Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

F-ve Dolls - Soulmate #1 + T-ara - Roly Poly + T-ara - Round and Round

Hm. Chyba powinienem Was uprzedzić, ale nie bardzo wiem jak to zrobić. Dzisiejszy wpis będzie nietypowy nie tyle ze względu na formułę, nawet nie ze względu na bohaterki, a ze względu na stojącą za nimi wytwórnię. CCM czyli Core Contents Media - możliwe, że już nie raz to pisałem, ale powtórzę się jeszcze raz. CCM jest dziwne.

CCM to chyba najpoważniejszy spośród średnich graczy na koreańskim rynku. Gdyby był zręczniej zarządzany, możliwe, że dobijałby do poziomu pierwszej trójki. A tak wokół wytwórni i jej formacji cały czas unosi się smród gnijącego ciała. Kilka tygodni temu całkiem głośną sprawą było odejście Areum z flagowego produktu CCM - żeńskiej grupy T-ara, więcej o tej sprawie napisałem >>TUTAJ<<.

Samo odejście Areum może nie byłoby takim dużym wydarzeniem, gdyby nie to, że rok temu grupę, w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach opuściła Hwayoung (wyjaśnienia w linku powyżej). Na przestrzeni roku zespół pożegnał drugą z dodanych do oryginalnego składu dziewczyn i nie trzeba być Holmesem, żeby wysnuć w tej sytuacji pewne wnioski. W skrócie, T-ara znowu wydaje się spalona przed koreańską publicznością.

Ale jeżeli myślicie, że manipulacje składem i dziwne historie dotyczą tylko T-ara, to jesteście w błędzie. W CCM wszystko wydaje się stać na głowie. Np. w 2011 roku zadebiutowała żeńska formacja 5Dolls, która wchodziła w skład dziwnego, mieszanego projektu Co-ed School (w którym uczestniczą / uczestniczyli także członkowie SPEED). 5Dolls świata, ani nawet Korei, nie zawojowało, ale nie poradziło sobie też jakoś bardzo źle. Ot przywoity debiut. A jednak w 2012 roku dziewczyny zniknęły z radarów.

Bodaj tego samego dnia, w którym ogłoszono odejście Areum z T-ara i T-ara N4, oficjalnie potwierdzono także powrót 5Dolls... Tylko tak nie do końca. Dziewczyny wracają w przemeblowanym składzie, w dodatku jest ich szóstka, a nie piątka. Przy okazji zmieniono także nazwę grupy. Nie, grupa nie nazywa się 6Dolls, nazywa się F-ve Dolls.

Sama natura roszad personalnych też jest ciekawa. W czasie, kiedy grupa pozostawała nieaktywna, ze składu odpadły dwie dziewczyny, ale za to stopniowo włączano trzy nowe. Brzmi standardowo? Cóż, w momencie wypuszczenia teaserów okazało się, że dwóch z tych trzech dziewczyn nie ma już w składzie, zamiast tego są dwie inne. W sumie nie wiadomo ani kiedy, ani dlaczego ich poprzedniczki wyleciały.

Podsumujmy zatem - zespół nazywał się 5Dolls, bo miał w składzie 5 dziewczyn. Potem zaczęto mieszać składem, grupa przytyła o jedną wokalistkę, zmieniono też nazwę, ale przy okazji zmiany nazwy nikt nie wpadł na pomysł, by zmienić liczebnik na bardziej adekwatny. O czymś zapomniałem? A, prawda, jeden z najnowszych nabytków został dodany w trybie trącącym desperacją. Chyba komuś bardzo zależało, żeby była szóstka dziewczyn, bo skład domknięto wokalistką z grupy The SeeYa - Yeonkyung, która od teraz będzie występowała w dwóch zespołach naraz.

No i jeszcze jeden personalny smaczek. W F-ve Dolls występuje też niejaka Hyoyoung. Hyoyoung, Hwayoung... Brzmi podobnie, nie? Wprawdzie to tylko imiona, ale trop jest dobry, bo nazwiska też są te same. Więcej, daty urodzin także się zgadzają! Nie, Hyoyoung i Hwayoung to nie ta sama osoba, ale zbieżność nie jest też przypadkowa. Hyoyoung to siostra bliźniaczka wykopanej z T-ara Hwayoung.

Trochę to pokręcone, a dopiero dochodzę do teledysków...



Całkiem przyjemna piosenka, szczególnie, kiedy da się jej szansę. Jestem pies na retro, szczególnie, kiedy nawiązuje do lat 60-tych, więc siłą rzeczy dziewczyny punktują i podkładem piosenki, i strojami, i całym teledyskiem, który jest nawet pomysłowy, a przede wszystkim solidnie wykonany. Sama piosenka, szczególnie od strony wokali, na kolana nie powala - nie jest zła, nawet w jakimś stopniu chwytliwa, ale nie dośc dobra, by nie utonąć w natłoku innych premier.

W gruncie rzeczy niewiele byłoby tu do pisania, gdyby nie jedna sprawa... Ja ten teledysk już kiedyś widziałem. Nie chodzi o fabułę, nie chodzi nawet o konkretną stylizację, ale pewien pomysł na klip. Retro, filtry obrazu, miny dziewczyn i te grupowe sceny w okularach przeciwsłonecznych. Ośmielicie się zgadywać, kto wylansował przebój z bardzo podobnym teledyskiem?

Zanim zabrniecie dalej, ostrzegę. Zanim T-ara została znienawidzona w Korei, była szalenie popularna i to nie bez przyczyny. Piosenki tej formacji w żadnym razie nie należą do wyrafinowanych, ale wkręcają się w mózg łatwiej niż śrubokręt w rękach psychopaty. Zostaliście ostrzeżeni.



Jeszcze tu jesteście? Nie będę rozwodził się nad tym teledyskiem i piosenką - to w pewnym sensie żart... Chociaż trzeba zaznaczyć, że cała popularność T-ary opierała się właśnie na kombinacji prościutkich, ale chwytliwych piosenek, ciekawych układów tanecznych i tego przedziwnego, lekko głupkowatego wizerunku, który dziewczyny niezwykle zgrabnie sprzedają.

Mógłbym tu rzucić komentarz, co do podobieństwa dwóch koncepcji, ale mam wrażenie, że każda zbyt silnie sformułowana opinia byłaby przedwczesna. Sytuacja T-ary jest na pewno nieciekawa i wytwórnia najwyraźniej próbuje wskrzesić dawno pogrzebany projekt, by wypełnić powstałą lukę.

A jednak nie stawiałbym jeszcze krzyżyka przy T-arze. Dawny blask tej grupy jest zbyt kuszący, by CCM tak po prostu odpuściło dalsze próby odbudowania ich wizerunku. Tworzenie im sztucznej konkurencji nie wydaje się najlepszym pomysłem, ale kto wie, może CCM chce zmienić wizerunek T-ara? Z jednej strony te głupkowate miny to żywioł tej grupy, z drugiej strony ten sympatyczny wizerunek coraz mniej pasuje do bandy wyrastających kobiet o zszarganej reputacji.

Ciekawszą kwestią wydaje mi się eniogmatyczne "PART 2" w nazwie klipu. Czy ja już wspominałem, że CCM jest dziwne? Bo jest. Oni mają takie drobne zboczenie na punkcie teledysków, które każe im nagrywać całe godziny klipów do piosenek. Teledysk to nie teledysk, jeżeli trwa krócej niż 5 minut, a najlepiej żeby trwał ponad 10. I żeby był w kilku wersjach. Poważnie, któryś z klipów T-ary ma ponad 15 minut! "PART 1" teledysku do "Roly Poly", czyli jego pełna wersja, trwa niewiele mniej, bo blisko 13 minut. Skoro nie macie nic lepszego do roboty...



Mało Wam? Naprawdę prosicie się o nieszczęście. W otchłaniach internetu czyha jeszcze jeden klip T-ara w stylizacji retro - również uderzająco podobny, przynajmniej pod pewnymi względami, do powrotu F-ve Dolls. Ale uprzedzam, że poniższy klip odpalacie na własną odpowiedzialność. Nagranie nie ląduje nawet w oficjalnych dyskografiach grupy, to podobno jakiś cover nagrany na potrzeby zewnętrznego projektu. Przemyślcie, czy naprawdę chcecie to kliknąć.



Celowo dałem wersję z nieoficjalnego kanału, bo ma lepsze audio :) Ale jeżeli koniecznie chcecie coś z oficjalnych źródeł, to służę uprzejmie, piosenka naturalnie ma alternatywny teledysk, w końcu to CCM.



A przecież ostrzegałem :) Jeżeli zabrnęliście aż tutaj, to albo jesteście niezwykle odporni, albo... Już znacie te klipy. W każdym razie, na zakończenie

BONUS
Dowód niezwykłej popularności, jaką niegdyś cieszyła się T-ara.


niedziela, 19 maja 2013

After School - Bang!

Wczoraj znowu zahaczyłem o temat After School i tak pomyślałem, że dawno nic tu o nich nie pisałem. A że dziewczyny nie śpieszą się z powrotem na scenę, to trzeba sięgnąć nieco do historii formacji. Dzisiaj jedna z fajniejszych piosenek, a zarazem jeden z większych przebojów grupy. Będzie dużo fajnego video.

"Bang!" to jedna z piosenek After School, która doczekała się dwóch wersji językowych - koreańskiej i japońskiej. Zaczniemy koreańskim oryginałem, który w swoim czasie miejsca na listach przebojów musiał ustąpić jedynie Girls' Generation. "Bang!" oryginalnie miał zostać zamieszczony na drugim singlu grupy, ale ponieważ prace nad piosenką się przeciągały, najpierw wypadła z wydawnictwa, a potem dorobiła się własnego krążka.

Wypuszczony 25 marca 2010 roku utwór był także pierwszym nagraniem w ośmioosobowym składzie i debiutem Lizzy. Oprócz niej poniższą wersję wykonują także Kahi, Bekah, Jungah, Jooyeon, Uee, Nana (bodaj jedyne nagranie w ciemnych włosach, musiałem to dopisać ;) ) i Raina.



Osobiście wolę wersję japońską, chociaż jedyne konkretne zarzuty pod adresem wersji koreańskiej to bezsensowne, bełkoczące intro, które chyba jest po angielsku i absolutnie zbędny pomysł, żeby na początku teledysku umieścić dzieci, w dodatku ubrane w te same seksowne wdzianka, co zespół.

Co tu dużo kryć, After School to dla mnie zdecydowanie najlepiej wyglądająca koreańska formacja i ten klip to pokazuje. Jest seksownie, ale bez jakiegoś nieobyczajnego przegięcia. Od strony brzmienia podkład jest rytmiczny i mocny dzięki charakterystycznym bębnom, ale także obfituje w intrygującą mieszankę orkiestry i elektroniki. Do tego dochodzą trochę recytowane, trochę wykrzykiwane wokale, które dobrze wpasowują się w klimat energetycznej bomby, którą umiejętnie kontrapunktuje subtelniejszy, bardziej melodyjny most przed finałem.

Warto zwrócić uwagę na samą koncepcję "marching band", która wyjątkowo nie była wymysłem kogoś w wytwórni, a liderki formacji - Kahi. Wokalistka i tancerka uparła się, że jej zespół musi wykonać taki numer, więc jej koleżanki przez 5 miesięcy pociły się ćwicząc występ zatytułowany "Let's do It". Na dobrą sprawę w teledysku jedynie widzimy kostiumy i krótkie przebitki, ale dziewczyny wykonywały ten numer na koncertach i powstały także dwa osobne klipy prezentujące występ dziewczyn z bębnami, który na płytce służy za intro. Poniżej wersja japońska, bo łatwiej znaleźć, a różnica jest tylko w kostiumach.



Jak zapewne zauważyliście, na klipie jest założony jakiś dziwny filtr audio, który sprawia, że całość brzmi bardziej jak telewizyjna reklama niż teledysk. Nie wiem, czy to kwestia japońskiej specyfiki, czy też jakiś feler podczas wrzucania na YT. Niestety japoński teledysk do "Bang!" ma ten sam problem, ale o dziwo wersja taneczna jest już od niego wolna. Wrzucę obie, ale zacznę od pełnego teledysku, bo choć audio brzmi głucho, to patrzy się na niego świetnie.



Wersja japońska była pierwszym singlem grupy na tym rynku, wydanym 17 kwietnia 2011. Tak się składa, że jest to także najlepiej odebrana przez japońską publikę piosenka After School. Choć dziewczyny nagrały kilka naprawdę fajnych kawałków z wyłącznością dla Japonii, to tylko "Bang!" udało się wedrzeć do pierwszej dziesiątki list sprzedaży.

Piosenka właściwie niewiele rózni się od oryginału. Jedyna istotna zmiana to rozkład poszczególnych partii pomiędzy wokalistki. Część została wymuszona poprzez odejście Bekah i włączenie do grupy E-Young, ale jest też kilka roszad w partiach dziewczyn wykonujących obie wersje. Więcej o samej naturze i chronologii zmian składu After School >>TUTAJ<<.

Wizerunkowo wciąż widzimy koncepcję "marching band", ale zmienia się trochę klimat. Wersja koreańska jest bardziej błyszcząca i pogodna, wersja japońska ma być nieco mroczniejsza i bardziej uwodzicielska. Na obie wersje patrzy się z dużą przyjemnością, ale mnie najbardziej do gustu przypadają czarne, inspirowane azjatycką tradycją kostiumy, w których dziewczyny wykonują wersję taneczną.



Fajne kostiumy, działające audio i pełny przegląd efektownej choreografii - czego chcieć więcej? Może tego, żeby przy tym ostatnim aspekcie nie unosiło się nieco smrodu. Już po ujawnieniu koreańskiej wersji, jakiś facet z Europy rzucił oskarżenie, że choreografia po części jest plagiatem jego układu do piosenki, której nigdy nie słyszałem, wykonawcy, o którym nie wiem nawet czy istnieje.

Bagatelizuję sprawę nie dlatego, że w k-popowym światku nie słyszy się o plagiatach, bo jest wręcz przeciwnie. Robię to raczej dlatego, że sprawa nie miała żadnego ciągu dalszego poza tym, że ktoś powiedział, że jego zdaniem ktoś skopiował jego pracę, a wytwórnia stwierdziła w oficjalnym piśmie, że nie. Gdyby sprawa faktycznie była poważna, raczej nie rozeszłaby się po kościach tak łatwo.

Hm, miałem jeszcze w ten tekst wpleść kilka słów o E-Young, jej debiucie i sporym muzycznym talencie, ale chyba odłożę to na następny tekst, choćby dlatego, że wpis miałby nieprzyzwoicie dużo filmików.

sobota, 6 kwietnia 2013

Sistar19 - Ma Boy + Electroboyz - Ma Boy 2 (feat. Hyorin) & Ma Boy 3 (feat. Nana)

Czasami bywa tak, że serce pragnie, a dusza śpiewa... Czasami bywa tak, że piosenka ma sequele, a wszystko wokół niej jest bardziej interesujące niż ona sama.

Jeżeli miałbym wskazać koreańską żeńską grupę, która w ostatnim czasie najbardziej zyskała na popularności, to byłby to kwartet Sistar. Dziewczyny aktualnie zaczyna wymieniać się na równi z dwiema superformacjami SM Entertainment - Girls' Generation i f(x) oraz zyskującym światową sławę 2NE1 z wytwórni YG Entertainment.

Sistar nie ma za swoimi plecami tak prężnego patrona, Starship Entertainment wciąż daleko do "wielkiej trójki" tego rynku, a jednak szczególnie w ostatnim czasie odnosi znaczące sukcesy. Po części składa się na to fakt, że od samego początku nad stroną muzyczną zespołu czuwa Brave Brothers - znany i ceniony producent muzyczny, który 5 lat temu rzucił pracę dla YG i założył własną, niezależną wytwórnię - Brave Entertainment.

Choć współpraca Sistar i Brave Brothers wchodzi już w czwarty rok funkcjonowania, grupa do wielkiej sławy urosła dopiero przed rokiem, za sprawą hitu "Alone" (>>TUTAJ<<). Co nie oznacza, że wcześniej formacja nie odnosiła komercyjnych sukcesów. Od samego początku Sistar stawiało na seksapil i muzykę przebojową, choć nie najwyższych lotów, co dosyć szybko przełożyło się na całkiem sporą rzeszę popleczników. Jednak i do tego potrzebny był punkt zwrotny.

W 2011 roku Starship entertainment zdecydowało się uruchomić podgrupę Sistar nazwaną Sistar19, złożoną z Hyorin i Bory. Za stroną muzyczną znów stanął Brave Brothers i Sistar w okrojonym składzie doczekało się pierwszego naprawdę dużego przeboju - "Ma Boy".



W moim odczuciu na sukces złożyły się dwa czynniki. Po pierwsze stylizacja w lepszym guście niż przy okazji poprzednich singli. Nie twierdzę, że tu jest rewelacyjnie - po prostu pod względem stylu Sistar z początku było beznadziejne, na tym tle błyszczałaby nawet HyunA z "Bubble Pop" czy "Ice Cream"(>>TUTAJ<<).

Po drugie więcej miejsca dla Hyorin. Dziewczyna świetnie śpiewa i świetnie się rusza, a ta piosenka nareszcie pozwoliła jej to chociaż częściowo zaprezentować. Tym bardziej, że Bora wokalnie dla Hyorin może robić tylko za tło, co zresztą sprawiło, że jeden z największych przebojów tego roku, czyli powrót Sistar19 z piosenką "Gone not around any longer" (>>TUTAJ<<), brzmi bardziej jak solowy występ Hyorin z gościnnym udziałem Bory, niż jak duet.

Nie wiem ile w sukcesie "Ma Boy" było przemyślanych decyzji, a ile przypadku, ale projekt wypalił. A może inaczej, piosenka stała się fenomenem. Bez wsparcia żadnej dużej wytwórni, nagrano piosenkę, która na YT ma ponad 25 milionów wyświetleń. Ale to nic w porównaniu z innym klipem, który wyznaczył nowe standardy w K-popie. Ta sama piosenka, te same dziewczyny, ale...



Teraz chyba rozumiecie, co miałem na myśli pisząc, że Hyorin świetnie się rusza. Co w tym klipie takiego niezwykłego, poza tym, że miło się na niego patrzy? Otóż zapoczątkował on modę na wrzucanie do internetu  przez wytwórnie takich zakulisowych, treningowych występów. Oficjalny klip, który widzicie powyżej, zbliża się do 6 milionów odsłon. To więcej niż teledysk do wspomnianego wyżej tegorocznego hitu Sistar19, który tygodniami nie schodził z pierwszych miejsc list przebojów. Ale to i tak mało. Nieoficjalny mirror powyższego klipu na YT ma... blisko 39 mln wyświetleń.

Ale na tym historia "Ma Boy" się nie kończy. O ile Starship Entertainment aż do tego roku z grubsza zapomniało o tym, że stworzyło jakąś podgrupę, o tyle Brave Brothers nie zapomniał, że wylansował duży przebój. A jeżeli nawet zaopomniał, to rok później przypomniał sobie przy okazji promowania nowej formacji wywodzącej się z jego wytwórni. Electroboyz to coś pomiędzy hip-hopowym tercetem a boys-bandem. Jakim cudem taka formacja może nagrać kontynuację piosenki rozpisanej na dwie wokalistki? Proste, wystarczy do śpiewania refrenów zaprosić Hyorin.



Nie mój rodzaj brzmienia, ale powiedzmy, że jestem w stanie to strawić. Coś mi mówi, że głównie ze względu na nieznajomość języka. Co ciekawe, w klipie nie pojawia się Hyorin, ale jako że substytutki wizualnie wypadają nie najgorzej, to wklejam taką wersję. Uzupełnię jeszcze, że naturalnie piosenka odniosła spory sukces, szczególnie patrząc przez pryzmat grupy wywodzącej się z małej, autorskiej wytwórni.

Jednak dalej robi się dziwnie. W tym roku Electroboyz postanowiło powrócić i swój powrót lansować... Trzecią odsłoną piosenki "Ma Boy". Okej, to było jeszcze do przewidzenia. Więc kto towarzyszy im tym razem? Bora? Znowu Hyorin? Może ktoś inny z Sistar albo z Brave Girls (żeńska formacja pod opieką Brave Entertainment, Ye-jin z tej formacji zastępowała czasem Hyorin w wykonaniach "Ma Boy 2")? Może nikt? Nie...

Otóż towarzyszy im Nana. Osobiście nic nie mam do jej śpiewania. Choć skali głosu raczej wielkiej nie ma, to barwę ma dosyć ciekawą. Mimo to w Korei stanowczo nie uchodzi za jedną z czołowych wokalistek. Więcej, nawet w After School, które koncentruje się jednak bardziej na tańcu niż śpiewaniu, Nana nie uchodzi za pierwszą wokalistkę... Bez względu na to, czy dziewczyna jest niedoceniana pod względem wokalnym, czy też nie, to jednak ceniona jest za coś innego...



Tak, każdy powód, żeby wkleić ten klip, jest dobry :) Jakby ktoś się zastanawiał, Nana to blondynka. Dziewczyna otwierająca klip to Son Dam Bi, a dwie pozostałe to Raina i Lizzy, które wespół z Naną tworzą tercet Orange Caramel będący podgrupą ośmioosobowego After School. Wracając do meritum - Nana to modelka rozpoznawana także poza Koreą (przede wszystkim w Japonii). Co z tego wynika? Nana jest osobą zapracowaną i... nie pojawia się w teledysku do tej piosenki.

Tak - do współpracy zaangażowano wokalistkę, która w obiegowej opinii bardziej doceniana jest za urodę niż za głos, i nawet nie ma jej w wideoklipie. Powiem więcej, After School ma obecnie tak napięty grafik, że Uee zrezygnowała z posady prowadzącej w programie Music Bank tydzień wcześniej niż zakładano, nie mając nawet okazji pożegnać się z widzami. Co za tym idzie, wygląda na to, że także Nana nie będzie miała za dużo czasu na solowe występy z Electroboyz. Już teraz wyręczają ją inne wokalistki (więcej w bonusach), podczas gdy Nana do tej pory wzięła udział jedynie w debiutanckim występie w programie Mcountdown.



Paradoksalnie, to chyba dobrze, że Nana nie mieszała się do teledysku. Co tu dużo mówić, klip, szczególnie w połączeniu z piosenką, jest słaby, nudny i do bólu sztampowy (jeżeli koniecznie chcecie go obejrzeć, to zapraszam do bonusów). Zresztą piosenka też nie porywa i tak naprawdę refreny Nany jakoś to wszystko ratują. Podkład jest okej, głosy też nawet dają radę, ale sama treść bije ponadwerbalnym banałem. Jednak mnie zastanawia co innego. Nana i jej rola w powrocie After School.

Już przy okazji poprzedniego comebacku z utworem "Flashback" (>>TUTAJ<<) spekulowało się, że rola Nany wzrośnie i że wobec odejścia Kahi, Nana może nawet zostać liderką grupy. Ostatecznie nie doszło to do skutku, jednak Nana dostała solową piosenkę na mini-albumie. W dodatku jej popularność znacznie wzrosła za sprawą Orange Caramel, które obecnie jest chyba nawet bardziej popularne niż macierzysta formacja. Ponadto Nana zaistniała jako twarz obydwu zespołów w Japonii. Wybór padł na nią chociażby z tego względu, że ogarnia język.

Ale przede wszystkim zastanawia mnie, czy Nana nie popadła w łaski Brave Brothers? Producent uchodzi za jednego z bardziej krytycznych, wymagających, ale także takiego, który faworyzuje głosy, które uważa za utalentowane. Ewidentnie jego ulubienicą jest Hyorin, która jeżeli współpracują, z automatu dostaje najlepsze partie, a także ilościowo dostaje większy udział w piosence. Tak było nie tylko przy okazji dotychczasowych nagrań Sistar, ale także choćby przy okazji specjalnego nagrania formacji Dazzling Red (>>TUTAJ<<).

Tu właśnie rodzi się pytanie - czy wzmożona współpraca na linii Nana - Brave Brothers to przypadek czy jednak coś zaplanowanego? Warto nadmienić coś, o czym zapomniałem do tej pory wspomnieć. Nadchodzący, najprawdopodobniej w maju, comeback After School jest produkowany właśnie przez Brave Brothers i jego studio. Czy Nana do nagrania Electroboyz wpadła, bo była akurat pod ręką, czy też jednak Brave Brothers miał ją upatrzoną do tego projektu od dłuższego czasu?

Prawdopodobnie wszystko niedługo się wyjaśni, a ja zostawię poniżej jeszcze trochę bonusów wideo.

BONUS
Inny spot reklamowy marki MIXXO, tym razem Nana solo.



"Ma Boy" w Nowym Jorku wykonuje... całe Sistar, czyli jak Dasom i Soyu nagle zaczęły śpiewać głosem Hyorin ;)



Teledysk do "Ma Boy 3".



"Ma Boy 3" feat. Sojin of Girl's Day



"Ma Boy 3" feat. Yoojin of The SeeYa


sobota, 23 marca 2013

Song Jieun feat. Bang Yong Guk - Going Crazy

Już od dawna odgrażałem się, że napiszę coś o tej piosence - dzisiaj wreszcie nadeszła na to pora. Wstęp będzie raczej oszczędny, żeby niczego nie zepsuć. W 2010 roku formacja Secret z jednej z wielu żeńskich grup na koreańskim rynku przeistoczyła się w gwiazdy dużego kalibru. Najpierw dziewczyny przygotowały sobie grunt bardzo udanym kawałkiem zatytułowanym "Magic" (>>TUTAJ<<), a następnie wskoczyły na pierwsze miejsca wielu list przebojów (choć nie tych najważniejszych - telewizyjnych) z utworem "Madonna".

Rok 2011 to dalszy marsz formacji po sukcesy. Secret zmieniło nieco swój wizerunek (nieco więcej na temat metamorfoz formacji >>TUTAJ<<) i wylansowała kolejny przebój - "Shy Boy". Tym razem uległy nawet telewizje i piosenka zgarnęła sporo pierwszych miejsc. Wytwórnia postanowiła iść za ciosem, choć w następny projekt zaangażowała tylko jedną z wokalistek kwartetu Secret - Song Jieun. Chyba nic się nie stanie, jeśli napiszę tutaj, że i ta piosenka okazała się dużym przebojem.

Warto też nadmienić, że w tej produkcji wytwórnia TS Entertainment pokazała zalążki swojej kolejnej supergrupy - B.A.P. Raperem, który towarzyszy w tej piosence Jieun jest nikt inny jak Bang Yong Guk - lider B.A.P, który w trakcie promocji tego kawałka był jeszcze całkiem anonimowym adeptem, którego wytwórnia raczej chowała przed mediami. Drugi osobnik pojawiający się w teledysku to podobno Kim Himchan, który aktualnie również należy do B.A.P. Uzupełnię jeszcze, że dziewczyna za kółkiem to Min Hyo Rin (nie mylić z Kim Hyo Jung, liderką Sistar i Sistar19, która znana jest pod pseudonimem Hyorin; swoją drogą Min Hyo Rin to też pseudonim) - aktorka, modelka, a przez pewien czas próbowała swoich sił także jako wokalistka.



W koreańskich teledyskach widziałem już różne rzeczy. W najlżejszych przypadkach kobiety mierzą do mężczyzn z pistoletów np. >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<. Innym razem (>>TUTAJ<<) związany facet prawdopodobnie dostaje kulkę w łeb, choć dzieje się to poza ekranem i ja na jego miejscu bym tak do końca nie narzekał. Inne fajne dziewczyny (>>TUTAJ<<) w swoim teledysku chyba nawet biorą się za rozstrzelanie całej grupki facetów, choć znów nie jest to pokazane wprost. Krok dalej idzie EXID, którego członkinie trują (>>TUTAJ<<) cały pokój gazem. Pytanie czy śmietelnie?

Oczywiśce męskich zgonów w teledyskach jest więcej, choćby w teledyskach grupy SPEED, które opowiadają o masakrze w Gwangju (>>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<). Powiedzmy, że w tych produkcjach przemoc można uznać za uzasadnioną, choć klipy mają niewiele wspólnego z piosenkami. Jednak królami nieuzasadnionej przemocy są ludzie z TS Entertainment. Ostatnio B.A.P zafundowało małą scenę masakry (>>TUTAJ<<) - tak jakby tej gangsterskiej historii nie można było skończyć inaczej. Jeszcze bardziej niepotrzebne trupy fundują nam dziewczyny z Secret w teledysku do "Poison" (>>TUTAJ<<), bo najwyraźniej heist bez trupów to nie heist.

Jednak to, co zamieściłem powyżej - to jest zupełnie inny kaliber zbrodni. Mord na chłodno - bo na zimnie. Oczywiście dziewczyna może się zasłaniać, że działała pod wpływem impulsu - tak jak każdy, kto przemierza pustkowie z bagażnikiem wyładowanym skrępowanym facetem, w celu znalezienia dogodnych warunków do spalenia owego faceta wraz z bagażnikiem i towarzyszącym mu pojazdem. Ja bym nawet uwierzył, że dziewczyna nie myślała zbyt trzeźwo. Luty, zimno, a ona chce w miniówie (względnie małej czarnej - nie wiem, co tam ma pod futerkiem, niestety) wracać do cywilizacji. Bardzo niezdrowo, można się poważnie rozchorować. No i jeszcze te szpilki. Pal licho kilometry, które musi przejść, ja się pytam - jak ona w tym mogła prowadzić? Jakby mi powiedziała, że miała myśli samobójcze, to bym z miejsca uwierzył.

Tak na poważnie - podoba mi się ten teledysk. Pomimo tych drobnych głupotek. Przynajmniej jest "jakiś" - łatwo go zapamiętać. No i kamera ładnie to wszystko obejmuje - zimowe plenery, Chevrolet Nova i... inne, piękne widoki. Poszczególne kadry dobrze zgrywają się z muzyką, chociaż nie do końca ze słowami. Teledysk... jest raczej epilogiem do słów tego utworu (nota bene Bang Yong Guk sam napisał swój rap). Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<< - zdecydowanie warto zerknąć.

Tekst jest niebanalny, a i muzycznie kawałek jest dosyć mocny. Może nie ma żadnego powalającego momentu, ale melodia jest ładna i całkiem chwytliwa, rap charakterny, a Song Jieun ma dość pola, by popisać się wokalem. Przy tym kompozycja jest na tyle przemyślana, że utwór ani się nie dłuży, ani poszczególne jego części nie kłócą się ze sobą. Wręcz przeciwnie, nawet nie znając znaczenia słów, słychać że dwie postacie prowadzą ze sobą dosyć intensywny i naładowany emocjami dialog. No i podkład warto pochwalić za zręczne połączenie subtelności i pewnej dozy dramatu, który nie krzyczy pretensjonalnie, a jest raczej cichym głosem rozpaczy.

Jednak piosenka i teledysk nie przypadły do gustu koreańskiemu ministerstwu spraw rodzinnych (to nie jest prawdziwa nazwa ministerstwa, po prostu nie chce mi się kombinować i wyszukiwać jakiejś nowomowy, by wiernie przetłumaczyć pełną nazwę ministerstwa), które (kilka miesięcy po wypuszczeniu utworu) wciągnęło piosenkę na świeżo sporządzoną listę utworów niewłaściwych dla młodzieży, uzasadniając, że zarówno klip, jak i piosenka, zachęcają do przestępstw. Co to oznacza? Utwory na tej liście nie mogą być sprzedawane i udostępniane nieletnim oraz emitowane w radiu i telewizji przed godziną 22.

Jeszcze zanim na utwór nałożono ograniczenie, przedstawiono alternatywny teledysk do piosenki, który jednorazowo zastąpił występ na żywo w ramach programu "Music Bank". Teledysk jest nie mniej niepokojący, bo w nieco bardziej dosłowny sposób ilustruje słowa piosenki. Wszystkie role zagrali sami artyści - Jieun i Yong Guk. Warto zwrócić uwagę, że lider B.A.P wciela się tu w dwie postacie - nie tylko w prześladowcę, ale także w policjanta, który przesłuchuje Jieun - niekoniecznie w charakterze ofiary.


poniedziałek, 18 marca 2013

EvoL - Get Up vs 2NE1 - I Am The Best

Latem zeszłego roku całkiem uany debiut zaliczyła formacja EvoL. Ich piosenka "We Are A Bit Different" promująca mini-album "Let Me Explode!" miała naprawdę przebojowy refren, a i reszta brmienia pozostawała co najmniej solidna. W dodatku po dziewczynach widać było sporo potencjału, w piątce są przynajmniej dwa - trzy ciekawe głosy, czuć też było trochę charyzmy, więc ich powrotu wyczekiwano z drobną dozą niecierpliwości.

Tym bardziej, że comeback kilkukrotnie przekładano w czasie. Zasłaniano się tym, że dziewczyny mają większy wkład w tworzenie muzyki, słów i choreografii do swoich piosenek, podczas gdy wiele grup jedynie wykonuje coś zaprojektowanego przez ludzi z wytwórni. Kiedy wydawało się, że wszystko jest już na najlepszej drodze by grupa powróciła z nowym repertuarem, kiedy do sieci trafiły już teasery nowego klipu i płyty, a wytwórnia potwierdziła datę premiery na 18 marca pojawił się kolejny problem.

13 marca Hayana w trakcie ćwiczenia choreografii poczuła ostry ból i wylądowała w szpitalu. Podobno wszystko jest związane z nadmiarem stresu, ale nie ujawniono na ile poważne sa jej problemy i czy wpłyną na występy grupy w trakcie promocji nowego krążka. Tak czy inaczej teledysk do piosenki "Get Up" już jest dostępny, mini-album "Second Evolution" podobno na półkach sklepowych znaleźć ma się jutro i jedyny znak zapytania to czy dziewczyny w programach muzycznych stawią się w komplecie.



Swaggerska napinka, ale od strony muzycznej jest ciekawie. Podkład jest w gruncie rzeczy mało skomplikowany, a jednak brzmi intrygująco i oryginalnie, słychać nim wyraźne inpiracje brzmieniem kojarzonym z bliskim wschodem. Poza główną, elektroniczną linią i niskim, nieco mruczącym beatem warto zwrócić uwagę na dodane wysamplowane, niskobrzmiące okrzyki, które ładnie dopełniają głosy wokalistek, które w większości są raczej wysokie.

Przy głosach warto zatrzymać się na dłuższą chwilkę, bo stanowią bardzo mocny punkt całej kompozycji. To one swoją różnorodnością barwy i techniki stanowią o tym, że piosenka jest różnorodna i pomimo prostego i mało urozmaiconego podkładu słucha się jej ciekawie. Mamy trochę melodyjnych wstawek, ale też dużo rytmicznego rapu, szczególnie uwagę przyciąga niski i bardzo charakternie brzmiący głos Jucy. No i trzeba też wspomnieć, że wokaliza w refrenie jak rzadko wydaje się na miejscu w tej piosence. W wielu utworach tego typu abiegi wydają się wepchnięte na siłę, tutaj nie ma mowy o zakłocaniu brzmienia czy tempa utworu.

Skoro już chwalę, to będę chwalił do czasu wyczerpania materiału, a zarzuty zostawię na koniec. Teledysk wygląda dobrze. Jest spójny, jest dosyć efektowny i przede wszystkim pasuje do brzmienia piosenki. Kadry zostały dobrze dopasowane do poszczególnych wersów, a to wcale nie jest proste przy tak różnorodnym wokalnie utworze.

I niby wszystko fajnie, ale mam z tym klipem jeden poważny problem. Dziewczyn śpiewają coś o tym jakie są oryginalne i zajebiste... No właśnie sęk w tym, że robiąc to, wtargnęły na cudze terytorium. Jeśli idzie swaggerski wizerunek królowa jest... Właściwie to królowe są cztery. 2NE1 to formacja która od dawna wiedzie prym w tej kategorii w Korei. Jednak gdyby to była tylko Korea, można by jeszcze rzucić im wyzwanie, ale dziewczyny zaczynają robić furorę globalnie i to nie bez przyczyny (trochę więcej na ten temat >>TUTAJ<<) Siłowanie się z nimi to jak porywanie się z motyką na Słońce.

Ale dlaczego o tym wspominam? Przecież zbliżony wizerunek w jednej piosence to jeszcze nie powód żeby zestawiać oba zespoły... No własnie problem polega na tym, że bodaj największy przebój 2NE1 - "I Am The Best" jest w tak wielu miejscach podobny do "Get Up", szczególnie pod względem teledysku, że porównań nie da się uniknąć.



Elektroniczne brzmienie z wstawką zainspirowaną bliskim wschodem - jest. Teledysk wizualnie skoncentrowany wokół jednego koloru - jest (EvoL - czerwień, 2NE1 - srebro). Nietypowe lampy na początku teledysku - są. Drugi segment zawiera wypasioną furę - jak najbardziej. Segment koncentrujący się wokół fotela - obecny. Lateks, skóra i kolce na biuście - wszystko na miejscu. No wreszcie tekst skoncentrowany wokół tego, że śpiewająca go osoba jest ponad resztę wszechświata - >>ZDECYDOWANIE<<.

Zanim napiszę coś więcej, poczytam Wam w myślach. Tak, ta piosenka brzmi bardzo podobnie do "Gangnam Style". Prawie na pewno nie jest to przypadkowa zbierzność, bo zarówno 2NE1 jak i PSY znajdują się pod opieką tej samej wytwórni - YG Entertainment. Osobiście od strony muzycznej chyba nawet wolę nową piosenkę EvoL. Może właśnie dlatego, że "I Am The Best" tak bardzo przypomina "gangnam Style", a może dlatego, że pomiędzy refrenami i finałem w piosence muzycznie dzieje się niewiele.

Jednak trzeba tu zaznaczyć jedną rzecz - 2NE1 to nie tylko muzyka, to wielkie show. Już ten teledysk daje pewne rozeznanie od strony tanecznej, ale dopiero w występach na żywo dziewczyny pokazują pazur. Niedawno na DVD Blue Rayu wydano seulski koncert formacji w ramach "New Evolution Global Tour 2012", wiem też że jest wgrany w całości na YT. Szukajcie a znajdziecie - nie będę tu dawał żadnych linków do całości, a pojedynczych wykonań z tego koncertu nie sposób znaleźć. W każdym razie, nie dość, że wizualnie koncertu nie powstydziłyby się największe światowe gwiazdy, to jeszcze grupa umie ponieść publikę i wyzwolić na scenie masę energii, a przearanżowanie ich repertuaru na akompaniament rockowego bandu tylko wzmaga ten efekt.

Następna rzecz, którą 2NE1 bije na głowę zapędy EvoL to wizerunek. W wypadku 2NE1 można mówić o stylizacji, bo te ciuchy przynajmniej w części pachną kolekcjami ze zwykłych sieciówek. Nie wygląda to wszystko źle, na niektóre zestawienia patrzy się nawet przyjemnie, ale nie ma w tym za grosz tego błysku awangardy, a bez tego pewne prowokacyjne zestawienia łatwiej uznać za niesmaczne i w złym guście. Z 2NE1 nie mam tego problemu. Nie jestem jakimś fanem swaggu, ale ich wizerunek jest rewelacyjny, właśnie dlatego, że przy całej swojej pretensjonalności, jest oryginalny, wyszukany, przemyślany i pomysłowy. Można go nie lubić, ale nie można mu zarzucić, że jest przejawem bezguścia i kmioctwa.

Nie to żebym wybitnie krytykował wizerunek EvoL, ale w moim odczuciu w tym klipie są momenty, kiedy pewne decyzje co do ubioru balansują na krawędzi dobrego smaku - chociażby to biało-czarne futro. Zamykając temat EvoL jeszcze raz zaznaczę, że piosenka, choć krótka, to raczej spodobała mi się, a i klip nie jest zły, jedyną wątpliwością jest wtargnięcie na terytorium mega-grupy, która siłą rzeczy z tego typu materiałem radzi sobie lepiej. Powód prosty - 2NE1 ma zaplecze w postaci jednej z 3 największych wytwórni na rynku, więc może pozwolić sobie na bardziej szalone, a co za tym idzie bardziej kosztowne, klipy z przeszkloną czarną piramidą i fotelem, który w połączeniu z kotem trzymanym przez CL nierozerwalnie kojarzy mi się z Blofeldem - szefem organizacji SPECTRE z serii filmów o Bondzie.

Skoro udało mi się tu wcisnąć jakieś skojarzenie ze starym Bondem, to chyba mogę uznać tekst za zakończony.

środa, 27 lutego 2013

IU - Cruel Fairy Tale

Ha, kiedy zaczynałem pisać tego bloga, spodziewałem się, że sporo miejsca poświęcę bohaterce dzisiejszego wpisu. Powód? Prosty - młoda (rocznik 1993, debiutowała w 2008 roku) wokalistka jest bardzo utalentowana. W dodatku, pomimo młodego wieku, jest jedną z bardziej znanych solowych artystek na koreańskiej scenie muzycznej. A jednak, o jej twórczość do tej pory zahaczyłem tylko raz - >>TUTAJ<<.

Pora to naprawić. Tekst podlinkowany wyżej traktuje nie tylko o aferze wokół wokalistki, ale przede wszystkim o świetnej piosence "Only I Didn't Know" która promowała singiel "Real+". Na kompakcie znalazło się jeszcze jedno, moim zdaniem nawet lepsze, premierowe nagranie - "Cruel Fairy Tale". Zresztą, co ja będę zachwalał na sucho? Posłuchajcie.



Szkoda, że ta piosenka nie została wybrana na A-side, jednak rozumiem ten wybór. Na pierwszym planie jest tu bowiem nie wokal IU, a genialna kompozycja, w której wokal zostaje niemal zdegradowany do rangi kolejnego instrumentu. Z jednej strony mamy skromniutkie partie wokalne ze zwrotek, akompaniowane przez smyczki i dzwonki, które budują nastrój subtelności, może nawet bezpieczeństwa, kojarzony z idyllicznymi scenami nie tyle z baśni, co z bajek. Jednak z drugiej strony mamy silne wokale z refrenu, poparte tajemniczo brzmiącym chórem i elektronicznym, nieco mrocznym beatem. Dopiero te elementy uzupełniają baśniowy obraz, który muzyka maluje przed oczami. Bo baśń to nie tylko piękne fantazje, ale także nierozerwalnie wplątane w całość życiowe morały, nierzadko gorzkie lub okrutne. W podobnym tonie utrzymane są słowa piosenki, które znajdziecie >>TUTAJ<<.

Ucieknę teraz od tego, co dźwięk sprzedaje naszej wyobraźni, a skoncentruję się na samej warstwie technicznej. Ta dwoista natura utworu - subtelne zwrotki i silne refreny, potężny beat i sugestywne akcenty - to wszystko służy także czysto muzycznemu wzmocnieniu utworu, który bez tych kontrastów byłby pewnie nudny. Zachwycam się kompozycją, ale kilka ciepłych słów należy się także IU.Jest tu i siła, i delikatność, i zrozumienie słów, które śpiewa, jest sprzedawanie emocji głosem. Jednak najbardziej podoba mi się to, że młoda dziewczyna, ze wszech stron rozpieszczana przez krytyków i opinię publiczną ze względu na walory swojego głosu, zgodziła się umniejszyć swoją rolę dla dobra kompozycji. W kilku momentach piosenki to podkład bierze górę nad ściszonym wokalem, a jednak IU nie próbuje wyskoczyć przed szereg. Nie mogę wyjść z podziwu, jak dojrzała muzycznie musi być ta dziewczyna, skoro singiel "Real+" nagrywała w wieku osiemnastu lat. Zresztą nie chodzi nawet o wiek... To jest w gruncie rzeczy celebrytka - występuje w serialach, współprowadzi programy telewizyjne, a publika przynajmniej do niedawna nazywała ją młodszą siostrą narodu. Kiedy zestawiam ją z rodzimymi gwiazdami i gwiazdkami, czy nawet z tymi zza oceanu... Ech, lepiej tego nie zestawiać.

Żeby zakończyć pozytywnie... Co prawda piosenka nie doczekała się wideoklipu, ale w jednym z programów telewizyjnych wykonano ją w ten sposób...


środa, 20 lutego 2013

Kahi - Come Back You Bad Person

Koreańskie piosenki dość często mają angielskie tytuły właśnie dlatego, aby uniknąć potworka jaki widzicie powyżej, a który jest efektem tłumaczenia koreańskiego tytułu na angielski. "Come Back You Bad Person" albo '돌아와 나쁜 너' (rom. dorawa nappeun neo) to piosenka z debiutanckiego singla Kahi - założycielki i do niedawna liderki formacji After School. Nieco więcej na temat jej roli w AS i jej odejścia napisałem >>TUTAJ<< i nie będę się powtarzał.

Warto jednak zaznaczyć, że piosenka ta pochodzi jeszcze z okresu, kiedy Kahi była częścią After School, a o jej odejściu nic nie było wiadomo. Choć bardzo możliwe, że miała to być próba generalna dla wokalistki, jak i próba przygotowania fanów na decyzje, które miały zostać ogłoszone w następnym roku. Nagranie pochodzi z początku 2011 roku, Kahi de facto After School opuściła po zakończeniu ostatniej japońskiej trasy formacji późną wiosną 2012, choć nominalnie pozostawała w grupie do września.

Zanim zaprezentuję piosenkę, jeszcze kilka słów wstępnego komentarza. Kahi karierę w show-biznesie zaczynała jako tancerka i do tej pory znana jest przede wszystkim ze swoich nietuzinkowych zdolności w tej właśnie dziedzinie. Kahi nie tylko sama tańczy, ale także jest odpowiedzialna za taneczną edukację wielu innych artystek, jak choćby Son Dam Bi i Jungah (aktualnej liderki After School), miała też sporo do powiedzenia przy tworzeniu i dalszym kształtowaniu After School, które jest formacją zorientowaną w pierwszej kolejności na taniec. Siłą rzeczy, taniec jest niezwykle ważną częścią jej występów.



Przyznam się bez bicia, że lubię tę piosenkę, choć sama wokalistka narzekała, że jest trochę rozwleczona. Podoba mi się zestawienie kontrastujących ze sobą wokali i brzmień. Surowego rapu popartego równie surowym beatem i bardziej melodyjnego wokalu popartego akompaniamentem klawiszy. Oba brzmienia bardziej się uzupełniają, dopowiadają swoje historie niż ze sobą rywalizują. Ponadto na wielki plus liczę tej kompozycji zręcznie wdrożony minimalizm. Podkład składa się z raczej wąskiej gamy dość prostych dźwięków - naraz nie usłyszymy więcej niż czterech, może pięciu linii - wliczając wokale. A jednak kompozycja jest ciekawa, klimatyczna i intrygująca, a w dodatku niesie sporo energii.

Od strony wizualnej jest chyba nawet lepiej. Plany skonstruowane na potrzeby teledysku, doskonale oddają charakter muzyki - są niezwykle proste, surowe, pozbawione ozdobników czy zbędnych dekoracji, z dominującymi geometrycznymi motywami. A jednak nie brak im uroku, charakteru, no i pomysłu. Silnie kojarzą mi się z teatrem - nie tylko ze sceną, ale może przede wszystkim z kulisami. Skojarzenia te rozbudzane są na wiele sposobów. Chociażby poprzez użyte materiały - ich fakturę czy kolor, ale także poprzez szersze koncepcje. Plan z wielkimi, kanciastymi elementami krzyczy "teatr" przede wszystkim ze względu na oświetlające wszystko z góry reflektory. Plan z licznymi korytarzami na środku ma okrąg kojarzący się z obrotowym elementem sceny. Z kolei jasne plany kojarzą się z garderobami i pomieszczeniami do ćwiczeń. Korytarz, w którym spotykają się obie inkarnacje Kahi, również ma ten kulisowy posmak.

Jeśli doszukiwać się w tym wszystkim znaczeń, można stwierdzić, że klip jest o transformacji, która zachodzi w artyście w drodze z kulis na scenę. Zakulisowy baranek wychodząc na scenę zmienia się nie do poznania, przybierając ciemne barwy i ostry wizerunek. Choć może jest to jedynie chwyt mający zaprezentować dwoistą naturę samej Kahi, która z jednej strony znana jest jako charyzmatyczna tancerka i raperka, której występy ociekają seksapilem, ale jest także dobrą wokalistką i autorką całkiem zgrabnych i niebanalnych tekstów piosenek, lirycznie naładowanych jej życiowym bagażem doświadczeń. Tak czy inaczej, od strony wizualnej warto zwrócić uwagę na zaakcentowany motyw luster, które pod różnymi postaciami pojawiają się w całym klipie, wliczając w to jeden z kostiumów - cały upstrzony lustrzanymi odłamkami.

Wizualnie ciekawie prezentowały się także telewizyjne występy artystki.



To dobry moment, by poświęcić kilka słów choreografii. Świetnie wpasowuje się ona w dwoistą naturę teledysku i piosenki. Taneczne ruchy w jednej chwili są zdecydowane, dynamiczne, nawet gwałtowne, by za moment stać się o wiele płynniejsze i pełniejsze. Po czym znów mamy zmianę. Energię zastępuje subtelność, subtelność zastępuje energia - taka zmienność mogła okazać się sporym niewypałem, ale tu zarówno pomysł jak i wykonanie są doskonałe i nie pozostawiają pola do krytyki.

Choć trzeba przyznać, że za sprawą dwoistej natury, występy są nieco dziwne. Chodzi przede wszystkim o wokal, bo przecież Kahi nie jest w stanie jednocześnie wykonywać dwóch nachodzących na siebie linii - siłą rzeczy połowa piosenki musi lecieć z playbacku... A przecież przy tak intensywnej choreografii, procentowy udział playbacku musi być nawet wyższy. Chociaż niektóre występy artystki były bardziej zorientowane na śpiew niż na taniec i widowisko.



Na zakończenie dobrze byłoby wyjawić moją motywację stojącą za dzisiejszym tekstem. Od pewnego czasu Kahi zaczęła dawać w internecie więcej znaków życia, między innymi wrzucając fotki z jakiejś sesji ćwiczeń, których tutaj nie zaprezentuję ze względu na własne lenistwo (a szkoda). Zaczęto plotkować o zbliżającym się powrocie artystki. Powrót ten teraz jest już niemal przesądzony, bo coraz głośniej mówi o tym wytwórnia, a i artystka ma coraz więcej konkretów do przekazania. Oficjalny termin, na dziś, to pierwsza połowa tego roku. Raczej mało precyzyjny, ale spekuluje się, że Kahi na scenę może wrócić nawet już w marcu. Brzmi to prawdopodobnie zważywszy na to, że After School powróci najprawdopodobniej w kwietniu, a wytwórnia zapewne chciałaby uniknąć bezpośredniej konkurencji pomiędzy własnymi artystami. Osobiście trzymam kciuki za udany comeback.

BONUS
Taneczny cover w wykonaniu grupy Black Queen - świetnie eksponuje siłę tej choreografii.


niedziela, 10 lutego 2013

Orange Caramel - Shanghai Romance

Dawno nie było tutaj czegoś pozytywnie zakręconego. Ostatniego tekstu nie liczę, bo pomimo walorów humorystycznych, jest to tak naprawdę bardzo smutna i przejmująca pioasenka o ludzkim nieszczęściu, samotności i w ogóle. Mnie chodzi o coś z ewidentnym pozytywnym ładunkiem. Cóż, w takich sytuacjach nieocenione okazuje się Orange Caramel.

O formacji pisałem już sporo, ale tak dla przypomnienia - Orange Caramel to podgrupa formacji After School, jednak prezentująca zupełnie inny wizerunek. Podczas gdy After School to grupa bardzo serio, Orange Caramel wypełnia niszę aegyo, w dodatku mocno inspirując się japońskim podejściem do tematu i ciężko inwestując w kostiumy, które podchodzą nieco pod cosplay. Singlowe piosenki są niezmiennie naładowane pozytywną energią i dynamiką, co w połączeniu z wizerunkiem grupy, zyskało jej przydomek "Happy Virus".

Ponadto wytwórnia często przedstawia Orange Caramel jako grupę międzynarodową, zorientowaną na podbój rynków azjatyckich. Stąd też pomysł na tytuły piosenek nawiązujące do miast regionu, jak "Bangkok City" czy "Shanghai Romance". Ja dzisiaj postawię na ten drugi utwór, bo choć nie był tak dużym przebojem jak "Bangkok City", to jakoś bardziej do mnie trafia.



Zanim o piosence, najpierw trochę o teledysku. Rozumiem, że może się komuś nie podobać, ale mnie mieszanka lat 60-tych z chińską stylizacją po prostu rozbraja. Pal licho dekoracje i plany, to tak naprawdę tylko tło. Kostiumy! Kostiumy są genialne. Kuse sukienki żywcem wyjęte sprzed pół wieku, peruki i hełmo-peruki imitujące uczesania z epoki, stroje upstrzone błyszczącymi cekinami... Nawet buty są genialne!

Ale najbardziej podoba mi się sekwencja przy samolocie. Lata 60-te siłą rzeczy człowiekowi tak młodemu jak ja, kojarzą się przede wszystkim z Jamesem Bondem. A samolot i dziewczyny przy nim tylko potęgują to skojarzenie, bo... No cóż, bo Pussy Galore i jej Latający Cyrk, czyli "Goldfinger" - najlepszy Bond wszechczasów (i nawet nie próbujcie się spierać). Tak, dobrze przeczytaliście, postać w filmie (i powieści) naprawdę nazywała się Pussy Galore. Co więcej, do czasu poznania Bonda, była zadeklarowaną lesbijką. Koronny dowód na to, że bardziej liczą się włosy na klacie niż na głowie.

Wracając do kostiumów... Co z tego, że to sieciówki? Co z tego, że błękitny materiał ma nadruk z królikami (swoją drogą byłem pionierem w tej dziedzinie, w głebokich latach 90-tych zaprojektowałem koszulę z podobnie porozrzucanymi  zwierzątkami i w nagrodę Pan Tik-Tak przysłał mi klocki Lego - true story)? Fason tych ciuchów i ich zestawienie z czarnymi elementami jest... Bajeczny? To chyba najlepsze słowo.

Ale jeżeli myślicie, że na tym szafa dziewczyn z Orange Caramel się kończy, to jesteście w grubym błędzie.



O ile poprzednie stylizacje budziły u mnie jedynie filmowe skojarzenia, tu inspiracja jest oczywista. Nie, nie "Kill Bill", Tarantino jedynie czerpał z tego samego źródła. Żółty dres z czarnym paskiem powinien się Wam jednoznacznie kojarzyć z osobą Bruce'a Lee, który taki strój nosił w swoim ostatnim filmie (w każdym razie ostatnim, który kręcono przed jego śmiercią, losy filmów z panem BL bywają bardzo zawiłe) - "The Game of Death" z 1972 roku.

Ale to wciąż nie koniec...



Kontynuujemy ścieżkę sztuk walki. Nawet jeżeli nie graliście w żadną część "Street Fightera", postać Chun Li powinniście kojarzyć choćby z widzenia. Jest głęboce zakorzeniona w popkulturze gier wideo, ponieważ była pierwszą żeńśką postacią w grach z gatunku "fighting" (albo "naparzanki", jeśli ktoś woli bardziej swojskie nazewnictwo), nad którą gracz mógł przejąć kontrolę.



Tym razem wersja na Halloween, choć motywy przewodnie, jeśli idzie o fason ciuchów, pozostają te same. Ponieważ jest to mniej szalona wersja, to mam trochę miejsca, żeby napisać coś o piosence.

Primo - wykonania live. Nie wiem, kto to wymyślił, żeby mieszać Lizzy śpiewanie na żywo z playbackiem, ale powinien zrewidować swoje poglądy po pierwszej próbie. To nie działa i to w żadnym z powyższych wykonań. Inna sprawa, że Raina też mnie trochę zawodzi, bo to jest akurat piosenkarka z niezłymi warunkami. Wersja teledyskowa daje radę, jeżeli nie przeszkadza Wam konwencja. Wersje live też są niezłe, ale wersje TV, nie wiedzieć czemu, muzycznie leżą.

Secundo - jeżeli się zastanawialiście, piosenka nie jest po chińsku. Jest po koreańsku. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<, chociaż niczego szczególnego się nie spodziewajcie, Orange Caramel nie ma za zadanie tworzyć sztuki tylko dostarczać nieco lekkiej rozrywki i w moim odczuciu z tej roli świetnie się wywiązuje.

A propos rozrywki, to tak na zakończenie, nieco rozrywki kosztem Lizzy i Nany. Słuchawka to całkiem przydatna sprawa, kiedy wykonujesz piosenkę z podkładem, szczególnie jeżeli jest to playback (nawet stopniowany jak tutaj). Konsternacja, kiedy okazuje się, że nie mogą założyć słuchawek ze względu na peruki (Raina miała wtedy krótkie włosy, więc peruki nie potrzebowała) - bezcenne. Ale i tak dały radę.


środa, 16 stycznia 2013

Norazo - Superman + Red Day

W koreańskiej branży muzycznej istnieje coś takiego jak teledysk w wersji dramatycznej. Jest to przeważnie kilku lub kilkunanstominutowy klip opowiadający pewną zwartą fabułę, któremu towarzyszy muzyka. Jest to forma nieco bardziej rozbudowana od tradycyjnego teledysku, a losy bohaterów rzadko kiedy kończą się happy endem. Najczęstsze tematy to miłość i śmierć. W tworzeniu podobnych klipów przoduje wytwórnia CCM (Core Contents Media), a mniej i bardziej udane przykłady jej twórczości opisywałem już >>TUTAJ<< , >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<.

W wypadku "Be With You" grupy The SeeYa, piosenka całkiem dobrze komponowała się z obrazem i od strony tekstu, i od strony muzycznej. W wypadku teledysków grupy SPEED, oba miały niewiele wspólnego ze śpiewanymi słowami, a w wypadku klipu opisywanego wczoraj, nawet muzyka pasowała do obrazu jak skwarki do sałatki wegetariańskiej.

W kategorii muzyczna satyra, królem koreańskiej sceny wcale nie jest PSY, lecz duet Norazo składający się z Lee Hyuka i Jobina - samozwańczych renegatów rocka,  którzy grając utwory na dziwnym pograniczu popowej elektroniki, rocka, a nawet metalu, przede wszystkim dobrze się bawią parodiując otaczający świat i wyśpiewując jedne z dziwniejszych tekstów piosenek, jakie spotkacie.

Z pierwszym albumem debiutowali w 2005 roku i od tamtej pory siłą rzeczy musieli też poruszyć temat łzawych teledysków, które nijak się mają do lecących w tle piosenek. Ich odpowiedź z 2009 roku wygląda następująco:



Tak, to są prawdziwe słowa tego utworu. Tak, to jest teledysk przygotowany z myślą o tej piosence. Tak, ludzie na pogrzebie robią "nanananana". Tak, aktorzy z powagą odgrywają swoje role, jednocześnie udając śpiewanie kolejnych absurdalnych wersów. Tak, list pozostawiony w samochodzie to nic innego jak spisane słowa piosenki. Tak, ta piosenka stała się w Korei wielkim przebojem i do tej pory często nawet inni wykonawcy sięgają po nią na koncertach. Tak, na potrzeby wykonań na żywo dołożono do niej głupkowatą choreografię.



Porąbane? Fajne? No to na dokładkę dorzucę jeszcze z ostatniego albumu nagranie pod tytułem 빨간날 albo po polsku "Szkarłatny dzień", a chodzi po prostu o dzień ustawowo wolny od pracy. Uprzedzam, kawałek uzależnia, a Lee Hyuk pokazuje w nim nawet niezły głos. No i ta butelka coli... Dla własnego dobra postarajcie się ją zignorować.




wtorek, 13 listopada 2012

IU - Only I Didn't Know

Od dawna chciałem przedstawić którąś z piosenek tej młodej artystki, ale nie potrafiłem zdecydować, którą wybrać na początek. Zacząć od jej debiutu w wieku lat 15? Może od B-side'owej (szczerze wątpię żeby to było prawdziwe słowo) piosenki, którą mnie do siebie przekonała? A może zacząć od jej fenomenalnych akustycznych coverów piosenek innych wykonawców?

Koniec końców stanęło na czymś innym - na jej chyba najdojrzalszym nagraniu jak do tej pory. Nie chodzi tu o dojrzałość muzyczną, bo tego typu utwory wokalistka wykonuje właściwie od początku swojej kariery. Dojrzałość w tym wypadku bardziej odnosi się do warstwy lirycznej i emocjonalnej utworu, ale także do warstwy wizualnej - do wideoklipu.

Powody takiego wyboru są dwa. Jeden to oczywiste skojarzenie z poprzednim klipem, który tu opisywałem - "Dripping Tears" w wykonaniu Son Dam Bi (>>TUTAJ<<). Przy czym podobieństwo bynajmniej nie jest muzyczne, oba utwory to zupełnie różne ligi. Drugi powód to pewna sytuacja, która ostatnio wyniknęła wokół wokalistki. Patrząc przez pryzmat jej twórczości, zastanawiam się, czy czasem owej sytuacji sama celowo nie zaaranżowała.

Ale na chwilę pozostawmy tematy poboczne i zajmijmy się samym utworem i teledyskiem, bo zdecydowanie są tego warte. Piosenka pochodzi z singla "Real+" wydanego w 2011 roku. IU miała wtedy niespełna 18 lat, tym bardziej imponuje sposób, w jaki poradziła sobie z tą nastrojową balladą.

Poniżej znajdziecie osadzony teledysk w pierwotnej, sfabularyzowanej, formie. Ten wariant jest po prostu lepszy, zarówno technicznie - od strony montażu - jak i bardziej artystycznie - pod względem oddawania emocji. Jednak dla osoby niewładającej językiem koreańskim ma też minus w postaci przegadanego intra - dosyć istotnego dla teledysku, nieistotnego dla piosenki.

Zachęcam do przecierpienia tego fragmentu, ale jeżeli ktoś koniecznie chce go przeskoczyć, to kończy się on w okolicach 0:50. Właściwa piosenka zaczyna się po 1:20, ale odradzam skakanie tak daleko, bo wyrywa teledysk całkowicie z kontekstu.

Jeżeli kogoś stanowczo nie interesuje teledysk, może poszukać niżej w tekście drugiego osadzonego wideo z klipem wyedytowanym tak, by nie zawierał fabuły i skróconym do długości trwania piosenki. Odradzam takie rozwiązanie, ale jeśli ktoś bardzo chce, informuję o takiej możliwości.

Co do pełnej wersji klipu - jedna uwaga. W trakcie wywiadu w intrze bohaterka klipu mówi o dziwnej pogodzie, która ma panować za oknem i o tym, że zazwyczaj przy takiej pogodzie ktoś ją odwiedza. Co mówi na końcu klipu? To napiszę po teledysku.



Zamykanie zakochanych dziewczyn w zakładach psychiatrycznych najwyraźniej musi być całkiem popularne w Korei, bo to już drugi taki teledysk, który widzę. Ale żarty na bok. Piosenka całkiem zgrabnie i niebanalnie opowiada historię udawanej miłości i złamanego serca, która jest w stanie żyć własnym życiem wyjęta z kontekstu teledysku. Jeżeli kogoś interesują konkrety >>TUTAJ<< wersja z polskimi napisami (tylko do piosenki).

Nawet bez znajomości słów, w uszy rzuca się ilość emocji sprzedawanych przez IU. Nieważne czy porusza się po niskich rejestrach, czy przechodzi w te wyższe, gdzieś w tych wyśpiewywanych przez nią słowach czai się ładunek, który trafia dalej niż narząd słuchu i wywołuje ciarki na plecach. Efekt jest jeszcze silniejszy, kiedy widzę o czym śpiewa, a to przecież jeszcze nastolatka. Siła jej ekspresji w tej piosence jest naprawdę zdumiewająca.

Sama kompozycja pełni swoją funkcję. Jest dobra - melodyjna, spójna, a przy tym zróżnicowana. Choć pomaga akcentować pewne fragmenty piosenki, nigdy nie wyrasta przed wokal, co wydaje się całkiem rozsądne.

A co z teledyskiem? Bohaterka jest w szpitalu psychiatrycznym i nawyraźniej cierpi na jakieś przywidzenia - prześladuje ją widmo jakiegoś starszego mężczyzny. Lekarze są przekonani, że to jej ojciec. Na zakończenie klipu pada pytanie - Zdajesz sobie sprawę, że Twój ojciec odszedł (umarł)?  - Ale on jeszcze do mnie wróci - odpowiada dziewczyna - Co ciekawe, wszyscy myślą, że ten mężczyzna to mój ojciec. Ale to nie jest mój ojciec.

I w ten piękny sposób teledysk wywołał niemałą burzę. Wielu ludzi sugerowało nawet, że chodzi o kazirodztwo. Wytwórnia szybko to zdementowała, utrzymując że szalona dziewczyna z teledysku akurat w tym aspekcie trzyma się rzeczywistości i że nie należy doszukiwać się tak dalekoidących interpretacji.

Jednak niewiele to pomogło. Mówimy o Korei - kraju, w którym może i kobiety nie noszą bezkształtnych worków po ziemniakach, ani nawet zjednoczone kolory moheru nie cieszą się aż taką popularnością jak u nas, ale jednak kraju mocno konserwatywnym w tematach obyczajowości. Interpretacja "to nie jest jej ojciec, tylko jakiś inny starszy facet" jest tam niewiele lepsza, bo na związki z dużą różnicą wieku jednak wciąż krzywo się tam patrzy.

Zestawiając ten teledysk z osobą piosenkarki - bądź co bądź jeszcze nastolatki, w dodatku usilnie stylizowanej przez wytwórnię na niewinną (przylgnęło nawet do niej miano "młodszej siostry narodu") - można sobie wyobrazić, że reakcja była tym głośniejsza.

Wytwórnia wybrnęła z tego nawet zgrabnie, wypuszczając drugą wersję teledysku, o której wspominałem już wyżej. Całkiem pozbawioną wątku fabularnego. Było to wyjście o tyle zręczne, że w wypadku rozszerzonych fabularnie teledysków dosyć powszechną praktyką jest wypuszczanie wersji okrojonej do wykonania piosenki. Inna sprawa, że dotyczy głównie utworów tanecznych, gdzie alternatywny teledysk ma lepiej pokazywać przygotowaną choreografię. Tutaj mamy do czynienia z nie do końca sprawnym montażem już istniejących ujęć.



Na początku wspomniałem też o pewnej sytuacji, która wyniknęła wokół wokalistki. Wg naszych standardów jest to sytuacja, wg standardów koreańskich coś na miarę skandalu. Na krótko na twitterze wokalistki mignęła fotka, na której... Nie za dużo widać. Jest część twarzy wokalistki, po ramionach można by spekulować, że ubranej w piżamę. Obok niej widać jednego z K-popowych wokalistów, od dawna podejrzanego o związek z IU. Prawdopodobnie bez piżamy, możliwe nawet, że bez niczego, ale poprzestać można na tym, że wygląda jakby nie miał na sobie żadnej koszuli.

Twarde, ani nawet miękkie, porno to to nie jest - ale kontekst łóżkowy jest mocno wyczuwalny. Zdjęcie szybko zniknęło, ale wiatr zasiano. Pytanie - kto zbierze burzę? Jak wspomniałem, Korea to kraj konserwatywny, seks pozamałżeński - nie to, że nie istnieje - ale pozostaje wyrugowany, przynajmniej ze sfery życia publicznego. Tym bardziej w kontekście 19-letniej wokalistki, stylizowanej na bardziej niewinną niż jest, takie zdjęcie musiało wywołać dyskusję.

Wytwórnia piosenkarki wystosowała jakieś bzdurne oświadczenie, że zdjęcie wykonano latem zeszłego roku, kiedy wokalista odwiedzał chorą IU w domu. Nie dość, że przekombinowane, to jeszcze niczego nie tłumaczy. Wytwórnia piosenkarza ograniczyła się do przytaknięcia kolegom po fachu. A ja się zastanawiam, czy IU nie zrobiła tego wszystkiego celowo?

Piosenkarka debiutowała w młodym wieku, więc siłą rzeczy startowała z dziewczęcym wizerunkiem, który przez lata funkcjonowania nie tylko jako piosenkarka, ale także aktorka, stał się jej drugą skórą. Tymczasem dziewczyna wydoroślała, ma nieprzeciętny talent wokalny, który już dostrzeżono na świecie. W tym roku IU dała koncert z orkiestrą symfoniczną w Orchard Hall tokijskiego kompleksu Bunkamura - jednej z bardziej prestiżowych scen na kontynencie.

Czy dziwne byłoby, gdyby chciała uciec od wizerunku wiecznej dziewczynki, owej "młodszej siostry narodu" i poprowadzić dojrzalszą karierę. Nierzadko show-biznes porównywany jest do niewolnictwa. Artyści przez większość czasu chałturzą pod dyktando wytwórni, które z kolei patrzą na zyski, a nie na sztukę. Jak długo jakieś podejście się sprawdza, tak długo będzie eksploatowane i nikt nie pomyśli o zmianie. Jeżeli IU chciałaby zerwać z wizerunkiem grzecznej dziewczynki, to tylko poprzez samodzielne jego zniszczenie. Taka fotka to mało radykalny, ale skuteczny krok w tym kierunku.

piątek, 2 listopada 2012

Brown Eyed Girls - Sixth Sense

Przemysł, jakim jest k-pop, funkcjonuje na pewnych określonych zasadach. Jedną z koronnych zasad przy formowaniu zespołu jest wybranie jego wizerunku, a co za tym idzie niszy, w której będzie funkcjonował. Dla formacji kobiecych popularną niszą jest aegyo - przesłodzony wizerunek grzecznych dziewczynek, w którym specjalizują się grupy takie jak np. Girls' Generation.

Pewną wariacją na temat aegyo jest grupa Orange Caramel, której cukierkowaty wizerunek przywodzi na myśl raczej lolity, a nie grzeczne dziewczynki. Macierzysta formacja Orange Caramel - After School to z kolei wzorcowy przykład koreańskiego ostrego wizerunku. Ostrego w granicach przyjętej tam konwencji. Według amerykańskich standardów to niemal zakonnice, ale w Korei Płd. często porównuje się je do Pussycat Dolls. Co trochę mnie irytuje, bo tę amerykańską grupę uważam za sabat pasztetów (z wyłączeniem Nicole Scherzinger).

Nie oszukujmy się, chociaż przyjęte konwencje z pozoru trzymają w ryzach seksualny wizerunek kobiet na scenie, to jednak i w jednej, i w drugiej stylizacji chodzi o to, by przykuwać oko męskiej części widowni. Zdarza się, że jakiś wykonawca wykroczy poza niepisane ramy tych konwencji. Dla zespołu Secret przybrana jednorazowo nieco śmielsza stylizacja oznaczała spotkanie się z falą krytyki konserwatystów. Z kolei taka HyunA z eksploatowania własnej seksualności uczyniła sens swojego scenicznego solowego istnienia, za co przez wielu została znienawidzona.

Jest jednak grupa, której podobne, a nawet śmielsze, brewerie do tej pory uchodziły na sucho. Ba, trzeba powiedzieć więcej - pomimo licznych kontrowersji, śmiałego wizerunku oraz towarzyszących plotek i nie tylko plotek - grupa ta odniosła spory sukces w mainstreamowych mediach. Zamiast stać się obiektem ciskania kamieniami, dla wielu stała się idolkami. Oczywiście mowa o formacji Brown Eyed Girls.

Jak koreański kwartet tego dokonał? Po pierwsze, silniejszych treści w wideoklipach używa przede wszystkim jako środka wyrazu artystycznego, a nie jako prymitywnego "nęcenia cycem". Po drugie, silnym obrazom towarzyszy równie silna, wyrazista muzyka, która nie próbuje chować się za plecami wideoklipu. Czego dowód znajdziecie poniżej.



Niesamowite połączenie estetyki disco z symfonicznym brzmieniem i silnymi wokalami, nie tylko nie próbuje ukryć się za mocnym i przyciągającym uwagę teledyskiem, ale w dodatku toczy z nim walkę o widza. Walka jest na tyle zażarta, że przy pierwszym obejrzeniu klip wydaje się gryźć z utworem.

Rzadko kiedy słyszy się, żeby tak przebojowa i żywiołowa piosenka naraz prezentowała równie szeroką i pełną gamę walorów muzycznych. Już sama warstwa kompozycji powinna zebrać swoją dolę oklasków, chociażby za to jak płynnie przechodzi pomiędzy spokojniejszymi budującymi napięcie segmentami zwrotek a eksplozją dźwięku w refrenie.

A to wciąż mało, bo równie ważna jest inteligencja w użyciu poszczególnych instrumentów, czy też sama wrażliwość muzyczna uwypuklona chociażby właśnie w budowaniu napięcia poprzez twarde, rytmiczne, militarnie brzmiące i budzące niepokój dźwięki. Na to wszystko nakłada się zabójczo wykorzystany wokal, który już silnej kompozycji nadaje dynamiki i mocy w brzmieniu, słowem - impetu. Jednocześnie, przy całym natłoku dźwięków atakujących nasze uszy, utwór nie popada w kakofonię.

Ale pozostaje jeszcze kwestia teledysku. Tu dopiero jest ciekawie. Już samo poruszenie wątku totalitarnych represji jest posunięciem odważnym. Pamiętajmy, że dla wielu z nas widok armatek wodnych i policyjnych kordonów kojarzy się głównie z odległymi (to już ponad 20 lat) czasami PRL-u. No chyba, że ktoś się udziela na piłkarskim młynie albo wyjazdach, wtedy takie sceny są mu nieco bliższe.

Ale nie będę tutaj pastwił się nad naszymi domorosłymi miłośnikami praktyk totalitarnych, bo na dobrą sprawę nawet bliski geograficznie relikt ustrojowy - Białoruś - nie maluje się w naszej wyobraźni w równie czarnych barwach, albo przynajmniej nie poświęcamy mu tyle uwagi, by mógł się silnie kojarzyć z takimi obrazkami.

My jednak mówimy tutaj o wideoklipie nakręconym w Korei Południowej, która od północy graniczy z szalonym totalitarnym reżimem Kim'ów. Projekty atomowe, strefy zdemilitaryzowane będące najsilniej zmilitaryzowanym skrawkiem ziemi na globie i część większego narodu cierpiąca głód i ubóstwo pod dynastią maniaków własnej wielkości. A przecież jeszcze dalej czają się Chiny.

Mało? Sama Korea Południowa długo nie była rajem na Ziemi. Najpierw 35 lat japońskiego zaboru, potem rozbiór kraju decyzją podłych, złych sowietów i szlachetnych wybawicieli spod amerykańskiego sztandaru. Tych samych wybawicieli, którzy przez kolejne 40 lat tolerowali różne formy wojskowej dyktatury, pod wieloma względami niewiele różniącej się od swojego północnego odpowiednika.

Ustawiony w takim kontekście, ten teledysk ma o wiele silniejszy wydźwięk. Tym bardziej, że nie powinien być traktowany dosłownie. Dyktator i jego podwładni są tylko metaforą na... męskiego odbiorcę tego klipu. Po jednej stronie mamy wyzwolone kobiety, które śpiewają o pożądaniu jakie odczuwają do nich mężczyźni i nieprzekraczalnej niewidocznej barierze, która nie pozwala samcom dać upustu ich żądzom.

Po drugiej stronie stoi i gapi się na nie anonimowy tłum mężczyzn bez twarzy, za każdym z tych kasków może czaić się facet, który właśnie ogląda ten klip. Każdy z nich jest anonimowym widzem, częścią tłumu, bez własnej woli i odwagi by się wyłamać, staje się częścią systemu, który zniewolił kobiety z pozostałych ujęć.

Niewola ta jest oddana w niezwykle plastyczny sposób. Gain siedzi ze związanymi dłońmi na krześle, jest zdominowana przez górujący nad nią i zamykający obraz łuk. Ponadto jest niewolnicą obrazu. Widzimy ustawiony przed nią monitor, który nieustannie pokazuje jej twarz. Może ona do woli odwracać się, uciekać ze wzrokiem, kamera cały czas podąża i koncentruje się na jej twarzy. Ku uciesze widza jej wizerunek jest brudny, zbrukany, upodlony.

JeA jest przywiązana do drewnianej konstrukcji unoszącej się na wodzie, całkowicie bezradna i zniewolona, nawet gdyby uciekła, na jej nodze jest branzoletka lokalizacyjna. Jest całkowicie oddana na łaskę i niełaskę żywiołu, ale i obserwującego ją z góry pana. Jednocześnie jej stylizacja jest najsubtelniejsza spośród wszystkich kobiet. Ma być tą bezwolną, uzależnioną od mężczyzny kobietą, która bez jego pomocy nie przetrwa.

Miryo pozornie ma daną swobodę głosu, jej wizerunek jest schludny, estetyczny - oficjalny, a wypowiedzi schowane za fasadą uprzejmości. Ale jednocześnie jej ręce pozostają związane, a mikrofony nasłuchujące każdego jej słowa same stanowią formę opresji. Cała scena sugeruje, że nie liczy się, co kobieta sama ma do powiedzenia. Ona ma być jedynie narzędziem wypowiadającym słowa, które ułożył kto inny, ku uciesze pozbawionych emblematów - anonimowych - mikrofonów.

Najciekawsza jest scena Narshy. Z pozoru zaprzecza całej idei tego klipu - to kipiący seksapilem zwierzęcy taniec, uczta dla samczego oka. Ale właśnie - trzeba zauważyć, że jej niewolą jest pomieszczenie-klatka i sam ruch. Miejsce po którym się porusza jest wybiegiem, a swoboda ruchów została jej dana tylko po to, by mogła nimi cieszyć wzrok widza. Do tego błyskające flesze, kocie ruchy, kot w teledysku i miauczenie... Catwalk to przecież angielskie określenie na wybieg dla modelek.

Same słowa refrenu sugerują, że kobiety mają do zaoferowania coś więcej niż swoją zmysłową, seksualną powierzchowność. W zamian proponują swoją muzykę, odczuwaną poprzez owy szósty - emocjonalny - zmysł, który pozwala odbierać bodźce poprzez barierę nieprzekraczalną dla tradycyjnego zestawu pięciu zmysłów związanych z cielesnym pożądaniem. Mężczyźni pod wpływem muzyki ulegają przemianie, odrzucają hełmy, zyskują twarze a z nimi własne emocje i myśli, które pozwalają im podejmować decyzje za siebie i obrócić się przeciwko dyktatorowi/systemowi.

Osobiście nie mam nic przeciwko takim feministycznym manifestom, jeśli mają one jakiś określony cel, a nie są zbiorem gorzkich żali w stylu: "Chcę mieć tak samo jak ty, tylko na innych preferencyjnych zasadach, bo ja jestem pokrzywdzona. I nie waż się mnie patronizować szowinistyczna męska szujo!".

W tym wypadku chodzi o konkret - słuchaj tego, co mam do przekazania poprzez muzykę, a nie każ mi się wygłupiać dla własnej uciechy. Co moim zdaniem, jak długo kobieta ma coś do powiedzenia (a nie "żałuję, że cię znałam, żałuję, że ci dałam"), jest bardzo słusznym podejściem, bo nie wyklucza także miejsca dla atrakcyjnych kobiet nie mających nic do powiedzenia, ale za to dobrze wyglądających.

Jedyne, co budzi moje wątpliwości, to skuteczność manifestu. Przecież na dobrą sprawę, do jego przesłania trzeba dotrzeć przebijając się najpierw przez warstwę tego, z czym teledysk zdaje się walczyć - grupę seksualnie zniewolonych kobiet ku rozkoszy oczu przeciętnego męskiego widza. Mam wrażenie, że sami twórcy teledysku zdają sobie sprawę z niskiej skuteczności swojej metody, bo przecież klip kończy się tym, że tłum anonimowych mężczyzn rzuca się na kobiety.

BONUS
Ja zakończę podobnie, dodając link do telewizyjnego występu live, który jest równie porywający.


niedziela, 28 października 2012

Brown Eyed Girls - Cleansing Cream

Dzisiaj nie będzie żadnego wydumanego wstępu. Po prostu upewnijcie się, że macie cztery minuty spokoju na obejrzenie klipu poniżej.



Obejrzany? Jeśli nie, to nawet nie próbujcie czytać dalej, tylko obejrzyjcie.

Powiedzmy, że Wam wierzę.  Ale od czego tu zacząć?

Zacznę od ostrzeżenia, które piszę po uprzednim popełnieniu wszystkich poniższych słów. Poniżej znajduje się tak naprawdę moja interpretacja tego, co zobaczyłem i usłyszałem. Ze sztuką (a ten teledysk wespół z piosenką uważam za formę sztuki) jest tak, że każdy powinien interpretować ją na swój własny sposób i nie istnieje coś takiego jak jedna właściwa interpretacja dzieła. Nierzadko to, co wypisują eksperci o dziełach sztuki, nie jest nawet bliskie prawdziwym intencjom autora. Nie chciałbym, żebyście pozbawili się przyjemności zinterpretowania tego utworu na własny sposób, poprzez przeczytanie mojego tekstu. Na YT jest wersja z polskimi napisami (link 3 akapity niżej).  

Teraz, po nastym już obejrzeniu tego klipu, szczęka nie wisi mi już tak bezwładnie jak wczoraj, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Wciąż jednak nie jestem do końca przekonany, jak się za niego zabrać. To zdecydowanie nie jest standardowy popowy teledysk. Użyję dużych słów, ale dla mnie to dzieło sztuki.

Na dobrą sprawę można by wyciąć z teledysku piosenkę i samo video broniłoby się jako pełnoprawny film krótkometrażowy. W ogóle zwróciliście większą uwagę na piosenkę? Z pewnością nie jest zła. W jakichś fragmentach nawet wpada w ucho, ale nie dominuje. To ona wydaje się bardziej tłem dla obrazu niż obraz tłem dla niej.

Ale jednocześnie twórcy uciekli od pokusy, by w jakikolwiek sposób wpleść w całość dźwięki nienależące do utworu - związane z teledyskiem. Kiedy robi się taki klip i nie przemyca się nawet jednego drobnego brzmienia, czy to na początku, czy to na końcu nagrania, to musi to być zabieg celowy. Pytanie - czy ma on oddzielać piosenkę od teledysku, czy też może splatać obie rzeczy ze sobą?

Odpowiedź na to pytanie jest dosyć pokrętna. >>TUTAJ<< znajdziecie wersję z polskimi napisami (nie mam z nią nic wspólnego, żeby było jasne). Celowo nie umieściłem jej wcześniej, ani nie osadzam jej w tekście, żebyście najpierw obejrzeli czysty oryginał. Czytanie napisów bardzo skutecznie odrywa od chłonięcia obrazu, a na dobrą sprawę ten teledysk i tak trzeba kilka razy obejrzeć, żeby go ogarnąć.

To co z tą odpowiedzią? Ano zauważyliście zapewne, że tekst piosenki wydaje się silnie łączyć z treścią teledysku, ale fabularnie jednak pozostają niespójne. Ściana ciszy rodzielająca obraz od dźwięku tylko pogłębia to wrażenie. Ale ta sama tematyka, te same motywy przewijające się jednocześnie w tym, co dociera do naszych oczu i w tym, co dociera do naszych uszu (a przynajmniej docierałoby, gdybyśmy znali koreański), nie pozwala na rozłączenie tych dwóch warstw.

I tak ma właśnie być. Ta piosenka nie opowiada nam tego, co dzieje się na ekranie. Nie wyjaśnia nam kim dla siebie są kobiety. Z racji wieku możemy założyć, że są siostrami. W tekście piosenki podmiot liryczny (znowu używam tego terminu... tym razem na poważnie) cały czas zwraca się do kogoś "unni". Po koreańsku ten termin oznacza przede wszystkim starszą siostrę, choć jego pojemność jest większa (tak jak doskonale znanego wszystkim "oppa" - starszy brat).

W teledysku starsza kobieta jest zazdrosna o młodszą. W jej oczach siostra jest rywalką, która próbuje zasadzić się na jej mężczyznę. Patrząc nawet od strony czysto fabularnej, sprawa nie jest taka prosta, bo przecież dziewczyna wcześniej przytula się do kobiety, podczas gdy mężczyznę tylko bada dotykiem. W szafie ze szczególną lubością dotyka ubrań kobiety, nie mężczyzny. Siostra tego wszystkiego nie wie, a i widz, choć świadom wszystkiego, emocjonalnie patrzy na teledysk bardziej oczami starszej kobiety, która - słusznie czy niesłusznie - czuje się zdradzona.

Piosenka śpiewana jest raczej przez młodszą z kobiet - tak podpowiada często wypowiadane słowo "unni" i ogólna niewinność uczuć śpiewającej, bardziej pasująca do postaci dziewczyny. Jednak główny wątek utraconej miłości nijak nie przystaje do tego, co widzimy na ekranie. Osoba śpiewająca nie może być dosłownie tą niewidomą dziewczynką, która niezdarnie nakłada makijaż. Makijaż, wokół którego tak silnie obracają się słowa, w obrazie jest domeną starszej z kobiet.

Teledysk traktuje więc o nieuzasadnionym poczuciu zdrady, piosenka o niezaleczonej miłości. A o czym opowiada całość, złożenie obydwu elementów - prawdziwe dzieło, o którym mówiłem na początku? Przyjrzyjmy się jeszcze raz, tym razem bliżej, teledyskowi. Napisałem, że poczucie zdrady jest w wypadku kobiety nieuzasadnione, a przecież widzi ona jak jej siostra szuka kontaktu z jej mężczyzną.

Spójrzmy szerzej na to, co robi dziewczyna. Szuka dorosłych ubrań swojej siostry, różnych od tego, co sama nosi. Próbuje nałożyć makijaż. Interesuje się mężczyzną - ale trudno podejrzewać, by próbowała go uwieść, po prostu powoduje nią ciekawość mężczyznami. Dziewczyna dorasta - usiłuje przemienić się w kobietę.

Ale obraz staje się jeszcze bardziej gorzki, kiedy uzmysłowimy sobie jeszcze jedną rzecz. Ubrania należą do jej siostry. Mężczyzna "należy" do jej siostry. Nawet te wszystkie tusze, szminki i reszta specyfików prawdopodobnie zostały cichcem podkradzione kobiecie, bo trudno podejrzewać, żeby dziewczynka miała własne. Ona nie próbuje zająć miejsca starszej siostry - ona próbuje stać się taka jak jej siostra, można nawet powiedzieć, że metaforycznie usiłuje stać się swoją siostrą.

Za chwilę zacznę igrać z waszymi umysłami. Teraz przez moment zajmijmy się jeszcze piosenką. Wcześniej napisałem, że podmiotem lirycznym jest młodsza z kobiet, chociażby dlatego, że używa apostrofy "unni". Skłamałem, przynajmniej troszeczkę. Piosenka w dużej części śpiewana jest tym samym tonem, ale w pewnych momentach głos staje się twardszy, pojawiają się rapowane wstawki.

Ale te wstawki różnią się nie tylko brzmieniem, słowa wypowiadane przez postać są bardziej gorzkie i chłodne, nie do końca pasują do niewinnych słów zrozpaczonej dziewczyny, która nie wie, co ma robić. Czyżby to był głos owej unni, do której zwraca się dziewczyna? Tylko, że właśnie w jednym z "twardszych" fragmentów osoba śpiewająca przyznaje, że "opróżnia kolejny kieliszek". Przecież to dziewczyna proponowała spotkanie i wspólne picie. Dlaczego to owa Unni się tak spija i dlaczego brzmi tak zgorzkniale.

A co jeśli owa Unni i dziewczyna, która ją wzywa, to ta sama osoba? Terminu "unni" koreanka (koreańczyk tak się do nikogo nie zwraca) użyje, kiedy zwraca się lub mówi o starszej siostrze. Ale użyje go także w stosunku do innej starszej od siebie przyjaciółki. Patrząc szerzej - do starszej, ale bliskiej sobie kobiety. A kto może być bliższy niż swoje własne dojrzalsze ja?

Wróćmy po raz kolejny do teledysku. W pierwszych scenach obie kobiety mają pod lewym okiem resztki rozmazanego makijażu. W dodatku po obejrzeniu całego klipu wiemy, że jest to ten sam makijaż młodszej z nich. Z wyłączeniem sceny w łóżku, kobieta cały czas nosi silnie zaakcentowany makijaż, podczas gdy dziewczyna pozostaje bez niego.

Przez cały obraz rozciąga się wyraźny kontrast między obiema postaciami, który zaciera się na krańcach klipu. Wtedy obie łączy rozmazany makijaż, a wybuch emocji - dzielona rozpacz - choć nie łączy postaci, to burzy istniejącą przez resztę teledysku barierę. Potwierdza to także delikatna zmiana tonu w brzmieniu wokalu, który sytuuje się gdzieś pomiędzy tym, co wcześniej określiłem głosami niewinnej dziewczyny i oziębłej kobiety.

Bo o tym jest całe to dzieło - o transformacji dziewczyny w kobietę. Transformacji, która, patrząc z boku, zachodzi tylko w jedną stronę. Dziewczyna dorasta i wtedy zaczyna się malować, ubierać i kryć się z emocjami za tak zbudowaną maską utwardzoną zobojętnieniem. Ale to by było zbyt banalne, żeby mogło być prawdziwe.

Spójrzmy na tytuł - "Cleansing Cream". Sam tytuł sugeruje, że przemiana ta zachodzi też w drugą stronę, że maska obojętności może zostać zmyta, bo w gruncie rzeczy jest to tylko maska, która powstała tylko po to, aby coś zakryć, osłonić.

A teraz pociągnijmy wszystko dalej. Dlaczego kobieta w teledysku tak naprawdę zareagowała tak nerwowo, czemu rzuciła się na siostrę? Można by spekulować, że chce powstrzymać jej transformację w kobietę, oszczędzić jej tego i pozostawić ją niewinną jak dziecko grające w ciuciubabkę. Ale to by było zbyt piękne i zbyt naiwne - nie tłumaczyłoby takiego gniewu.

To, co naprawdę wyprowadziło kobietę z równowagi, to  zachowanie jej siostry. Niezdarny makijaż. Dziewczyna chciała wyglądać jak starsza siostra, jak kobieta. Kobieta widziała w niej dziewczynę niezdarnie przebraną za kobietę - widziała siebie. Dziewczyna obnażała prawdziwą twarz kobiety przed nią samą.

Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że to kobieta przez cały czas śpiewa piosenkę, to ona zwraca się do swojego starszego ja o radę. Zwróćcie też uwagę, że na początku i końcu piosenki głos nie używa apostrofy unni, tylko zwraca się do kogoś "honey", "baby" - czyżby do swojego mężczyzny, do utraconej miłości, czy może do młodszej siostry?

Niniejszym dziękuję za uwagę i idę dostać okresu.