Ace of Angels to grupa, której od dawna przyglądałem się ze sporym zainteresowaniem. Niestety z każdą kolejną premierą moje zainteresowanie zdaje się topnieć w oczach. Oryginalny pomysł na grupę, który sprawiał, że ten projekt tak bardzo się wyróżniał został niemal calkowicie zarzucony na rzecz kpopowej sztampy. Gdyby chociaż ta sztampa była wysokiej próby...
Formuła AOA to skomplikowana sprawa. Samo AOA to 7 śpiewających i tańczących dziewczyn, ale wewnątrz zespołu wydzielona jest także grupa AOA Black, która jest poprockowym girlsbandem liczącym sobie 5 dziewczyn, przy czym perkusistka nie pojawia się w siedmioosobowym AOA. Siłą rzeczy ten pomysł z początku ciągnął zespół w stronę instrumentalnych nagrań z charyzmatycznymi wokalami, popychającymi grupę muzycznie delikatnie w kierunku rocka, nawet kiedy na scenie występowało taneczne AOA.
Od początku w grupie było trochę zadziorności, dużo pozytywnej energii i żywiołowości, które szły w parze z lekko dziewczęcym, ale nie przesłodzonym wizerunkiem zespołu. I nagle w zeszłym roku ktoś stwierdził, że czas na zmiany. Najpierw AOA Black zaprezentowało "urocze" "MOYA" (>>TUTAJ<<), które było najzwyczajniej w świecie nudne. Potem powróciło samo AOA z "Confused" (>>TUTAJ<<) i nowym, seksownym wizerunkiem, który zdaje się być dalej ciągnięty w "Miniskirt".
I tutaj zaczynają się problemy. Nie bardzo wiem, co FNC Entertainment chce osiągnąć. Tak, dziewczyny z AOA są bardzo ładne, ale to niekoniecznie ten rodzaj urody, który idzie w parze z ostrzejszymi wizerunkami. W dodatku dziewczyny nie mają takiego wzrostu żeby konkurować z After School czy 9MUSES w kategorii śpiewające modelki, a wytwórnia z seksownością też nie idzie na całość, więc sukcesu Sistar i Girl's Day, opartego o bardzo śmiały - momentami nawet nieco szmatławy - wizerunek, z pewnością nie powtórzą.
Wytwórnia wpycha AOA gdzieś tam w okolice takich grup jak Rania, Rainbow czy Dal Shabet... Tylko czy to jest dobry pomysł? Odgapianie wizerunku od grup z trzeciej czy nawet czwartej ligi? Szczególnie kiedy na starcie było się chwalonym za wniesienie powiewu świeżości na rynek? Może... Tylko finalny produkt musiałby trzymać wysoki poziom jakościowy, a tutaj...
Ziew. Dziewczyny są bardzo ładne - to jedyne ciepłe słowa pod adresem tego projektu. Biorąc pod uwagę, że nie jest to debiut grupy ani pierwszy comeback - że odbiorcy z grubsza wiedzą już, że na dziewczyny miło się patrzy - nawet to przestaje być poważnym atutem. Na dobrą sprawę nie ma o czym tutaj pisać, a kolejne linijki wychodzą spod moich palców jedynie jako wyraz rozczarowania.
Muzyka jest beznadziejnie nudna i nijaka, aż nie chce mi się wierzyć, że kompozycja wyszła ze studia Brave Sound. Kto wie, może tam też przyjmują stażystów? Jest to tym większe rozczarowanie, jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że AOA ma naprawdę dobre głosy - tutaj jest komu śpiewać, tylko nie ma czego. Na tym tle przeciętny tekst wygląda nawet rozsądnie, chociaż pewnie to i tak przejaw litości z mojej strony, bo podskórnie i do tekstu wcale nie jestem przekonany. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Wizualnie... Dziewczyny są ładne, pisałem o tym? Okej stylizacje są całkiem fajne w tym sensie, że nie szkodzą jakoś wokalistkom, niektórym nawet służą, nie są jakieś wulgarne i pewnie nawet zwróciłbym na tak ubraną dziewczynę uwagę na ulicy. Jednak mierząc miarą teledyskową, nie jest już tak różowo. Wręcz przeciwnie, kreacje wypadają wprawdzie w miarę stylowo, ale i niezwykle nudno i nieoryginalnie. A miałka, wyrobnicza praca kamery w niczym tu nie pomaga. Do tego zgranie obrazu z brzmieniem jest znikome. Oczywiście jest też obowiązkowy zestaw wanna + samochód. Tym razem przynajmniej nie w tym samym pokoju.
Jakby tego wszystkiego było mało, ktoś wpadł na pomysł, żeby do teledysku przemycić wiosenne motywy. Okej, może by to w czymś pomogło, pod warunkiem, że mielibyśmy marzec i z niecierpliwością wyczekiwalibyśmy nadejścia wiosny. Ale mamy styczeń, zima dopiero się rozkręca, z tego, co wiem - także w Korei (Seul jest średnio cieplejszy od Warszawy o jakieś 4 stopnie Celsjusza, ale przebieg temperatur ma identyczny).
"Miniskirt" to dla mnie porażka na całej linii.Wytwórnia może się cieszyć, że w tym tygodniu niewiele się dzieje na rynku, więc może ktoś zauważy tę piosenkę. Sam jestem zdziwiony, że poświęciłem jej aż tyle miejsca. Gdyby nie to, że liczyłem na coś lepszego, pewnie bym sobie odpuścił ten wpis, a tak chociaż rozczarowanie służyło mi za motywację. Sęk w tym, że jeżeli AOA rozczaruje mnie jeszcze raz, pewnie wzruszę ramionami i dam sobie spokój.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mina. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 stycznia 2014
wtorek, 22 października 2013
AOA - 흔들려/Confused
"Confused" - to bardzo dobry tytuł dla nowego nagrania żeńskiej formacji AOA. Ja też czuję się zdezorientowany patrząc, co wytwórnia robi z tą grupą. Od samego początku AOA jest tworem specyficznym, bo teoretycznie liczy sobie osiem członkiń, ale grupa nigdy nie występuje w pełnym składzie. Wariant taneczny formacji liczy sobie siedem dziewczyn, ósma jest perkusistką w pięcioosobowym AOA Black - pop-rockowej formacji.
I to jeszcze jestem w stanie ogarnąć, tym bardziej, że dziewczyny miały pozytywne wejście na scenę. Ich kawałki "Elvis" (>>TUTAJ<<) i "Get Out" były nie tylko chwytliwe, ale nawet względnie świeże jeśli idzie o brzmienie. Do tego dochodzi pozytywny wizerunek grupy - jasny, pogodny, ale nie przesłodzony. Wręcz przeciwnie, w ich występach sporo było zęba, charyzmy i śmiałości - choć znów bez popadania w skrajność. Do tego należy dodać niezłe umiejętności taneczne i wokalne, poparte galerią ładnych buź i mamy materiał na bardzo udany projekt.
I tu sprawa zaczyna się komplikować, bo ktoś się gdzieś pogubił - albo ja, albo wytwórnia. Nie dość, że grupa na ponad pół roku z grubsza przepadła jak kamień w wodę, to jeszcze kiedy znów wypłynęłą na powierzchnię, okazało się, że to już trochę inny kaliber morskiego potwora. Najpierw łeb wyłoniło AOA Black z piosenką "MOYA" (>>TUTAJ<<), które wbrew nazwie przyjęło bardzo jaskrawy, trącący aegyo koncept, w którym instrumenty dziewczyn zostały sprowadzone do rangi rekwizytów.
Teraz przyszła pora na AOA w wersji tanecznej i... Niech nie zmyli Was otwierająca całość biała stylizacja. Tym razem Ace of Angels z aniołami niewiele mają wspólnego, no chyba, że tymi upadłymi.
Nie to żeby nie podobało mi się to, co widzę - co to, to nie. Na dziewczyny i prezentowany przez nie układ patrzy się bardzo przyjemnie. A jednak dostrzegam tu jakąś niespójność. Coś mi tu po prostu nie gra. Pomimo tego, że koncept nie jest jakoś niesamowicie pieprzny, to i tak wydaje się za ostry na tę grupę. Nie chodzi nawet o to, że zdążyłem dziewczyny jakoś umiejscowić w głowie, związać z jakąś wizerunkową niszą. One po prostu, choć ładne i zgrabne, nie mają w sobie kobiecego seksapilu, który jest potrzebny do uciągnięcia tego trącącego burleską konceptu.
Chociaż może to też nie do końca tak, że dziewczyny nie mają w sobie dość pazura. Może nawet bardziej chodzi o to, że to styliści nie do końca potrafią lub chcą ten pazur wydobyć. Segment lateksowo-skórzany wypada dobrze - nie czuję w nim tej niespóności, bo dziewczyny wyglądają dojrzale. Co innego z pozostałymi dwiema stylizacjami, które mają w sobie za dużo... niewinności.
W ogóle teledysk wbrew pozorom nie jest mocną stroną tego przedsięwzięcia - bardzo szybko się nudzi. Za dużo w nim planów ogólnych, za mało ciekawych kadrów. Ja rozumiem, że chciano pokazać choreografię, ale czy jest aż tak czym się chwalić? Jest tu kilka ciekawych figur, szczególnie w parterze, ale reszta to z grubsza powtórka z zeszłorocznego "Alone" (>>TUTAJ<<) Sistar. Jak tak się przyglądam, to aż dziwię się, że nikt nikogo jeszcze do sądu nie pozwał.
Wracając jeszcze do samego teledysku. Plany wypadają pusto i ubogo. Prostota i przejrzystość nie są niczym złym, ale trzeba umieć je pokazać. Przy tak nieciekawie pracującej kamerze, przy tak małej ilości zbliżeń na dziewczyny, ta pustka musi kłuć w oczy. Najbardziej bawi mnie to, że znacznie niższym nakładem sił, na zapleczu wytwórni nakręcono materiał o wiele, wiele ciekawszy. Gdyby kamera podobnie pracowała w samym teledysku, całość byłaby znacznie bardziej efektowna.
Ta koszulowo-pościelowa stylizacja też bardziej odpowiada dziewczynom. Ale dosyć o stronie wizualnej, pora na kilka słów o muzyce. Jest nieźle, ale koniec końców ciutek zbyt monotonnie. Brzmienie gitary to fajna baza pod piosenkę, ale pomysły skończyły się za szybko i cały podkład szybko przeradza się w nierozpoznawalną papkę.
Piosenkę z morza przeciętności mogły i powinny wyciągnąć wokale, ale ku mojemu zdziwieniu to się po prostu nie dzieje. Pomimo kilku bardzo solidnych głosów, pomimo chwytliwego refrenu z tytułowym "hyndulljo", całość wydaje się za długa i potwornie monotonna. Tekst (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<) jest prosty, ale zgrabny i przebojowy, więc może dla koreańskiego odbiorcy on ratuje całe przedsięwzięcie, ale dla mnie muzycznie kawałek wypada bardzo przeciętnie.
Z jednej strony szkoda, że AOA dryfuje w bliżej nieokreślonym kierunku, jeszcze bardziej szkoda, że drobne usterki i błędy popełnione przy tym projekcie zamieniają coś bardzo obiecującego w coś bardzo przeciętnego. Z drugiej strony jeżeli popełniać błędy to właśnie teraz. Ten powrót był skazany na porażkę ze względu na konkurencję - nawet ze świetną piosenką i rewelacyjnym teledyskiem dziewczynom zwyczajnie trudno byłoby się teraz przebić. Przeciętny projekt przynajmniej zaoszczędzi osobom zaangażowanym niepotrzebnej frustracji.
I to jeszcze jestem w stanie ogarnąć, tym bardziej, że dziewczyny miały pozytywne wejście na scenę. Ich kawałki "Elvis" (>>TUTAJ<<) i "Get Out" były nie tylko chwytliwe, ale nawet względnie świeże jeśli idzie o brzmienie. Do tego dochodzi pozytywny wizerunek grupy - jasny, pogodny, ale nie przesłodzony. Wręcz przeciwnie, w ich występach sporo było zęba, charyzmy i śmiałości - choć znów bez popadania w skrajność. Do tego należy dodać niezłe umiejętności taneczne i wokalne, poparte galerią ładnych buź i mamy materiał na bardzo udany projekt.
I tu sprawa zaczyna się komplikować, bo ktoś się gdzieś pogubił - albo ja, albo wytwórnia. Nie dość, że grupa na ponad pół roku z grubsza przepadła jak kamień w wodę, to jeszcze kiedy znów wypłynęłą na powierzchnię, okazało się, że to już trochę inny kaliber morskiego potwora. Najpierw łeb wyłoniło AOA Black z piosenką "MOYA" (>>TUTAJ<<), które wbrew nazwie przyjęło bardzo jaskrawy, trącący aegyo koncept, w którym instrumenty dziewczyn zostały sprowadzone do rangi rekwizytów.
Teraz przyszła pora na AOA w wersji tanecznej i... Niech nie zmyli Was otwierająca całość biała stylizacja. Tym razem Ace of Angels z aniołami niewiele mają wspólnego, no chyba, że tymi upadłymi.
Nie to żeby nie podobało mi się to, co widzę - co to, to nie. Na dziewczyny i prezentowany przez nie układ patrzy się bardzo przyjemnie. A jednak dostrzegam tu jakąś niespójność. Coś mi tu po prostu nie gra. Pomimo tego, że koncept nie jest jakoś niesamowicie pieprzny, to i tak wydaje się za ostry na tę grupę. Nie chodzi nawet o to, że zdążyłem dziewczyny jakoś umiejscowić w głowie, związać z jakąś wizerunkową niszą. One po prostu, choć ładne i zgrabne, nie mają w sobie kobiecego seksapilu, który jest potrzebny do uciągnięcia tego trącącego burleską konceptu.
Chociaż może to też nie do końca tak, że dziewczyny nie mają w sobie dość pazura. Może nawet bardziej chodzi o to, że to styliści nie do końca potrafią lub chcą ten pazur wydobyć. Segment lateksowo-skórzany wypada dobrze - nie czuję w nim tej niespóności, bo dziewczyny wyglądają dojrzale. Co innego z pozostałymi dwiema stylizacjami, które mają w sobie za dużo... niewinności.
W ogóle teledysk wbrew pozorom nie jest mocną stroną tego przedsięwzięcia - bardzo szybko się nudzi. Za dużo w nim planów ogólnych, za mało ciekawych kadrów. Ja rozumiem, że chciano pokazać choreografię, ale czy jest aż tak czym się chwalić? Jest tu kilka ciekawych figur, szczególnie w parterze, ale reszta to z grubsza powtórka z zeszłorocznego "Alone" (>>TUTAJ<<) Sistar. Jak tak się przyglądam, to aż dziwię się, że nikt nikogo jeszcze do sądu nie pozwał.
Wracając jeszcze do samego teledysku. Plany wypadają pusto i ubogo. Prostota i przejrzystość nie są niczym złym, ale trzeba umieć je pokazać. Przy tak nieciekawie pracującej kamerze, przy tak małej ilości zbliżeń na dziewczyny, ta pustka musi kłuć w oczy. Najbardziej bawi mnie to, że znacznie niższym nakładem sił, na zapleczu wytwórni nakręcono materiał o wiele, wiele ciekawszy. Gdyby kamera podobnie pracowała w samym teledysku, całość byłaby znacznie bardziej efektowna.
Ta koszulowo-pościelowa stylizacja też bardziej odpowiada dziewczynom. Ale dosyć o stronie wizualnej, pora na kilka słów o muzyce. Jest nieźle, ale koniec końców ciutek zbyt monotonnie. Brzmienie gitary to fajna baza pod piosenkę, ale pomysły skończyły się za szybko i cały podkład szybko przeradza się w nierozpoznawalną papkę.
Piosenkę z morza przeciętności mogły i powinny wyciągnąć wokale, ale ku mojemu zdziwieniu to się po prostu nie dzieje. Pomimo kilku bardzo solidnych głosów, pomimo chwytliwego refrenu z tytułowym "hyndulljo", całość wydaje się za długa i potwornie monotonna. Tekst (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<) jest prosty, ale zgrabny i przebojowy, więc może dla koreańskiego odbiorcy on ratuje całe przedsięwzięcie, ale dla mnie muzycznie kawałek wypada bardzo przeciętnie.
Z jednej strony szkoda, że AOA dryfuje w bliżej nieokreślonym kierunku, jeszcze bardziej szkoda, że drobne usterki i błędy popełnione przy tym projekcie zamieniają coś bardzo obiecującego w coś bardzo przeciętnego. Z drugiej strony jeżeli popełniać błędy to właśnie teraz. Ten powrót był skazany na porażkę ze względu na konkurencję - nawet ze świetną piosenką i rewelacyjnym teledyskiem dziewczynom zwyczajnie trudno byłoby się teraz przebić. Przeciętny projekt przynajmniej zaoszczędzi osobom zaangażowanym niepotrzebnej frustracji.
niedziela, 28 lipca 2013
AOA Black - MOYA
Ale mam zgryz z tą piosenką. Z jednej strony mnie rozczarowała, z drugiej jednak nie. Niby jest fajna, a jednak nie do końca. Cały czas waham się, co właściwie o niej napisać, i to pomimo tego, że nagranie miało premierę w piątek, a kiedy piszę te słowa jest już niedziela.
Zacznijmy od tego, że AOA to jeden z ciekawszych zeszłorocznych debiutów, ze szczególnym uwzględnieniem podgrupy AOA Black, która tak naprawdę sprawia, że formacja wyróżnia się na kpopowym rynku. Jak AOA Black ma się do samego AOA wyjasniłewm już >>TUTAJ<< i nie będę się powtarzał, bo to nadspodziewanie zawiła sprawa. Tak czy inaczej AOA w wersji Black to pop-rockowa kapela złożona z piątki dziewczyn.
Co tu dużo kryć, sama wiadomość o powrocie AOA - w jakimkolwiek wydaniu - z miejsca przykuła moją uwagę. Jednak potem zaczęły się teasery i huśtawka mojego odbioru. Najpierw grupowe zdjęcie dziewczyn w... białej stylizacji. Zaczęło pachnieć aegyo, i nieco kłócić się z samą nazwą zespołu, ale trudno, to tylko jedno zdjęcie. W dodatku solowe fotki dziewczyn miały już nieco więcej pazura, no i zawierały tytułowe, enigmatyczne "Moya" w pięciu językach. Wariantu polskiego nie było, ale służę pomocą - "Moya" po polsku znaczy "Co?".
Dalej pojawiły się dwa krótkie filmiki w jakiś tam sposób nawiązujące do nadchodzącej piosenki. Było troszkę aegyo, ale nie za dużo. Martwić zaczął mnie natomiast sam utwór. Fragmencik zaprezentowany w filmikach, nawet jeżeli miał być tylko elementem większej całości, zapowiadał coś strasznie prostego, wtórnego i co tu dużo kryć - brzmiał jak niezbyt udana kopia czegoś, co gdzieś już każdy słyszał.
W tym momencie postanowiłem wyprowadzić uderzenie wyprzedzające - zamiast czekać aż piosenka mnie rozczaruje, sam obniżyłem swoje oczekiwania wobec tego nagrania w nadziei, że w ten sposób będę w stanie spojrzeć na piosenkę obiektywnie. Nie pomogło. Chyba. Sam już nie wiem.
Okej, zacznę od tego, co rzuciło mi się w oczy przy pierwszym kontakcie i chyba przyprawiło o największy ból głowy. Koncepcja zespołu kontra piosenka. To się kupy nie trzyma! Nie chodzi o zestawienie aegyo z gitarami, to da się zrobić, w takim czy innym stopniu AOA już to robiło z powodzeniem. Chodzi o samą relację piosenka - zespół...
Nie ma żadnej relacji, o to właśnie chodzi! Dziewczyny nie grają tej piosenki, nie mogą jej grać - podkład jest zbyt prosty i tak rozpisany, że jakby się dziewczyny nie wysilały, i tak większośc będzie stała i nie miała nic do roboty. To nie jest utwór dla kapeli. Ja wiem, że w programach telewizyjnych i tak musiałyby markować granie na instrumentach - takie zasady narzuca większość stacji. Ale dziewczyny markują nawet w teledysku. Co więcej, nie ma nawet kropli kleju pomiędzy tym, co na ekranie, a tym co w słuchawkach - przynajmniej jeżeli idzie o brzmienie samego podkładu.
W tym momencie powrót AOA w wariancie Black stracił jakąkolwiek rację bytu, bo nie dość, że znika atut gry na instrumentach, to jeszcze dziewczyny w trakcie występu nie mogą także wykonać żadnego układu tanecznego, no bo niby jak. To jest jakiś poroniony pomysł i nie wiem kto stał za procesem myślowym leżącym u podstaw tego nagrania.
Następna rzecz, która rzuca się w oczy, to aegyo. Do tej pory AOA miało tendencję do wykorzystywania elementów tego przesłodzonego wizerunku, ale w niezwykle zgrabny sposób mieszało go z bardziej drapieżnymi elementami - poprzez stroje, taniec, występy czy wreszcie same piosenki. Tutaj tego nie ma - to w zasadzie zwykłe aegyo, proste do bólu, wtórne i podobne do dziesiątek, jeśli nie setek nagrań w tym samym rodzaju.
Sęk w tym, że usuwając te wszystkie uprzedzenia, oczekiwania i restrykcje - sam teledysk i wizerunek grupy wypadają całkiem dobrze. Nie są w żadnym razie oryginalne czy pomysłowe, ale zdecydowanie dobrze zrealizowane. Dziewczyny wyglądają i atrakcyjnie, i zgrabnie, i mają zachowaną pewną dozę własnego charakteru, a sam klip jest zabawny - choć wiezie się na pomyśle, który zadziała raz, góra kilka razy - to nie jest rzecz żywotna, bo bazuje na zaskoczeniu. Jedyna nadzieja w tym, że klip jest dosyć adekwatny do słów piosenki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Sama piosenka jest zdecydowanie lepsza niż spodziewałem się po teaserach. Twórcy zdołali jakoś opleść ten prosty motyw przewodni w dodatkowe wątki - tak, by nie rzucał się aż tak bardzo w uszy. Przez to jest on tylko przewijającym się smaczkiem, a nie sednem utworu i w tej formie jest strawny. Sama kompozycja jest zwyczajnie miła dla ucha, spokojna i ładnie zestrojona. Szczególnie przyjemnie słucha się wokali.
Sęk w tym, że poza wokalami dzieje się tam naprawdę niewiele. To jest jeden z tych kawałków, który szalenie łatwo wpada w ucho, ale równie szybko może zmęczyć słuchacza. Zmęczyć pod warunkiem, że słuchacz jest na niego wystawiony, bo jakoś nie widzę, by ktoś sam z siebie przesłuchiwał tę piosenkę raz za razem. Ona po prostu nie jest dość ciekawa.
W zasadzie napisałem już wszystko, co miałem do napisania o tej piosence i wciąż nie wiem... Czy ona mi się podoba, czy nie? Czy to jest wtopa czy sukces? Piosenka jest sympatyczna i chwytliwa, w Korei już radzi sobie całkiem nieźle, a jednak nie umiem zdobyć się na entuzjazm. To chyba kwestia tego, że mój do bólu logiczny mózg (a przynajmniej tak lubię o nim myśleć) nie potrafi pogodzić się z tą fundamentalną sprzecznością - zespół, który "wykonuje" piosenkę, której wykonywać nie może.
Zacznijmy od tego, że AOA to jeden z ciekawszych zeszłorocznych debiutów, ze szczególnym uwzględnieniem podgrupy AOA Black, która tak naprawdę sprawia, że formacja wyróżnia się na kpopowym rynku. Jak AOA Black ma się do samego AOA wyjasniłewm już >>TUTAJ<< i nie będę się powtarzał, bo to nadspodziewanie zawiła sprawa. Tak czy inaczej AOA w wersji Black to pop-rockowa kapela złożona z piątki dziewczyn.
Co tu dużo kryć, sama wiadomość o powrocie AOA - w jakimkolwiek wydaniu - z miejsca przykuła moją uwagę. Jednak potem zaczęły się teasery i huśtawka mojego odbioru. Najpierw grupowe zdjęcie dziewczyn w... białej stylizacji. Zaczęło pachnieć aegyo, i nieco kłócić się z samą nazwą zespołu, ale trudno, to tylko jedno zdjęcie. W dodatku solowe fotki dziewczyn miały już nieco więcej pazura, no i zawierały tytułowe, enigmatyczne "Moya" w pięciu językach. Wariantu polskiego nie było, ale służę pomocą - "Moya" po polsku znaczy "Co?".
Dalej pojawiły się dwa krótkie filmiki w jakiś tam sposób nawiązujące do nadchodzącej piosenki. Było troszkę aegyo, ale nie za dużo. Martwić zaczął mnie natomiast sam utwór. Fragmencik zaprezentowany w filmikach, nawet jeżeli miał być tylko elementem większej całości, zapowiadał coś strasznie prostego, wtórnego i co tu dużo kryć - brzmiał jak niezbyt udana kopia czegoś, co gdzieś już każdy słyszał.
W tym momencie postanowiłem wyprowadzić uderzenie wyprzedzające - zamiast czekać aż piosenka mnie rozczaruje, sam obniżyłem swoje oczekiwania wobec tego nagrania w nadziei, że w ten sposób będę w stanie spojrzeć na piosenkę obiektywnie. Nie pomogło. Chyba. Sam już nie wiem.
Okej, zacznę od tego, co rzuciło mi się w oczy przy pierwszym kontakcie i chyba przyprawiło o największy ból głowy. Koncepcja zespołu kontra piosenka. To się kupy nie trzyma! Nie chodzi o zestawienie aegyo z gitarami, to da się zrobić, w takim czy innym stopniu AOA już to robiło z powodzeniem. Chodzi o samą relację piosenka - zespół...
Nie ma żadnej relacji, o to właśnie chodzi! Dziewczyny nie grają tej piosenki, nie mogą jej grać - podkład jest zbyt prosty i tak rozpisany, że jakby się dziewczyny nie wysilały, i tak większośc będzie stała i nie miała nic do roboty. To nie jest utwór dla kapeli. Ja wiem, że w programach telewizyjnych i tak musiałyby markować granie na instrumentach - takie zasady narzuca większość stacji. Ale dziewczyny markują nawet w teledysku. Co więcej, nie ma nawet kropli kleju pomiędzy tym, co na ekranie, a tym co w słuchawkach - przynajmniej jeżeli idzie o brzmienie samego podkładu.
W tym momencie powrót AOA w wariancie Black stracił jakąkolwiek rację bytu, bo nie dość, że znika atut gry na instrumentach, to jeszcze dziewczyny w trakcie występu nie mogą także wykonać żadnego układu tanecznego, no bo niby jak. To jest jakiś poroniony pomysł i nie wiem kto stał za procesem myślowym leżącym u podstaw tego nagrania.
Następna rzecz, która rzuca się w oczy, to aegyo. Do tej pory AOA miało tendencję do wykorzystywania elementów tego przesłodzonego wizerunku, ale w niezwykle zgrabny sposób mieszało go z bardziej drapieżnymi elementami - poprzez stroje, taniec, występy czy wreszcie same piosenki. Tutaj tego nie ma - to w zasadzie zwykłe aegyo, proste do bólu, wtórne i podobne do dziesiątek, jeśli nie setek nagrań w tym samym rodzaju.
Sęk w tym, że usuwając te wszystkie uprzedzenia, oczekiwania i restrykcje - sam teledysk i wizerunek grupy wypadają całkiem dobrze. Nie są w żadnym razie oryginalne czy pomysłowe, ale zdecydowanie dobrze zrealizowane. Dziewczyny wyglądają i atrakcyjnie, i zgrabnie, i mają zachowaną pewną dozę własnego charakteru, a sam klip jest zabawny - choć wiezie się na pomyśle, który zadziała raz, góra kilka razy - to nie jest rzecz żywotna, bo bazuje na zaskoczeniu. Jedyna nadzieja w tym, że klip jest dosyć adekwatny do słów piosenki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Sama piosenka jest zdecydowanie lepsza niż spodziewałem się po teaserach. Twórcy zdołali jakoś opleść ten prosty motyw przewodni w dodatkowe wątki - tak, by nie rzucał się aż tak bardzo w uszy. Przez to jest on tylko przewijającym się smaczkiem, a nie sednem utworu i w tej formie jest strawny. Sama kompozycja jest zwyczajnie miła dla ucha, spokojna i ładnie zestrojona. Szczególnie przyjemnie słucha się wokali.
Sęk w tym, że poza wokalami dzieje się tam naprawdę niewiele. To jest jeden z tych kawałków, który szalenie łatwo wpada w ucho, ale równie szybko może zmęczyć słuchacza. Zmęczyć pod warunkiem, że słuchacz jest na niego wystawiony, bo jakoś nie widzę, by ktoś sam z siebie przesłuchiwał tę piosenkę raz za razem. Ona po prostu nie jest dość ciekawa.
W zasadzie napisałem już wszystko, co miałem do napisania o tej piosence i wciąż nie wiem... Czy ona mi się podoba, czy nie? Czy to jest wtopa czy sukces? Piosenka jest sympatyczna i chwytliwa, w Korei już radzi sobie całkiem nieźle, a jednak nie umiem zdobyć się na entuzjazm. To chyba kwestia tego, że mój do bólu logiczny mózg (a przynajmniej tak lubię o nim myśleć) nie potrafi pogodzić się z tą fundamentalną sprzecznością - zespół, który "wykonuje" piosenkę, której wykonywać nie może.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
AOA - Elvis
AOA to jeden z bardziej udanych zeszłorocznych debiutów. Jak tu zgrabnie i krótko opisać tę formację. No cóż, jest, hm... Dziwna? To chyba najlepsze słowo. AOA można na dobrą sprawę porównać do wszystkiego i naraz do niczego. Nie mając dobrej znajomości rynku japońskiego nie ośmielę się nazwać jej unikalną, a jednocześnie trudno też nazwać ją oryginalną, bo to tak naprawdę mieszanka elementów już istniejących. Nietypowa jest tylko ich kombinacja.
AOA to żeńska grupa składająca się z... No właśnie, już tutaj zaczynają się schody. Mówiłem, że to dziwny zespół? W ogólności AOA to 8 dziewczyn - z zaznaczeniem, że nie zawsze. A właściwie to nigdy, może z wyłączeniem studia nagraniowego i planów teledysków. Cholera, chyba powinienem przygotować jakąś infografikę, ale mi się nie chce.
Spróbuję wytłumaczyć to najprościej, jak się da - w AOA jest siedem wokalistek/tancerek, które występują razem wykonując choreografię itd. Ale istnieje też AOA Black - pięcioosobowa grupa rockowa (w takim samym rozumieniu jak Nickleback to grupa metalowa). AOA Black składa się z czterech członkiń tanecznego AOA oraz piątej dodatkowej dziewczyny grającej na perkusji. Jak widać trudno znaleźć perkusistkę z odpowiednią koordynacją ruchową i wyczuciem rytmu, by mogła tańczyć...
Ale to nie koniec. AOA Black nie powstało do wykonywania osobnych piosenek, jest częścią występu AOA i wykonuje te same utwory. Na płycie - nie ma problemu. W teledysku też. W telewizji można nagrać pół piosenki tak, zrobić cięcie i drugie nagrać inaczej. Ale na żywo może być albo taniec, albo gra na instrumentach.
Nadmiernie skomplikowane? W wytwórni też ktoś tak pomyślał, więc postanowiono znaleźć dobrą historię, która to wszystko wytłumaczy. Uwaga, Azja na całego. Otóż AOA rozszyfrowuje się jako Ace of Angels. Według wytwórni siedem tańczących niewiast jest aniołami, które zobaczyły ziemian w swojej kryształowej kuli i zakochały się w naszej muzyce. Natomiast perkusistka jest na poły aniołem, a na poły śmiertelniczką... Bo występuje tylko w jednej połowie zespołu... Tak jak 3 dziewczyny z grupy tanecznej... Które są pełnoprawnymi aniołami. Oni tej perkusistki chyba po prostu nie lubią... A jednak, żeby wyrównać jej tę niesprawiedliwość, wytwórnia uczyniła ją powierniczką klucza, która z ciekawości otworzyła wrota na ziemię i wybrała się tam wespół z 7 aniołami.
Zamiast Armageddonu dostaliśmy to:
Nie mogę powiedzieć, na dziewczyny miło się patrzy, chociaż to chyba właściwy moment by zauważyć, że jedna z nich ma dopiero 16 lat. I nie jest to perkusistka. Co ciekawe, oprócz tego, że dziewczyny mają swoje prawdziwe imiona (zaskakujące, nieprawdaż?) oraz imiona sceniczne, to do tego dostały jeszcze imiona anielskie. Bo dzięki temu ich "backstory" wydaje się bardziej wiarygodne?
Nieważne, zajmijmy się jeszcze na moment wizerunkiem grupy. To taka mieszanka wypadająca gdzieś pomiędzy KARA a After School. Choreografia raczej idzie w odważniejszym i bardziej złożonym kierunku, tak jak w After School, jednak wizerunek grupy nie jest pozbawiony delikatnej nuty aegyo, przez co kostiumami i stylizacją dziewczyny bardziej przypominają KARA, a przynajmniej KARA sprzed KARA's solo collection.
Teledysk to trochę przyjemnego wizualnie chaosu. Raz dziewczyny tańczą, raz grają na instrumentach. Raz są w stylizacji bardziej rockowej, raz anielskiej, a jeszcze innym razem w tytułowej - na Elvisa. Dekoracje są sympatyczne, ale nie oszukujmy się, na klip patrzy się przyjemnie przede wszystkim ze względu na dziewczyny.
Co do piosenki to nie oszukujmy się - Led Zeppelin to to nie jest. Chyba nawet do japońskiego Scandal AOA nie jest blisko. Przy czym nie stwierdzam tego jako zarzut, bo też mam wrażenie, że cele przed grupą stawiane są nieco inne. AOA ma znacznie bardziej popowe i taneczne brzmienie, a to że w dużej mierze powstaje ono dzięki grze na intrumentach - ja widzę w tym tylko plus, choć w niektórych momentach ich wykorzystania nie nazwałbym zgrabnym, a i użyte sample też nie zawsze służą tej piosence.
Mimo to piosenka nadaje się do słuchania, szczególnie jeżeli zamkniemy rozum na słowa, które dziewczyny śpiewają. Co tu dużo kryć, ta piosenka w większości składa się nawet nie z refrenów, a z haczyków muzycznych, które nie mają nawet pełnoprawnych słów, a jeżeli te słowa mają, to nie należą one do rozsądnych. Zainteresowanych po konkrety odsyłam >>TUTAJ<< .
Na zakończenie wrócę do kwestii wykonań na żywo. Otóż w wykonaniu AOA Black ta piosenka brzmi lepiej, bo wiele sampli, do których miałem obiekcje, zostaje zastąpionych gitarowymi chwytami. Wykonywana na żywo, ta piosenka jest po prostu nieco bardziej rockowa i siłą rzeczy brzmi bardziej autentycznie. Wadą takich wykonań jest to, że dziewczyn jest mniej i nie tańczą. Ale cóż, pomimo wysiłków wytwórni okazuje się, że chyba jednak nie można mieć wszystkiego.
AOA to żeńska grupa składająca się z... No właśnie, już tutaj zaczynają się schody. Mówiłem, że to dziwny zespół? W ogólności AOA to 8 dziewczyn - z zaznaczeniem, że nie zawsze. A właściwie to nigdy, może z wyłączeniem studia nagraniowego i planów teledysków. Cholera, chyba powinienem przygotować jakąś infografikę, ale mi się nie chce.
Spróbuję wytłumaczyć to najprościej, jak się da - w AOA jest siedem wokalistek/tancerek, które występują razem wykonując choreografię itd. Ale istnieje też AOA Black - pięcioosobowa grupa rockowa (w takim samym rozumieniu jak Nickleback to grupa metalowa). AOA Black składa się z czterech członkiń tanecznego AOA oraz piątej dodatkowej dziewczyny grającej na perkusji. Jak widać trudno znaleźć perkusistkę z odpowiednią koordynacją ruchową i wyczuciem rytmu, by mogła tańczyć...
Ale to nie koniec. AOA Black nie powstało do wykonywania osobnych piosenek, jest częścią występu AOA i wykonuje te same utwory. Na płycie - nie ma problemu. W teledysku też. W telewizji można nagrać pół piosenki tak, zrobić cięcie i drugie nagrać inaczej. Ale na żywo może być albo taniec, albo gra na instrumentach.
Nadmiernie skomplikowane? W wytwórni też ktoś tak pomyślał, więc postanowiono znaleźć dobrą historię, która to wszystko wytłumaczy. Uwaga, Azja na całego. Otóż AOA rozszyfrowuje się jako Ace of Angels. Według wytwórni siedem tańczących niewiast jest aniołami, które zobaczyły ziemian w swojej kryształowej kuli i zakochały się w naszej muzyce. Natomiast perkusistka jest na poły aniołem, a na poły śmiertelniczką... Bo występuje tylko w jednej połowie zespołu... Tak jak 3 dziewczyny z grupy tanecznej... Które są pełnoprawnymi aniołami. Oni tej perkusistki chyba po prostu nie lubią... A jednak, żeby wyrównać jej tę niesprawiedliwość, wytwórnia uczyniła ją powierniczką klucza, która z ciekawości otworzyła wrota na ziemię i wybrała się tam wespół z 7 aniołami.
Zamiast Armageddonu dostaliśmy to:
Nie mogę powiedzieć, na dziewczyny miło się patrzy, chociaż to chyba właściwy moment by zauważyć, że jedna z nich ma dopiero 16 lat. I nie jest to perkusistka. Co ciekawe, oprócz tego, że dziewczyny mają swoje prawdziwe imiona (zaskakujące, nieprawdaż?) oraz imiona sceniczne, to do tego dostały jeszcze imiona anielskie. Bo dzięki temu ich "backstory" wydaje się bardziej wiarygodne?
Nieważne, zajmijmy się jeszcze na moment wizerunkiem grupy. To taka mieszanka wypadająca gdzieś pomiędzy KARA a After School. Choreografia raczej idzie w odważniejszym i bardziej złożonym kierunku, tak jak w After School, jednak wizerunek grupy nie jest pozbawiony delikatnej nuty aegyo, przez co kostiumami i stylizacją dziewczyny bardziej przypominają KARA, a przynajmniej KARA sprzed KARA's solo collection.
Teledysk to trochę przyjemnego wizualnie chaosu. Raz dziewczyny tańczą, raz grają na instrumentach. Raz są w stylizacji bardziej rockowej, raz anielskiej, a jeszcze innym razem w tytułowej - na Elvisa. Dekoracje są sympatyczne, ale nie oszukujmy się, na klip patrzy się przyjemnie przede wszystkim ze względu na dziewczyny.
Co do piosenki to nie oszukujmy się - Led Zeppelin to to nie jest. Chyba nawet do japońskiego Scandal AOA nie jest blisko. Przy czym nie stwierdzam tego jako zarzut, bo też mam wrażenie, że cele przed grupą stawiane są nieco inne. AOA ma znacznie bardziej popowe i taneczne brzmienie, a to że w dużej mierze powstaje ono dzięki grze na intrumentach - ja widzę w tym tylko plus, choć w niektórych momentach ich wykorzystania nie nazwałbym zgrabnym, a i użyte sample też nie zawsze służą tej piosence.
Mimo to piosenka nadaje się do słuchania, szczególnie jeżeli zamkniemy rozum na słowa, które dziewczyny śpiewają. Co tu dużo kryć, ta piosenka w większości składa się nawet nie z refrenów, a z haczyków muzycznych, które nie mają nawet pełnoprawnych słów, a jeżeli te słowa mają, to nie należą one do rozsądnych. Zainteresowanych po konkrety odsyłam >>TUTAJ<< .
Na zakończenie wrócę do kwestii wykonań na żywo. Otóż w wykonaniu AOA Black ta piosenka brzmi lepiej, bo wiele sampli, do których miałem obiekcje, zostaje zastąpionych gitarowymi chwytami. Wykonywana na żywo, ta piosenka jest po prostu nieco bardziej rockowa i siłą rzeczy brzmi bardziej autentycznie. Wadą takich wykonań jest to, że dziewczyn jest mniej i nie tańczą. Ale cóż, pomimo wysiłków wytwórni okazuje się, że chyba jednak nie można mieć wszystkiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)