Gdybym miał wskazać najlepszy - niekoniecznie mój ulubiony, ale najlepszy wokalnie - girls band w Korei, raczej nie zastanawiałbym się długo. Odpowiedź nasuwa się sama - Spica. Formacja liczy sobie pięć dziewczyn i każda śpiewa na tyle dobrze, że jest gotowa, by odnieść sukces jako solistka.
Sęk w tym, że branża nie działa w ten sposób - to, że dobrze śpiewasz, to wciąż za mało. Przy tak bogatym rynku musisz się wyróżniać, musisz przykuwać uwagę, najlepiej żebyś w momencie debiutu już miał rzeszę fanów. Dlatego nowe zespoły często budowane są w oparciu o uczestników muzycznych talent show, czy też wykonawców działających na Youtubie.
Na dobrą sprawę sama idea zespołu - czy to żeńskiego, czy to męskiego - też sprowadza się do promocji pojedynczych wykonawców. Niektórzy przyjmują to za następny szczebel na drabinie kariery, inni za kolejne sito odsiewające ziarno od plew. Bo o ile w mniejszych grupach wszyscy członkowi mogą łudzić się, że będą mieli jeszcze jakieś życie sceniczne po rozpadzie formacji, o tyle jestem przekonany, że niektórzy członkowie nawet tak popularnych, ale też bardzo licznych grup, jak SNSD i EXO, po prostu przepadną - przynajmniej jeśli idzie o występy na estradzie.
W sumie to moje błądzenie palcami po klawiaturze brnie trochę donikąd. Za tym tekstem nie stoi żadna głębsza myśl, nie jest to też żadna podbudowa pod dalsze przemyślenia. Ot, niedawno Youtube przypomniał mi zeszłoroczne nagranie Spici pod tytułem "Painkiller" i od tamtej pory nie mogę się od niego oderwać. Po części dlatego, że jest po prostu bardzo dobre, po części dlatego, bo odczuwam ciśnienie, żeby podzielić się nim ze wszystkimi, którzy go jeszcze nie słyszeli.
Zew jest na tyle silny, że pomimo wysypu aktualnych tematów, nie potrafiłem sobie odpuścić tego tekstu. Nie łudzę się, że w ten sposób spopularyzuję twórczość grupy, ale - hej, to przecież mój blog. I do what I want - jakby powiedział pewien grubokościsty chłopiec w czerwonej kurteczce.
Niedawno pisałem >>TUTAJ<< o "Hush" Miss A, że to nie minimalistyczna kompozycja, a muzyczny pustostan. Prawdziwego, pozytywnie rozumianego minimalizmu możecie posłuchać powyżej. Potężny, bardzo wyraźnie zarysowany beat, do tego prosty, jednowątkowy akompaniament częściami klawiszowy, częściami elektroniczny - i to w zasadzie wszystko. No, oczywiście rolę pierwszoplanową grają wokale, ale też dosyć gołe - mało przeprodukowane. Mimo to piosenka jest różnorodna brzmieniowo, buduje nastrój, a nawet na swój sposób ma w sobie rozmach.
To tak, jakby ktoś miał wątpliwości, jak dziewczyny radzą sobie na żywo. Prym wiodą oczywiście Bohyung i Boa. Pierwsza to niedoszła członkini 2NE1, niedawno zadebiutowała solo z piosenką "Crazy Girl" (>>TUTAJ<< - warto zerknąć, bo to bardzo solidny kawałek opatrzony mocnym teledyskiem). Druga ma nieszczęście przedstawiać się tak samo jak najpopularniejsza solistka w Korei i jedna z większych muzycznych gwiazd tamtej części świata - BoA. Ale Boa ze Spici też nie powinna wstydzić się swojego CV, przed włączeniem do grupy pracowała dla Sweetune, m.in. będąc wokalną mentorką dla członków grup KARA, Infinite i Rainbow.
We wstępie wspominałem o budowaniu zespołów w oparciu o uczestników muzycznych talent show. W wypadku Spica trudno mówić o opieraniu formacji o Narae, ale dziewczyna właśnie w ten sposób utorowała sobie drogę do angażu przez B2M Entertainment. W tej piosence nie ma aż tak dużej roli, ale to kolejny niezły głos, a jeżeli ktoś chce się jej przyjrzeć, polecam podlinkowany wyżej teledysk do "Crazy Girl". Pewnym zaskoczeniem może być natomiast Juhyun, czyli wielkooka dziewczyna, która w ostatnich nagraniach formacji pełni rolę raperki. W "Painkiller" pokazuje, że ze śpiewem radzi sobie nie gorzej niż koleżanki.
Trochę w cieniu pozostaje natomiast Jiwon. Dziewczyna ma problem tego rodzaju, że nie do końca pasuje do brzmienia koleżanek - ma inną tonację i mniej mocy, co utrudnia jej przebicie się ze swoim głosem. A szkoda, bo technicznie wcale nie jest słabsza, w dodatku ma bardzo ciekawą barwę. To nie przypadek, że była jedną z wokalistek promujących wraz z Bae Chi Gi ich tegoroczny przebój "Shower of Tears" (>>TUTAJ<<). Na dodatek to kolejna ładna buzia, więc załapała się też do teledysku.
Z ciekawostek, warto wspomnieć, że Jiwon to kolejna "pechowa dziewczyna". Najpierw miała debiutować w grupie Five Girls z Uee (After School), Hyosung (liderka Secret), Yubin (Wonder Girls) i G.NA (solistka). Na jej nieszczęście, wytwórnia stojąca za projektem okazała się całkiem niepoważna i splajtowała jeszcze przed debiutem. Potem Jiwon była w oryginalnym składzie T-ara, ale odpadła tuż przed debiutem, oficjalnie ze względu na muzyczne niedopasowanie - szkoda, bo moim zdaniem jednak by pasowała.
Napisałem już chyba wszystko, co miałem do napisania, bo nie ma większego sensu rozwodzić się na temat wizerunku grupy. Dziewczyny zdążyły go już kilka razy zmienić i wcale nie zdziwiłbym się gdyby przy okazji kolejnego powrotu zaliczyły jeszcze inną stylizację. To chyba najsłabszy punkt tej grupy - poza wyrazistymi wokalami, brak tu jakiegoś znaku rozpoznawczego, a jak napisałem we wstępie - nie tylko o wokale w popie chodzi. Cóż, pozostaje trzymać kciuki za dziewczyny, żeby osiągnęły sukces na miarę swoich talentów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 listopada 2013
wtorek, 28 maja 2013
CL - The Baddest Female vs G-Dragon - One of a Kind
Prosto z mostu - nawet jeśli solowy debiut CL okaże się komercyjnym sukcesem, a pewnie tak właśnie będzie, to pod każdym innym względem jej pierwsze samodzielne nagranie jest totalną klapą. Wyjaśnienia poniżej.
Zacznijmy od tego, że CL swój pierwszy pojedynek przegrała jeszcze przed startem. Chodzi o tytuł piosenki. Oryginalnie brzmiał on "Bad Girl", czy też "Bad Girls" - nie ma to większego znaczenia. To już samo w sobie jest czymś w rodzaju strzału w stopę, bo tytułów na podobne kopyto w koreańskim światku było już zatrzęsienie, więc debiut z piosenką zatytułowaną tak jak dziesięć innych przed nią nie był najlepszym pomysłem.
Ale to oczywiście nie koniec, bo raptem tydzień temu okazało się, że nowy album mega-gwiazdy Lee Hyori będzie promowała piosenka o tytule - a jakże - "Bad Girls" (swoją drogą zrobicie znacznie lepiej zapoznając się z tą piosenką >>TUTAJ<< jak i z całym nowym albumem Lee Hyori >>TUTAJ<<, zamiast trwonić czas na dzisiejszą piosenkę). W odpowiedzi YG Entertainment zmieniło tytuł na "The Baddest Female". Oczywiście wytwórnia zaprzecza jakoby zmiana miała cokolwiek wspólnego z piosenką Lee Hyori. Tia...
Uprzedzając fakty - w piosence ani razu nie pada żaden wariant sformułowania "the baddest female", za to od "bad girls" aż się roi. Najśmieszniejsze w tym wszystkim wydaje mi się to, że ten nieco pokraczny tytuł może nawet by się sprzedał gdyby wytwórnia od początku jego się trzymała. Zmieniając tytuł z pospolitego na niedorzecznie przekombinowany pokazała tylko obawę przed konkurencją.
Ale okej, tytuł tytułem, w zasadzie sprawa marginalna, nawet jeżeli mówimy o pojedynku o tytuł najbardziej nikczemnej damy koreańskiego show-biznesu. Na samą piosenkę czekałem nawet z pewną niecierpliwością. CL to charyzmatyczna liderka barwnej i niezwykle popularnej formacji 2NE1, na której powrót fani czekają już bodaj rok. Ponadto wokalistka uchodzi za ikonę stylu, pod tym względem zaczyna być dostrzegana już poza Azją. Jej solowy debiut musiał być wydarzeniem choćby od strony wizualnej.
Musiał, a jednak nie jest...
Ja rozumiem, że sprawdzone pomysły, że powtarzalność pewnych koncepcji, że ostrożność przy debiucie, ale do diabła, jak już YG Entertainment koniecznie musiało klonować zeszłoroczny pomysł na G-Dragona i jego "One of a Kind", to mogło się chociaż postarać, by był to klon udany, a nie potwór na miarę stworów ze słojów z formaliną. Teoretycznie jest tu wszystko, co było w klipie kolegi z tej samej stajni. Tylko nic nie działa. Zresztą sami porównajcie.
Nie mówię, że klip i piosenka G-Dragona to dla mnie jakiś wyznacznik dobrego teledysku i dobrej piosenki. Kompletnie nie mój styl. Ale nie mogę temu odmówić ani pomysłu, ani świeżości, ani spójności, ani pewnej swobody wykonania. Nawet jeżeli klip się komuś nie podoba, a płytę z piosenką najchętniej rytualnie spaliłby na swoim mrocznym ołtarzu, to i tak musi przyznać, że w swojej kategorii teledysk jest atrakcyjny, a piosenka chwytliwa. No i widzę w tym wszystkim nieco dystansu, zabawy samym sobą.
Debiut CL to twarda poza, mało pomysłów i fatalna piosenka, którą ostatkami sił próbuje ratować finał - ale po ponad trzech minutach słuchania odgłosu szkrzypiących drzwi w publicznym szalecie - to trochę mało. W dodatku sama CL nie daje piosence absolutnie nic, jej miejsce mógłby zająć ktoś zupełnie inny i nikt by pewnie nie zauważył. Zero charyzmy, zero swobody - czysta, sztywna reżyserka. Nawet stroje jakieś takie nudne - okej czapka z prześwitami w daszku jest fajna, reszta tego kompletu też daje radę, efektownie wygląda też cała scena z flagą. Ale reszta? Trudna do zapamiętania papka - pamiętam, że gdzieś przemykają jakieś boomboxy, jest trochę piasku, ale to wszystko, co mogę powiedzieć, a zdążyłem zgwałcić własne oczy tym teledyskiem już z 10 razy.
U G-Dragona są obrazy, które wryły mi się w pamięć już po pierwszym obejrzeniu. Mały tygrysek, mały niedźwiadek, małe murzyniątka... Wiem, brzmi to strasznie rasistowsko, ale zrobiłem to celowo, bo mam takie podłe wrażenie, że taki właśnie tok rozumowania towarzyszył twórcom klipu. W każdym razie klip G-Dragona jest wypchany po brzegi charakterystycznymi scenami - rozbijanie gablot piłką do tenisa, obiad za długim stołem, efektowny taniec i tancerki. Właśnie, w teledysku CL nawet choreografia nie potrafi stanąć na wysokośći zadania i pachnie tanią imitacją.
A żeby wbić gwóźdź do trumny dodam jeszcze, że nawet słowa są lepsze w utworze G-Dragona. Oba kawałki to bezwstydne peany na własną cześć, ale G-Dragon w swoich słowach jest chociaż konkretny i zróżnicowany, no i ma autentyczną karierę na poparcie własnych słów - nie licząc PSY'a, to on jest najpopularniejszym i najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem K-pop'u za granicą. Angielskie tłumaczenie słów jego piosenki >>TUTAJ<<. Dla porównania >>TUTAJ<< tekst CL. Groźby bez pokrycia i puste, aroganckie przechwałki pozbawione cienia polotu. Nie chodzi nawet o to, że są to źle dobrane słowa - to są słowa, które rzucić na wiatr może każdy i zawsze zostaną przyjęte z uśmieszkiem politowania.
G-Dragon ze swoim aroganckim przebojem potrafił sporo osób rozdrażnić, sporo zjednać, a jeszcze innych rozbawić. Sprowokował ludzi do dyskusji na swój temat, sprowokował także do żartów i parodii. Klip i piosenka CL są tak nudne i bezpłciowe, że jedyna nadzieja wokalistki na załapanie trochę "spotlightu" leży w wyposzczonych fanach jej formacji, którzy w tym momencie kupią pewnie wszystko, nawet jeżeli piosenka brzmi jak pijany wujek na weselu, nieświadomie uprawiający beatbox pod stołem.
BONUS
Brown Eyed Girls - "One of Gain"
Zacznijmy od tego, że CL swój pierwszy pojedynek przegrała jeszcze przed startem. Chodzi o tytuł piosenki. Oryginalnie brzmiał on "Bad Girl", czy też "Bad Girls" - nie ma to większego znaczenia. To już samo w sobie jest czymś w rodzaju strzału w stopę, bo tytułów na podobne kopyto w koreańskim światku było już zatrzęsienie, więc debiut z piosenką zatytułowaną tak jak dziesięć innych przed nią nie był najlepszym pomysłem.
Ale to oczywiście nie koniec, bo raptem tydzień temu okazało się, że nowy album mega-gwiazdy Lee Hyori będzie promowała piosenka o tytule - a jakże - "Bad Girls" (swoją drogą zrobicie znacznie lepiej zapoznając się z tą piosenką >>TUTAJ<< jak i z całym nowym albumem Lee Hyori >>TUTAJ<<, zamiast trwonić czas na dzisiejszą piosenkę). W odpowiedzi YG Entertainment zmieniło tytuł na "The Baddest Female". Oczywiście wytwórnia zaprzecza jakoby zmiana miała cokolwiek wspólnego z piosenką Lee Hyori. Tia...
Uprzedzając fakty - w piosence ani razu nie pada żaden wariant sformułowania "the baddest female", za to od "bad girls" aż się roi. Najśmieszniejsze w tym wszystkim wydaje mi się to, że ten nieco pokraczny tytuł może nawet by się sprzedał gdyby wytwórnia od początku jego się trzymała. Zmieniając tytuł z pospolitego na niedorzecznie przekombinowany pokazała tylko obawę przed konkurencją.
Ale okej, tytuł tytułem, w zasadzie sprawa marginalna, nawet jeżeli mówimy o pojedynku o tytuł najbardziej nikczemnej damy koreańskiego show-biznesu. Na samą piosenkę czekałem nawet z pewną niecierpliwością. CL to charyzmatyczna liderka barwnej i niezwykle popularnej formacji 2NE1, na której powrót fani czekają już bodaj rok. Ponadto wokalistka uchodzi za ikonę stylu, pod tym względem zaczyna być dostrzegana już poza Azją. Jej solowy debiut musiał być wydarzeniem choćby od strony wizualnej.
Musiał, a jednak nie jest...
Ja rozumiem, że sprawdzone pomysły, że powtarzalność pewnych koncepcji, że ostrożność przy debiucie, ale do diabła, jak już YG Entertainment koniecznie musiało klonować zeszłoroczny pomysł na G-Dragona i jego "One of a Kind", to mogło się chociaż postarać, by był to klon udany, a nie potwór na miarę stworów ze słojów z formaliną. Teoretycznie jest tu wszystko, co było w klipie kolegi z tej samej stajni. Tylko nic nie działa. Zresztą sami porównajcie.
Nie mówię, że klip i piosenka G-Dragona to dla mnie jakiś wyznacznik dobrego teledysku i dobrej piosenki. Kompletnie nie mój styl. Ale nie mogę temu odmówić ani pomysłu, ani świeżości, ani spójności, ani pewnej swobody wykonania. Nawet jeżeli klip się komuś nie podoba, a płytę z piosenką najchętniej rytualnie spaliłby na swoim mrocznym ołtarzu, to i tak musi przyznać, że w swojej kategorii teledysk jest atrakcyjny, a piosenka chwytliwa. No i widzę w tym wszystkim nieco dystansu, zabawy samym sobą.
Debiut CL to twarda poza, mało pomysłów i fatalna piosenka, którą ostatkami sił próbuje ratować finał - ale po ponad trzech minutach słuchania odgłosu szkrzypiących drzwi w publicznym szalecie - to trochę mało. W dodatku sama CL nie daje piosence absolutnie nic, jej miejsce mógłby zająć ktoś zupełnie inny i nikt by pewnie nie zauważył. Zero charyzmy, zero swobody - czysta, sztywna reżyserka. Nawet stroje jakieś takie nudne - okej czapka z prześwitami w daszku jest fajna, reszta tego kompletu też daje radę, efektownie wygląda też cała scena z flagą. Ale reszta? Trudna do zapamiętania papka - pamiętam, że gdzieś przemykają jakieś boomboxy, jest trochę piasku, ale to wszystko, co mogę powiedzieć, a zdążyłem zgwałcić własne oczy tym teledyskiem już z 10 razy.
U G-Dragona są obrazy, które wryły mi się w pamięć już po pierwszym obejrzeniu. Mały tygrysek, mały niedźwiadek, małe murzyniątka... Wiem, brzmi to strasznie rasistowsko, ale zrobiłem to celowo, bo mam takie podłe wrażenie, że taki właśnie tok rozumowania towarzyszył twórcom klipu. W każdym razie klip G-Dragona jest wypchany po brzegi charakterystycznymi scenami - rozbijanie gablot piłką do tenisa, obiad za długim stołem, efektowny taniec i tancerki. Właśnie, w teledysku CL nawet choreografia nie potrafi stanąć na wysokośći zadania i pachnie tanią imitacją.
A żeby wbić gwóźdź do trumny dodam jeszcze, że nawet słowa są lepsze w utworze G-Dragona. Oba kawałki to bezwstydne peany na własną cześć, ale G-Dragon w swoich słowach jest chociaż konkretny i zróżnicowany, no i ma autentyczną karierę na poparcie własnych słów - nie licząc PSY'a, to on jest najpopularniejszym i najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem K-pop'u za granicą. Angielskie tłumaczenie słów jego piosenki >>TUTAJ<<. Dla porównania >>TUTAJ<< tekst CL. Groźby bez pokrycia i puste, aroganckie przechwałki pozbawione cienia polotu. Nie chodzi nawet o to, że są to źle dobrane słowa - to są słowa, które rzucić na wiatr może każdy i zawsze zostaną przyjęte z uśmieszkiem politowania.
G-Dragon ze swoim aroganckim przebojem potrafił sporo osób rozdrażnić, sporo zjednać, a jeszcze innych rozbawić. Sprowokował ludzi do dyskusji na swój temat, sprowokował także do żartów i parodii. Klip i piosenka CL są tak nudne i bezpłciowe, że jedyna nadzieja wokalistki na załapanie trochę "spotlightu" leży w wyposzczonych fanach jej formacji, którzy w tym momencie kupią pewnie wszystko, nawet jeżeli piosenka brzmi jak pijany wujek na weselu, nieświadomie uprawiający beatbox pod stołem.
BONUS
Brown Eyed Girls - "One of Gain"
sobota, 18 maja 2013
Hello Venus - Venus
Ponieważ k-popowa branża bierze głębszy oddech przed kolejną falą nowości, dzisiaj znowu trochę "staroci". Niedawno pisałem o powrocie Hello Venus z piosenką "Would You Like Some Tea" (>>TUTAJ<<). Ponieważ dziewczyny szarpnęły się na dosyć ciekawy pomysł przearanżowania Kanonu Pachelbela, trochę brakło mi wtedy miejsca na przedstawienie formacji, o której wcześniej jeszcze nie pisałem.
A dziewczyny stanowczo zasługują na kilka zdań z mojej strony. Jednym powodem mojego zainteresowania jest całkiem ciekawy pomysł na zespół - tak od strony wizerunkowej, jak i muzycznej. Drugim jest bliski związek między Hello Venus i After School, który nie sprowadza się tylko do występów pod szyldem jednej wytwórni.
Hello Venus z piosenką "Venus" zadebiutowało na początku maja 2012 i do tej pory ma na koncie 3 mini-albumy. Żadna z ich dotychczasowych piosenek nie odniosła jeszcze znaczącego sukcesu, a jednak formacja już cieszy się sporą popularnością i zgarnęła kilka nagród dla najlepszej debiutującej formacji żeńskiej w zeszłym roku.
Grupa przedstawia ciekawą wariację na temat aegyo. Na tyle ciekawą, że ja - osoba nie przepadająca za tym stylem - nie ma problemów z jej strawieniem. Sztampowe aegyo to dziewczyny, które nie tyle udają dziewczynki, co udają dziewczynki upośledzone umysłowo, względnie poddane lobotomii. Aegyo to zazwyczaj tona różu i głupich min - z założenia ma być słodko i niewinnie, ale, szczerze powiedziawszy, przeważnie jest zwyczajnie głupkowato i dziwnie.
A jednak od czasu do czasu komuś udaje się sprzedać ten wizerunek nie doprowadzając mnie do zgrzytania zębami. Jedną z takich formacji jest HelloVenus. Powód? Grupa tak do końca nie wpasowuje się w ten nurt. Nie przesadza z ilością i głupkowatością min, ubrana jest dosyć ciekawie - nawet jeśli zachowuje typową dla aegyo szatę kolorystyczną, to są to ciuchy zróżnicowane i pomysłowe. No i jest w tym trochę zęba.
Ząb pojawia się też w brzmieniu grupy, które jest nieco bardziej energetyczne od standardowego aegyo, ale przede wszystkim jest w nim sporo muzycznej pomysłowości i różnorodności. Melodie są może i proste, ale przez to chwytliwe, a przy tym ciekawie zaaranżowane i zróżnicowane brzmieniowo. Nie brakuje w nich intrygujących dźwięków, które po prostu pieszczą uszy. To nie jest standardowy elektroniczny jazgot ani obłe do bólu melodyjki. Hello Venus ma po prostu ciekawe, przystępne piosenki - może nie wybitne muzycznie, ale przyjemne dla ucha.
Przyznam nawet, że do czasu trzeciego wydawnictwa grupy stawiałem nawet znak zapytania - czy to aby na pewno jest formacja skoncentrowana wokół nurtu aegyo. Tak, dwa pierwsze title-tracki były dość silnie osadzone w tej stylizacji, ale jednak muzycznych inspiracji szukały gdzie indziej i choć koniec końców odbierało się je jako przejaw aegyo, to do gatunkowej sztampy było im bardzo daleko. W dodatku wystarczy zajrzeć na debiutancki mini-album grupy, który wita słuchacza piosenką "Hello" (po której następuje powyższe "Venus", a jakże). "Hello" brzmi tak...
To brzmi raczej jak piosenka dla After School. I tu wracamy do wstępu. Hello Venus powstało przy współpracy Pledis Entertainment (wytwórni stojącej za After School) i Fantagio Entertainment. Dziewczyn obecnie jest szóstka, pierwotnie mówiło się o siódemce, ale promocje zaczynały w piątkę z powodu niedyspozycji Yoonjo.
Trójka z tego składu - Ara, Lime i Yoonjo - to wychowanki Pledis. Lime i Yoonjo gościły na pierwszym albumie starszych koleżanek z After School zatytułowanym "Virgin". Arę możecie kojarzyć z edycji 2011 projektu Happy Pledis (>>TUTAJ<<), gdzie występowała razem z After School. Ale to nie koniec powiązań między obiema formacjami. Otóż Ara była o krok od występów w AS. Na ostatnim etapie castingu przegrała pojedynek z E-Young, która ostatecznie dołączyła do już istniejącej grupy.
Co więcej, cała trójka była zaliczana w poczet tzw. "Pre-School Girls" czyli bezpośredniego zaplecza After School - talentów szkolonych z myślą o późniejszym wprowadzeniu do grupy. Tym bardziej strasznie boli mnie decyzja o przesunięciu utalentowanej Lime do Hello Venus, bo After School tracąc Bekah i Kahi nie ma żadnej charyzmatycznej raperki w składzie - a przecież z początku dobrze sprzedawany rap był jednym ze znaków rozpoznawczych AS. No ale cóż, co AS straciło, Hello Venus zyskało.
A dziewczyny stanowczo zasługują na kilka zdań z mojej strony. Jednym powodem mojego zainteresowania jest całkiem ciekawy pomysł na zespół - tak od strony wizerunkowej, jak i muzycznej. Drugim jest bliski związek między Hello Venus i After School, który nie sprowadza się tylko do występów pod szyldem jednej wytwórni.
Hello Venus z piosenką "Venus" zadebiutowało na początku maja 2012 i do tej pory ma na koncie 3 mini-albumy. Żadna z ich dotychczasowych piosenek nie odniosła jeszcze znaczącego sukcesu, a jednak formacja już cieszy się sporą popularnością i zgarnęła kilka nagród dla najlepszej debiutującej formacji żeńskiej w zeszłym roku.
Grupa przedstawia ciekawą wariację na temat aegyo. Na tyle ciekawą, że ja - osoba nie przepadająca za tym stylem - nie ma problemów z jej strawieniem. Sztampowe aegyo to dziewczyny, które nie tyle udają dziewczynki, co udają dziewczynki upośledzone umysłowo, względnie poddane lobotomii. Aegyo to zazwyczaj tona różu i głupich min - z założenia ma być słodko i niewinnie, ale, szczerze powiedziawszy, przeważnie jest zwyczajnie głupkowato i dziwnie.
A jednak od czasu do czasu komuś udaje się sprzedać ten wizerunek nie doprowadzając mnie do zgrzytania zębami. Jedną z takich formacji jest HelloVenus. Powód? Grupa tak do końca nie wpasowuje się w ten nurt. Nie przesadza z ilością i głupkowatością min, ubrana jest dosyć ciekawie - nawet jeśli zachowuje typową dla aegyo szatę kolorystyczną, to są to ciuchy zróżnicowane i pomysłowe. No i jest w tym trochę zęba.
Ząb pojawia się też w brzmieniu grupy, które jest nieco bardziej energetyczne od standardowego aegyo, ale przede wszystkim jest w nim sporo muzycznej pomysłowości i różnorodności. Melodie są może i proste, ale przez to chwytliwe, a przy tym ciekawie zaaranżowane i zróżnicowane brzmieniowo. Nie brakuje w nich intrygujących dźwięków, które po prostu pieszczą uszy. To nie jest standardowy elektroniczny jazgot ani obłe do bólu melodyjki. Hello Venus ma po prostu ciekawe, przystępne piosenki - może nie wybitne muzycznie, ale przyjemne dla ucha.
Przyznam nawet, że do czasu trzeciego wydawnictwa grupy stawiałem nawet znak zapytania - czy to aby na pewno jest formacja skoncentrowana wokół nurtu aegyo. Tak, dwa pierwsze title-tracki były dość silnie osadzone w tej stylizacji, ale jednak muzycznych inspiracji szukały gdzie indziej i choć koniec końców odbierało się je jako przejaw aegyo, to do gatunkowej sztampy było im bardzo daleko. W dodatku wystarczy zajrzeć na debiutancki mini-album grupy, który wita słuchacza piosenką "Hello" (po której następuje powyższe "Venus", a jakże). "Hello" brzmi tak...
To brzmi raczej jak piosenka dla After School. I tu wracamy do wstępu. Hello Venus powstało przy współpracy Pledis Entertainment (wytwórni stojącej za After School) i Fantagio Entertainment. Dziewczyn obecnie jest szóstka, pierwotnie mówiło się o siódemce, ale promocje zaczynały w piątkę z powodu niedyspozycji Yoonjo.
Trójka z tego składu - Ara, Lime i Yoonjo - to wychowanki Pledis. Lime i Yoonjo gościły na pierwszym albumie starszych koleżanek z After School zatytułowanym "Virgin". Arę możecie kojarzyć z edycji 2011 projektu Happy Pledis (>>TUTAJ<<), gdzie występowała razem z After School. Ale to nie koniec powiązań między obiema formacjami. Otóż Ara była o krok od występów w AS. Na ostatnim etapie castingu przegrała pojedynek z E-Young, która ostatecznie dołączyła do już istniejącej grupy.
Co więcej, cała trójka była zaliczana w poczet tzw. "Pre-School Girls" czyli bezpośredniego zaplecza After School - talentów szkolonych z myślą o późniejszym wprowadzeniu do grupy. Tym bardziej strasznie boli mnie decyzja o przesunięciu utalentowanej Lime do Hello Venus, bo After School tracąc Bekah i Kahi nie ma żadnej charyzmatycznej raperki w składzie - a przecież z początku dobrze sprzedawany rap był jednym ze znaków rozpoznawczych AS. No ale cóż, co AS straciło, Hello Venus zyskało.
czwartek, 18 kwietnia 2013
Immortal Song: Kim Tae Woo - 아름다운 강산
Chwilowo w Korei cisza przed burzą, kilka dużych grup szykuje powroty, jeśli nie w najbliższych tygodniach, to najbliższych dwóch miesiącach. Secret i 4Minute mają już wyznaczone daty, podobnie jak nowa podgrupa formacji T-ara - N4. Bliżej niż dalej powrotu są dziewczyny z After School. Oprócz After School, Pledis Entertainment planuje także powrót Hello
Venus, a przecież wciąż wyczekiwany jest też solowy comeback Kahi, byłej
liderki After School. Na koniec maja przesunięto powrót innej solistki - Lee Hyori. Mówi się także, że nowe nagrania od Sistar, Brown Eyed Girls i 2NE1 zbliżają się wielkimi krokami. A to tylko żeńska część sceny.
Dlatego dzisiaj dla odmiany śpiewający facet i to śpiewający nie byle co, nie byle jak. W sylwetkę Kima Tae Woona nie będę się zagłębiał. Głos, o czym przekonacie się za chwilę, ma niezły, ale jego tegoroczny powrót, w okolicach walentynek, pominąłem nieprzypadkowo, bo piosenka miała sporo słabych elementów i brzydki teledysk, przypominający w najgorszy sposób klip do "Take Me Away" grupy Blue Oyster Cult (wiem, wiem - nad "o" jest umlaut, tylko nie chce mi się szukać). Jeżeli nie wiecie o czym piszę, to nie czujcie się z tym źle, to amerykańskie dinozaury rocka/metalu, które jednak nigdy nie przebiły się do masowej świadomości poza USA.
Wokalistę zostawiam jednak w spokoju, za to muszę napisać kilka słów o programie, w ramach którego odbył się ten występ. Program ten to "Immortal Song", o którym już kilkakrotnie wspominałem na tym blogu (np. >>TUTAJ<<). "Immortal Song" to audycja o dosyć zawiłej historii emisji, ale prostej idei. Najbardziej utalentowani, profesjonalni wykonawcy występują na żywo przed publicznością z nowymi aranżacjami doskonale znanych piosenek innych artystów. Przeważnie motywem przewodnim programu jest repertuar znanego artysty innej genracji, ale zdarzają się też programy ze świeższymi piosenkami połączonymi jakimś innym motywem okolicznościowym.
Ten konkretny występ pochodzi z dwuczęściowego (odcinki 71 i 72) specjalnego programu "King of Kings", który jest swojego rodzaju finałem audycji, w którym spotykają się zwycięzcy poprzednich odcinków (choć chodzi tu głównie o muzykę i zabawę, publiczność w studiu w trakcie każdego nagrania wyłania zwycięzcę danej audycji). Ten konkretny program poświęcony był twórczości Shin Joong Hyuna - tekściarza, kompozytora, gitarzysty i wokalisty, nazywanego ojcem chrzestnym koreańskiego rocka (wiem, powtarzam się, pisałem już to wszystko przy okazji >>TEGO<< tekstu).
Co do samej piosenki czuję, że musze wyjaśnić jeszcze dwie kwestie. Pierwszą jest tytuł. Powyżej widzicie zapewne jakieś hangulowe krzaczki lub ich systemowy substytut jeżeli przeglądarka nie obsługuje tego typu znaków. Piosenka nie ma oficjalnego angielskiego tytułu, w internecie trudno także o jednoznaczne tłumaczenie. potkałem się z wersjami "Beautiful Rivers and Mountains" i "Beautiful Land", więc łatwo domyślić się, że chodzi o jakieś piękne krajobrazy, choć google translate proponuje "mocne kwasy" zamiast krajobrazów.
Druga kwestia to mój apel. Dajcie tej piosence szansę i przesłuchajcie wykonania do końca, nawet jeżeli brzmienie na początku nie będzie Wam odpowiadało. Ta konkretna aranzacja ma dużo muzycznej dynamiki... Co dokładnie mam na myśli? Ta piosenka nie brzmi od początku do końca tak samo.
Albo ujmując jeszcze inaczej, na scenie po prostu dzieje się. To, co warto docenić, to że dzieje się przede wszystkim pod względem uzycznym. Oczywiście jest "show", bo przecież o to chodzi w telewizji, ale muzyka w tym wszystkim nie jest na drugim planie. Sam pomysł na taką aranżację już zasługuje na oklaski, ale także wykonanie brzmi świetnie. Szczególnie pod koniec piosenki kilka współbrzmień obydwu wykonawców powala na kolana (niestety nie wiem kim jest śpiewak towarzyszący Kimowi), ale także wcześniejsze partie solo Kima są warte uwagi - pełne mocy, ale i subtelności i aż gęste od jego barwy głosu.
Jednak ja przede wszystkim zwracam tu uwagę na rewelacyjną aranżację. Jednym jej aspektem jest dodanie pewnej dramaturgii do występu poprzez łagodne otwarcie, które wraz z kolejnymi wprowadzanymi elementami zyskuje na intensywności. Tuż przed finałem mamy nawet dorzuconą rytmiczną wstawkę ("bam-bam"), której nie ma w oryginale a i sam finał brzmi naraz spektakularnie, ale jest też świetnym wentylem dla całej tej energii zbieranej w trakcie utworu. Na koniec wykonania słuchacz nie ma wrażenie, że piosenka nagle się urwała, że coś go omnięło, czy czegoś zabrakło.
Jednak drugi, ważniejszy aspekt tej aranżacji to jej odległość od oryginału. Ta piosenka powstała jako długa, choć o nieco żywszym tempie, rockowa ballada, w dodatku utrzymana w nietypowej dziś estetyce psychodelicznego rocka (The Doors "Riders on the Storm", Iron Butterfly "In A Gadda Da Vida") na której brzmienie składają się charakterystyczne klwisze i oczywiście gitary, a sekcja instrumentalna zabiera lwią część z ponad 10 minut oryginalnego nagrania. Ta aranżacja jest zdecydowanie bardziej intensywna, nie tylko poprzez pewne zbicie treści, ale także poprzez zastosowanie silniejszego brzmienia, nie tylko w temacie wokalu.
Co ciekawe efekt ten uzyskano koncentrując się wokół instrumentów smyczkowych, co w pierwszej chwili wydaje się nieintuicyjne. Instrumenty smyczkowe w pierwszej kolejności kojarzą się z pewną subtelnością, a nie mocą. Jednak to właśnie tu tkwi sedno sukcesu tej aranżacji. Oryginalna kompozycja jest bardzo subtelna jak na swój gatunek i zastosowane w niej instrumenty. Wykonanie jej z większą mocą na tych samych instrumentach odarłoby ją z tej delikatności. Jedyną drogą do wpompowania większej ilości energii do tego utworu, bez niszczenia jego naturalnego charakteru, było dobranie instrumentów, które brzmią subtelnie, a potem zaaranżowanie ich w taki sposób by maksymalnie wydobyć z nich moc.
Dobra, późno się zrobiło, tekst miał być krótki, a się spasł bardziej niż ja przez zimę - trzeba kończyć. Zauważę jeszcze tylko, że jest to jeden z lepszych występów z tych dwóch odcinków programu, jednak w moim odczuciu nie jest on najlepszym spośród nich. Prędzej czy później spodziewajcie się kolejnych tekstów na ten temat. A na zakończenie zostawiam oryginalną wersję dzisiejszej piosenki. Przyznam, że wokale nie każdemu muszą podejść, ale od strony instrumentalnej i kompozycyjnej to kawał dobrego słuchania.
Dlatego dzisiaj dla odmiany śpiewający facet i to śpiewający nie byle co, nie byle jak. W sylwetkę Kima Tae Woona nie będę się zagłębiał. Głos, o czym przekonacie się za chwilę, ma niezły, ale jego tegoroczny powrót, w okolicach walentynek, pominąłem nieprzypadkowo, bo piosenka miała sporo słabych elementów i brzydki teledysk, przypominający w najgorszy sposób klip do "Take Me Away" grupy Blue Oyster Cult (wiem, wiem - nad "o" jest umlaut, tylko nie chce mi się szukać). Jeżeli nie wiecie o czym piszę, to nie czujcie się z tym źle, to amerykańskie dinozaury rocka/metalu, które jednak nigdy nie przebiły się do masowej świadomości poza USA.
Wokalistę zostawiam jednak w spokoju, za to muszę napisać kilka słów o programie, w ramach którego odbył się ten występ. Program ten to "Immortal Song", o którym już kilkakrotnie wspominałem na tym blogu (np. >>TUTAJ<<). "Immortal Song" to audycja o dosyć zawiłej historii emisji, ale prostej idei. Najbardziej utalentowani, profesjonalni wykonawcy występują na żywo przed publicznością z nowymi aranżacjami doskonale znanych piosenek innych artystów. Przeważnie motywem przewodnim programu jest repertuar znanego artysty innej genracji, ale zdarzają się też programy ze świeższymi piosenkami połączonymi jakimś innym motywem okolicznościowym.
Ten konkretny występ pochodzi z dwuczęściowego (odcinki 71 i 72) specjalnego programu "King of Kings", który jest swojego rodzaju finałem audycji, w którym spotykają się zwycięzcy poprzednich odcinków (choć chodzi tu głównie o muzykę i zabawę, publiczność w studiu w trakcie każdego nagrania wyłania zwycięzcę danej audycji). Ten konkretny program poświęcony był twórczości Shin Joong Hyuna - tekściarza, kompozytora, gitarzysty i wokalisty, nazywanego ojcem chrzestnym koreańskiego rocka (wiem, powtarzam się, pisałem już to wszystko przy okazji >>TEGO<< tekstu).
Co do samej piosenki czuję, że musze wyjaśnić jeszcze dwie kwestie. Pierwszą jest tytuł. Powyżej widzicie zapewne jakieś hangulowe krzaczki lub ich systemowy substytut jeżeli przeglądarka nie obsługuje tego typu znaków. Piosenka nie ma oficjalnego angielskiego tytułu, w internecie trudno także o jednoznaczne tłumaczenie. potkałem się z wersjami "Beautiful Rivers and Mountains" i "Beautiful Land", więc łatwo domyślić się, że chodzi o jakieś piękne krajobrazy, choć google translate proponuje "mocne kwasy" zamiast krajobrazów.
Druga kwestia to mój apel. Dajcie tej piosence szansę i przesłuchajcie wykonania do końca, nawet jeżeli brzmienie na początku nie będzie Wam odpowiadało. Ta konkretna aranzacja ma dużo muzycznej dynamiki... Co dokładnie mam na myśli? Ta piosenka nie brzmi od początku do końca tak samo.
Albo ujmując jeszcze inaczej, na scenie po prostu dzieje się. To, co warto docenić, to że dzieje się przede wszystkim pod względem uzycznym. Oczywiście jest "show", bo przecież o to chodzi w telewizji, ale muzyka w tym wszystkim nie jest na drugim planie. Sam pomysł na taką aranżację już zasługuje na oklaski, ale także wykonanie brzmi świetnie. Szczególnie pod koniec piosenki kilka współbrzmień obydwu wykonawców powala na kolana (niestety nie wiem kim jest śpiewak towarzyszący Kimowi), ale także wcześniejsze partie solo Kima są warte uwagi - pełne mocy, ale i subtelności i aż gęste od jego barwy głosu.
Jednak ja przede wszystkim zwracam tu uwagę na rewelacyjną aranżację. Jednym jej aspektem jest dodanie pewnej dramaturgii do występu poprzez łagodne otwarcie, które wraz z kolejnymi wprowadzanymi elementami zyskuje na intensywności. Tuż przed finałem mamy nawet dorzuconą rytmiczną wstawkę ("bam-bam"), której nie ma w oryginale a i sam finał brzmi naraz spektakularnie, ale jest też świetnym wentylem dla całej tej energii zbieranej w trakcie utworu. Na koniec wykonania słuchacz nie ma wrażenie, że piosenka nagle się urwała, że coś go omnięło, czy czegoś zabrakło.
Jednak drugi, ważniejszy aspekt tej aranżacji to jej odległość od oryginału. Ta piosenka powstała jako długa, choć o nieco żywszym tempie, rockowa ballada, w dodatku utrzymana w nietypowej dziś estetyce psychodelicznego rocka (The Doors "Riders on the Storm", Iron Butterfly "In A Gadda Da Vida") na której brzmienie składają się charakterystyczne klwisze i oczywiście gitary, a sekcja instrumentalna zabiera lwią część z ponad 10 minut oryginalnego nagrania. Ta aranżacja jest zdecydowanie bardziej intensywna, nie tylko poprzez pewne zbicie treści, ale także poprzez zastosowanie silniejszego brzmienia, nie tylko w temacie wokalu.
Co ciekawe efekt ten uzyskano koncentrując się wokół instrumentów smyczkowych, co w pierwszej chwili wydaje się nieintuicyjne. Instrumenty smyczkowe w pierwszej kolejności kojarzą się z pewną subtelnością, a nie mocą. Jednak to właśnie tu tkwi sedno sukcesu tej aranżacji. Oryginalna kompozycja jest bardzo subtelna jak na swój gatunek i zastosowane w niej instrumenty. Wykonanie jej z większą mocą na tych samych instrumentach odarłoby ją z tej delikatności. Jedyną drogą do wpompowania większej ilości energii do tego utworu, bez niszczenia jego naturalnego charakteru, było dobranie instrumentów, które brzmią subtelnie, a potem zaaranżowanie ich w taki sposób by maksymalnie wydobyć z nich moc.
Dobra, późno się zrobiło, tekst miał być krótki, a się spasł bardziej niż ja przez zimę - trzeba kończyć. Zauważę jeszcze tylko, że jest to jeden z lepszych występów z tych dwóch odcinków programu, jednak w moim odczuciu nie jest on najlepszym spośród nich. Prędzej czy później spodziewajcie się kolejnych tekstów na ten temat. A na zakończenie zostawiam oryginalną wersję dzisiejszej piosenki. Przyznam, że wokale nie każdemu muszą podejść, ale od strony instrumentalnej i kompozycyjnej to kawał dobrego słuchania.
sobota, 6 kwietnia 2013
Sistar19 - Ma Boy + Electroboyz - Ma Boy 2 (feat. Hyorin) & Ma Boy 3 (feat. Nana)
Jeżeli miałbym wskazać koreańską żeńską grupę, która w ostatnim czasie najbardziej zyskała na popularności, to byłby to kwartet Sistar. Dziewczyny aktualnie zaczyna wymieniać się na równi z dwiema superformacjami SM Entertainment - Girls' Generation i f(x) oraz zyskującym światową sławę 2NE1 z wytwórni YG Entertainment.
Sistar nie ma za swoimi plecami tak prężnego patrona, Starship Entertainment wciąż daleko do "wielkiej trójki" tego rynku, a jednak szczególnie w ostatnim czasie odnosi znaczące sukcesy. Po części składa się na to fakt, że od samego początku nad stroną muzyczną zespołu czuwa Brave Brothers - znany i ceniony producent muzyczny, który 5 lat temu rzucił pracę dla YG i założył własną, niezależną wytwórnię - Brave Entertainment.
Choć współpraca Sistar i Brave Brothers wchodzi już w czwarty rok funkcjonowania, grupa do wielkiej sławy urosła dopiero przed rokiem, za sprawą hitu "Alone" (>>TUTAJ<<). Co nie oznacza, że wcześniej formacja nie odnosiła komercyjnych sukcesów. Od samego początku Sistar stawiało na seksapil i muzykę przebojową, choć nie najwyższych lotów, co dosyć szybko przełożyło się na całkiem sporą rzeszę popleczników. Jednak i do tego potrzebny był punkt zwrotny.
W 2011 roku Starship entertainment zdecydowało się uruchomić podgrupę Sistar nazwaną Sistar19, złożoną z Hyorin i Bory. Za stroną muzyczną znów stanął Brave Brothers i Sistar w okrojonym składzie doczekało się pierwszego naprawdę dużego przeboju - "Ma Boy".
W moim odczuciu na sukces złożyły się dwa czynniki. Po pierwsze stylizacja w lepszym guście niż przy okazji poprzednich singli. Nie twierdzę, że tu jest rewelacyjnie - po prostu pod względem stylu Sistar z początku było beznadziejne, na tym tle błyszczałaby nawet HyunA z "Bubble Pop" czy "Ice Cream"(>>TUTAJ<<).
Po drugie więcej miejsca dla Hyorin. Dziewczyna świetnie śpiewa i świetnie się rusza, a ta piosenka nareszcie pozwoliła jej to chociaż częściowo zaprezentować. Tym bardziej, że Bora wokalnie dla Hyorin może robić tylko za tło, co zresztą sprawiło, że jeden z największych przebojów tego roku, czyli powrót Sistar19 z piosenką "Gone not around any longer" (>>TUTAJ<<), brzmi bardziej jak solowy występ Hyorin z gościnnym udziałem Bory, niż jak duet.
Nie wiem ile w sukcesie "Ma Boy" było przemyślanych decyzji, a ile przypadku, ale projekt wypalił. A może inaczej, piosenka stała się fenomenem. Bez wsparcia żadnej dużej wytwórni, nagrano piosenkę, która na YT ma ponad 25 milionów wyświetleń. Ale to nic w porównaniu z innym klipem, który wyznaczył nowe standardy w K-popie. Ta sama piosenka, te same dziewczyny, ale...
Teraz chyba rozumiecie, co miałem na myśli pisząc, że Hyorin świetnie się rusza. Co w tym klipie takiego niezwykłego, poza tym, że miło się na niego patrzy? Otóż zapoczątkował on modę na wrzucanie do internetu przez wytwórnie takich zakulisowych, treningowych występów. Oficjalny klip, który widzicie powyżej, zbliża się do 6 milionów odsłon. To więcej niż teledysk do wspomnianego wyżej tegorocznego hitu Sistar19, który tygodniami nie schodził z pierwszych miejsc list przebojów. Ale to i tak mało. Nieoficjalny mirror powyższego klipu na YT ma... blisko 39 mln wyświetleń.
Ale na tym historia "Ma Boy" się nie kończy. O ile Starship Entertainment aż do tego roku z grubsza zapomniało o tym, że stworzyło jakąś podgrupę, o tyle Brave Brothers nie zapomniał, że wylansował duży przebój. A jeżeli nawet zaopomniał, to rok później przypomniał sobie przy okazji promowania nowej formacji wywodzącej się z jego wytwórni. Electroboyz to coś pomiędzy hip-hopowym tercetem a boys-bandem. Jakim cudem taka formacja może nagrać kontynuację piosenki rozpisanej na dwie wokalistki? Proste, wystarczy do śpiewania refrenów zaprosić Hyorin.
Nie mój rodzaj brzmienia, ale powiedzmy, że jestem w stanie to strawić. Coś mi mówi, że głównie ze względu na nieznajomość języka. Co ciekawe, w klipie nie pojawia się Hyorin, ale jako że substytutki wizualnie wypadają nie najgorzej, to wklejam taką wersję. Uzupełnię jeszcze, że naturalnie piosenka odniosła spory sukces, szczególnie patrząc przez pryzmat grupy wywodzącej się z małej, autorskiej wytwórni.
Jednak dalej robi się dziwnie. W tym roku Electroboyz postanowiło powrócić i swój powrót lansować... Trzecią odsłoną piosenki "Ma Boy". Okej, to było jeszcze do przewidzenia. Więc kto towarzyszy im tym razem? Bora? Znowu Hyorin? Może ktoś inny z Sistar albo z Brave Girls (żeńska formacja pod opieką Brave Entertainment, Ye-jin z tej formacji zastępowała czasem Hyorin w wykonaniach "Ma Boy 2")? Może nikt? Nie...
Otóż towarzyszy im Nana. Osobiście nic nie mam do jej śpiewania. Choć skali głosu raczej wielkiej nie ma, to barwę ma dosyć ciekawą. Mimo to w Korei stanowczo nie uchodzi za jedną z czołowych wokalistek. Więcej, nawet w After School, które koncentruje się jednak bardziej na tańcu niż śpiewaniu, Nana nie uchodzi za pierwszą wokalistkę... Bez względu na to, czy dziewczyna jest niedoceniana pod względem wokalnym, czy też nie, to jednak ceniona jest za coś innego...
Tak, każdy powód, żeby wkleić ten klip, jest dobry :) Jakby ktoś się zastanawiał, Nana to blondynka. Dziewczyna otwierająca klip to Son Dam Bi, a dwie pozostałe to Raina i Lizzy, które wespół z Naną tworzą tercet Orange Caramel będący podgrupą ośmioosobowego After School. Wracając do meritum - Nana to modelka rozpoznawana także poza Koreą (przede wszystkim w Japonii). Co z tego wynika? Nana jest osobą zapracowaną i... nie pojawia się w teledysku do tej piosenki.
Tak - do współpracy zaangażowano wokalistkę, która w obiegowej opinii bardziej doceniana jest za urodę niż za głos, i nawet nie ma jej w wideoklipie. Powiem więcej, After School ma obecnie tak napięty grafik, że Uee zrezygnowała z posady prowadzącej w programie Music Bank tydzień wcześniej niż zakładano, nie mając nawet okazji pożegnać się z widzami. Co za tym idzie, wygląda na to, że także Nana nie będzie miała za dużo czasu na solowe występy z Electroboyz. Już teraz wyręczają ją inne wokalistki (więcej w bonusach), podczas gdy Nana do tej pory wzięła udział jedynie w debiutanckim występie w programie Mcountdown.
Paradoksalnie, to chyba dobrze, że Nana nie mieszała się do teledysku. Co tu dużo mówić, klip, szczególnie w połączeniu z piosenką, jest słaby, nudny i do bólu sztampowy (jeżeli koniecznie chcecie go obejrzeć, to zapraszam do bonusów). Zresztą piosenka też nie porywa i tak naprawdę refreny Nany jakoś to wszystko ratują. Podkład jest okej, głosy też nawet dają radę, ale sama treść bije ponadwerbalnym banałem. Jednak mnie zastanawia co innego. Nana i jej rola w powrocie After School.
Już przy okazji poprzedniego comebacku z utworem "Flashback" (>>TUTAJ<<) spekulowało się, że rola Nany wzrośnie i że wobec odejścia Kahi, Nana może nawet zostać liderką grupy. Ostatecznie nie doszło to do skutku, jednak Nana dostała solową piosenkę na mini-albumie. W dodatku jej popularność znacznie wzrosła za sprawą Orange Caramel, które obecnie jest chyba nawet bardziej popularne niż macierzysta formacja. Ponadto Nana zaistniała jako twarz obydwu zespołów w Japonii. Wybór padł na nią chociażby z tego względu, że ogarnia język.
Ale przede wszystkim zastanawia mnie, czy Nana nie popadła w łaski Brave Brothers? Producent uchodzi za jednego z bardziej krytycznych, wymagających, ale także takiego, który faworyzuje głosy, które uważa za utalentowane. Ewidentnie jego ulubienicą jest Hyorin, która jeżeli współpracują, z automatu dostaje najlepsze partie, a także ilościowo dostaje większy udział w piosence. Tak było nie tylko przy okazji dotychczasowych nagrań Sistar, ale także choćby przy okazji specjalnego nagrania formacji Dazzling Red (>>TUTAJ<<).
Tu właśnie rodzi się pytanie - czy wzmożona współpraca na linii Nana - Brave Brothers to przypadek czy jednak coś zaplanowanego? Warto nadmienić coś, o czym zapomniałem do tej pory wspomnieć. Nadchodzący, najprawdopodobniej w maju, comeback After School jest produkowany właśnie przez Brave Brothers i jego studio. Czy Nana do nagrania Electroboyz wpadła, bo była akurat pod ręką, czy też jednak Brave Brothers miał ją upatrzoną do tego projektu od dłuższego czasu?
Prawdopodobnie wszystko niedługo się wyjaśni, a ja zostawię poniżej jeszcze trochę bonusów wideo.
BONUS
Inny spot reklamowy marki MIXXO, tym razem Nana solo.
"Ma Boy" w Nowym Jorku wykonuje... całe Sistar, czyli jak Dasom i Soyu nagle zaczęły śpiewać głosem Hyorin ;)
Teledysk do "Ma Boy 3".
"Ma Boy 3" feat. Sojin of Girl's Day
"Ma Boy 3" feat. Yoojin of The SeeYa
sobota, 16 lutego 2013
KARA Solo Collection
"KARA Solo Collection" to dosyć ciekawe wydawnictwo, które ukazało się pod koniec zeszłego roku w Korei, a jeszcze wcześniej trafiło na półki sklepowe w Japonii jako "KARA Collection". Co szczególnego jest w tym kompakcie? Sam pomysł. KARA to pięcioosobowa żeńska formacja złożona z Jiyoung, Nicole, Gyuri, Seungyeon i Hary, jednak na tym albumie dziewczyny nie występują razem, zamiast tego prezentują swoje solowe piosenki. W dodatku są to utwory wyraźnie odbiegające od dotychczasowego wizerunku i repertuaru grupy.
Od razu zaznaczę, że dla mnie jest to raczej mieszany pakiet. Naprawdę spodobała mi się tylko jedna piosenka, pozostałe cztery to plusy i minusy rozprowadzone w różnych proporcjach. I choć chyba o żadnym utworze nie mogę powiedzieć, że jest naprawdę zły, to od samego początku miałem problem z tym, jak zabrać się za ten materiał. Napisać pięć osobnych tekstów? A może opisać tylko te piosenki, w których plusy przeważają? Ostatecznie stanęło na jednym zbiorczym tekście dla wszystkich utworów, który w dodatku powstaje ze sporym poślizgiem i po części z powodu braku lepszych aktualnych tematów.
Nicole feat. Jinwoon (2AM) - "Lost"
Zaczniemy od piosenki dobrej, ale nieporywającej. Aha, warto zauważyć, że wszystkie utwory doczekały się teledysków.
Wszystko w tej piosence jest na swoim miejscu. Zwrotki są spokojne, ale jest w nich dostatecznie dużo ekspresji, by nie były nudne. Refreny są wyraźnie wzmocnione i przyjemnie się bujają. Podkład jest bogaty w różnorodne dźwięki, ale nie zaburza to jego spójności czy melodii. Nawet słowa piosenki, które możecie znaleźć >>TUTAJ<< - choć proste, to nie trącą banałem.
Sęk wtym, że wszystko jest solidne, profesjonalnie zaplanowane i wykonane, a jednak nie ma w tym za grosz ducha. Duet jest przyjemny dla ucha, ale nie czuć żadnej chemii. Ekspresja jest wbudowana w projekt piosenki, ale nie czuć w niej prawdziwego ładunku emocjonalnego. Refren jest przyjemny dla ucha, ale nieszczególnie chwytliwy, a spośród wszystkich dźwięków użytych w podkładzie, w pamięć zapadł mi tylko ten, który nie przypadł mi do gustu - nieprzyjemnie banalna, elektroniczna wstawka po refrenach, która przypomina mi koszmary kreskówki "Inspektor Gadżet".
Teledysk również wpisuje się w tę solidną nijakość, będąc estetycznie bardzo przystępnym i nastrojowo dopasowanym do towarzyszących mu dźwięków, a jednak wizualnie mało interesującym, pozbawionym jakichkolwiek wyróżników i raczej skąpym w faktyczne walory. Fajnie, że wizualizacje wspomnień są tutaj naraz pastelowe i lekko wyblakłe - wychłodzone kolorystycznie, podczas gdy rzeczywistość jest znacznie ciemniejsza, ale i bogatsza w ciepłe źródła swiatła i wykontrastowana. Fajnie, że niektóre ujęcia są naprawdę ładnie skomponowane. Jednak trudno te nieliczne atuty wyciągać za uszy i wynosić ponad rangę dobrego warsztatu.
HARA - "Secret Love"
Uwaga - tu czai się aegyo. Jednocześnie jest to bodaj najsłabsze nagranie z piątki i jedyne, przy którym napiszę - możecie je sobie odpuścić, przynajmniej jeżeli macie alergię na aegyo.
Pomińmy na chwilę klip, bo tutaj muzycznie poszło coś nie tak. Melodia jest nawet fajna, kompozycja niezła, a i Hara nie śpiewa źle. A jednak jest niewiarygodnie miałko i nieporywająco. Albo nawet prościej - od strony dźwiękowej jest zwyczajnie cicho i nudno. Gdzieś tu może nawet był potencjał, ale ostatecznie piosence zabrakło energii i przez to bardzo trudno zwrócić na nią uwagę. Jak łatwo się domyślić, tekst tego utworu nie uratuje, choć jak na standardy aegyo i tak nie jest najgorszy, znajdziecie go >>TUTAJ<<.
Co do klipu... Aegyo ma różne oblicza, ale tu jest po prostu brzydko i w złym guście. Nawalone oczojebnych kolorów bez ładu i składu, z dominacją potwornego różu. Co z tego, że pomysł na poszczególne sceny nie jest najgorszy, że motyw z wielkim kartonowym pudłem autentycznie bawi? Co po tym wszystkim, kiedy klip odtrasza widza samymi kolorami? Piosenka jest żywiołowa jak flegmatyk na własnym pogrzebie, a klip tylko dodatkowo odwraca od niej uwagę. Jeszcze żeby zyskiwał na tym punkty dla całości, ale on je traci... Ech, dam już temu spokój.
Gyuri - "Daydream"
Przy tym utworze wielokrotnie zastanawiałem się, czy nie zrobić o nim osobnego tekstu, bo jest autentycznie dobry i godny polecenia.
Nie jest to może materiał na pierwsze miejsca list przebojów, ale muzycznie jest bardzo przyjemnie. Tango, wtłoczone w konwencję nieco bardziej popowego nagrania, z nastrojowymi, nieco przyczajonymi i pełnymi napięcia zwrotkami, które poprzez mosty z wyciągniętymi, nieco bardziej dramatycznymi dźwiękami, przechodzą w bardzo silne refreny o pełnym brzmieniu. Kompozycja jest ciekawa, wokal dobry. Jedyne - drobne - zastrzeżenia mam do pojedynczych dźwięków wygrywanych na instrumentach, które czasami brzmią nieco zbyt prosto, zbyt błacho.
Jednocześnie piosenka wespół ze swoim tekstem i teledyskiem serwuje pełen pakiet doznań, bo wszystkie elementy bardzo zgrabnie się przeplatają i tym samym potęgują budowany nastrój. Słowa piosenki są wyraźnie gorzkie i dostatecznie mocne, by brzmieć autentycznie. Bo trzeba przyznać, że tekst nie jest ani szczególnie pojemny, ani szczególnie skomplikowany, ale właśnie poprzez zdecydowane sformułowania, trącące nieco teatralnym patosem, powiązanie pomiędzy muzyką, treścią i obrazem jest tym silniejsze. Słowa przetłumaczone na angielski znajdziecie >>TUTAJ<<.
Wizualizacja zdecydowanie na plus. Niemała jest tu zasługa samej Gyuri, która wyraźnie uatrakcyjnia produkcję swoją urodą, ale i bez tego jest interesująco, a może - co ważniejsze - nastrojowo. Duża w tym rola kamery, która w wielu ujęciach zachowuje się jak skryty obserwator, ktoś podglądający te sceny z ukrycia. Do tego dochodzi subtelne zastosowanie efektów takich jak utrata ostrości, które podkreślają senny charakter obrazu. Pochwalić muszę też pomysł na kostiumy postaci, w których kluczową rolę odgrywa kolor. Coś, co normalnie byłoby pretensjonalnym banałem, w tej na poły teatralnej, na poły sennej wizji sprawdza się wyśmienicie, dodatkowo wzmacniając stworzoną estetykę.
Jiyoung - "Wanna Do"
W moim prywatnym rankingu jest to piosenka druga od końca. Ktoś próbował zrobić coś ambitniejszego, ale potem wtłoczył to w bardzo sztampową konwencję. Efekt końcowy jest nieco banalny i mało oryginalny. Piosenka nie jest brzydka, ale podobnych, przynajmniej na zachodzie, jest na tony. Posiadanie młodszej siostry nauczyło mnie, że dyskografia samej Avril Lavigne w większości składa się z podobnych kawałków. W dodatku piosenka Jiyoung nie ma tego "czegoś", co sprawiałoby, że chciałbym do niej wracać. Brzmienie przyjemne, ale wtórne, nudne i niewyróżniające się.
Piosenka zestawiona z teledyskiem niby ma zyskiwać na wartości, bo słowa są o tym, że dziewczyna chce zapomnieć o facecie, który ją zostawił (całość znajdziecie >>TUTAJ<<), a z teledysku dowiadujemy się, że on zostawia ją, by nie cierpiała z powodu jego choroby. Okej, za pierwszym razem jestem nawet w stanie to kupić. Ale realizacja jest tak do bólu standardowa, tak mało twórcza. Pewnie mogliby zmontować coś podobnego z fragmentów innych teledysków, czy seriali, i nikt by nie zuważył. Sam klip, jeśli idzie o wykonanie, to zwykła chałtura, odbębniona wg podręcznika i nic więcej.
Seungyeon - "Guilty"
Znów mamy przykład pop-u z rockowym zacięciem, a jednak tym razem mój odbiór piosenki jest inny. Powód prosty, utwór Seungyeon, choć wciąż łatwy do zaszufladkowania, jest o wiele ciekawszy od nagrania Jiyoung. Rockową kapelę popierają dodatkowe instrumenty, tworząc o wiele bogatszą kompozycję. Piosenka w zwrotkach buduje napięcie zbierając energię, którą bardzo ekspresyjnie uwalnia w trakcie refrenów. Nawet jeżeli Seungyeon nie w pełni wykorzystuje potencjał tego utworu (ktoś z mocniejszym głosem, mógłby ciekawiej powyciągać te refrenowe góry), to i tak dostarcza spore spectrum dźwięków, a nawet emocji sprzedawanych głosem. Efekt końcowy jest może nie olśniewający, ale dostatecznie ciekawy, by dawać powód do wracania do tej piosenki.
Wizualnie trudno mówić o jakiejś spójności, mamy raczej zbiór planów luźno powiązanych nastrojem i treścią ze słowami (>>TUTAJ<<) i muzyką. Teledysk znów należy do tych sztampowych. No bo każdy rockowy teledysk dziejący się na pustkowiu musi mieć, jeśli nie wybuchy, to chociaż płomienie i niszczone instrumenty. Jednak same plany sa bardzo ciekawe. Wyschnięte pustkowie z popękanym podłożem i błękitnym niebem wygląda bardzo plastycznie i nieco intrygująco. Podobnie wnętrze bogatego, ale zrujnowanego domu. Wszędzie roi się od interesujących detali, rekwizytów i dekoracji. Słowem sztampa, ale bardzo ładnie wykonana.
Na koniec napiszę jeszcze, że zakończenia nie będzie, bo mi się nie chce. No dobra wysilę się i rzucę krótkie podsumowanie. Jeżeli miałbym ułożyć te piosenki od najgorszej do najlepszej, to wyglądałoby to tak: HARA, Jiyoung, Nicole, Seungyeon, Gyuri. Przy czym piosenka Hary to kompletnie nie moja bajka, a nagranie Jiyoung nie jest złe, ale łatwo o nim zapomnieć. Pozostałe piosenki lądują z pozytywnej strony skali, szczególnie utwór Gyuri, do którego z przyjemnością wracam.
Od razu zaznaczę, że dla mnie jest to raczej mieszany pakiet. Naprawdę spodobała mi się tylko jedna piosenka, pozostałe cztery to plusy i minusy rozprowadzone w różnych proporcjach. I choć chyba o żadnym utworze nie mogę powiedzieć, że jest naprawdę zły, to od samego początku miałem problem z tym, jak zabrać się za ten materiał. Napisać pięć osobnych tekstów? A może opisać tylko te piosenki, w których plusy przeważają? Ostatecznie stanęło na jednym zbiorczym tekście dla wszystkich utworów, który w dodatku powstaje ze sporym poślizgiem i po części z powodu braku lepszych aktualnych tematów.
Nicole feat. Jinwoon (2AM) - "Lost"
Zaczniemy od piosenki dobrej, ale nieporywającej. Aha, warto zauważyć, że wszystkie utwory doczekały się teledysków.
Wszystko w tej piosence jest na swoim miejscu. Zwrotki są spokojne, ale jest w nich dostatecznie dużo ekspresji, by nie były nudne. Refreny są wyraźnie wzmocnione i przyjemnie się bujają. Podkład jest bogaty w różnorodne dźwięki, ale nie zaburza to jego spójności czy melodii. Nawet słowa piosenki, które możecie znaleźć >>TUTAJ<< - choć proste, to nie trącą banałem.
Sęk wtym, że wszystko jest solidne, profesjonalnie zaplanowane i wykonane, a jednak nie ma w tym za grosz ducha. Duet jest przyjemny dla ucha, ale nie czuć żadnej chemii. Ekspresja jest wbudowana w projekt piosenki, ale nie czuć w niej prawdziwego ładunku emocjonalnego. Refren jest przyjemny dla ucha, ale nieszczególnie chwytliwy, a spośród wszystkich dźwięków użytych w podkładzie, w pamięć zapadł mi tylko ten, który nie przypadł mi do gustu - nieprzyjemnie banalna, elektroniczna wstawka po refrenach, która przypomina mi koszmary kreskówki "Inspektor Gadżet".
Teledysk również wpisuje się w tę solidną nijakość, będąc estetycznie bardzo przystępnym i nastrojowo dopasowanym do towarzyszących mu dźwięków, a jednak wizualnie mało interesującym, pozbawionym jakichkolwiek wyróżników i raczej skąpym w faktyczne walory. Fajnie, że wizualizacje wspomnień są tutaj naraz pastelowe i lekko wyblakłe - wychłodzone kolorystycznie, podczas gdy rzeczywistość jest znacznie ciemniejsza, ale i bogatsza w ciepłe źródła swiatła i wykontrastowana. Fajnie, że niektóre ujęcia są naprawdę ładnie skomponowane. Jednak trudno te nieliczne atuty wyciągać za uszy i wynosić ponad rangę dobrego warsztatu.
HARA - "Secret Love"
Uwaga - tu czai się aegyo. Jednocześnie jest to bodaj najsłabsze nagranie z piątki i jedyne, przy którym napiszę - możecie je sobie odpuścić, przynajmniej jeżeli macie alergię na aegyo.
Pomińmy na chwilę klip, bo tutaj muzycznie poszło coś nie tak. Melodia jest nawet fajna, kompozycja niezła, a i Hara nie śpiewa źle. A jednak jest niewiarygodnie miałko i nieporywająco. Albo nawet prościej - od strony dźwiękowej jest zwyczajnie cicho i nudno. Gdzieś tu może nawet był potencjał, ale ostatecznie piosence zabrakło energii i przez to bardzo trudno zwrócić na nią uwagę. Jak łatwo się domyślić, tekst tego utworu nie uratuje, choć jak na standardy aegyo i tak nie jest najgorszy, znajdziecie go >>TUTAJ<<.
Co do klipu... Aegyo ma różne oblicza, ale tu jest po prostu brzydko i w złym guście. Nawalone oczojebnych kolorów bez ładu i składu, z dominacją potwornego różu. Co z tego, że pomysł na poszczególne sceny nie jest najgorszy, że motyw z wielkim kartonowym pudłem autentycznie bawi? Co po tym wszystkim, kiedy klip odtrasza widza samymi kolorami? Piosenka jest żywiołowa jak flegmatyk na własnym pogrzebie, a klip tylko dodatkowo odwraca od niej uwagę. Jeszcze żeby zyskiwał na tym punkty dla całości, ale on je traci... Ech, dam już temu spokój.
Gyuri - "Daydream"
Przy tym utworze wielokrotnie zastanawiałem się, czy nie zrobić o nim osobnego tekstu, bo jest autentycznie dobry i godny polecenia.
Nie jest to może materiał na pierwsze miejsca list przebojów, ale muzycznie jest bardzo przyjemnie. Tango, wtłoczone w konwencję nieco bardziej popowego nagrania, z nastrojowymi, nieco przyczajonymi i pełnymi napięcia zwrotkami, które poprzez mosty z wyciągniętymi, nieco bardziej dramatycznymi dźwiękami, przechodzą w bardzo silne refreny o pełnym brzmieniu. Kompozycja jest ciekawa, wokal dobry. Jedyne - drobne - zastrzeżenia mam do pojedynczych dźwięków wygrywanych na instrumentach, które czasami brzmią nieco zbyt prosto, zbyt błacho.
Jednocześnie piosenka wespół ze swoim tekstem i teledyskiem serwuje pełen pakiet doznań, bo wszystkie elementy bardzo zgrabnie się przeplatają i tym samym potęgują budowany nastrój. Słowa piosenki są wyraźnie gorzkie i dostatecznie mocne, by brzmieć autentycznie. Bo trzeba przyznać, że tekst nie jest ani szczególnie pojemny, ani szczególnie skomplikowany, ale właśnie poprzez zdecydowane sformułowania, trącące nieco teatralnym patosem, powiązanie pomiędzy muzyką, treścią i obrazem jest tym silniejsze. Słowa przetłumaczone na angielski znajdziecie >>TUTAJ<<.
Wizualizacja zdecydowanie na plus. Niemała jest tu zasługa samej Gyuri, która wyraźnie uatrakcyjnia produkcję swoją urodą, ale i bez tego jest interesująco, a może - co ważniejsze - nastrojowo. Duża w tym rola kamery, która w wielu ujęciach zachowuje się jak skryty obserwator, ktoś podglądający te sceny z ukrycia. Do tego dochodzi subtelne zastosowanie efektów takich jak utrata ostrości, które podkreślają senny charakter obrazu. Pochwalić muszę też pomysł na kostiumy postaci, w których kluczową rolę odgrywa kolor. Coś, co normalnie byłoby pretensjonalnym banałem, w tej na poły teatralnej, na poły sennej wizji sprawdza się wyśmienicie, dodatkowo wzmacniając stworzoną estetykę.
Jiyoung - "Wanna Do"
W moim prywatnym rankingu jest to piosenka druga od końca. Ktoś próbował zrobić coś ambitniejszego, ale potem wtłoczył to w bardzo sztampową konwencję. Efekt końcowy jest nieco banalny i mało oryginalny. Piosenka nie jest brzydka, ale podobnych, przynajmniej na zachodzie, jest na tony. Posiadanie młodszej siostry nauczyło mnie, że dyskografia samej Avril Lavigne w większości składa się z podobnych kawałków. W dodatku piosenka Jiyoung nie ma tego "czegoś", co sprawiałoby, że chciałbym do niej wracać. Brzmienie przyjemne, ale wtórne, nudne i niewyróżniające się.
Piosenka zestawiona z teledyskiem niby ma zyskiwać na wartości, bo słowa są o tym, że dziewczyna chce zapomnieć o facecie, który ją zostawił (całość znajdziecie >>TUTAJ<<), a z teledysku dowiadujemy się, że on zostawia ją, by nie cierpiała z powodu jego choroby. Okej, za pierwszym razem jestem nawet w stanie to kupić. Ale realizacja jest tak do bólu standardowa, tak mało twórcza. Pewnie mogliby zmontować coś podobnego z fragmentów innych teledysków, czy seriali, i nikt by nie zuważył. Sam klip, jeśli idzie o wykonanie, to zwykła chałtura, odbębniona wg podręcznika i nic więcej.
Seungyeon - "Guilty"
Znów mamy przykład pop-u z rockowym zacięciem, a jednak tym razem mój odbiór piosenki jest inny. Powód prosty, utwór Seungyeon, choć wciąż łatwy do zaszufladkowania, jest o wiele ciekawszy od nagrania Jiyoung. Rockową kapelę popierają dodatkowe instrumenty, tworząc o wiele bogatszą kompozycję. Piosenka w zwrotkach buduje napięcie zbierając energię, którą bardzo ekspresyjnie uwalnia w trakcie refrenów. Nawet jeżeli Seungyeon nie w pełni wykorzystuje potencjał tego utworu (ktoś z mocniejszym głosem, mógłby ciekawiej powyciągać te refrenowe góry), to i tak dostarcza spore spectrum dźwięków, a nawet emocji sprzedawanych głosem. Efekt końcowy jest może nie olśniewający, ale dostatecznie ciekawy, by dawać powód do wracania do tej piosenki.
Wizualnie trudno mówić o jakiejś spójności, mamy raczej zbiór planów luźno powiązanych nastrojem i treścią ze słowami (>>TUTAJ<<) i muzyką. Teledysk znów należy do tych sztampowych. No bo każdy rockowy teledysk dziejący się na pustkowiu musi mieć, jeśli nie wybuchy, to chociaż płomienie i niszczone instrumenty. Jednak same plany sa bardzo ciekawe. Wyschnięte pustkowie z popękanym podłożem i błękitnym niebem wygląda bardzo plastycznie i nieco intrygująco. Podobnie wnętrze bogatego, ale zrujnowanego domu. Wszędzie roi się od interesujących detali, rekwizytów i dekoracji. Słowem sztampa, ale bardzo ładnie wykonana.
Na koniec napiszę jeszcze, że zakończenia nie będzie, bo mi się nie chce. No dobra wysilę się i rzucę krótkie podsumowanie. Jeżeli miałbym ułożyć te piosenki od najgorszej do najlepszej, to wyglądałoby to tak: HARA, Jiyoung, Nicole, Seungyeon, Gyuri. Przy czym piosenka Hary to kompletnie nie moja bajka, a nagranie Jiyoung nie jest złe, ale łatwo o nim zapomnieć. Pozostałe piosenki lądują z pozytywnej strony skali, szczególnie utwór Gyuri, do którego z przyjemnością wracam.
niedziela, 27 stycznia 2013
2NE1 - I Love You
YG Entertainment. Gdybym miał wybrać najważniejszą wytwórnię na koreańskim rynku, byłoby to właśnie YG Entertainment. SM może mieć szalenie popularne formacje jak Girls' Generation czy f(x), może mieć BoA. Ale SM jest duże w Azji. YG za moment będzie duże na świecie.
Nie chodzi nawet o to, że mają w swojej stajni PSY - jego "Gangnam Style" to "one-shot", przynosi gigantczne zyski, ale trudno uwierzyć by PSY zdołał powtórzyć sukces. Gdyby to zrobił, byłoby to coś niesamowitego. Nie chodzi też o niezwykle utalentowaną Lee Hi, którą udało się nawet na fali Gangnam Style przemycić do świadomości mainstreamowych mediów w USA.
Nie, flagowymi produktami wytwórni sa dwie grupy. Męska Big Bang i żeńska 2NE1. W zeszłym roku obie formacje ruszyły w tournee po świecie i zostały dostrzeżone przez medialny mainstream. New York Times umieścił koncert 2NE1 w New Jersey na swojej liście najlepszych koncertów 2012 roku.
Najbardziej bawi mnie sposób, w jaki grupa zapracowały na swoją popularność. Przypomina to nieco sytuację Orange Caramel, które tak bardzo wzorowało się na japońskich grupach i trendach, że kiedy w końcu zadebiutowało w Japonii, okazało się dla miejscowych czymś świeżym i nowatorskim. Tak jak Orange Caramel w swoim szaleństwie stało się zbyt "japońskie" dla Japończyków, tak 2NE1 jest za bardzo "amerykańskie" dla Amerykanów.
Właściwie każdy ich klip wygląda jak Lady Gaga podniesiona do potęgi Madonny. Z tą różnicą, że dziewczyny z 2NE1 są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. A jednak efekt końcowy jest... egzotyczny. I choć muzycznie nie zawsze jest mi po drodze z tą formacją, to jednak wizualnie w jakiś przedziwny sposób do mnie trafiają. Dzisiaj akurat przykład piosenki, która trafia do mnie i swoim brzmieniem, i teledyskiem.
Zacznijmy od muzyki. Utwór fajnie miesza rytmiczne i melodyjne fragmenty, cały czas pozostając interesującym i spójnym pod względem brzmienia. Piosenkę zdecydowanie napędzają wokale, które są ekspresyjne, a przy tym mają niezwykle przyjemną barwę. Jednak i podkład odgrywa tu ważną rolę. Przez większość czasu wydaje się prosty, przewidywalny i monotonny, a jednak podlega delikatnym zmianom, w pewnych segmentach zyskując na intensywności i świetnie wkręca słuchacza w piosenkę.
Przy tym nie można nie docenić nastrojowości całokształtu kompozycji. Z każdej nuty wylewa się mieszanka żalu i samotności silnie akcentowana poprzez jednostajność podkładu. A jednak w piosence jest też mnóstwo mocy i nadziei, która bije z wyrazistych głosów wokalistek. Tekst piosenki można znaleźć >>TUTAJ<<. Z grubsza przekazuje on podobne emocje.
Jednak dla mnie sednem tego klipu jest obraz. Sam w sobie jest niesamowicie plastyczny i samo patrzenie na niego sprawia przyjemność, nawet pomimo delikatnie "przeładowanej" estetyki. A na dodatek w idealny sposób komponuje się on z dźwiękiem, potęgując wszystkie uczucia i odczucia wywoływane przez muzykę. Trącące unowocześnionym stylem imperialnym dekoracje, rekwizyty i kostiumy są piękne same w sobie, ale służą też większym celom.
Weźmy choćby ten lekko papuzi strój Dary, która przechadza się sama po zatłoczonej ulicy. Samym swoim kolorytem odcina się na tle szarości, a właściwie czerni, anonimowych przechodniów. Tak jak słowa piosenki można do pewnego stopnia nazwać autoreklamą samotnej kobiety, tak też wizualnie tworzy się pewien kontrast pięknej kobiety - wyjątkowej na tle tłumu, a jednak samej.
Bardzo ciekawa jest też kwestia łózkowo-siedzeniowa. Wokalistki przez cały teledysk okupują wszelkiej maści łóżka i są na nich same. Siedzą też na tyłach limuzyny - same, choć wyraźnie jest obok nich miejsce dla drugiej osoby. Siedzą wreszcie w pociągowym przedziale - wielkim i przez to jeszcze bardziej pustym. Jeden taki obraz, zależnie od zręczności aplikacji, mógłby być smaczkiem lub nieco kliszowym kadrem. Jednak tutaj teledysk w większości składa się właśnie z takich ujęć, niewiarygodnie potęgując odczucie samotności. Do tego dochodzi piękna scena zmysłowego tańca przed pustym fotelem.
Ale ta piosenka nie jest żalem na samotność, jest raczej manifestem niezauważonej adoratorki, czy też kobiety szukającej miłości. Kogoś, kto pragnie zostać zauważonym i usłyszanym. Dziewczyny część utworu śpiewają na szczycie latarni, budynku który z założenia ma oznajmiać wszystkim wokół - jestem tutaj. Bardzo zręcznym i subtelnym akcentem jest światło owej latarni, które wdziera się do każdego z pokoi wokalistek. W przyjemny sposób wiąże wizualnie poszczególne ujęcia, nie uciekając się do banału.
Ostatecznym efektem jest niezwykle sprawny przeplot obrazu z dźwiękiem, z których każde z osobna niesie swój ładunek emocjonalny, ale dopiero w połączeniu dają pełnię bardzo silnego wyrazu i w konsekwencji niezwykle nastrojowy wideoklip.
I jeszcze na zakończenie jedno niezwykle ważne pytanie. Jak czytać "2NE1"? Propozycje są dwie - jedna podoba mi się bardziej druga mniej. Gorsza jest w moim odczuciu ta forowana w ostatnich miesiącach w związku z nazwą trasy koncertowej - "New Evolution Global Tour". W tym wariancie 2NE1 czyta się jako twenty one, a nazwa ma być połączeniem haseł 21st century i new evolution. O wiele zgrabniejsze wydaje mi się brzmienie związane z nazwą pierwszego albumu grupy - "To anyone".
BONUS
Wersja "unplugged". Serio! Niestety nie można osadzić, więc tylko
>>LINK<<
Nie chodzi nawet o to, że mają w swojej stajni PSY - jego "Gangnam Style" to "one-shot", przynosi gigantczne zyski, ale trudno uwierzyć by PSY zdołał powtórzyć sukces. Gdyby to zrobił, byłoby to coś niesamowitego. Nie chodzi też o niezwykle utalentowaną Lee Hi, którą udało się nawet na fali Gangnam Style przemycić do świadomości mainstreamowych mediów w USA.
Nie, flagowymi produktami wytwórni sa dwie grupy. Męska Big Bang i żeńska 2NE1. W zeszłym roku obie formacje ruszyły w tournee po świecie i zostały dostrzeżone przez medialny mainstream. New York Times umieścił koncert 2NE1 w New Jersey na swojej liście najlepszych koncertów 2012 roku.
Najbardziej bawi mnie sposób, w jaki grupa zapracowały na swoją popularność. Przypomina to nieco sytuację Orange Caramel, które tak bardzo wzorowało się na japońskich grupach i trendach, że kiedy w końcu zadebiutowało w Japonii, okazało się dla miejscowych czymś świeżym i nowatorskim. Tak jak Orange Caramel w swoim szaleństwie stało się zbyt "japońskie" dla Japończyków, tak 2NE1 jest za bardzo "amerykańskie" dla Amerykanów.
Właściwie każdy ich klip wygląda jak Lady Gaga podniesiona do potęgi Madonny. Z tą różnicą, że dziewczyny z 2NE1 są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. A jednak efekt końcowy jest... egzotyczny. I choć muzycznie nie zawsze jest mi po drodze z tą formacją, to jednak wizualnie w jakiś przedziwny sposób do mnie trafiają. Dzisiaj akurat przykład piosenki, która trafia do mnie i swoim brzmieniem, i teledyskiem.
Zacznijmy od muzyki. Utwór fajnie miesza rytmiczne i melodyjne fragmenty, cały czas pozostając interesującym i spójnym pod względem brzmienia. Piosenkę zdecydowanie napędzają wokale, które są ekspresyjne, a przy tym mają niezwykle przyjemną barwę. Jednak i podkład odgrywa tu ważną rolę. Przez większość czasu wydaje się prosty, przewidywalny i monotonny, a jednak podlega delikatnym zmianom, w pewnych segmentach zyskując na intensywności i świetnie wkręca słuchacza w piosenkę.
Przy tym nie można nie docenić nastrojowości całokształtu kompozycji. Z każdej nuty wylewa się mieszanka żalu i samotności silnie akcentowana poprzez jednostajność podkładu. A jednak w piosence jest też mnóstwo mocy i nadziei, która bije z wyrazistych głosów wokalistek. Tekst piosenki można znaleźć >>TUTAJ<<. Z grubsza przekazuje on podobne emocje.
Jednak dla mnie sednem tego klipu jest obraz. Sam w sobie jest niesamowicie plastyczny i samo patrzenie na niego sprawia przyjemność, nawet pomimo delikatnie "przeładowanej" estetyki. A na dodatek w idealny sposób komponuje się on z dźwiękiem, potęgując wszystkie uczucia i odczucia wywoływane przez muzykę. Trącące unowocześnionym stylem imperialnym dekoracje, rekwizyty i kostiumy są piękne same w sobie, ale służą też większym celom.
Weźmy choćby ten lekko papuzi strój Dary, która przechadza się sama po zatłoczonej ulicy. Samym swoim kolorytem odcina się na tle szarości, a właściwie czerni, anonimowych przechodniów. Tak jak słowa piosenki można do pewnego stopnia nazwać autoreklamą samotnej kobiety, tak też wizualnie tworzy się pewien kontrast pięknej kobiety - wyjątkowej na tle tłumu, a jednak samej.
Bardzo ciekawa jest też kwestia łózkowo-siedzeniowa. Wokalistki przez cały teledysk okupują wszelkiej maści łóżka i są na nich same. Siedzą też na tyłach limuzyny - same, choć wyraźnie jest obok nich miejsce dla drugiej osoby. Siedzą wreszcie w pociągowym przedziale - wielkim i przez to jeszcze bardziej pustym. Jeden taki obraz, zależnie od zręczności aplikacji, mógłby być smaczkiem lub nieco kliszowym kadrem. Jednak tutaj teledysk w większości składa się właśnie z takich ujęć, niewiarygodnie potęgując odczucie samotności. Do tego dochodzi piękna scena zmysłowego tańca przed pustym fotelem.
Ale ta piosenka nie jest żalem na samotność, jest raczej manifestem niezauważonej adoratorki, czy też kobiety szukającej miłości. Kogoś, kto pragnie zostać zauważonym i usłyszanym. Dziewczyny część utworu śpiewają na szczycie latarni, budynku który z założenia ma oznajmiać wszystkim wokół - jestem tutaj. Bardzo zręcznym i subtelnym akcentem jest światło owej latarni, które wdziera się do każdego z pokoi wokalistek. W przyjemny sposób wiąże wizualnie poszczególne ujęcia, nie uciekając się do banału.
Ostatecznym efektem jest niezwykle sprawny przeplot obrazu z dźwiękiem, z których każde z osobna niesie swój ładunek emocjonalny, ale dopiero w połączeniu dają pełnię bardzo silnego wyrazu i w konsekwencji niezwykle nastrojowy wideoklip.
I jeszcze na zakończenie jedno niezwykle ważne pytanie. Jak czytać "2NE1"? Propozycje są dwie - jedna podoba mi się bardziej druga mniej. Gorsza jest w moim odczuciu ta forowana w ostatnich miesiącach w związku z nazwą trasy koncertowej - "New Evolution Global Tour". W tym wariancie 2NE1 czyta się jako twenty one, a nazwa ma być połączeniem haseł 21st century i new evolution. O wiele zgrabniejsze wydaje mi się brzmienie związane z nazwą pierwszego albumu grupy - "To anyone".
BONUS
Wersja "unplugged". Serio! Niestety nie można osadzić, więc tylko
>>LINK<<
środa, 23 stycznia 2013
Sistar - Loving U
Śnieg, mróz, śnieg, mróz, śnieg, mróz. Wiecie o czym mówię. Skoro taki osobnik jak ja ma już dość takiej pogody, to strach pomyśleć, co dzieje się w głowach ludzi spędzających za oknem więcej czasu, np. podróżując po mieście. Dlatego postanowiłem się ( i Was) trochę muzycznie ogrzać.
Jest taki parszywy rodzaj utworu, którego do tej pory nie pojmowałem, a teraz, w tych jakże pięknych okolicznościach przyrody, zaczynam doceniać. Mowa o wakacyjnych piosenkach. Rokrocznie powstają tego dziesiątki i za bardzo nie rozumiem mechanizmu za nimi stojącego. Jeżeli sam mam wakacje i dobrze się bawię, to po co mi słuchać piosenki o tym, jak ktoś inny się bawi i oglądać jakieś egzotyczne plaże na teledyskach? A jeżeli nie bawię się dobrze, to tym bardziej nie chcę się dodatkowo irytować tego typu nagraniami. A one jednak powstają.
Bez sensu. Ale kiedy te same nagrania odtworzymy w realiach zimowych, kiedy ogólnie rzecz biorąc wszyscy jesteśmy udupieni poprzez mróz, śnieg i deficyt światła słonecznego, nagle zyskują one na wartości. Można przyłożyć ręce do monitora i się ogrzać, można popatrzeć na skąpo odziane panienki, można posłuchać czegoś radosnego w ramach odtrutki na mordujące psychikę combo metal-śnieg-mpk.
Tak, na dziewczyny z Sistar zawsze się miło patrzyło, a w zeszłym roku także miło się ich słuchało. Nie to, żeby wcześniej gorzej śpiewały. Hyorin zawsze słucha się z przyjemnością, jako wokalistka jest niesamowita, ale Soyou też sporo umie. Problemem grupy w poprzednich latach były chwytliwe, ale prymitywne piosenki. Tegoroczne nagrania są znacznie bardziej udane i natychmiast wypchnęły grupę do ścisłego koreańskiego topu.
O "Loving U" nie mogę napisać za dużo, bo - jak już stwierdziłem we wstępie - takie utwory to nie moja para kaloszy. W odmęty wakacyjnego szaleństwa popchnęło mnie jedynie inne - zimowe - szaleństwo. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na Hyorin, która prezentuje w tej piosence cieplutką barwę z przyjemną chrypką. Letnim słońcem piosenka przygrzewa szczególnie w refrenie z charakterystycznym "uuu-uuu-uuu".
Wizualnie, jak dla mnie, jest trochę za dużo różu. Chyba ktoś próbował wepchnąć Sistar w aegyo, ale przy ich ruchu scenicznym i... parametrach - że się tak wyrażę - aegyo zaczyna intensywnie pachnieć jakimś cosplayem i to erotycznie podszytym. Cóż, mimo wszystko zbyt głośno protestował nie będę.
Może nawet bardziej rozdarty jestem, kiedy widzę jak dziewczyny wchodzą na samochody. I patrzę jak te dachy i klapy się wgniatają, wyobrażam sobie te wszystkie rysy po butach i chciałbym krzyknąć - Złaź stamtąd głupia babo! Trochę szacunku dla historii motoryzacji! - ale mniej więcej w tym momencie zaczyna tańczyć i jakoś tracę wenę.
Cóż, ja się na chwilę oderwałem od zimy, a Wy? Swoją drogą, uważajcie - koreański pop jest zaraźliwy. Właśnie słyszę z pokoju obok Ailee - "Heaven". Dobra piosenka, jeśli jeszcze nie słyszeliście, zapraszam >>TUTAJ<<.
Jest taki parszywy rodzaj utworu, którego do tej pory nie pojmowałem, a teraz, w tych jakże pięknych okolicznościach przyrody, zaczynam doceniać. Mowa o wakacyjnych piosenkach. Rokrocznie powstają tego dziesiątki i za bardzo nie rozumiem mechanizmu za nimi stojącego. Jeżeli sam mam wakacje i dobrze się bawię, to po co mi słuchać piosenki o tym, jak ktoś inny się bawi i oglądać jakieś egzotyczne plaże na teledyskach? A jeżeli nie bawię się dobrze, to tym bardziej nie chcę się dodatkowo irytować tego typu nagraniami. A one jednak powstają.
Bez sensu. Ale kiedy te same nagrania odtworzymy w realiach zimowych, kiedy ogólnie rzecz biorąc wszyscy jesteśmy udupieni poprzez mróz, śnieg i deficyt światła słonecznego, nagle zyskują one na wartości. Można przyłożyć ręce do monitora i się ogrzać, można popatrzeć na skąpo odziane panienki, można posłuchać czegoś radosnego w ramach odtrutki na mordujące psychikę combo metal-śnieg-mpk.
Tak, na dziewczyny z Sistar zawsze się miło patrzyło, a w zeszłym roku także miło się ich słuchało. Nie to, żeby wcześniej gorzej śpiewały. Hyorin zawsze słucha się z przyjemnością, jako wokalistka jest niesamowita, ale Soyou też sporo umie. Problemem grupy w poprzednich latach były chwytliwe, ale prymitywne piosenki. Tegoroczne nagrania są znacznie bardziej udane i natychmiast wypchnęły grupę do ścisłego koreańskiego topu.
O "Loving U" nie mogę napisać za dużo, bo - jak już stwierdziłem we wstępie - takie utwory to nie moja para kaloszy. W odmęty wakacyjnego szaleństwa popchnęło mnie jedynie inne - zimowe - szaleństwo. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na Hyorin, która prezentuje w tej piosence cieplutką barwę z przyjemną chrypką. Letnim słońcem piosenka przygrzewa szczególnie w refrenie z charakterystycznym "uuu-uuu-uuu".
Wizualnie, jak dla mnie, jest trochę za dużo różu. Chyba ktoś próbował wepchnąć Sistar w aegyo, ale przy ich ruchu scenicznym i... parametrach - że się tak wyrażę - aegyo zaczyna intensywnie pachnieć jakimś cosplayem i to erotycznie podszytym. Cóż, mimo wszystko zbyt głośno protestował nie będę.
Może nawet bardziej rozdarty jestem, kiedy widzę jak dziewczyny wchodzą na samochody. I patrzę jak te dachy i klapy się wgniatają, wyobrażam sobie te wszystkie rysy po butach i chciałbym krzyknąć - Złaź stamtąd głupia babo! Trochę szacunku dla historii motoryzacji! - ale mniej więcej w tym momencie zaczyna tańczyć i jakoś tracę wenę.
Cóż, ja się na chwilę oderwałem od zimy, a Wy? Swoją drogą, uważajcie - koreański pop jest zaraźliwy. Właśnie słyszę z pokoju obok Ailee - "Heaven". Dobra piosenka, jeśli jeszcze nie słyszeliście, zapraszam >>TUTAJ<<.
czwartek, 17 stycznia 2013
Sunny Hill - The Grasshopper Song
Kojarzycie bajkę Ezopa o mrówce i koniku polnym? Uczciwie pracująca mrówka, która robi zapasy na zimę i konik polny, który obija się całe lato, by zimą przymierać głodem. Przez wieki była niezwykle popularna i wydawała się ponadczasowa. Ze świata antycznego płynnie wkradła się w czasy średniowieczne, dobrze wpisując się w jedno z haseł epoki "Ora et labora".
Podczas kolejnych mijających epok niezmiennie zaznaczała się w kulturze inspirując kolejnych pisarzy, muzyków i malarzy do tworzenia własnych ujęć tej opowieści. Czasami mrówkę stawiano jako przykład negatywny, symbol osoby bezlitosnej, nieczułej i egoistycznej, jednak wciąż to pozytywny wizerunek mrówki - jej pracowitości i sumienności - dominował. Nawet w nie tak odległej czasowo (80 lat) disneyowskiej animacji z cyklu "Silly Symphonies", którą zapewne widzieliście, to obijający się konik polny okazywał się głupcem, choć tym razem całość kończyła się szczęśliwie.
Czasy się zmieniają, a bajka pozostaje aktualna. Choć czy aby na pewno? Czy w czasach narzekania na korporacje, nadgodziny, pracoholizm i wyścig szczurów, mrówka wciąż może być pozytywnym wzorcem? Takie pytanie stawia w swoim teledysku grupa Sunny Hill. W teledysku, który - z miejsca to przyznaję - urzekł mnie muzycznie i wizualnie.
Sam nie wiem od czego zacząć, podoba mi się tutaj nieomal wszystko. Lekko żartobliwa konwencja, która dobrze wpisuje się w bajkowy format i na jakimś poziomie przywodzi mi na mysł "Kingsajz" Machulskiego. Wspaniałe dekoracje i kostiumy w jasny sposób oddzielające monotonny, poukładany, industrialny świat mrówek i barwny, zatłoczony świat hedonistycznych koników polnych. Nie sposób wymienić wszystkich detali, które robią różnicę w tym teledysku - dyplomy przodownika pracy, magazyny koników polnych, odwłokowate stroje, fryzury itd. Wizualnie klip ma mocno teatralny posmak poprzez swoją kostiumowość i bogactwo dekoracji, które nie kryją tego, że są tylko dekoracjami. Jedno filmowe skojarzenie już wymieniłem, innym są produkcje wydane pod okiem Terry'ego Gilliama z jego flagowym "Brazil" na czele.
Co do samej piosenki (>>TUTAJ<< jej tekst) to zaskakująco nie brzmi ona wcale beztrosko. Wolny smyczkowy podkład niesie w sobie raczej więcej melancholii i zadumy niż radości. Z kolei szarpane struny dodają nieco optymizmu, ale także dramatyzmu do kompozycji. Najbardziej pozytywny z wierzchu wydaje się dynamiczny elektroniczny beat, ale wystarczy wsłuchać się w niego nieco lepiej, by usłyszeć mechaniczną, przemysłową wtórność pracowitej mrówki. Nawet refrenowe "linga-linga-ling" nie potrafi na tym tle wybrzmiewać jako oznaka beztroski. Patrząc na całokształt, widzę w tej piosence nie tyle manifest szczęścia, co manifest na rzecz szczęścia. W dodatku przybrany w naprawdę niebanalne szaty.
Na zakończenie drobna uwaga. Na rynku zdominowanym przez zespoły męskie i żeńskie, Sunny Hill jest jedną z nielicznych formacji mieszanych. Teledyskowa mrówka - Janghyun - od początku jest stałym członkiem zespołu, jednak tuż po wydaniu tej piosenki w styczniu 2012 zawiesił karierę ze względu na powołanie do wojska, które w Korei nie omija także celebrytów. Obowiązkowa służba wojskowa trwa tam dwa lata i dlatego od roku Sunny Hill tworzy i występuje jako żeński kwartet złożony z JuBee, SeungA, Kota i Misung.
Podczas kolejnych mijających epok niezmiennie zaznaczała się w kulturze inspirując kolejnych pisarzy, muzyków i malarzy do tworzenia własnych ujęć tej opowieści. Czasami mrówkę stawiano jako przykład negatywny, symbol osoby bezlitosnej, nieczułej i egoistycznej, jednak wciąż to pozytywny wizerunek mrówki - jej pracowitości i sumienności - dominował. Nawet w nie tak odległej czasowo (80 lat) disneyowskiej animacji z cyklu "Silly Symphonies", którą zapewne widzieliście, to obijający się konik polny okazywał się głupcem, choć tym razem całość kończyła się szczęśliwie.
Czasy się zmieniają, a bajka pozostaje aktualna. Choć czy aby na pewno? Czy w czasach narzekania na korporacje, nadgodziny, pracoholizm i wyścig szczurów, mrówka wciąż może być pozytywnym wzorcem? Takie pytanie stawia w swoim teledysku grupa Sunny Hill. W teledysku, który - z miejsca to przyznaję - urzekł mnie muzycznie i wizualnie.
Sam nie wiem od czego zacząć, podoba mi się tutaj nieomal wszystko. Lekko żartobliwa konwencja, która dobrze wpisuje się w bajkowy format i na jakimś poziomie przywodzi mi na mysł "Kingsajz" Machulskiego. Wspaniałe dekoracje i kostiumy w jasny sposób oddzielające monotonny, poukładany, industrialny świat mrówek i barwny, zatłoczony świat hedonistycznych koników polnych. Nie sposób wymienić wszystkich detali, które robią różnicę w tym teledysku - dyplomy przodownika pracy, magazyny koników polnych, odwłokowate stroje, fryzury itd. Wizualnie klip ma mocno teatralny posmak poprzez swoją kostiumowość i bogactwo dekoracji, które nie kryją tego, że są tylko dekoracjami. Jedno filmowe skojarzenie już wymieniłem, innym są produkcje wydane pod okiem Terry'ego Gilliama z jego flagowym "Brazil" na czele.
Co do samej piosenki (>>TUTAJ<< jej tekst) to zaskakująco nie brzmi ona wcale beztrosko. Wolny smyczkowy podkład niesie w sobie raczej więcej melancholii i zadumy niż radości. Z kolei szarpane struny dodają nieco optymizmu, ale także dramatyzmu do kompozycji. Najbardziej pozytywny z wierzchu wydaje się dynamiczny elektroniczny beat, ale wystarczy wsłuchać się w niego nieco lepiej, by usłyszeć mechaniczną, przemysłową wtórność pracowitej mrówki. Nawet refrenowe "linga-linga-ling" nie potrafi na tym tle wybrzmiewać jako oznaka beztroski. Patrząc na całokształt, widzę w tej piosence nie tyle manifest szczęścia, co manifest na rzecz szczęścia. W dodatku przybrany w naprawdę niebanalne szaty.
Na zakończenie drobna uwaga. Na rynku zdominowanym przez zespoły męskie i żeńskie, Sunny Hill jest jedną z nielicznych formacji mieszanych. Teledyskowa mrówka - Janghyun - od początku jest stałym członkiem zespołu, jednak tuż po wydaniu tej piosenki w styczniu 2012 zawiesił karierę ze względu na powołanie do wojska, które w Korei nie omija także celebrytów. Obowiązkowa służba wojskowa trwa tam dwa lata i dlatego od roku Sunny Hill tworzy i występuje jako żeński kwartet złożony z JuBee, SeungA, Kota i Misung.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
AOA - Elvis
AOA to jeden z bardziej udanych zeszłorocznych debiutów. Jak tu zgrabnie i krótko opisać tę formację. No cóż, jest, hm... Dziwna? To chyba najlepsze słowo. AOA można na dobrą sprawę porównać do wszystkiego i naraz do niczego. Nie mając dobrej znajomości rynku japońskiego nie ośmielę się nazwać jej unikalną, a jednocześnie trudno też nazwać ją oryginalną, bo to tak naprawdę mieszanka elementów już istniejących. Nietypowa jest tylko ich kombinacja.
AOA to żeńska grupa składająca się z... No właśnie, już tutaj zaczynają się schody. Mówiłem, że to dziwny zespół? W ogólności AOA to 8 dziewczyn - z zaznaczeniem, że nie zawsze. A właściwie to nigdy, może z wyłączeniem studia nagraniowego i planów teledysków. Cholera, chyba powinienem przygotować jakąś infografikę, ale mi się nie chce.
Spróbuję wytłumaczyć to najprościej, jak się da - w AOA jest siedem wokalistek/tancerek, które występują razem wykonując choreografię itd. Ale istnieje też AOA Black - pięcioosobowa grupa rockowa (w takim samym rozumieniu jak Nickleback to grupa metalowa). AOA Black składa się z czterech członkiń tanecznego AOA oraz piątej dodatkowej dziewczyny grającej na perkusji. Jak widać trudno znaleźć perkusistkę z odpowiednią koordynacją ruchową i wyczuciem rytmu, by mogła tańczyć...
Ale to nie koniec. AOA Black nie powstało do wykonywania osobnych piosenek, jest częścią występu AOA i wykonuje te same utwory. Na płycie - nie ma problemu. W teledysku też. W telewizji można nagrać pół piosenki tak, zrobić cięcie i drugie nagrać inaczej. Ale na żywo może być albo taniec, albo gra na instrumentach.
Nadmiernie skomplikowane? W wytwórni też ktoś tak pomyślał, więc postanowiono znaleźć dobrą historię, która to wszystko wytłumaczy. Uwaga, Azja na całego. Otóż AOA rozszyfrowuje się jako Ace of Angels. Według wytwórni siedem tańczących niewiast jest aniołami, które zobaczyły ziemian w swojej kryształowej kuli i zakochały się w naszej muzyce. Natomiast perkusistka jest na poły aniołem, a na poły śmiertelniczką... Bo występuje tylko w jednej połowie zespołu... Tak jak 3 dziewczyny z grupy tanecznej... Które są pełnoprawnymi aniołami. Oni tej perkusistki chyba po prostu nie lubią... A jednak, żeby wyrównać jej tę niesprawiedliwość, wytwórnia uczyniła ją powierniczką klucza, która z ciekawości otworzyła wrota na ziemię i wybrała się tam wespół z 7 aniołami.
Zamiast Armageddonu dostaliśmy to:
Nie mogę powiedzieć, na dziewczyny miło się patrzy, chociaż to chyba właściwy moment by zauważyć, że jedna z nich ma dopiero 16 lat. I nie jest to perkusistka. Co ciekawe, oprócz tego, że dziewczyny mają swoje prawdziwe imiona (zaskakujące, nieprawdaż?) oraz imiona sceniczne, to do tego dostały jeszcze imiona anielskie. Bo dzięki temu ich "backstory" wydaje się bardziej wiarygodne?
Nieważne, zajmijmy się jeszcze na moment wizerunkiem grupy. To taka mieszanka wypadająca gdzieś pomiędzy KARA a After School. Choreografia raczej idzie w odważniejszym i bardziej złożonym kierunku, tak jak w After School, jednak wizerunek grupy nie jest pozbawiony delikatnej nuty aegyo, przez co kostiumami i stylizacją dziewczyny bardziej przypominają KARA, a przynajmniej KARA sprzed KARA's solo collection.
Teledysk to trochę przyjemnego wizualnie chaosu. Raz dziewczyny tańczą, raz grają na instrumentach. Raz są w stylizacji bardziej rockowej, raz anielskiej, a jeszcze innym razem w tytułowej - na Elvisa. Dekoracje są sympatyczne, ale nie oszukujmy się, na klip patrzy się przyjemnie przede wszystkim ze względu na dziewczyny.
Co do piosenki to nie oszukujmy się - Led Zeppelin to to nie jest. Chyba nawet do japońskiego Scandal AOA nie jest blisko. Przy czym nie stwierdzam tego jako zarzut, bo też mam wrażenie, że cele przed grupą stawiane są nieco inne. AOA ma znacznie bardziej popowe i taneczne brzmienie, a to że w dużej mierze powstaje ono dzięki grze na intrumentach - ja widzę w tym tylko plus, choć w niektórych momentach ich wykorzystania nie nazwałbym zgrabnym, a i użyte sample też nie zawsze służą tej piosence.
Mimo to piosenka nadaje się do słuchania, szczególnie jeżeli zamkniemy rozum na słowa, które dziewczyny śpiewają. Co tu dużo kryć, ta piosenka w większości składa się nawet nie z refrenów, a z haczyków muzycznych, które nie mają nawet pełnoprawnych słów, a jeżeli te słowa mają, to nie należą one do rozsądnych. Zainteresowanych po konkrety odsyłam >>TUTAJ<< .
Na zakończenie wrócę do kwestii wykonań na żywo. Otóż w wykonaniu AOA Black ta piosenka brzmi lepiej, bo wiele sampli, do których miałem obiekcje, zostaje zastąpionych gitarowymi chwytami. Wykonywana na żywo, ta piosenka jest po prostu nieco bardziej rockowa i siłą rzeczy brzmi bardziej autentycznie. Wadą takich wykonań jest to, że dziewczyn jest mniej i nie tańczą. Ale cóż, pomimo wysiłków wytwórni okazuje się, że chyba jednak nie można mieć wszystkiego.
AOA to żeńska grupa składająca się z... No właśnie, już tutaj zaczynają się schody. Mówiłem, że to dziwny zespół? W ogólności AOA to 8 dziewczyn - z zaznaczeniem, że nie zawsze. A właściwie to nigdy, może z wyłączeniem studia nagraniowego i planów teledysków. Cholera, chyba powinienem przygotować jakąś infografikę, ale mi się nie chce.
Spróbuję wytłumaczyć to najprościej, jak się da - w AOA jest siedem wokalistek/tancerek, które występują razem wykonując choreografię itd. Ale istnieje też AOA Black - pięcioosobowa grupa rockowa (w takim samym rozumieniu jak Nickleback to grupa metalowa). AOA Black składa się z czterech członkiń tanecznego AOA oraz piątej dodatkowej dziewczyny grającej na perkusji. Jak widać trudno znaleźć perkusistkę z odpowiednią koordynacją ruchową i wyczuciem rytmu, by mogła tańczyć...
Ale to nie koniec. AOA Black nie powstało do wykonywania osobnych piosenek, jest częścią występu AOA i wykonuje te same utwory. Na płycie - nie ma problemu. W teledysku też. W telewizji można nagrać pół piosenki tak, zrobić cięcie i drugie nagrać inaczej. Ale na żywo może być albo taniec, albo gra na instrumentach.
Nadmiernie skomplikowane? W wytwórni też ktoś tak pomyślał, więc postanowiono znaleźć dobrą historię, która to wszystko wytłumaczy. Uwaga, Azja na całego. Otóż AOA rozszyfrowuje się jako Ace of Angels. Według wytwórni siedem tańczących niewiast jest aniołami, które zobaczyły ziemian w swojej kryształowej kuli i zakochały się w naszej muzyce. Natomiast perkusistka jest na poły aniołem, a na poły śmiertelniczką... Bo występuje tylko w jednej połowie zespołu... Tak jak 3 dziewczyny z grupy tanecznej... Które są pełnoprawnymi aniołami. Oni tej perkusistki chyba po prostu nie lubią... A jednak, żeby wyrównać jej tę niesprawiedliwość, wytwórnia uczyniła ją powierniczką klucza, która z ciekawości otworzyła wrota na ziemię i wybrała się tam wespół z 7 aniołami.
Zamiast Armageddonu dostaliśmy to:
Nie mogę powiedzieć, na dziewczyny miło się patrzy, chociaż to chyba właściwy moment by zauważyć, że jedna z nich ma dopiero 16 lat. I nie jest to perkusistka. Co ciekawe, oprócz tego, że dziewczyny mają swoje prawdziwe imiona (zaskakujące, nieprawdaż?) oraz imiona sceniczne, to do tego dostały jeszcze imiona anielskie. Bo dzięki temu ich "backstory" wydaje się bardziej wiarygodne?
Nieważne, zajmijmy się jeszcze na moment wizerunkiem grupy. To taka mieszanka wypadająca gdzieś pomiędzy KARA a After School. Choreografia raczej idzie w odważniejszym i bardziej złożonym kierunku, tak jak w After School, jednak wizerunek grupy nie jest pozbawiony delikatnej nuty aegyo, przez co kostiumami i stylizacją dziewczyny bardziej przypominają KARA, a przynajmniej KARA sprzed KARA's solo collection.
Teledysk to trochę przyjemnego wizualnie chaosu. Raz dziewczyny tańczą, raz grają na instrumentach. Raz są w stylizacji bardziej rockowej, raz anielskiej, a jeszcze innym razem w tytułowej - na Elvisa. Dekoracje są sympatyczne, ale nie oszukujmy się, na klip patrzy się przyjemnie przede wszystkim ze względu na dziewczyny.
Co do piosenki to nie oszukujmy się - Led Zeppelin to to nie jest. Chyba nawet do japońskiego Scandal AOA nie jest blisko. Przy czym nie stwierdzam tego jako zarzut, bo też mam wrażenie, że cele przed grupą stawiane są nieco inne. AOA ma znacznie bardziej popowe i taneczne brzmienie, a to że w dużej mierze powstaje ono dzięki grze na intrumentach - ja widzę w tym tylko plus, choć w niektórych momentach ich wykorzystania nie nazwałbym zgrabnym, a i użyte sample też nie zawsze służą tej piosence.
Mimo to piosenka nadaje się do słuchania, szczególnie jeżeli zamkniemy rozum na słowa, które dziewczyny śpiewają. Co tu dużo kryć, ta piosenka w większości składa się nawet nie z refrenów, a z haczyków muzycznych, które nie mają nawet pełnoprawnych słów, a jeżeli te słowa mają, to nie należą one do rozsądnych. Zainteresowanych po konkrety odsyłam >>TUTAJ<< .
Na zakończenie wrócę do kwestii wykonań na żywo. Otóż w wykonaniu AOA Black ta piosenka brzmi lepiej, bo wiele sampli, do których miałem obiekcje, zostaje zastąpionych gitarowymi chwytami. Wykonywana na żywo, ta piosenka jest po prostu nieco bardziej rockowa i siłą rzeczy brzmi bardziej autentycznie. Wadą takich wykonań jest to, że dziewczyn jest mniej i nie tańczą. Ale cóż, pomimo wysiłków wytwórni okazuje się, że chyba jednak nie można mieć wszystkiego.
środa, 2 stycznia 2013
Sistar - Alone @ Gayo Daejun 2012 (KBS, SBS, MBC)
Wczoraj zobaczyłem w internecie biedną zagubioną Marylę, która niemrawo podryguje z "Gangnam Style" w tle i tak sobie pomyślałem, że Girls' Generation jeszcze chwilę poczeka, a w zamian pokażę jak Koreańczycy muzycznie żegnają stary rok. Wszystko na przykładzie jednej piosenki i nie będzie to "Gangnam Style".
Przy okazji tekstów o projekcie "The Color Of K-Pop" >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<< wspominałem o gali "SBS Gayo Daejun", której to częścią był owy projekt. Konkurencyjne sieci KBS i MBC organizują swoje odpowiedniki tej audycji, które wprawdzie delikatnie różnią się tytułami, ale i tak wszyscy nazywają je Gayo Daejun.
Co ciekawe, audycje odbywają się w różne dni, tak aby wszyscy najważniejsi artyści mogli wystąpić na antenie każdej ze stacji, a przy okazji by tak kosztowne przedsięwzięcia nie musiały konkurować ze sobą bezpośrednio o widzów. Najciekawsze jest jednak to, że choć na scenie lądują ci sami wykonawcy z tymi samymi utworami, a całość dzieje się na przestrzeni zaledwie kilku dni, o wtórności nie może być mowy, czego doskonałym przykładem są tegoroczne występy Sistar.
Na antenie wszystkich trzech stacji dziewczyny wykonały piosenkę "Alone". Zaczniemy od SBS, gdzie wykonanie jest najbardziej standardowe i nie odbiega od oryginału ani pod względem wokali ani pod względem choreografii. Dobry moment na zapoznanie się z piosenką, jeśli ktoś jej jeszcze nie słyszał. A po dwóch minutach utwór się urywa i...
Bora daje czadu. Co tu dużo kryć, nogami też trzeba umieć się popisać. W ogóle "Alone" to zmysłowy kawałek, któremu towarzyszy nawet bardziej zmysłowa choreografia. Ale poprzeczka jest od tego, żeby zawieszać ją wyżej i stąd zrodziło się wykonanie "Alone" na antenie KBS.
Jeszcze inaczej do piosenki formacja podeszła w MBC, przerabiając podkład na rockowy. Jeśli idzie o stylizację, znów jest świetnie. Od strony piosenki początkowo nieco gryzie się ona z podkładem, ale kiedy w refrenie Soyou i Hyorin dostają więcej pola do manewrowania wokalem, od razu jest lepiej. No i cały występ to po prostu świetne widowisko w wykonaniu grupy. A w pakiecie również przerobiona wersja "Pandory" w wykonaniu KARA.
Do występów z tegorocznych "Gayo Daejun" pewnie będę jeszcze wracał, kiedy sam to na spokojnie sobie poprzeglądam, a na zakończenie Maryla... Dobra, nie, rozmyśliłem się... Maryla jest tak okropna, że lepiej jej nie oglądać. Zamiast tego Hyorin wykonująca "Sway" w KBS. Przy jej głosie jestem w stanie wybaczyć nawet marny angielski.
Przy okazji tekstów o projekcie "The Color Of K-Pop" >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<< wspominałem o gali "SBS Gayo Daejun", której to częścią był owy projekt. Konkurencyjne sieci KBS i MBC organizują swoje odpowiedniki tej audycji, które wprawdzie delikatnie różnią się tytułami, ale i tak wszyscy nazywają je Gayo Daejun.
Co ciekawe, audycje odbywają się w różne dni, tak aby wszyscy najważniejsi artyści mogli wystąpić na antenie każdej ze stacji, a przy okazji by tak kosztowne przedsięwzięcia nie musiały konkurować ze sobą bezpośrednio o widzów. Najciekawsze jest jednak to, że choć na scenie lądują ci sami wykonawcy z tymi samymi utworami, a całość dzieje się na przestrzeni zaledwie kilku dni, o wtórności nie może być mowy, czego doskonałym przykładem są tegoroczne występy Sistar.
Na antenie wszystkich trzech stacji dziewczyny wykonały piosenkę "Alone". Zaczniemy od SBS, gdzie wykonanie jest najbardziej standardowe i nie odbiega od oryginału ani pod względem wokali ani pod względem choreografii. Dobry moment na zapoznanie się z piosenką, jeśli ktoś jej jeszcze nie słyszał. A po dwóch minutach utwór się urywa i...
Bora daje czadu. Co tu dużo kryć, nogami też trzeba umieć się popisać. W ogóle "Alone" to zmysłowy kawałek, któremu towarzyszy nawet bardziej zmysłowa choreografia. Ale poprzeczka jest od tego, żeby zawieszać ją wyżej i stąd zrodziło się wykonanie "Alone" na antenie KBS.
Jeszcze inaczej do piosenki formacja podeszła w MBC, przerabiając podkład na rockowy. Jeśli idzie o stylizację, znów jest świetnie. Od strony piosenki początkowo nieco gryzie się ona z podkładem, ale kiedy w refrenie Soyou i Hyorin dostają więcej pola do manewrowania wokalem, od razu jest lepiej. No i cały występ to po prostu świetne widowisko w wykonaniu grupy. A w pakiecie również przerobiona wersja "Pandory" w wykonaniu KARA.
Do występów z tegorocznych "Gayo Daejun" pewnie będę jeszcze wracał, kiedy sam to na spokojnie sobie poprzeglądam, a na zakończenie Maryla... Dobra, nie, rozmyśliłem się... Maryla jest tak okropna, że lepiej jej nie oglądać. Zamiast tego Hyorin wykonująca "Sway" w KBS. Przy jej głosie jestem w stanie wybaczyć nawet marny angielski.
niedziela, 30 grudnia 2012
Mystic White - Mermaid vs Dazzling Red - This Person
Okej, powiedziałem A, pora powiedzieć B. W poprzednim wpisie przedstawiłem grupę Dazzling Red i jej kawałek "This Person", kto nie czytał, a ma zamiar przebrnąć przez dzisiejszy tekst, odsyłam >>TUTAJ<<. Teraz pora na konkurencję w postaci Mystic White i porównanie obydwu występów.
Zarówno Mystic White, jak i Dazzling Red, są częścią większego projektu nazwanego "The Color Of K-Pop", który z grubsza wyjaśniłem właśnie przy okazji poprzedniego wpisu. W skład Mystic White wchodzą Jiyoung (KARA), Bora (Sistar), Lizzy (After School / Orange Caramel), Sunhwa (Secret) oraz Gayoon (4Minute). W porównaniu do Dazzling Red, zestawienie grupy wydaje się nieco bardziej drugoplanowe, co nie oznacza, że wylądowały tu anonimy czy złe wokalistki. Paradoksalnie przemówi to na korzyść grupy, ale o tym później.
Zacznijmy od samej piosenki. Nie wiem kto jest jej producentem i nie chce mi się tej informacji szukać. Z pewnością jest to jakaś tuza koreańskiego rynku, marką nie ustępująca Brave Brothers czy Shinsadongowi Tigerowi (może to nawet on, ale raczej nie), którzy także brali udział w tym projekcie. Kto by to nie był, podołał zadaniu, bo pomimo kilku zastrzeżeń, piosenka wyszła niezła, szczególnie chwytliwy jest refren. Niestety momentami atakują mnie połączone siły koreańskiego-angielskiego i aegyo, ale czego innego spodziewać się po piosence zatytułowanej "Syrenka" (albo nawet "Królewna syrenek").
Zaskakująco, piosenka nie jest o syrence. Syrenka to tylko niezłe porównanie powtarzające się w refrenie "przyjdź po mnie, zanim jak królewna syrenek stanę się falami". Niestety tekst ten ląduje gdzieś pomiędzy "kiss me, oh kiss me" i "I know you know love me you know I know kiss me", które to słowa, nawet po zaaplikowaniu rozsądnej interpunkcji, brzmią jak brednie kogoś tuż przed, tuż po albo będącego właśnie w trakcie lobotomii.
Co gorsza, głupie słowa są dodatkowo akcentowane przez bardziej banalne brzmienie tych segmentów. Cóż - aegyo. Ale jeżeli przecierpieć azjatycką, wielkooką słodycz, piosenka jest naprawdę niezła. Całość już od pierwszych dźwięków pachnie morzem, świetna jest wstawka na saksofonie pod koniec piosenki i poprzedzające ją przejście, a refren może nie nazbyt skomplikowany, ale szalenie chwytliwy, nie pozwala piosence utonąć, nieważne jak zła byłaby jej reszta.
Ale te nagrania to dopiero połowa historii. Podczas tegorocznego "SBS Gayo Daejun" grupy zaprezentowały się na żywo i cóż, w moim odczuciu Mystic White wypadło zdecydowanie najlepiej. Dynamic Black dało chyba nieco lepsze show, ale zdecydowanie gorzej mi się ich słuchało. Tymczasem u Mystic White zadziałało niemal wszystko.
Wejście dziewczyny miały spektakularne, do tego w trakcie piosenki też fajnie wykorzystano system platform. Całość wykończyło przejście na frontową część sceny, a prosta piosenka brzmiała bardzo podobnie do wersji studyjnej. Do tego dochodzi sympatyczny, naładowany pozytywną energią wizerunek grupy, z Lizzy na czele, który pozwalał przymknąć oko na wszelkie drobne nieporadności. Połączenie uroku i subtelnej zmysłowości, dodatkowo zaakcentowane bardzo dobrymi, dopasowanymi kostiumami, które dość wyraźnie różniły się między sobą detalami, jednak utrzymane były w jednorodnej stylizacji. Wszystko zlewało się w spójną, może nie porywającą, ale pozytywną całość.
A jak poradziło sobie Dazzling Red, które w moim odczuciu piosenkę ma zdecydowanie lepszą? No cóż, może nie kiepsko, ale zdecydowanie poniżej oczekiwań.
Zacznijmy od intra. Segment wideo jest dobry - fajnie pomyślany, klimatycznie zrealizowany i co najwyżej ciutek za długi. No i realizatorzy nie podarowali sobie przyjemności wyeksponowania nóg Nany, które to nogi są zresztą źródłem pewnych kłopotów, o czym dalej. Sęk w tym, że intro sceniczne tak dobre już nie jest. Mało zajmujące, za długie i zwiastujące największy problem całego występu - absolutny brak scenicznej chemii pomiędzy wokalistkami.
Ten utwór to energetyczna bomba, ale żeby ją detonować na scenie, trzeba najpierw zebrać sporo energii w jednym miejscu. Tymczasem cały występ został przeprowadzony tak, że tę energię tłumił i rozpraszał. Coś szwankowało z audio, prawdopodobnie playback, i w piosenkę wdzierał się wyraźny metaliczny pogłos. Przez sporą część występu dziewczyny były rozproszone po scenie, zamiast stać jak najbliżej siebie. Zamiast ze sobą współdziałąć, co narzuca sam sposób podziału wersów między wokalistki, każda stała gdzieś tam sama, klepiąc swoją partię, nie patrząc na resztę.
Rozumiem, że to był jeden z powodów, dla których wokalistki tak chętnie rozdzielano.
Wspominałem przed chwilą o nogach Nany. Ona, oprócz bycia piosenkarką, jest także modelką - koleżanki nie. W After School i Orange Caramel nie ma z tym problemu, bo tam celowo dobrano wysokie dziewczyny, ale w Dazzling Red większość ma do niej 7 cm straty, a Hyosung z dobre 10, jak nie więcej. Na scenie było to strasznie widać, szczególnie że w przeciwieństwie do Mystic White, Dazzling Red wystąpiło w takich samych sukienkach, które różnie leżały na poszczególnych wokalistkach.
Następna sprawa to choreografia. Tutaj bym nie winił nikogo, bo "The Color Of K-Pop" to projekt poboczny, składy zespołów ustalono miesiąc temu, a przecież to nie wyglądało tak, że grupy spędziły cały miniony miesiąc na wspólnych treningach. KARA aktualnie wciąż promuje album "KARA's solo collection" (więcej o nim >>TUTAJ<<), Orange Caramel promowało drugi japoński singiel (>>TUTAJ<<) i przedświąteczne nagranie w ramach Happy Pledis (>>TUTAJ<<), a Secret... Secret miało promować singiel "Talk That", ale miało wypadek samochodowy i na scenę wróciło dopiero w ostatnich dniach. Skończyło się niegroźnie, ale Zinger wciąż nie może uczestniczyć w występach, bo doznała urazu żeber (więcej na ten temat w >>TUTAJ<<) .
Wobec takiej sytuacji, czasu na przygotowania było niewiele, więc i choreografia musiała być siłą rzeczy minimalistyczna, a i to wiązało się z pewnymi niedopracowaniami. Żywa piosenka Dazzling Red potrzebowała dobrej choreografii, podczas gdy skromne pląsania Mystic White były wystarczające do ich utworu. W dodatku Mystic White mogło salwować się przebitkami na twarze dobrze wystylizowanych wokalistek, podczas gdy w Dazzling Red ta stylizacja wypaliła w stu procentach tylko w wypadku Hyorin.
W dodatku oba zespoły to na dobrą sprawę zlepki indywidualności. Mystic White przypadło w udziale więcej postaci drugoplanowych, przez co nie miało się wrażenia, że wokalistki pogryzą się o miejsce przed kamerą i powodowało, że łatwiej było kupić ten przyjazny wizerunek. W wypadku Dazzling Red Hyorin i HyunA wyraźnie dominują pod względem popularności w swoich macierzystych formacjach, Nana z oczywistych względów skupia dużo uwagi, a Hyosung jest liderką Secret. To tylko potęgowało odczucie bariery między wokalistkami.
Teraz jestem tylko ciekaw, czy na tym projekt zostanie zamknięty, czy jednak ktoś zrobi klipy do tych piosenek? Jeżeli to już koniec, to w moich oczach, pomimo tego, że to Dazzling Red ma lepszą piosenkę, to Mystic White wygrało rywalizację. No tak, są jeszcze grupy męskie, ale one w ogóle mnie nie porwały, choć trzeba przyznać, że show dały przyzwoite. Dla ciekawych.
Dramatic Blue
Dynamic Black
Swoją drogą, wytłumaczy mi ktoś, dlaczego to zawsze Londyn jest w ruinach? To taki nowożytny Rzym. Że Big Ben się wali, to znak końca czasu, upadku człowieka? Amfiteatr Flawiuszów w dwadzieścia wieków od powstania można nazwać ruderą, a jednak ludzkość ma się całkiem nieźle.
Zarówno Mystic White, jak i Dazzling Red, są częścią większego projektu nazwanego "The Color Of K-Pop", który z grubsza wyjaśniłem właśnie przy okazji poprzedniego wpisu. W skład Mystic White wchodzą Jiyoung (KARA), Bora (Sistar), Lizzy (After School / Orange Caramel), Sunhwa (Secret) oraz Gayoon (4Minute). W porównaniu do Dazzling Red, zestawienie grupy wydaje się nieco bardziej drugoplanowe, co nie oznacza, że wylądowały tu anonimy czy złe wokalistki. Paradoksalnie przemówi to na korzyść grupy, ale o tym później.
Zacznijmy od samej piosenki. Nie wiem kto jest jej producentem i nie chce mi się tej informacji szukać. Z pewnością jest to jakaś tuza koreańskiego rynku, marką nie ustępująca Brave Brothers czy Shinsadongowi Tigerowi (może to nawet on, ale raczej nie), którzy także brali udział w tym projekcie. Kto by to nie był, podołał zadaniu, bo pomimo kilku zastrzeżeń, piosenka wyszła niezła, szczególnie chwytliwy jest refren. Niestety momentami atakują mnie połączone siły koreańskiego-angielskiego i aegyo, ale czego innego spodziewać się po piosence zatytułowanej "Syrenka" (albo nawet "Królewna syrenek").
Zaskakująco, piosenka nie jest o syrence. Syrenka to tylko niezłe porównanie powtarzające się w refrenie "przyjdź po mnie, zanim jak królewna syrenek stanę się falami". Niestety tekst ten ląduje gdzieś pomiędzy "kiss me, oh kiss me" i "I know you know love me you know I know kiss me", które to słowa, nawet po zaaplikowaniu rozsądnej interpunkcji, brzmią jak brednie kogoś tuż przed, tuż po albo będącego właśnie w trakcie lobotomii.
Co gorsza, głupie słowa są dodatkowo akcentowane przez bardziej banalne brzmienie tych segmentów. Cóż - aegyo. Ale jeżeli przecierpieć azjatycką, wielkooką słodycz, piosenka jest naprawdę niezła. Całość już od pierwszych dźwięków pachnie morzem, świetna jest wstawka na saksofonie pod koniec piosenki i poprzedzające ją przejście, a refren może nie nazbyt skomplikowany, ale szalenie chwytliwy, nie pozwala piosence utonąć, nieważne jak zła byłaby jej reszta.
Ale te nagrania to dopiero połowa historii. Podczas tegorocznego "SBS Gayo Daejun" grupy zaprezentowały się na żywo i cóż, w moim odczuciu Mystic White wypadło zdecydowanie najlepiej. Dynamic Black dało chyba nieco lepsze show, ale zdecydowanie gorzej mi się ich słuchało. Tymczasem u Mystic White zadziałało niemal wszystko.
Wejście dziewczyny miały spektakularne, do tego w trakcie piosenki też fajnie wykorzystano system platform. Całość wykończyło przejście na frontową część sceny, a prosta piosenka brzmiała bardzo podobnie do wersji studyjnej. Do tego dochodzi sympatyczny, naładowany pozytywną energią wizerunek grupy, z Lizzy na czele, który pozwalał przymknąć oko na wszelkie drobne nieporadności. Połączenie uroku i subtelnej zmysłowości, dodatkowo zaakcentowane bardzo dobrymi, dopasowanymi kostiumami, które dość wyraźnie różniły się między sobą detalami, jednak utrzymane były w jednorodnej stylizacji. Wszystko zlewało się w spójną, może nie porywającą, ale pozytywną całość.
A jak poradziło sobie Dazzling Red, które w moim odczuciu piosenkę ma zdecydowanie lepszą? No cóż, może nie kiepsko, ale zdecydowanie poniżej oczekiwań.
Zacznijmy od intra. Segment wideo jest dobry - fajnie pomyślany, klimatycznie zrealizowany i co najwyżej ciutek za długi. No i realizatorzy nie podarowali sobie przyjemności wyeksponowania nóg Nany, które to nogi są zresztą źródłem pewnych kłopotów, o czym dalej. Sęk w tym, że intro sceniczne tak dobre już nie jest. Mało zajmujące, za długie i zwiastujące największy problem całego występu - absolutny brak scenicznej chemii pomiędzy wokalistkami.
Ten utwór to energetyczna bomba, ale żeby ją detonować na scenie, trzeba najpierw zebrać sporo energii w jednym miejscu. Tymczasem cały występ został przeprowadzony tak, że tę energię tłumił i rozpraszał. Coś szwankowało z audio, prawdopodobnie playback, i w piosenkę wdzierał się wyraźny metaliczny pogłos. Przez sporą część występu dziewczyny były rozproszone po scenie, zamiast stać jak najbliżej siebie. Zamiast ze sobą współdziałąć, co narzuca sam sposób podziału wersów między wokalistki, każda stała gdzieś tam sama, klepiąc swoją partię, nie patrząc na resztę.
Rozumiem, że to był jeden z powodów, dla których wokalistki tak chętnie rozdzielano.
Kadr z materiałów zakulisowych via allkpop.com
Wspominałem przed chwilą o nogach Nany. Ona, oprócz bycia piosenkarką, jest także modelką - koleżanki nie. W After School i Orange Caramel nie ma z tym problemu, bo tam celowo dobrano wysokie dziewczyny, ale w Dazzling Red większość ma do niej 7 cm straty, a Hyosung z dobre 10, jak nie więcej. Na scenie było to strasznie widać, szczególnie że w przeciwieństwie do Mystic White, Dazzling Red wystąpiło w takich samych sukienkach, które różnie leżały na poszczególnych wokalistkach.
Następna sprawa to choreografia. Tutaj bym nie winił nikogo, bo "The Color Of K-Pop" to projekt poboczny, składy zespołów ustalono miesiąc temu, a przecież to nie wyglądało tak, że grupy spędziły cały miniony miesiąc na wspólnych treningach. KARA aktualnie wciąż promuje album "KARA's solo collection" (więcej o nim >>TUTAJ<<), Orange Caramel promowało drugi japoński singiel (>>TUTAJ<<) i przedświąteczne nagranie w ramach Happy Pledis (>>TUTAJ<<), a Secret... Secret miało promować singiel "Talk That", ale miało wypadek samochodowy i na scenę wróciło dopiero w ostatnich dniach. Skończyło się niegroźnie, ale Zinger wciąż nie może uczestniczyć w występach, bo doznała urazu żeber (więcej na ten temat w >>TUTAJ<<) .
Wobec takiej sytuacji, czasu na przygotowania było niewiele, więc i choreografia musiała być siłą rzeczy minimalistyczna, a i to wiązało się z pewnymi niedopracowaniami. Żywa piosenka Dazzling Red potrzebowała dobrej choreografii, podczas gdy skromne pląsania Mystic White były wystarczające do ich utworu. W dodatku Mystic White mogło salwować się przebitkami na twarze dobrze wystylizowanych wokalistek, podczas gdy w Dazzling Red ta stylizacja wypaliła w stu procentach tylko w wypadku Hyorin.
W dodatku oba zespoły to na dobrą sprawę zlepki indywidualności. Mystic White przypadło w udziale więcej postaci drugoplanowych, przez co nie miało się wrażenia, że wokalistki pogryzą się o miejsce przed kamerą i powodowało, że łatwiej było kupić ten przyjazny wizerunek. W wypadku Dazzling Red Hyorin i HyunA wyraźnie dominują pod względem popularności w swoich macierzystych formacjach, Nana z oczywistych względów skupia dużo uwagi, a Hyosung jest liderką Secret. To tylko potęgowało odczucie bariery między wokalistkami.
Teraz jestem tylko ciekaw, czy na tym projekt zostanie zamknięty, czy jednak ktoś zrobi klipy do tych piosenek? Jeżeli to już koniec, to w moich oczach, pomimo tego, że to Dazzling Red ma lepszą piosenkę, to Mystic White wygrało rywalizację. No tak, są jeszcze grupy męskie, ale one w ogóle mnie nie porwały, choć trzeba przyznać, że show dały przyzwoite. Dla ciekawych.
Dramatic Blue
Dynamic Black
Swoją drogą, wytłumaczy mi ktoś, dlaczego to zawsze Londyn jest w ruinach? To taki nowożytny Rzym. Że Big Ben się wali, to znak końca czasu, upadku człowieka? Amfiteatr Flawiuszów w dwadzieścia wieków od powstania można nazwać ruderą, a jednak ludzkość ma się całkiem nieźle.
piątek, 28 grudnia 2012
Dazzling Red - This Person
Okej, wytrzymałem jeden dzień. Miałem o tej piosence napisać dopiero, kiedy będzie towarzyszyło jej jakieś wideo, ale - jak widać - cierpliwość nie jest moją mocną stroną. O projekcie Dazzling Red wspominałem już przy okazji >>TEGO TEKSTU<< i choć większość informacji pewnie powtórzę, to z wielu względów, które ujawnię dalej, zachęcam do zapoznania się chociaż z klipami z podlinkowanego tekstu, w szczególności z utworem "Alone" grupy Sistar.
Zacznijmy od początku. Zbliża się koniec roku i także w Korei z tej okazji będą emitowane specjalne programy rozrywkowe. Na antenie stacji SBS od wielu lat 29 grudnia emitowany jest specjalny show muzyczny "SBS Gayo Daejeon". W tym roku głównym punktem programu będzie projekt pod nazwą "The Color Of K-Pop".
W ramach projektu utworzono cztery nowe formacje, po pięć osób każda. Dramatic Blue i Dynamic Black to formacje męskie, Dazzling Red i Mystic White to formacje żeńskie. W skład każdej wchodzą gwiazdy koreańskiej sceny muzycznej. W wypadku Dazzling Red są to Hyorin z Sistar, Hyosung z Secret, HyunA z 4Minute, Nicole z KARA i Nana z After School/Orange Caramel.
Początkowo do projektu przyciągnął mnie sam pomysł i osoba Nany, która wokalnie jest dla mnie zagadką. W kilku utworach pokazała, że śpiew idzie jej nawet-nawet. W dodatku ma ciekawą, charakterystyczną barwę, ale niezmiennie większe partie dostaje tylko w b-side'ach czy projektach w stylu Happy Pledis. Byłem ciekaw, jak się zaprezentuje w innym gronie.
Jednak potem odkryłem osobę Hyorin, która wokalnie wymiata. Ma barwę, ma siłę, ma technikę i odnajduje się właściwie we wszystkim, co każą jej zaspiewać, z rapem włącznie. Jeżeli jeszcze nie zajrzeliście do tekstu podlinkowanego na początku tego wpisu, teraz jest dobry moment.
Utwory "Alone" i "This Person" (spotkałem się też z lepiej brzmiącym "This Guy", ale pewnie oficjalne tłumaczenie będzie brzmiało właśnie "This Person") łączy coś więcej niż osoba Hyorin i czerwone stroje piosenkarek. Obie piosenki wyprodukował Brave Brothers i to słychać. Tak, użyłem liczby pojedynczej, bo Brave Brothers to pseudonim jednego gościa, który naprawdę nazywa się Kang Dong Chul. Pseudonimem bije na głowę nawet Shinsadonga Tigera.
Brave Brothers ma na koncie wiele hitów i współpracę z całą gamą artystów, w tym z Hyorin, Naną i Hyuną z Dazzling Red, jednak w ostatnim czasie to właśnie współpraca z Hyorin i jej formacją Sistar jest najściślejsza. Brave Brothers stoi za lwią częścią piosenek grupy. Jego udział w projekcie był dla mnie z jednej strony gwarantem jakości, z drugiej strony powodem do obaw. Przyznam, że wyszło nawet lepiej niż się spodziewałem.
"This Person" brzmi jak kolejna piosenka napisana dla Sistar, jak "Alone" w wersji 2.0. Oczywiście słychać pewne różnice, chociażby ze względu na to, że Brave Brothers tym razem dysponował nieco innym zestawem głosów. Jednak wątpię, żeby narzekał z tego powodu, wręcz przeciwnie, myślę że w jakimś stopniu miał wpływ na dobór wokalistek - jeśli nie bezpośrednio do jego projektu, to do grona kandydatek.
Wszystkie dziewczyny mają podobne głosy, więc utwór jest równy i spójny, choć piosenkarki zmieniają się co wers. Zresztą gdyby nie głos był czynnikiem decydującym, wątpię by trafiła tu Nicole. Nie mam nic przeciwko niej samej, ani tym bardziej jej śpiewaniu, ale z KARA wizerunkowo zdecydowanie bardziej pasowała tu Gyuri czy nawet Hara, natomiast ich wokale z pewnością nie wkomponowałyby się równie dobrze w piosenkę.
O "jednogłośności" utworu świadczyć może też fakt, że nie zawsze można rozszyfrować po samym dźwięku, która z artystek aktualnie śpiewa. Są fragmenty oczywiste, ale niektóre pozostają zagadką, na której rozszyfrowanie trzeba poczekać do występu na żywo. Np. rap wydaje się domeną Hyuny, ale w drugim segmencie rapu jest fragment, który brzmi jakby wykonywała go Nana.
Jedyne obawy jakie miałem, to o rozdział partii pomiędzy wokalistki. No i tu też nie zawiodło mnie przeczucie, podobnie jak w "Alone", w "This Person" dominuje głos Hyorin, która ma zdecydowanie najwięcej partii. Inna sprawa, że części prawdopodobnie nie należy liczyć, bo w wykonaniu live zostaną wysamplowane, tzn. nikt nie będzie nawet udawał, że je śpiewa. Chodzi mi konkretnie o powtarzające się słowa "I Don't Know Why".
Gdyby opuścić wersy podejrzane o wysamplowanie, rozkład wciąż wychodziłby na korzyść Hyorin i Hyosung, ale po pierwsze to zrozumiałe, bo obie są liderkami swoich formacji, a po drugie taki rozkład jest już bardzo zbliżony do równego i raczej żadna z wokalistek nie może narzekać. Inna sprawa, że 5 głosów to po prostu dużo jak na niespełna trzy i pół minuty. Mam dziwne wrażenie, że Hyorin uciągnęłaby tę piosenkę przy wsparciu tylko jednej z koleżanek.
Nie zmienia to faktu, że piosenka w obecnym kształcie jest po prostu bardzo dobra. Więcej, mam wrażenie że sam utwór zyskuje na tym, że wykonuje go aż tyle wokalistek. Przez to, choć spójny, jest zróżnicowany i żywy. Wsłuchuję się w niego już drugi dzień i jeszcze mi się nie znudził. Jest to podobny kaliber przeboju, co "Alone", który, gdyby nie "Gangnam Style", zdominowałby tegoroczne podsumowania.
Naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem, bo przeważnie podobne kolaboracje wychodzą co najwyżej przeciętnie, tymczasem Dazzling Red wespół z Brave Brothers wyprodukowało kawał piosenki i kto wie, czy nie będzie to w nadchodzących tygodniach najpoważniejsza konkurencja dla powracjącego z nowym albumem Girls' Generation. Szczerze trzymam kciuki za sukces tej piosenki, bo to chyba jedyna droga, by Dazzling Red nie umarło jako jednorazowy projekt.
POSTSCRIPTUM
Wykonanie live i porównanie z występem Mystic White znajdziecie >>TUTAJ<<. Niestety Dazzling Red ograniczyło swoją działalność do jednorazowego występu telewizyjnego, jednak sama piosenka odniosła umiarkowany sukces, szczególnie biorąc pod uwagę brak dodatkowych promocji i ścisłe powiązanie z jedną stacją telewizyjną. Przez kilka tygodni "This Person" nie wypadało poza górną połowę notowania TOP100 koreańskiego Billboardu, notując nawet 6. miejsce na tej liście. Formacja zagościła także jednorazowo w pierwszej dziesiątce listy Instiz, grupującej notowania ze wszystkich najważniejszych list przebojów i zamieniając je na punkty, które potem decydują o pozycji piosenki w danym tygodniu. Piosenka zmieściła się także w pierwszej dziesiątce jednego z notowań listy Gaon (koreański odpowiednik japońskiego Oricon'u i amerykańskiego Billboardu) w kategorii cyfrowy singiel.
Zacznijmy od początku. Zbliża się koniec roku i także w Korei z tej okazji będą emitowane specjalne programy rozrywkowe. Na antenie stacji SBS od wielu lat 29 grudnia emitowany jest specjalny show muzyczny "SBS Gayo Daejeon". W tym roku głównym punktem programu będzie projekt pod nazwą "The Color Of K-Pop".
W ramach projektu utworzono cztery nowe formacje, po pięć osób każda. Dramatic Blue i Dynamic Black to formacje męskie, Dazzling Red i Mystic White to formacje żeńskie. W skład każdej wchodzą gwiazdy koreańskiej sceny muzycznej. W wypadku Dazzling Red są to Hyorin z Sistar, Hyosung z Secret, HyunA z 4Minute, Nicole z KARA i Nana z After School/Orange Caramel.
Początkowo do projektu przyciągnął mnie sam pomysł i osoba Nany, która wokalnie jest dla mnie zagadką. W kilku utworach pokazała, że śpiew idzie jej nawet-nawet. W dodatku ma ciekawą, charakterystyczną barwę, ale niezmiennie większe partie dostaje tylko w b-side'ach czy projektach w stylu Happy Pledis. Byłem ciekaw, jak się zaprezentuje w innym gronie.
Jednak potem odkryłem osobę Hyorin, która wokalnie wymiata. Ma barwę, ma siłę, ma technikę i odnajduje się właściwie we wszystkim, co każą jej zaspiewać, z rapem włącznie. Jeżeli jeszcze nie zajrzeliście do tekstu podlinkowanego na początku tego wpisu, teraz jest dobry moment.
Utwory "Alone" i "This Person" (spotkałem się też z lepiej brzmiącym "This Guy", ale pewnie oficjalne tłumaczenie będzie brzmiało właśnie "This Person") łączy coś więcej niż osoba Hyorin i czerwone stroje piosenkarek. Obie piosenki wyprodukował Brave Brothers i to słychać. Tak, użyłem liczby pojedynczej, bo Brave Brothers to pseudonim jednego gościa, który naprawdę nazywa się Kang Dong Chul. Pseudonimem bije na głowę nawet Shinsadonga Tigera.
Brave Brothers ma na koncie wiele hitów i współpracę z całą gamą artystów, w tym z Hyorin, Naną i Hyuną z Dazzling Red, jednak w ostatnim czasie to właśnie współpraca z Hyorin i jej formacją Sistar jest najściślejsza. Brave Brothers stoi za lwią częścią piosenek grupy. Jego udział w projekcie był dla mnie z jednej strony gwarantem jakości, z drugiej strony powodem do obaw. Przyznam, że wyszło nawet lepiej niż się spodziewałem.
"This Person" brzmi jak kolejna piosenka napisana dla Sistar, jak "Alone" w wersji 2.0. Oczywiście słychać pewne różnice, chociażby ze względu na to, że Brave Brothers tym razem dysponował nieco innym zestawem głosów. Jednak wątpię, żeby narzekał z tego powodu, wręcz przeciwnie, myślę że w jakimś stopniu miał wpływ na dobór wokalistek - jeśli nie bezpośrednio do jego projektu, to do grona kandydatek.
Wszystkie dziewczyny mają podobne głosy, więc utwór jest równy i spójny, choć piosenkarki zmieniają się co wers. Zresztą gdyby nie głos był czynnikiem decydującym, wątpię by trafiła tu Nicole. Nie mam nic przeciwko niej samej, ani tym bardziej jej śpiewaniu, ale z KARA wizerunkowo zdecydowanie bardziej pasowała tu Gyuri czy nawet Hara, natomiast ich wokale z pewnością nie wkomponowałyby się równie dobrze w piosenkę.
O "jednogłośności" utworu świadczyć może też fakt, że nie zawsze można rozszyfrować po samym dźwięku, która z artystek aktualnie śpiewa. Są fragmenty oczywiste, ale niektóre pozostają zagadką, na której rozszyfrowanie trzeba poczekać do występu na żywo. Np. rap wydaje się domeną Hyuny, ale w drugim segmencie rapu jest fragment, który brzmi jakby wykonywała go Nana.
Jedyne obawy jakie miałem, to o rozdział partii pomiędzy wokalistki. No i tu też nie zawiodło mnie przeczucie, podobnie jak w "Alone", w "This Person" dominuje głos Hyorin, która ma zdecydowanie najwięcej partii. Inna sprawa, że części prawdopodobnie nie należy liczyć, bo w wykonaniu live zostaną wysamplowane, tzn. nikt nie będzie nawet udawał, że je śpiewa. Chodzi mi konkretnie o powtarzające się słowa "I Don't Know Why".
Gdyby opuścić wersy podejrzane o wysamplowanie, rozkład wciąż wychodziłby na korzyść Hyorin i Hyosung, ale po pierwsze to zrozumiałe, bo obie są liderkami swoich formacji, a po drugie taki rozkład jest już bardzo zbliżony do równego i raczej żadna z wokalistek nie może narzekać. Inna sprawa, że 5 głosów to po prostu dużo jak na niespełna trzy i pół minuty. Mam dziwne wrażenie, że Hyorin uciągnęłaby tę piosenkę przy wsparciu tylko jednej z koleżanek.
Nie zmienia to faktu, że piosenka w obecnym kształcie jest po prostu bardzo dobra. Więcej, mam wrażenie że sam utwór zyskuje na tym, że wykonuje go aż tyle wokalistek. Przez to, choć spójny, jest zróżnicowany i żywy. Wsłuchuję się w niego już drugi dzień i jeszcze mi się nie znudził. Jest to podobny kaliber przeboju, co "Alone", który, gdyby nie "Gangnam Style", zdominowałby tegoroczne podsumowania.
Naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem, bo przeważnie podobne kolaboracje wychodzą co najwyżej przeciętnie, tymczasem Dazzling Red wespół z Brave Brothers wyprodukowało kawał piosenki i kto wie, czy nie będzie to w nadchodzących tygodniach najpoważniejsza konkurencja dla powracjącego z nowym albumem Girls' Generation. Szczerze trzymam kciuki za sukces tej piosenki, bo to chyba jedyna droga, by Dazzling Red nie umarło jako jednorazowy projekt.
POSTSCRIPTUM
Wykonanie live i porównanie z występem Mystic White znajdziecie >>TUTAJ<<. Niestety Dazzling Red ograniczyło swoją działalność do jednorazowego występu telewizyjnego, jednak sama piosenka odniosła umiarkowany sukces, szczególnie biorąc pod uwagę brak dodatkowych promocji i ścisłe powiązanie z jedną stacją telewizyjną. Przez kilka tygodni "This Person" nie wypadało poza górną połowę notowania TOP100 koreańskiego Billboardu, notując nawet 6. miejsce na tej liście. Formacja zagościła także jednorazowo w pierwszej dziesiątce listy Instiz, grupującej notowania ze wszystkich najważniejszych list przebojów i zamieniając je na punkty, które potem decydują o pozycji piosenki w danym tygodniu. Piosenka zmieściła się także w pierwszej dziesiątce jednego z notowań listy Gaon (koreański odpowiednik japońskiego Oricon'u i amerykańskiego Billboardu) w kategorii cyfrowy singiel.
czwartek, 27 grudnia 2012
TaeTiSeo - Twinkle
Czasami bywa tak, że skecz boli jeszcze zanim coś ujrzy światło dzienne, już wiadomo, że stanie się wydarzeniem. Może być absolutnie fatalne, może być nieprawdopodobnie genialne, może też zająć pozycję w dowolnym miejscu między tymi dwoma ekstremami lub zwyczajnie być nijakie, jednak bez względu na końcowy rezultat, będzie w centrum zainteresowania.
Aktualnie takim wydarzeniem jest kinowy "Hobbit", którego ludzie już kochają albo nienawidzą, nie widziawszy go jeszcze na oczy. Podobnie było w tym roku w Korei z debiutem formacji nazywanej w skrócie TaeTiSeo lub TTS, a formalnie debiutującej pod nazwą Sonyeo Shidae TaeTiSeo. Tak, TTS to podgrupa szalenie popularnego w Korei (i nie tylko) Girls' Generation.
TaeTiSeo, czy też TTS, to nic innego jak skrót utworzony od imion wokalistek - Taeyeon, Tiffany i Seohyun. Pod koniec lutego cała trójka zaczęła wspólnie prowadzić telewizyjny program muzyczny "Show! Music Core" na antenie stacji MBC, a w kwietniu ogłoszono, że dziewczyny razem stworzą pierwszą podgrupę w historii SNSD. Reszta potoczyła się zgodnie z przewidywaniami.
EP-ka "Twinkle" trafiła do sprzedaży w ostatnich dniach kwietnia, a teledysk na YT w tydzień po premierze miał 10 mln odsłon. Dziewczyny szybko zawojowały także listy przebojów, w maju niepodzielnie królując we wszystkich najważniejszych notowaniach. Jednak patrząc przez pryzmat popularności macierzystej formacji, liczby wcale nie powalają, choć złe oczywiście też nie są.
Moje odczucia? Pod wieloma względami lepsze niż większość twórczości SNSD. Przede wszystkim do TTS trafiły dobre wokalistki i postarano się, by ten potencjał nie został zmarnowany. Przynajmniej w kilku miejscach dziewczyny dostają pole do popisu, a i brzmienie całej piosenki jest jakieś takie bardziej składne wokalnie, podczas gdy w kawałkach Girls' Generation piosenkarki nieustannie są tłamszone przez konwencję i podział partii na 9 głosów.
Z drugiej strony fajnie, że piosenka ma trochę więcej pazura w brzmieniu, że wizerunek to kilka kroczków w dobrym kierunku, ale jak dla mnie aegyo jest wciąż aż za bardzo widoczne. Kto wie, może wytwórnia nie chciała ryzykować przy debiucie i z czasem TTS dostanie większą swobodę wizerunkową, bo na teraz to wciąż wygląda jak SNSD w przebraniu. Słodkie minki, oczojebne kolory i... dobrzy bogowie, czy to naprawdę są panterki? Na plus tańczący fotoreporterzy.
Do piosenki nic nie mam, jest całkiem niezła - i od strony podkładu, i od strony wokali. Bardzo fajnie brzmi krótki segment przy fortepianie w drugiej połowie klipu. Ogólnie podoba mi się lekki posmak retro przemieszany ze zręcznie wplecioną elektroniką. Słucha mi się tego zdecydowanie lepiej niż ogląda teledysk. Nie jest to może piosenka, która przyprawiłaby mnie o syndrom jeszcze jednego przesłuchania, ale po wielu odtworzeniach nie próbuję też przed nią uciekać.
Aktualnie takim wydarzeniem jest kinowy "Hobbit", którego ludzie już kochają albo nienawidzą, nie widziawszy go jeszcze na oczy. Podobnie było w tym roku w Korei z debiutem formacji nazywanej w skrócie TaeTiSeo lub TTS, a formalnie debiutującej pod nazwą Sonyeo Shidae TaeTiSeo. Tak, TTS to podgrupa szalenie popularnego w Korei (i nie tylko) Girls' Generation.
TaeTiSeo, czy też TTS, to nic innego jak skrót utworzony od imion wokalistek - Taeyeon, Tiffany i Seohyun. Pod koniec lutego cała trójka zaczęła wspólnie prowadzić telewizyjny program muzyczny "Show! Music Core" na antenie stacji MBC, a w kwietniu ogłoszono, że dziewczyny razem stworzą pierwszą podgrupę w historii SNSD. Reszta potoczyła się zgodnie z przewidywaniami.
EP-ka "Twinkle" trafiła do sprzedaży w ostatnich dniach kwietnia, a teledysk na YT w tydzień po premierze miał 10 mln odsłon. Dziewczyny szybko zawojowały także listy przebojów, w maju niepodzielnie królując we wszystkich najważniejszych notowaniach. Jednak patrząc przez pryzmat popularności macierzystej formacji, liczby wcale nie powalają, choć złe oczywiście też nie są.
Moje odczucia? Pod wieloma względami lepsze niż większość twórczości SNSD. Przede wszystkim do TTS trafiły dobre wokalistki i postarano się, by ten potencjał nie został zmarnowany. Przynajmniej w kilku miejscach dziewczyny dostają pole do popisu, a i brzmienie całej piosenki jest jakieś takie bardziej składne wokalnie, podczas gdy w kawałkach Girls' Generation piosenkarki nieustannie są tłamszone przez konwencję i podział partii na 9 głosów.
Z drugiej strony fajnie, że piosenka ma trochę więcej pazura w brzmieniu, że wizerunek to kilka kroczków w dobrym kierunku, ale jak dla mnie aegyo jest wciąż aż za bardzo widoczne. Kto wie, może wytwórnia nie chciała ryzykować przy debiucie i z czasem TTS dostanie większą swobodę wizerunkową, bo na teraz to wciąż wygląda jak SNSD w przebraniu. Słodkie minki, oczojebne kolory i... dobrzy bogowie, czy to naprawdę są panterki? Na plus tańczący fotoreporterzy.
Do piosenki nic nie mam, jest całkiem niezła - i od strony podkładu, i od strony wokali. Bardzo fajnie brzmi krótki segment przy fortepianie w drugiej połowie klipu. Ogólnie podoba mi się lekki posmak retro przemieszany ze zręcznie wplecioną elektroniką. Słucha mi się tego zdecydowanie lepiej niż ogląda teledysk. Nie jest to może piosenka, która przyprawiłaby mnie o syndrom jeszcze jednego przesłuchania, ale po wielu odtworzeniach nie próbuję też przed nią uciekać.
środa, 26 grudnia 2012
After School - Flashback + Rip Off
Święta, święta i po świętach, czy jakoś tak. Temat się wyczerpał, ale że jeszcze przez kilka godzin święta trwają, więc za klamrę dla dzisiejszego wpisu posłuży formacja After School, która pojawiała się także w dwóch ostatnich wpisach. Od razu zaznaczę, że zdecydowanie warto zjechać na koniec tekstu i obejrzeć ostatni klip.
Tak się złożyło, że After School nie było w tym roku szczególnie aktywne w ojczyźnie. Pierwsze półrocze dziewczyny spędziły kontynuując promocję w Japonii, wydając dwa kolejne single i pierwszy album. Druga połowa roku należała z kolei do podgrupy After School - Orange Caramel, która wydała swój pierwszy koreański album i dwa debiutanckie single na rynku japońskim.
Pomiędzy tymi dwoma okresami, After School zdołało wydać w Korei maxi-singiel zatytułowany "Flashback", promowany przez piosenkę pod tym samym tytułem. W historii grupy to wydawnictwo jest o tyle ważne, że jest pierwszym bez udziału założycielki i dotychczasowej liderki formacji - Kahi. Więcej na ten temat napisałem >>TUTAJ<<. "Flashback" to także debiut Kaeun - nowego nabytku grupy.
Wraz z informacją o odejściu Kahi pojawiło się sporo spekulacji co do tego, kto przejmie jej funkcję w zespole. Po teaserowym zdjęciu promującym "Flashback", w internecie pojawiły się głosy, że nową liderką będzie Nana, która na zdjęciu jako jedyna miała szpilki w innym kolorze i zajmowała centralną pozycję. Ostatecznie jednak okazało się, że funckję objęła najbardziej doświadczona członkini zespołu - Jungah.
Ha trudno mi napisać coś o piosence z jednej prostej przyczyny - widziałem teledysk już tak wiele razy, że wryła mi się w głowę i nie jestem w stanie spojrzeć na nią okiem kogoś, kto widzi ją pierwszy raz. Na pewno nie rani uszu, powiem więcej słucha się jej nawet przyjemnie, choć popisów wokalnych tu raczej nie uświadczymy, a i podkład, choć dobrze zrobiony, niczym szczególnym nie zaskakuje.
Mimo to piosenka i singiel odniosły umiarkowany sukces. Zarówno elektronicznie, jak i fizycznie, nagranie sprzedawało się bardzo dobrze, ale po raz kolejny grupie nie udało się zająć pierwszego miejsca na żadnej z istotnych list przebojów i list sprzedaży. Mimo to, w ukazujących się aktualnie podsumowaniach roku, piosenka niezmiennie łapie się do czołówki, nierzadko mieszcząc się nawet w pierwszej dziesiątce, co na tak bogatym rynku jest jednak sukcesem.
Jeżeli miałbym się do czegoś doczepić, to do liczby angielskich zwrotów w piosence. Jest ich nieprzyzwoicie dużo, choć sporej części, ze względu na kiepską wymowę, można przy pierwszym przesłuchaniu nie wychwycić. Nie oszukujmy się jednak. W tym konkretnym przypadku chwytliwa, ale tylko niezła piosenka jest dodatkiem do teledysku.
Teledysk od strony ściśle filmowej to tylko rzemiosło. Nie ma w nim ani szcególnie istotnej akcji, czy fabuły, nie ma też zabiegów artystycznych czy plastycznych. A jednak męska część populacji pewnie obejrzy go sobie wielokrotnie z niemalejącą przyjemnością. Dla męskiego oka jest jak kłębek wełny dla kota. Gdyby ktoś na koniec dolepił logo producenta rajstop, wyszłaby najlepsza reklama w branży.
Oprócz kluczowego i oczywistego aspektu figury i urody wokalistek, na sukces teledysku składają się jeszcze dwa elementy. Jeden rzuca się w oczy od samego początku. To nowy, podostrzony wizerunek formacji, lekko zalatujący burleską. Czy jest to zmiana na dłużej? Trudno powiedzieć.
Z jednej strony występom na żywo towarzyszyły różne stylizacje. Samą piosenkę grupa wykonywała przeważnie w ofrędzlowanych kostiumach różniących się od tych z teledysku jedynie kolorystyką, jednak na potrzeby większych występów zestaw kostiumów był już bardziej różnorodny. Z drugiej strony "Flashback" nierzadko pojawiał się w parze z inną piosenką z tego wydawnictwa - "Rip Off". A integralną częścią występu jest tam taka stylizacja:
Stylizacja to jedno, ale dla mnie ważniejsza we "Flashback" jest choreografia. Naraz skomplikowana i różnorodna, a przy tym niesamowicie widowiskowa. Żeby wychwycić wszystkie detale, klip trzeba obejrzeć bardzo wnikliwie i to nie raz. Niestety ruchliwa kamera, liczne przebitki i migające światło stanowczo nie pomagają. Występy telewizyjne również cierpią ze względu na nadpobudliwych operatorów. Na szczęście wytwórnia wyszła naprzeciw oczekiwaniom publiki i umieściła w sieci to oto nagranie:
BONUS
Najlepsza choreografia tego roku :)
Tak się złożyło, że After School nie było w tym roku szczególnie aktywne w ojczyźnie. Pierwsze półrocze dziewczyny spędziły kontynuując promocję w Japonii, wydając dwa kolejne single i pierwszy album. Druga połowa roku należała z kolei do podgrupy After School - Orange Caramel, która wydała swój pierwszy koreański album i dwa debiutanckie single na rynku japońskim.
Pomiędzy tymi dwoma okresami, After School zdołało wydać w Korei maxi-singiel zatytułowany "Flashback", promowany przez piosenkę pod tym samym tytułem. W historii grupy to wydawnictwo jest o tyle ważne, że jest pierwszym bez udziału założycielki i dotychczasowej liderki formacji - Kahi. Więcej na ten temat napisałem >>TUTAJ<<. "Flashback" to także debiut Kaeun - nowego nabytku grupy.
Wraz z informacją o odejściu Kahi pojawiło się sporo spekulacji co do tego, kto przejmie jej funkcję w zespole. Po teaserowym zdjęciu promującym "Flashback", w internecie pojawiły się głosy, że nową liderką będzie Nana, która na zdjęciu jako jedyna miała szpilki w innym kolorze i zajmowała centralną pozycję. Ostatecznie jednak okazało się, że funckję objęła najbardziej doświadczona członkini zespołu - Jungah.
Ha trudno mi napisać coś o piosence z jednej prostej przyczyny - widziałem teledysk już tak wiele razy, że wryła mi się w głowę i nie jestem w stanie spojrzeć na nią okiem kogoś, kto widzi ją pierwszy raz. Na pewno nie rani uszu, powiem więcej słucha się jej nawet przyjemnie, choć popisów wokalnych tu raczej nie uświadczymy, a i podkład, choć dobrze zrobiony, niczym szczególnym nie zaskakuje.
Mimo to piosenka i singiel odniosły umiarkowany sukces. Zarówno elektronicznie, jak i fizycznie, nagranie sprzedawało się bardzo dobrze, ale po raz kolejny grupie nie udało się zająć pierwszego miejsca na żadnej z istotnych list przebojów i list sprzedaży. Mimo to, w ukazujących się aktualnie podsumowaniach roku, piosenka niezmiennie łapie się do czołówki, nierzadko mieszcząc się nawet w pierwszej dziesiątce, co na tak bogatym rynku jest jednak sukcesem.
Jeżeli miałbym się do czegoś doczepić, to do liczby angielskich zwrotów w piosence. Jest ich nieprzyzwoicie dużo, choć sporej części, ze względu na kiepską wymowę, można przy pierwszym przesłuchaniu nie wychwycić. Nie oszukujmy się jednak. W tym konkretnym przypadku chwytliwa, ale tylko niezła piosenka jest dodatkiem do teledysku.
Teledysk od strony ściśle filmowej to tylko rzemiosło. Nie ma w nim ani szcególnie istotnej akcji, czy fabuły, nie ma też zabiegów artystycznych czy plastycznych. A jednak męska część populacji pewnie obejrzy go sobie wielokrotnie z niemalejącą przyjemnością. Dla męskiego oka jest jak kłębek wełny dla kota. Gdyby ktoś na koniec dolepił logo producenta rajstop, wyszłaby najlepsza reklama w branży.
Oprócz kluczowego i oczywistego aspektu figury i urody wokalistek, na sukces teledysku składają się jeszcze dwa elementy. Jeden rzuca się w oczy od samego początku. To nowy, podostrzony wizerunek formacji, lekko zalatujący burleską. Czy jest to zmiana na dłużej? Trudno powiedzieć.
Z jednej strony występom na żywo towarzyszyły różne stylizacje. Samą piosenkę grupa wykonywała przeważnie w ofrędzlowanych kostiumach różniących się od tych z teledysku jedynie kolorystyką, jednak na potrzeby większych występów zestaw kostiumów był już bardziej różnorodny. Z drugiej strony "Flashback" nierzadko pojawiał się w parze z inną piosenką z tego wydawnictwa - "Rip Off". A integralną częścią występu jest tam taka stylizacja:
Stylizacja to jedno, ale dla mnie ważniejsza we "Flashback" jest choreografia. Naraz skomplikowana i różnorodna, a przy tym niesamowicie widowiskowa. Żeby wychwycić wszystkie detale, klip trzeba obejrzeć bardzo wnikliwie i to nie raz. Niestety ruchliwa kamera, liczne przebitki i migające światło stanowczo nie pomagają. Występy telewizyjne również cierpią ze względu na nadpobudliwych operatorów. Na szczęście wytwórnia wyszła naprzeciw oczekiwaniom publiki i umieściła w sieci to oto nagranie:
BONUS
Najlepsza choreografia tego roku :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)