam na ich tle bardzo wyraźnie się odcina - nie kontrastuje, tylko właśnie odcina. Natomiast segment mostu, który następuje po drugim refrenie jest jedną z najciekawszych dźwiękowo części piosenki. Ten ciężki, zniekształcony głos przeplatający się z lekko arabsko brzmiącym "Badman" jest intrygującą mieszanką, zapada w pamięć, a nawet potrafi przyprawić o gęsią skórkę.
Uh, trochę to długie wyszło. Podziwiam tych, którzy przebrnęli przez całość, szczególnie zważywszy na to, że więcej tu moich domysłów i bardzo prawdopodobnie nadinterpretacji, niż merytorycznej gadki. Podziwiam też siebie, że nie zrezygnowałem w połowie drogi. Jeżeli czytają to jacyś ludzie, a nie spamboty, to jestem ciekaw Waszego zdania na temat tego teledysku. Bo sam nie jestem w stu procentach przekonany co do mojego rozumowania.
A jednak "Coffee Shop" i "Hurricane" znów lądują na myślowej półce, bo... Bo nie chce mi się o nich pisać. To nagrania z takich czy innych powodów wadliwe, miały znaleźć się w tym tekście jako uzupełnienie pewnego obrazka, pokazanie przekroju pewnego muzycznego projektu, ale... Teraz uważam to za bezcelowe, bo "Badman" jest materiałem dość ciekawym sam w sobie, by nie potrzebować tych piosenek jako jakichś zapełniaczy.
Nawet jeżeli Wam się nie spodoba, klip do "Badmana" po prostu trzeba zobaczyć. I to najlepiej w wysokiej rozdzielczości i na pełnym ekranie. Bo o ile muzycznie i treściowo projekt troszeczkę się rozłazi, to wizualnie... Wizualnie "Badman" jest spektakularny.
Od strony czysto operatorskiej, to jeden z najlepszych teledysków, jakie w życiu widziałem. Jakość ujęć stoi na poziomie hollywoodzkich superprodukcji, a na to nachodzą jeszcze filtry obrazu i zręczny montaż, które również pachną bardziej kinowym blockbusterem niż videoklipem dla boys bandu. Ujęcia w zwolnionym tempie, wysięgniki, ujęcia a'la bullet time - sam sprzęt, i fachowcy wykorzystani do jego obsługi, musiał być niezwykle kosztowny.
To, co widzimy na ekranie, wydaje się nie tańsze. Ponad setka statystów - wszyscy ucharakteryzowani i przebrani. Do tego wynajęty plan zdjęciowy w Detroit, ponoć ten sam, na którym kręcono bay'owskie "Transformery". No i ktoś z pewnością dostał trochę pieniędzy za samą wizualną koncepcję dla B.A.P. W wielu wypadkach przebrania i stylizacje naszykowane dla koreańskich boys bandów bywają tak pretensjonalne, że aż śmieszne.
W wypadku "Badman" wizualna koncepcja B.A.P również ociera się o śmieszność... Dopóki nie zobaczy się finału teledysku. O czym właściwie jest ten teledysk i o czym jest ta piosenka? Co tu się właściwie dzieje? Przyznam szczerze, że do tej pory mam problem z jasną interpretacją. Mam wrażenie, że projekt w pewnym momencie wymknął się spod kontroli autorom lub zabrakło im jasności co do kierunku, w którym zmierzają. W efekcie całość treściowo trochę się rozłazi i wymaga dużo samozaparcia i dobrej woli, by jakoś rozsądnie to zinterpretować.
Zacznijmy może od samego obrazu, a dokładniej skupmy się na przebiegu fabularnym klipu, bo do szczegółów będę jeszcze wracał dalej. Sednem klipu jest starcie dwóch wrogich grup. Jedna ubrana jest spójnie, dobrze wyposażona i uzbrojona. Wizualnie przywodzi na myśl jednostki policyjne - coś pomiędzy oddziałami prewencji, a SWAT-em, choć nigdzie w klipie nie jest pokazane wprost, że to jest policja. Brak jasnych oznaczeń, brak radiowozów, gdzieś tam na tylnych drzwiach furgonetki można dopatrzeć się fragmentu napisu SWAT (amerykańska nazwa antyterrorystów), ale prędzej uznałbym to za niedopatrzenie niż celowy zabieg. Twórcy nie starają się stanąć po stronie frakcji w uniformach, toteż unikają jawnie określenia ich jako policji - w sensie reprezentantów prawa i społeczeństwa.
Druga grupa jest znacznie bardziej chaotyczna, to coś pomiędzy zorganizowaną grupą chuliganów, dzikim tłumem i grupą przestępców. Twarze wielu zakryte są maskami, chustami, okularami i kominiarkami, w rękach trzymają wszelkiej maści zaimprowizowaną broń - łańcuchy, pałki, pręty, nawet kije hokejowe. "Nie-policja" też jest uzbrojona po zęby - pałki, tarcze, nawet strzelby.
Jednak na tym podobieństwa się nie kończą. Pisałem o maskach po stronie przestępców, ale przecież maski są też po stronie "nie-policji". Ten tłum w większości ma pozostać bezimienny - każdy może stać po jednej i po drugiej stronie. A jednak nie wszystkie twarze pozostają zakryte i tu dopiero widzimy ciekawą spójność. Ludzie - tak po jednej, jak i po drugiej stronie - mają wyrytą na twarzy nienawiść i agresję. To nie jest tak, że tutaj ktoś kogoś bije w słusznej sprawie. Nie, to jest zezwierzęcony tłum po obydwu stronach. Obie frakcje wzajemnie się prowokują i obie rzucają się na siebie w amoku, nie wykazując cienia litości.
"Nie-policjanci" okładają swoich przeciwników pałkami po czym się da - po głowach, po kręgosłupie, widzimy jak jeden z chuliganów jest zwyczajnie duszony, a inny zostaje... Zastrzelony. To nie jest pokazane wprost, ale za pomocą zręcznej przebitki. Tuż przed sceną postrzelenia w zaułku widzimy jak "nie-policjant" mierzy do wroga ze strzelby z wyrazem szału na twarzy. Podobieństwo kadrów i ich bezpośrednie następowanie po sobie po prostu nie może być przypadkowe.
W ogóle scena transakcji w zaułku wydaje się kluczowa dla całego obrazu. Bez niej można by odnieść wrażenie, że autorzy nawet stają po stronie bandytów, którzy przez cały klip są brutalnie bici przez przeciwników, podczas gdy nie widzimy by sami chuligani robili komuś krzywdę. Dopiero scena w zaułku pokazuje wprost morderstwo. Z drugiej strony, przez zasugerowany wystrzał "nie-policjanta" nie dochodzi też do odwrócenia szachownicy - klip nie staje też po stronie ludzi w uniformach. Cały czas pozostaje neutralny, z jednakową wzgardą patrząc na obie strony.
To zresztą zostaje zaakcentowane przez sam finał teledysku, który następuje tuż po scenach wystrzału. Gniew Boży. Następuje wybuch - niezbyt silny, a jednak zakłóca obraz w kamerze, a wszyscy walczący padają na ziemię i zaczynają wić się w konwulsjach, bez żadnej wyraźnej przyczyny. I warto podkreślić, że dotyczy to obydwu walczących stron. Zupełnie jakby te strzały, te popełnione zbrodnie przeciwko życiu, przelały czarę goryczy.
Jedynymi stojącymi pozostają wokaliści grupy, którzy z dziwną mieszanką litości, wzgardy i pewnego dystansu patrzą na całe pobojowisko. W tych swoich dziwnych stylizacjach, z pomalowanymi twarzami i strojami nie przypominającymi zwykłych ubrań, całkiem nie dotknięci ani przez zawieruchę bitwy, ani przez siłę, która położyła jej kres - wyglądają jak miejscy bogowie, którzy nie mogli patrzeć na to, co się dzieje i pokarali równo obie strony jako jednako winne.
Większy problem mam z tekstem piosenki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. A mój problem jest następujący - ten tekst pasuje do każdego i do nikogo i na dobrą sprawę nie wiem, czy patrzeć na niego przez pryzmat słów jednej osoby, czy raczej jest to dialog. Nie wiem też na ile stoi za nim sam Bang Yong Guk, a ile do powiedzenia miała wytwórnia. Oficjalnie firmuje się to jego nazwiskiem, choć gdzieś wyczytałem, że tyczy się to tylko rapu.
A najciekawsze jest to, że zależnie od tego jak na ten tekst spojrzeć, jest on niezwykle płytki i rozczarowujący lub wręcz przeciwnie - bardzo dobry i jak na standardy popu ciekawy - tak od strony tematyki, jak i spojrzenia na nią.
W wariancie płytko-komercyjnym jest to najzwyklejszy w świecie macho-bełkot, w którym słowo badman nie ma większego znaczenia. Ot facet wygrażający wszystkim wkoło, że świat nie może być dalej taki, jaki jest i obiecujący, że wszystko zmieni i nie cofnie się przed niczym, jednocześnie rzucający pretensjonalnym badmanem zupełnie bez zrozumienia wypowiadanych słów. To jest możliwe, choćby ze względu na to, że po kompozycji muzycznej widać ingerencję wytwórni w całość.
Ale spróbujmy - może nawet nieco na siłę - wczytać się w ten tekst. Piosenka otwiera się słowami:
The despair that I hear in the darknessPotem następuje rap, który pokrótce mówi "Dość! Ten świat trzeba przewrócić do góry nogami, bo tak dalej być nie może." Spójrzmy teraz na refren:
The world that is ridden with fear
I’m a BadmanI teraz rodzi się pytanie - czy to śpiewa już inna osoba? Złoczyńca? A może to cały czas jest ta sama postać? Jeżeli tak, to przechodzi ciekawą transformację. Z osoby, która nie może się pogodzić ze strachem i ciemnością rządzącymi światem, w osobę, która sama straszy swoich wrogów tym samym. I to by się zgadzało, bo przecież wcześniej "słyszymy" (po koreańsku :P ) :
I will imprison you in darkness
AH! AH! AH! AH!
See how you’re ridden with fear
This is a war against crimeI wszystko by się zgadzało, układało w logiczną całość, gdyby nie to, że bohater sam zaczyna się tytułować "Badman", a swoją odnowę świata ma zamiar wdrażać na drodze przemocy. I wiecie co, to wbrew pozorom trzyma się kupy, ale na pewnym abstrakcyjnym poziomie. Bo ta piosenka jest o ideałach, o chęci zmieniania świata i o tym, że jeżeli ktoś połączy te ideały z przemocą, staje się "badmanem" - nie lepszym od tych, od których władzy chce uwolnić świat.
I will repay you the exact same way
Tooth for a tooth, eye for an eye, remember those words
There’s no forgiveness in us
Właśnie stąd bierze się ta dwoista, niejasna i mało konkretna natura tekstu. Tak, padają słowa o zbrodni i walce z nią, ale... Na tyle, na ile dane mi było poznać poglądy ludzi z drugiej strony barykady, oni często występują przeciwko prawu z poczucia krzywdy i niesprawiedliwości im wyrządzonej. Nawet jeśli nie mają racji, to w ich przekonaniu nie oni są przestępcami, a ci wszyscy "psychopaci" w telewizji - nie psychopaci z nożami, psychopaci z pieniędzmi i władzą, nie patrzący na szarego człowieka pod swoją podeszwą. Psychopaci z pałkami, którzy wyolbrzymiają drobne występki, przymykając oczy na poważne przestępstwa.
W tym kierunku myślowym szczególnie kieruje mnie rap Zelo:
Yeah guys, who dares to stop us?To nie jest głos rozsądku, nie głos obrońcy ładu i porządku, nie głos obrońcy w ogóle. To głos mściciela, to głos rewolucji, to głos tłumu. Nie chodzi o obronę czegoś, chodzi o oczyszczenie społeczeństwa, ale bez podania jasnego kryterium i jasnych argumentów. Ale dzięki temu ten tekst moźna także odwrócić, można go włożyć w usta zwykłych, prawych obywateli, którzy rozpaleni gniewem pragną zrmsty na przestępcach. Tylko ta krwawa, brutalna zemsta, ta zapowiedź upodlenia swojego wroga - to czyni każdego wypowiadającego te słowa równie złym, co zło, z którym zamierza walczyć.
The air in this city is so suffocating
You’ve been wrong since the beginning, come here, I’m serious
I won’t stop till I cut off all the dirty leaves
I won’t yield
You will shed the same tears, you got that?
Może za bardzo wpatruję się w ten tekst, może przemawia przeze mnie skrywany pod skórą nietscheanizm, a konkretniej jedna z częściej powtarzanych myśli niemieckiego filozofa - "Ci, którzy walczą z potworami, winni uważać, by sami się nimi nie stali. Kiedy patrzysz w otchłań, ona także patrzy w Ciebie." A jednak widzę pewne poparcie mojej interpretacji także w teledysku. Raz, że obraz stara się pozostać bezstronnym i piętnuje na równi obie strony. Dwa, że walczące strony nie spotykają się z zemstą, one spotykają się z karą za swoje błędy. Tu nigdzie nie ma gniewu, nie ma osobistej cielesnej interwencji. Wszyscy, którzy pobłądzili, zostają jednakowo rażeni.
W tym świetle inaczej patrzy się na te pojedyncze przebitki. To nie tyle dowody na to, że po stronie chuliganów widzimy zwykłych ludzi z normalnym życiem. Nie, to są wyrzuty sumienia, które pokazują, że zostawili oni normalne życia, niepozbawione pięknych chwil i emocji - miłości, wolności, radości czerpanej ze sportowej rywalizacji. I to wszystko zamienili na co? Na nienawiść, żądzę zniszczenia przeciwnika i nadchodzące zniewolenie jako konsekwencję wystąpienia przeciwko prawu. Szczególnie ten ostatni element zostaje plastycznie pokazany poprzez obraz parkourowca, który - za sprawą przebitki - w trakcie lotu napotyka na ogrodzenie.
W tym kontekście można też znaleźć logiczne miejsce dla wielkiej, czarnej pięści, którą widzimy w teledysku. Ta monumentalna rzeźba upamiętnia Joe Louisa, czarnoskórego pięściarza, który swoje wielkie sukcesy odnosił w czasach, gdy nawet świat sportu zamykał się na ludzi o jego kolorze skóry. Jego wielkie sukcesy na ringu, poparte jego osobowością, miały dużą wartość wizerunkową. "Brown Bomber" pomógł poprawić wizerunek swojej dyscypliny, stał się medialną ikoną, z której amerykański rząd chętnie korzystał w swojej anty-nazistowskiej propagandzie, ale przede wszystkim miał duży wpływ na zaakceptowanie społeczności afroamerykańskiej w świecie sportu.
Pomnik w samej swojej formie, odarty z tła historycznego, jest pochwałą siły, symbolem siły woli przełożonej w czyn, by obalić jakąś zaporę (pięść jest podwieszona na rusztowaniu jak średniowieczny taran). Jednak w świetle historycznym trzeba dodać tu jeszcze jeden, kluczowy aspekt. Ten pomnik ma przypominać, że to wszystko można osiągnąć pokojowo, bez uciekania się do samozwańczej sprawiedliwości, przemocy, zemsty i wypowiadania wojny tym, którzy stoją po drugiej stronie.
No dobra, a gdzie tu ten Batman, o którym wspominałem na początku. Otóż filmy Nolana podejmują bardzo podobną tematykę, przedstawiają samozwańczych bohaterów, którzy bardziej niż sprawiedliwości, szukają zemsty. Batman, Bane, Ra's al Ghul, Two Face - oni wszyscy są samozwańczymi mścicielami. Nawet Joker - okaleczony szaleniec, który zagubiony w swej nienawiści próbuje wywrzeć zemstę rękami innych ludzi, jednocześnie udowadniając, że wszyscy są równie źli i spaczeni, co on.
No dobra, ale gdzie konkretnie widzę nawiązania do Batmana? To nie tyle nawiązania, co pewien dyskurs. Batman koniec końców okazuje się bardzo czarno-biały. Źli przeciwko dobrym. Szaleni złoczyńcy przeciwko prawym gliniarzom, ludzie o słabym charakterze przeciwko idealistom walczącym z przeciwnościami losu, a na koniec, po serii patetycznych monologów i teatralnych bitew, triumfuje dobro.
W "Badmanie" jest inaczej, jest więcej szarości. Policjanci okazują się nie lepsi od swoich przeciwników, obiema stronami włada szał bitewny, a nie zdrowy rozsądek i pragnienie czynienia dobra. Jednocześnie obalany jest mit motywacji do czynienia zła - gdzie Batman pokazuje ludzi złych z natury, których pojęcie sprawiedliwości nieomal z definicji musi być wypaczone, tam Badman pokazuje ludzi, którzy zboczyli z właściwej ścieżki nie ze względu na przyrodzone im zło, a z chęci czynienia dobra, ale złymi środkami.
No i chodzi też o samą warstwę dźwiękową. Raz, że w moście przed finałem słyszymy ten zniekształcony głos, który brzmi trochę jak to śmieszne mruczenie bale'owskiego Batmana, choć nieporównanie poważniej. Dwa to te charakterystyczne, miarowe okrzyki, składające się na fragment tła dźwiękowego przez większośc piosenki - na jakimś poziomie przypominają one głosy tłumu więźniów z trzeciej części Batmana.
Podobieństwo jest odległe i może bym je sobie odpuścił, bo nie byłaby to przecież pierwsza piosenka z miarowymi okrzykami w podkładzie, a jednak na samym wstępie dostaję coś, co sprawia, że o ile mogę uwierzyć, że twórcy nie starali się celowo wdawać w dysputę z Batmanem, to mieli ten film w głowach. Na samym wstępie słychać oddychanie przez maskę, bardzo podone do tego bane'owskiego.
Ale tak naprawdę ten Batman w mojej głowie zrodził się z oczywistego podobieństwa w tytułach (wg starego standardu hangulu, d i t nie są rozróżniane w pisowni, więc transliteracja obydwu słów byłaby taka sama). A za skojarzeniem poszła inna rzecz, która nie pozwoliła mi zapomnieć o tej myśli. Wyobraźcie sobie sześciu facetów z brzuszkami, przebranych za Batmana a'la Adam West i wykonujących tę marionetkową choreografię trzymając peleryny w rozpostartych ramionach, kiedy to tylko możliwe. A z głośników sączy się melodyjne "I'm a Batman!". Przepraszam, możliwe, że właśnie zepsułem Wam ten teledysk ;)
Ale się rozpisałem, a mam jeszcze kilka słów do wtrącenia o samej piosence. Wstęp jest fajny, rapowane segmenty trzymają wysoki poziom - tak od strony głosów, jak i od strony podkładu, ale... Refreny! Refreny są zbyt boysbandowe. Ta piosenka znacznie lepiej brzmiałaby, gdyby większy ciężar położyć na rapie. Byłoby i więcej treści do analizowania i forma piosenki zdecydowanie lepiej odpowiadałaby jej treści. Bez tego mamy taki znośny consensus, który nie psuje nagrania, ale ujmuje z jego potencjalnej wartości. To nagranie mogło być hip-hopowym hitem, a tak wciąż ma na sobie piętno boys bandu, które wielu odbiorców odstraszy.
Największe pretensje mam do segmentów rozpoczynających się przeciągłym okrzykiem "ooo". Nie są one złe same w sobie, ale kiepsko komponują się z resztą nagrania. W tej chwili zdołałem się już do nich przyzwyczaić, ale z początku trochę drażniły mnie w uszy. No i nawet nie zmieniając refrenu, przydałoby się ciutek namieszać w strukturze piosenki. Przejście od pierwszego refrenu do drugiej zwrotki wydaje się nagłe i zrealizowane zbyt drastycznie, tam jest potrzeba jakiegoś tematycznego łącznika. Podobnie jest z przejściem od drugiej zwrotki do drugiego refrenu.
Właśnie drugi refren wydaje się najmniej na miejscu, bo zostaje wstawiony między dwa segmenty o jednolitym brzmieniu, podczas gdy sam na ich tle bardzo wyraźnie się odcina - nie kontrastuje, tylko właśnie odcina. Natomiast segment mostu, który następuje po drugim refrenie jest jedną z najciekawszych dźwiękowo części piosenki. Ten ciężki, zniekształcony głos przeplatający się z lekko arabsko brzmiącym "Badman" jest intrygującą mieszanką, zapada w pamięć, a nawet potrafi przyprawić o gęsią skórkę.
Uh, trochę to długie wyszło. Podziwiam tych, którzy przebrnęli przez całość, szczególnie zważywszy na to, że więcej tu moich domysłów i bardzo prawdopodobnie nadinterpretacji, niż merytorycznej gadki. Podziwiam też siebie, że nie zrezygnowałem w połowie drogi. Jeżeli czytają to jacyś ludzie, a nie spamboty, to jestem ciekaw Waszego zdania na temat tego teledysku. Bo sam nie jestem w stu procentach przekonany co do mojego rozumowania.
wtorek, 12 lutego 2013
B.A.P - One Shot + Punch + Coma
Okej, poddaję się. Do tej pory omijałem temat boysbandów szerokim łukiem, nawet pomimo tego, że i z tego nurtu wychodzą ciekawe nagrania i teledyski. Tym razem nie mogę przemilczeć tej premiery - i to z wielu powodów. Zacznijmy jednak po kolei. Bohaterowie dzisiejszego tekstu to grupa utworzona w zeszłym roku przez TS Entertainment, wytwórnię która stoi także za żeńską formacją Secret. To oznacza, że mają bardzo poważne zaplecze produkcyjne i finansowe, co od samego początku było widać po ich teledyskach kręconych ze sporym rozmachem.
Grupa została utworzona przede wszystkim wokół postaci Bang Yong Guka - lidera B.A.P, całkiem niezłego rapera o surowo brzmiącym głosie. Drugą ważną postacią grupy jest Zelo. Młokos, ale również dobrze radzący sobie z rapowaniem, w dodatku uzupełniający styl Yongguka. Ponadto wśród czterech bardziej dla mnie anonimowych członków zespołu czai się przynajmniej jeden dobry wokalista. Siłą rzeczy z takim trzonem, formacja skłania się muzycznie w kierunku hip-hopu przemieszanego nieco z R'n'B a nawet lekko rockowym brzmieniem.
Z założenia jest to jednak wciąż boysband, co pociąga za sobą pewne konsekwencje tak pozytywne, jak i negatywne. Pozytywem jest np. koreański "wymóg" posiadania choreografii. B.A.P często łączy niezwykle mocne brzmienie z równie wyrazistym tańcem i - jako show - całość wygląda rewelacyjnie. Szczególnie poparte produkcyjnym zapleczem, na jakie nie mogą liczyć twórcy spoza mainstreamu. Minusem jest za to ogólne spłycanie końcowego produktu - tak muzyczne, jak i tekstowe, by trafiać do szerszej publiki. Choć mimo to B.A.P jest jedną z bardziej strawnych muzycznie grup męskich.
Grupa od czasu debiutu z piosenką "Warrior" jest niezwykle aktywna. W zeszłym roku wydała 7 singlowych piosenek, w tym roku "One Shot" jest już drugą taką produkcją. Ale nie to jest najdziwniejszą rzeczą towarzyszącą B.A.P. Najdziwniejszy jest... Matoki. Matoki to kreskówkowy królik, który w różnych wizualnych formach towarzyszy grupie od samego początku.
To już chyba dość wiedzy na temat B.A.P, pora zająć się dzisiejszym teledyskiem. Tak naprawdę nie jest to klip do piosenki, a raczej materiał promujący singiel / minialbum. Tak, główną piosenką towarzyszącą obrazowi jest tytułowy "One Shot", ale klip otwiera się fragmentem piosenki "Punch", a zamyka częścią "Coma". Postarajcie się przetrwać początkową pozerkę i boysbandowy wizerunek, bo z czasem jest tego mniej, a całość jest co najmniej ciekawa.
Zacznijmy od teledysku. Jaki jest ten teledysk? Efekciarski? Na pewno. Efektowny? Tak. Głupawy? Momentami. Kosztowny? Cholernie! Produkcja tego siedmiominutowego klipu pochłonęła blisko milion dolarów (USD), kręcono go na 10 planach zdjęciowych, a ten gigantyczny królik - Matoki - nie jest efektem pracy grafików. Tak, Koreańczycy zrobili gigantycznego czarnego królika ważącego blisko pół tony. Bo to jest królik na miarę naszych możliwości!
Co do głupot, to chodzi mi przede wszystkim o scenę napadu na furgonetkę z kasą, chociaż kwota okupu też wydaje się być niczego sobie. Jak to jest, że w filmach ludzie prowadzący takie furgonetki zawsze wysiadają z nich z byle powodu? Nigdy nie przychodzi im do głowy, że to jest właśnie część napadu, przed którym mają chronić przewożony ładunek? No i jest jeszcze scena z czołgiem. Nie mam nic do czołgu, nawet pomimo podejrzeń, że widziałem go już przemalowanego na różowo w teledysku innej grupy. Chodzi o jeden detal. W którejś ze scen pojawia się cyfrowo dodany lens flare na lufie, mający imitować odblask. Odblask na matowej, zardzewiałej lufie - genialne.
A jednak muszę przyznać, że całość jest efektowna, zrealizowana z rozmachem i pomimo tych drobnych głupot, zwyczajnie robi wrażenie. Wygląda jak kino akcji z prawdziwego zdarzenia, wprawdzie głupawe kino akcji, ale takie też, a może przede wszystkim, się kręci. No i o ile wstęp na jachcie wydaje się całkowicie zbyteczny, o tyle alternatywne zakończenie klipu to bardz fajne posunięcie. O wizerunku grupy nie będę się rozwodził, bo to nie moje terytorium, odniosę się tylko do tańca, a konkretniej do solowych popisów Zelo. Możliwe, że odbywają się one przy wsparciu sznurków, ale nie jest to przesądzone. Ten myk ze wstawaniem do tyłu jest popisowym numerem innej grupy i oni robią to z całą pewnością bez sznurków.
Zanim przejdę do piosenki, wrzucę ją jeszcze raz, w wersji albumowej.
Zacznę od tego, że jeśli idzie o teledysk, utwór świetnie współbrzmi z obrazem. Coś w tym nagraniu po prostu brzmi filmowo. Od strony czysto muzycznej jest bardzo dobrze, aż zaskakująco dobrze. Podkład jest świetnie wyprodukowany, zróżnicowany, pełen ciekawych akcentów - nie tylko muzycznych ale i dźwiękowych. Zwrotki mają bardzo wyraźny posmak gangsta rapu, ale formacja może sobie na to pozwolić dysponując charakterystycznie brzmiącymi raperami. Refreny są za to zdecydowanie bardziej melodyjne, poparte instrumentami smyczkowymi. Jednak najmocniejszym punktem piosenki jest haczyk z podłożonym w tle chórem. Niby prosty, oczywisty zabieg, a natychmiast nadaje piosence rozmachu. No i budzi skojarzenie z "Gangsta's Paradise".
Ale wiecie, co jest w tej piosence najciekawsze. Pomimo rozlicznych wstawek po "angielskiemu", tekst tej piosenki jest dobry. Powiem więcej, jak na boysbandowy pop udający hip-hop, to nawet bardzo dobry. Może nie jest to poezja śpiewana, ale tekst jest silny, wyrazisty, świetnie komponuje się z brzmieniem utworu i nie jest "o dupie Maryni". Tłumaczenie na angielski znajdziecie >>TUTAJ<<.
A uwierzycie mi, kiedy powiem, że pozostałe dwie piosenki, których fragmenty umieszcono w teledysku, są porównywalnie dobre? Są.
"Punch" brzmieniowo jest utrzymany w podobnym stylu, co "One Shot", choć gatunkowo to bardziej R'n'B. Dużo tu energii, choć niektóre elektroniczne dźwięki nie współgrają ze mną i nawet delikatnie mnie drażnią, ale nie na tyle, by zaburzać pozytywne odczucia płynące ze słuchania całości. Raperzy też dostali tu pole do popisu, szczególnie Zelo, który w "One Shot" nie ma chyba żadnej okazji do popisania się szybkim wypluwaniem słów. Tekst piosenki też jest ułożony w podobnym klimacie, co ten od "One Shot", choć z trochę innej perspektywy. Tłumaczenie >>TUTAJ<<.
"Coma" to także utwór podlany podobnym sosem brzmieniowym, jednak jego koncepcja jest już inna. Jest to miłosna balladka średniego tempa, przemieszana z rapowanymi zwrotkami. Refren nie robi na mnie dużego wrażenia, tym bardziej, że melodia trafia w bardzo podobne dźwięki, co inna piosenka z tej wytwórni i nie uważam, żeby był to przypadek, raczej oszczędność. Za to rap znów jest świetnie sprzedany, przynajmniej jeśli idzie o samo brzmienie głosów. Co do żeńskiego głosu, to jest to najprawdopodobniej Jieun z Secret (nota bene to właśnie jej kolaboracja z Yonggukiem miała podobną melodię). Kompozycja jest ciut prostsza, jednak wciąż bogactwo użytych dźwięków jest spore i składa się na atrakcyjność tego nagrania. Tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Na zakończenie dodam, że na kompakcie znalazły się jeszcze inne piosenki, ale one już tak pozytywnego wrażenia na mnie nie zrobiły. A co, nie może być tak, że będę tylko laurki wystawiał.
Grupa została utworzona przede wszystkim wokół postaci Bang Yong Guka - lidera B.A.P, całkiem niezłego rapera o surowo brzmiącym głosie. Drugą ważną postacią grupy jest Zelo. Młokos, ale również dobrze radzący sobie z rapowaniem, w dodatku uzupełniający styl Yongguka. Ponadto wśród czterech bardziej dla mnie anonimowych członków zespołu czai się przynajmniej jeden dobry wokalista. Siłą rzeczy z takim trzonem, formacja skłania się muzycznie w kierunku hip-hopu przemieszanego nieco z R'n'B a nawet lekko rockowym brzmieniem.
Z założenia jest to jednak wciąż boysband, co pociąga za sobą pewne konsekwencje tak pozytywne, jak i negatywne. Pozytywem jest np. koreański "wymóg" posiadania choreografii. B.A.P często łączy niezwykle mocne brzmienie z równie wyrazistym tańcem i - jako show - całość wygląda rewelacyjnie. Szczególnie poparte produkcyjnym zapleczem, na jakie nie mogą liczyć twórcy spoza mainstreamu. Minusem jest za to ogólne spłycanie końcowego produktu - tak muzyczne, jak i tekstowe, by trafiać do szerszej publiki. Choć mimo to B.A.P jest jedną z bardziej strawnych muzycznie grup męskich.
Grupa od czasu debiutu z piosenką "Warrior" jest niezwykle aktywna. W zeszłym roku wydała 7 singlowych piosenek, w tym roku "One Shot" jest już drugą taką produkcją. Ale nie to jest najdziwniejszą rzeczą towarzyszącą B.A.P. Najdziwniejszy jest... Matoki. Matoki to kreskówkowy królik, który w różnych wizualnych formach towarzyszy grupie od samego początku.
To już chyba dość wiedzy na temat B.A.P, pora zająć się dzisiejszym teledyskiem. Tak naprawdę nie jest to klip do piosenki, a raczej materiał promujący singiel / minialbum. Tak, główną piosenką towarzyszącą obrazowi jest tytułowy "One Shot", ale klip otwiera się fragmentem piosenki "Punch", a zamyka częścią "Coma". Postarajcie się przetrwać początkową pozerkę i boysbandowy wizerunek, bo z czasem jest tego mniej, a całość jest co najmniej ciekawa.
Zacznijmy od teledysku. Jaki jest ten teledysk? Efekciarski? Na pewno. Efektowny? Tak. Głupawy? Momentami. Kosztowny? Cholernie! Produkcja tego siedmiominutowego klipu pochłonęła blisko milion dolarów (USD), kręcono go na 10 planach zdjęciowych, a ten gigantyczny królik - Matoki - nie jest efektem pracy grafików. Tak, Koreańczycy zrobili gigantycznego czarnego królika ważącego blisko pół tony. Bo to jest królik na miarę naszych możliwości!
Co do głupot, to chodzi mi przede wszystkim o scenę napadu na furgonetkę z kasą, chociaż kwota okupu też wydaje się być niczego sobie. Jak to jest, że w filmach ludzie prowadzący takie furgonetki zawsze wysiadają z nich z byle powodu? Nigdy nie przychodzi im do głowy, że to jest właśnie część napadu, przed którym mają chronić przewożony ładunek? No i jest jeszcze scena z czołgiem. Nie mam nic do czołgu, nawet pomimo podejrzeń, że widziałem go już przemalowanego na różowo w teledysku innej grupy. Chodzi o jeden detal. W którejś ze scen pojawia się cyfrowo dodany lens flare na lufie, mający imitować odblask. Odblask na matowej, zardzewiałej lufie - genialne.
A jednak muszę przyznać, że całość jest efektowna, zrealizowana z rozmachem i pomimo tych drobnych głupot, zwyczajnie robi wrażenie. Wygląda jak kino akcji z prawdziwego zdarzenia, wprawdzie głupawe kino akcji, ale takie też, a może przede wszystkim, się kręci. No i o ile wstęp na jachcie wydaje się całkowicie zbyteczny, o tyle alternatywne zakończenie klipu to bardz fajne posunięcie. O wizerunku grupy nie będę się rozwodził, bo to nie moje terytorium, odniosę się tylko do tańca, a konkretniej do solowych popisów Zelo. Możliwe, że odbywają się one przy wsparciu sznurków, ale nie jest to przesądzone. Ten myk ze wstawaniem do tyłu jest popisowym numerem innej grupy i oni robią to z całą pewnością bez sznurków.
Zanim przejdę do piosenki, wrzucę ją jeszcze raz, w wersji albumowej.
Zacznę od tego, że jeśli idzie o teledysk, utwór świetnie współbrzmi z obrazem. Coś w tym nagraniu po prostu brzmi filmowo. Od strony czysto muzycznej jest bardzo dobrze, aż zaskakująco dobrze. Podkład jest świetnie wyprodukowany, zróżnicowany, pełen ciekawych akcentów - nie tylko muzycznych ale i dźwiękowych. Zwrotki mają bardzo wyraźny posmak gangsta rapu, ale formacja może sobie na to pozwolić dysponując charakterystycznie brzmiącymi raperami. Refreny są za to zdecydowanie bardziej melodyjne, poparte instrumentami smyczkowymi. Jednak najmocniejszym punktem piosenki jest haczyk z podłożonym w tle chórem. Niby prosty, oczywisty zabieg, a natychmiast nadaje piosence rozmachu. No i budzi skojarzenie z "Gangsta's Paradise".
Ale wiecie, co jest w tej piosence najciekawsze. Pomimo rozlicznych wstawek po "angielskiemu", tekst tej piosenki jest dobry. Powiem więcej, jak na boysbandowy pop udający hip-hop, to nawet bardzo dobry. Może nie jest to poezja śpiewana, ale tekst jest silny, wyrazisty, świetnie komponuje się z brzmieniem utworu i nie jest "o dupie Maryni". Tłumaczenie na angielski znajdziecie >>TUTAJ<<.
A uwierzycie mi, kiedy powiem, że pozostałe dwie piosenki, których fragmenty umieszcono w teledysku, są porównywalnie dobre? Są.
"Punch" brzmieniowo jest utrzymany w podobnym stylu, co "One Shot", choć gatunkowo to bardziej R'n'B. Dużo tu energii, choć niektóre elektroniczne dźwięki nie współgrają ze mną i nawet delikatnie mnie drażnią, ale nie na tyle, by zaburzać pozytywne odczucia płynące ze słuchania całości. Raperzy też dostali tu pole do popisu, szczególnie Zelo, który w "One Shot" nie ma chyba żadnej okazji do popisania się szybkim wypluwaniem słów. Tekst piosenki też jest ułożony w podobnym klimacie, co ten od "One Shot", choć z trochę innej perspektywy. Tłumaczenie >>TUTAJ<<.
"Coma" to także utwór podlany podobnym sosem brzmieniowym, jednak jego koncepcja jest już inna. Jest to miłosna balladka średniego tempa, przemieszana z rapowanymi zwrotkami. Refren nie robi na mnie dużego wrażenia, tym bardziej, że melodia trafia w bardzo podobne dźwięki, co inna piosenka z tej wytwórni i nie uważam, żeby był to przypadek, raczej oszczędność. Za to rap znów jest świetnie sprzedany, przynajmniej jeśli idzie o samo brzmienie głosów. Co do żeńskiego głosu, to jest to najprawdopodobniej Jieun z Secret (nota bene to właśnie jej kolaboracja z Yonggukiem miała podobną melodię). Kompozycja jest ciut prostsza, jednak wciąż bogactwo użytych dźwięków jest spore i składa się na atrakcyjność tego nagrania. Tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Na zakończenie dodam, że na kompakcie znalazły się jeszcze inne piosenki, ale one już tak pozytywnego wrażenia na mnie nie zrobiły. A co, nie może być tak, że będę tylko laurki wystawiał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)