Trochę kazały na siebie czekać, ale nareszcie są. Raina, Nana i Lizzy - Orange Caramel, szalony spin-off After School, powrócił na koreańskie sceny. Bez bicia przyznaję się, że brakowało mi ich pozytywnego szaleństwa pod wszystkimi postaciami - muzyczną, teledyskową i taneczną.
Znów mam trochę poślizgu, ale zależało mi, by w tym tekście znalazł się też klip z występem dziewczyn, a niestety ten z M!Countdown robił raczej kiepskie wrażenie (nie z winy zespołu), więc czekałem na następny. Ponadto wpis sam w sobie rodzi się w bólach, czego z początku wcale się nie spodziewałem. Chciałem poruszyć kilka tematów, które - jak się okazało - wymagają olbrzymich dygresji, by zrozumiale przekazać moją myśl, i które prawdopodobnie, po kilku nieudanych podejściach, ostatecznie sobie odpuszczę.
Weźmy na przykład kwestię wydawałoby się prozaiczną - co sprawia, że Orange Caramel jest takie wyjątkowe? To wcale nie jest proste pytanie, bo wizerunek grupy jest bardzo oryginalny i trudny do zaszufladkowania, ale tym samym także trudny do nazwania. Niby jest słodko i kolorowo, ale nie ma tu typowego różowego aegyo. Niby dziewczyny z After School gwarantują seksapil, a jednak nikt tego przesadnie nie wykorzystuje. Jak więc zdefiniować Orange Caramel? Chyba najlepiej posłużyć się ich przydomkiem - Happy Virus. Naprawdę trudno oddać zwięźle słowami, o co chodzi w występach tego zespołu i dlatego poprzestanę na stwierdzeniu, że przezwisko przylgnęło do grupy całkiem zasłużenie, resztę pozostawię samym dziewczynom i ich nowej piosence.
Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że Orange Caramel ostatni raz promowało w ojczyźnie we wrześniu 2012 z piosenką "Lipstick" (>>TUTAJ<<) i albumem pod tym samym tytułem. Ponadto dziewczyny w tym samym okresie rozpoczęły ekspansję na rynku japońskim debiutując latem 2012 z "Yasashii Akuma" (>>TUTAJ<<), poprawiając na jesieni podwójnym singlem "Lum No Love Song" (>>TUTAJ<<) i zamykając okres pierwszym japońskim albumem promowanym piosenką "Cookies, Cream & Mint" (>>TUTAJ<<) w marcu 2013.
Od tamtej pory Orange Caramel pojawiało się na koncertach w Korei, ale nie wydawało nowych nagrań (okej, była kolaboracja z 10cm przy piosence "Hug Song" [>>TUTAJ<<], ale obyło się bez promocji, czy choćby teledysku), ustępując miejsca macierzystej formacji - After School - która najpierw długo szykowała bardzo wymagający występ do koreańskiego singla "First Love" (>>TUTAJ<<), a potem przeniosła się do Japonii, gdzie wydała dwa kolejne single - "Heaven" (>>TUTAJ<<) i "Shh" (>>TUTAJ<<) - a na dniach zaprezentuje drugi japońskojęzyczny studyjny album - "Dress To Kill".
A teraz pora na teledysk.
Ponieważ wciąż mam problemy ze skleceniem tego tekstu, chyba daruję sobie te wszystkie przemyślenia i polecę sztampą, zaczynając od piosenki. Ma ona jedną wadę - dziewczyny celowo śpiewają ze specyficzną manierą i są na siłę wepchnięte w bardzo wysoką tonację. Dla mnie to nie działa i za bardzo nie rozumiem tego pomysłu, ale zdaję też sobie sprawę z tego, że Korea ma fioła na punkcie wysokich tonacji.
Choć normalnie wolę głosy Rainy i Nany, to tym razem najprzyjemniejsza dla moich uszu jest zdecydowanie Lizzy, która po prostu nie została wepchnięta aż tak wysoko i po niej najmniej słychać tę dziwną manierę. Przy czym to nie jest tak, że na bezrybiu i rak ryba - Lizzy w tej piosence brzmi naprawdę dobrze. Co do Rainy i Nany, to jest to dla mnie na pewno rozczarowanie (kto nie wierzy, że dziewczyny zazwyczaj brzmią zdecydowanie lepiej, odsyłam choćby do refrenu "Shh" >>TUTAJ<< spiewanego w całości przez nie), ale wciąż problem nie jest dla mnie tak duży, by zepsuć piosenkę, po kilku przesłuchaniach już prawie nie zwracałem na niego uwagi.
Samą kompozycją jestem oczarowany. Podobno ma to być hinduskie disco - stopnia hinduskości nie potrafię ocenić, ale samo disco ze smyczkami, gitarami i funkującą elektroniką niezawodnie mnie rozbraja. Jednak akompaniament, jakkolwiek świetnie brzmiący, jest tu tylko kolorową otoczką dla sedna piosenki - linii melodycznej wokali - przebojowej, chwytliwej i niezwykle płynnej, szczególnie w refrenach. Tu znów piosenka inspiruje się nieco środkowym wschodem (podobno Pakistanem, ale nie będę dociekał, czy to aby na pewno jest Pakistan) i ludową piosenką "Jutti Meri".
Ludzie pracujący z Orange Caramel nie zawodzą, chociaż nie wiem skąd oni to wytrzasnęli - tej piosenki jeszcze kilka dni temu nie dało się znaleźć w internecie. Tak czy inaczej, choć nie słyszałem by "Catallena" była oficjalnie ostemplowana na walizce jako kolejny przystanek na trasie projektu "One Asia", Orange Caramel kontynuuje swoją humorystyczną podróż po Azji, mieszając muzykę innych państw ze swoim własnym charakterystycznym stylem.
Jednak Orange Caramel ochrzczono królowymi konceptów nie tylko ze względu na egzotyczne inspiracje muzyczne, ale przede wszystkim ze względu na całkiem odjechane stylizacje i teledyski. Tym razem za klipem stoją między innymi ludzie z popularnego kabareciarskiego programu "Gag Concert" - Jung Tae Ho i Kim Dae Sung. Obaj pojawili się nawet w teledysku, pierwszy to ten gość (mafiozo?) na czarno wcinający sushi, drugi to... Tytułowa Catallena - tak, jeżeli jeszcze się nie zorientowaliście, ta ośmiornica to przebrany facet.
Co do samego tytułu, to jest to słowo jak najbardziej koreańskie. To nowe, slangowe określenie na osobę, która pomimo nieco antypatycznej natury przyciąga do siebie ludzi - zresztą sam tekst piosenki najlepiej tłumaczy o jaką osobę chodzi, angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Wracając do teledysku to jest on prosty, ale jednak bardzo pomysłowy i właśnie z racji samego pomysłu - dziewczyny jako sushi, musi zapadać w pamięć. Jest tu trochę smaczków dla fanów - pomarańcze rozrzucane przez ośmiornicę, naklejki na paczkach z dziewczynami zawierają ich imiona, daty urodzin, wzrost, wagę i oraz nazwę wytwórni muzycznej. Ale prawdziwym sednem są zwariowane pomysły w wariowanym wykonaniu.
Tu warto zwrócić uwagę, że o ile po zawodowych komikach można było się spodziewać, że podołają strojeniu min do kamery i wszelkiej maści wygłupom, to trzeba też oddać, że Orange Caramel w tym względzie też czuje się jak ryba w wodzie (to już drugi przemycony pun :) ). Dziewczyny trochę mi imponują, bo z teledysku na teledysk są w tym coraz lepsze, a wbrew pozorom niewiele jest w show-biznesie kobiet, które potrafią zgrabnie pogodzić tego rodzaju komizm z seksapilem.
Co ciekawe, tym razem te wszystkie miny są też ważną cześcią występu. W ogóle jestem bardzo zadowolony, że poczekałem na video z występem, bo piosenka znacznie lepiej brzmi wykonywana w telewizyjnym studiu - nie jest zaśpiewana aż tak wysoko i nie słychać tej dziwnej maniery. Ponadto, jak można było się spodziewać, choreografia w wykonaniu Orange Caramel to kawał dobrej roboty.
After School to bodaj najlepsza kpopowa grupa żeńska jesli idzie o taniec i to także przekłada się na układy Orange Caramel, które może mają inny charakter, ale samo wykonanie to wciąż kpopowy top. Dziewczyny ruszają się z niesamowitą gracją, mieszając figury kojarzone z bollywoodzkimi filmami i typowe disco-pozy. Do tego robią te wszystkie urocze miny i ogólnie powalają męską częśc publiczności swoją prezencją.
Jak chyba łatwo zauważyć, ja dałem się oczarować Catallenie i pomimo silnej konkurencji, wcale nie prekreślałbym szans dziewczyn na oczarowanie rodaków. Jestem przekonany, że ten sam klip, ta sama piosenka i ten sam taniec wydane w innym momencie, byłyby murowanym hitem - to po prostu bardzo udany, oryginalny i atrakcyjny projekt (nie wspomniałem o tym wcześniej, ale ta piosenka - w dobie utworów, których kompozytorów można namierzyć w po jednej nucie - naprawdę wyróżnia się na rynku).
Niestety Orange Caramel o swoje miejsce na szczycie będzie musiało ostro walczyć, bo za konkurencję ma ścisły top żeńskiej części sceny - 2NE1 i Girls' Generation, a na dokładkę właśnie powróciło 4Minute, które przecież też ma spore zaplecze fanów. Łatwo nie będzie, ale wierzę w dziewczyny - zasłużyły na sukces nie tylko tą piosenką, ale tym jak przez lata rozwijają swoje umiejętności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orange Caramel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orange Caramel. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 16 marca 2014
niedziela, 14 lipca 2013
Brejking Nius 07-14.07.13
Dzisiaj nietypowy wpis. Zamiast prezentować jakąś konkretną piosenkę, poświęcę go w zupełności k-popowym doniesieniom, plotkom i ciekawostkom z ostatniego tygodnia. Dlaczego? Bo miniony tydzień obfitował w ciekawe doniesienia, bo spamboty właśnie dobijają do granicy 10 000 wyświetleń tego bloga, ale przede wszystkim dlatego, bo mam na to ochotę :) . Na tę chwilę zakładam, że "Brejking Nius" będzie wracał co tydzień, ale jak to wyjdzie w praniu, to się dopiero zobaczy.
Sam powrót z piosenką "Falling In Love" (>>TUTAJ<<) to mieszany pakiet. Piosenka nie jest zła, brzmienie ma dość świeże, ale nie wszystkim przypadnie do gustu. Teledysk wyszedł raczej tandetny, a występy - występy to, póki co, jeden wielki playback. Mimo to all-kill dla tej piosenki został już zaliczony.
Swoją drogą warto tutaj zwrócić uwagę na słowo "występy", a konkretniej na użytą liczbę mnogą. Do niedawna YG Entertainment trzymało się zasady jeden tydzień - jeden telewizyjny występ. Od promocji dla "Falling In Love" ta polityka ulega zmianie. Ponadto 2NE1 ma znacznie częściej pojawiać się w różnej maści programach rozrywkowych - czyżby ktoś poczuł na plecach oddech konkurencji?
Znacznie skromniej na tym tle wypada powrót Brown Eyed Girls, które podobnie jak koleżanki z 2NE1 nie promowały nowych nagrań jako formacja od dobrego roku. I na dobrą sprawę nadal nie promują. "Recipe" (>>TUTAJ<<) to cyfrowy singiel, który chyba nie jest nawet zapowiedzią żadnego większego wydawnictwa. Piosenka nie ma też teledysku i nic nie wskazuje by BEG miało zagościć z utworem w programach muzycznych. Mimo to BEG również zanotowało all-kill.
Może warto w tym miejscu zaznaczyć, że all-kill nie jest byle jakim wyczynem, czasem całymi tygodniami nikomu nie udaje się po niego sięgnąć. Tymczasem w tym tygodniu zdobyto go trzykrotnie. Do grona all-killerów dołączyła Ailee ze swoim przebojowym "U & I" (>>TUTAJ<<). Powrót utalentowanej wokalistki to zdecydowanie jedno z najlepszych nagrań tego roku.
Do grona grup zapowiadających swoje powroty w tym tygodniu dołączyło AOA, a konkretniej AOA Black, czyli wariant rockowy formacji. Ponieważ wytłumaczenie o co chodzi z AOA i AOA Black to skomplikowana sprawa, zainteresowanych odsyłam >>TUTAJ<<. Zeszłoroczne debiutantki są zdecydowanie ciekawym dodatkiem do k-popowej sceny i warto wypatrywać ich powrotu. Oficjalna data to 26.07.2013.
Niestety inny comeback, na który czekałem, odsuwa sę w czasie. Dziewczyny z Ladies' Code odważnie zaczęły nęcić fanów fotkami z planów zdjęciowych już na miesiąc przed planowaną premierą. Niestety los postanowił sobie z nich zadrwić.
Uraz Zuny na szczęście nie jest poważny, ale w trakcie ćwiczenia nowej choreografii wokalistka zaczęła odczuwać bóle w kolanie i lekarze zadecydowali, że profilaktycznie założą jej gips. Wytwórnia poinformowała także, że wstrzymuje comeback pierwotnie planowany na 25. tego miesiąca. Dziewczyny na scenach zagoszczą dopiero gdy Zuny dojdzie do zdrowia.
Chyba warto czekać :)
Na pozostałych notowaniach musiał ustąpić miejsca Dynamic Duo i ich hitowi "BAAAM". Duet raperów zawojował notowania Gaonu i Instizu, a także wszystkie programy muzyczne z wyłączeniem niewyemitowanego odcinka Inkigayo z 07.07.2013 - tam triumfowało Girl's Day i ich "Female President" (>>TUTAJ<<).
Warto także odnotować, że w wypadku Dynamic Duo nie tylko piosenka promująca wydawnictwo cieszy się niezwykłą popularnością. Notowania Gaonu czy Billboardu są w tej chwili absolutnie zdominowane przez nagrania z płyty zatytułowanej "LUCKYNUMBERS".
Gaon Chart 30.06 - 06.07
1. Dynamic Duo ft. Muzie - "BAAAM"
2. Davichi - "Missing You Today"
3. Lee Seung Chul - "My Love"
4. SISTAR - "Give It To Me" (>>TUTAJ<<)
5. Dynamic Duo ft. Zion.T - "Three Dopeboyz"
6. Lim Kim - "All Right" (>>TUTAJ<<)
7. Roy Kim - "Love Love Love"
8. Outsider ft. Lee Sooyoung - "Sad Crying"
9. 4minute - "Is It Poppin'?" (>>TUTAJ<<)
10. Girl's Day - "Female President"
Instiz Chart 01.07 - 07.07
1. Dynamic Duo ft. Muzie - "BAAAM"
2. Davichi - "Missing You Today"
3. Lee Seung Chul - "My Love"
4. SISTAR - "Give It To Me"
5. Lim Kim - "All Right"
6. 4minute - "Is it Poppin'?"
7. A Pink - "NoNoNo"
8. Roy Kim - "Love Love Love"
9. Dynamic Duo ft. Hyorin - "Hot Wings"
10. Dynamic Duo ft. Zion.T - "Three Dopeboyz"
Billboard Korea 10.07
1. Davichi - "Missing You Today"
2. Lee Seung Chul - "My Love"
3. Dynamic Duo ft. Muzie - "BAAAM"
4. SISTAR - "Give It To Me"
5. Lim Kim - "All Right"
6. 4minute - "Is it Poppin'?"
7. A Pink - "NoNoNo"
8. Roy Kim - "Love Love Love"
9. Girl's Day - "Female President"
10. Dynamic Duo ft. Hyorin - "Hot Wings"
Nigdy nie uważałem Core Contents Media za normalną wytwórnię. Gdyby tylko się sprężyli, mają dość zaplecza finansowego (wywodzą się z CJ Group) i dość talentu pod swoimi skrzydłami, by przynajmniej na rodzimym rynku dobić do poziomu JYP Entertainment czyli przedstawiciela wielkiej trójki koreańskiego przemysłu muzycznego. Fakt faktem, że JYP Ent przeżywa obecnie drobny kryzys, ale tym bardziej należało to wykorzystać.
Jednak CCM chyba uniosło się honorem, bo ostatnio daje ciała na każdym kroku. Jeżeli nie znacie sytuacji wokół formacji T-ara - do niedawna ich flagowego produktu - warto zajrzeć >>TUTAJ<<. W telegraficznym skrócie - w zeszłym roku stara gwardia formacji T-ara doprowadziła do wyrzucenia z grupy nowej dziewczyny, która im nie odpowiadała. Nieważne kto w tym sporze miał rację, ważne, że rozegrał się on za pośrednictwem mediów społecznościowych i zyskał grupie całe rzesze wiernych "hejterów" i innych internetowych prześladowców.
T-ara przed prześladowaniami uciekła do Japonii, gdzie wydała kilka koszmarnych, koszmarnych nagrań, aż kilka miesięcy temu zdecydowała się wychylić głowy w Korei. A przynajmniej część głów, bo T-ara powróciła w niepełnym składzie jako T-ara N4. Ciekawy kawałek "Countryside Life" nie zdołał odkupić win grupy w Korei, ale w przedziwny sposób przypadł do gustu komuś za oceanem.
Miała być współpraca, wspólne nagrania ze znanymi amerykańskimi wykonawcami, koncerty, splendor, sława. Skończyło się głównie na obciachu. Tak - były spotkania z producentami i tak - wszystko wskazuje na to, że te nagrania m.in. ze Snoop Doggiem faktycznie powstają / powstaną. Sęk w tym, że wcześniej dziewczyny dały się ośmieszyć. Inicjator całego przedsięwzięcia - Chris Brown (ten co prał Rihannę) - podjął dziewczyny w... Hootersach. Takiej amerykańskiej sieciówce, która słynie głównie (jedynie?) z biuściastych kelnerek. Dziewczyny zagrały też jakiś support na koncercie... przy basenie. W dodatku publika kompletnie nie chwyciła i zdjęto je ze sceny w trakcie piosenki.
Ale to wszystko tylko wstęp do tego tygodnia.
Odejście? Wykluczenie? Opętanie?
W zeszłym roku do formacji T-ara włączono taką niepozorną dziewczynę - Areum - która przy okazji promocji "Countryside Life" zdołała zaskarbić sobie sporo sympatii widzów, m.in. dlatego, że nie była zamieszana w poprzednią aferę. Areum była nadzieją T-ara i CCM na odbudowanie pozytywnego wizerunku. I...
Właśnie odeszła z grupy.
Tak, też nie znam koreańskiego. W telegraficznym skrócie - ma w planach występy solo pod skrzydłami CCM.
Nie wiem jak bardzo musiała być zdesperowana i jak bardzo natarczywa, by wytwórnia jej na to pozwoliła, ale to jest już faktem. Areum nie ma ani w T-ara, ani nawet w T-ara N4. Odeszła i nie wróci. Nie muszę chyba mówić w jakiej sytuacji stawia to jej koleżanki, a przede wszystkim wytwórnię. Jak już napisałem, musiała być niezwykle zdeterminowana, by wytwórnia pozwoliła jej na taki ruch. Przecież to w oczywisty sposób naraża grupę na kolejną falę oskarżeń.
W internecie już huczy od plotek. Ja zacznę od tej najbardziej niedorzecznej. Otóż ktoś wymyślił (chyba w jakimś tabloidzie), że dziewczyna padła ofiarą... Opętania :D Podobno sprawa jest tak poważna, że niemożliwe było kontynuowanie jakiejkolwiek współpracy. Brzmi niedorzecznie, jest niedorzeczne i... Wygląda na dym w oczy. Ktoś chyba chciał zająć media czymś absurdalnym - całkowicie nieszkodliwym dla wizerunku wokalistki i grupy, ale chwytliwym dla publiki. W ślad za publikacją ma iść pozew sądowy ze strony matki, także będzie o czym pisać.
Prawdziwym kłopotem dla wytwórni jest instagramowy wpis wokalistki sprzed dwóch tygodni. Areum napisała: "Naprawdę nie mam już nic do stracenia... Nie boję się nawet śmierci... #pierwszeostrzeżenie". Oczywiście może to nic nie znaczyć, może tłumaczenia wokalistki i CCM są prawdziwe, że wpis wiąże się z wstąpieniem przez Areum na drogę solistki, a dobór słownictwa to tylko żart. A jednak ten jeden wpis jest dodatkową pożywką dla tych, którzy w odejściu dziewczyny dopatrują się drugiego dna. Nie mam pojęcia jak CCM planuje z tego wybrnąć, ale jak najszybsze doprowadzenie do solowego debiutu Areum z pewnością jest jednym z lepszych pomysłów.
Zmiany, zmiany, zmiany
Kolejne ruchy CCM przypominają poczynania przypadkowego mordercy, który w panice stara się zatrzeć ślady. Zaczęło się dorabianie teorii do praktyki. Z T-ara odeszła dziewczyna, która dopiero co do grupy trafiła? Zróbmy to samo w innych formacjach, będzie wyglądało jak fragment przemyślanej, spójnej polityki.
Dlatego jeszcze tego samego dnia ogłoszono, że skład SPEED zostanie wzbogacony o dwóch nowicjuszy, którzy prawdopodobnie i tak nie zagrzeją tam miejsca. Podobnych przemeblowań mogą się spodziewać także żeńskie grupy The SeeYa i 5dolls. Tak, 5dolls zostaje wskrzeszone, ma nawet powrócić w tym miesiącu, choć konkretnej daty jeszcze nie ma. Dziewczyny były nieaktywne od czasu debiutu dwa lata temu, w dodatku wracają w całkiem przemeblowanym składzie, liczącym... 6 osób.
Co ciekawe, jedyną formacją, która nie doczeka się nowych nabytków jest... T-ara. Jest to o tyle zabawne, że jest to jedyna formacja, która ma oficjalną uczennicę, szykowaną by zająć miejsce w grupie. Na razie jednak Dani zajmie miejsce Areum jedynie w T-ara N4 i w dodatku bardzo możliwe, że tylko w związku z promocjami piosenki "Countryside Life" w Stanach. Swoją drogą znajomość nastolatki z Chrisem Brownem wydaje się dość... niepokojąca, a to właśnie Dani miała być łączniczką w całym tym zamieszaniu.
I na zakończenie jeszcze jeden brejking nius w sprawie T-ary. Qri została nową liderką formacji zastępując Soyeon. Chociaż to akurat żadna sensacja, bo T-ara stosuje system rotacji na fotelu liderki. Chociaż to dziwne, że przypomniano sobie o tym akurat teraz, 1,5 roku od ostatniej zmiany.
Pledis Entertainment - wytwórnia stojąca za grupami After School i Orange Caramel - na początku tygodnia wystosowało krótkie oświadczenie w sprawie Nany. Wokalistka ma się coraz lepiej, pod koniec zeszłego tygodnia została wypisana ze szpitala.
Jeżeli ktoś nie zauważył, After School od kilku tygodni występowało w sześcioosobowym składzie. Do wcześniej kontuzjowanej Lizzy (uszkodzenie wiązadła) na liście nieobecności dołączyła Nana, która spadła ze sceny podczas nagrywania programu "Show Champion" w drugim tygodniu promocji ostatniego singla After School - "First Love" (>>TUTAJ<<).
Nana spadła z wysokości ponad metra i poważnie obiła sobie okolice miednicy. Choć skończyło się na silnym stłuczeniu, to urazy tej części ciała zawsze są niebezpieczne i bolesne, dlatego piosenkarka pozostawała pod ścisłym nadzorem lekarzy.
Spacer z Orange Caramel
Naturalnie, po opuszczeniu szpitala, Nana wciąż jest pod szczególną opieką i ma zakaz przeciążania się, ale chociaż częściowo powróciła do zajęć. Mogła chociażby wziąć udział w piątkowym spotkaniu z fanami Orange Caramel przy okazji promocji albumu... ze zdjęciami piosenkarek.
"Youth Trip" to dosyć nietypowe wydawnictwo, przynajmniej patrząc z perspektywy Europejczyka. Oficjalnie dziewczyny wybrały się na dwudniową wycieczkę po zakamarkach Seulu i okolic, zaznając nieco wytchnienia od swojej pracy i mając okazję zrelaksować się tak, jak robią to ich rówieśniczki.
Cóż, ja podejrzewam, że była to po prostu kolejna - tym razem wyjątkowo długa - sesja fotograficzna, ale co ja tam mogę wiedzieć...
Nowa-stara twarz AS
Choć wszystkie dziewczyny z After School są grzechu warte, to nawet ta grupa ma nieformalną posadę nazywaną po prostu "visual" czyli osobę, która ma ładnie wyglądać w mediach. Na początku była to Jooyeon, potem jej rolę przejęła Uee, jednak w ostatnim czasie - szczególnie przy okazji promocji do "First Love" - jej miejsce zajęła Nana. Teraz widzimy kolejną zmianę.
Nie wiem, czy powodem jest uraz Nany, czy też wytwórnia z góry planowała dać trochę miejsca Jooyeon, choćby po to, by przypomnieć ją szerszej publiczności? Faktem jest, że Orange Caramel ostatnio zdominowało swoją macierzystą formację, do tego niezwykle popularna pozostaje Uee - ze względu na serialowe i telewizyjne występy. Jednak reszta dziewczyn z AS ma dla siebie mało miejsca, choćby z racji tego jak rzadko występują jako grupa.
Miss Independent
Promocje dla "First Love" powoli zmierzają ku końcowi - co dalej? W wywiadach udzielanych na początku czerwca, dziewczyny zapowiadały jakieś aktywności na rynku japońskim, a potem koreański powrót Orange Caramel, być może kolejny koreański powrót After School jeszcze w tym roku - o ile starczy czasu. Choć w międzyczasie ze składu wypadła Nana, plany wydają się chyba nie zmieniać, co najwyżej uległy przesunięciu.
Przed wypadkiem Nany mówiło się, że japońska działalność grupy wystartuje z początkiem sierpnia. Obecnie ujawniony jest termin spotkania z japońskimi fanami - 24 sierpnia. Na spotkaniu po raz pierwszy ma zostać wykonana piosenka promująca nowy, piąty japoński singiel grupy. Oficjalnie jeszcze nic nie wiadomo, ale...
To, co słychać w tle, to na pewno After School. Jednocześnie nie kojarzę, by dziewczyny miały w swoim repertuarze piosenkę "Miss Independent". Czy to jest ich nowy japoński singiel? Zapewne niedługo się przekonamy.
Nie wiem czy będzie to stały dział w tej kolumnie, ale podejrzewam, że tak. Wszystko zależy od koreańskich gwiazd i gwiazdeczek i tego jak często będą dawały ciała w internecie. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Ponieważ sednem portali społecznościowych jest "ćwierkanie" o byle czym i w byle jakiej formie, to właśnie one są źródłem największej liczby celebryckich wtop.
W tym tygodniu największą zaliczyła Ivy. Do tego stopnia paskudną, że straciłem do kobity sporo sympatii. Nie jestem jakimś społecznym nadwrażliwcem, ale jedną rzeczą jest się czymś nie przejmować, a drugą robić z siebie osła.
W zeszłą sobotę na lotnisku w San Francisco rozbił się lecący z Seulu samolot koreańskiego przewoźnika Asiana Airlines. Niedzielne popołudnie (kilka godzin po wypadku - strefy czasowe) to pora emisji muzycznego show stacji SBS - "Inkigayo". Stacja ostatecznie zadecydowała, że w tamtym tygodniu nie wyemituje już nagranego programu. Jednak zanim podjęła tę decyzję, wcześniej zdążyła wystosować oświadczenie, że Inkigayo wyemitowane zostanie w wyraźnie skróconym formacie czasowym. Tym samym dała Ivy szansę na walnięcie publicznej gafy.
Wokalistka w programie wykonała pożegnalny występ z piosenką "I Dance" (>>TUTAJ<<). Jak sama pisała - obcięcie programu oznaczało, że jej występ na 99% nie zostanie wyemitowany. Okej - miała prawo się zdenerwować. Gdyby tylko na tym poprzestała, nie byłoby afery. Niestety, instagramowy wpis otwiera słowami "Dzięki wypadkowi Asiana Airlines (...)". Ivy dość szybko zareagowała na zalew negatywnych odpowiedzi wystosowując przeprosiny, ale niesmak pozostał.
Powroty, powroty, powroty
W zeszłą niedzielę na sceny wróciło 2NE1. Dziewczyny zapowiadały ten powrót od dobrego roku, ale wytwórnia notorycznie przesuwała terminy. Na dobrą sprawę nikt nie wie czemu. W każdym razie teraz fani mają dostawać nową piosenkę 2NE1 co miesiąc, aż do października.Sam powrót z piosenką "Falling In Love" (>>TUTAJ<<) to mieszany pakiet. Piosenka nie jest zła, brzmienie ma dość świeże, ale nie wszystkim przypadnie do gustu. Teledysk wyszedł raczej tandetny, a występy - występy to, póki co, jeden wielki playback. Mimo to all-kill dla tej piosenki został już zaliczony.
Swoją drogą warto tutaj zwrócić uwagę na słowo "występy", a konkretniej na użytą liczbę mnogą. Do niedawna YG Entertainment trzymało się zasady jeden tydzień - jeden telewizyjny występ. Od promocji dla "Falling In Love" ta polityka ulega zmianie. Ponadto 2NE1 ma znacznie częściej pojawiać się w różnej maści programach rozrywkowych - czyżby ktoś poczuł na plecach oddech konkurencji?
Znacznie skromniej na tym tle wypada powrót Brown Eyed Girls, które podobnie jak koleżanki z 2NE1 nie promowały nowych nagrań jako formacja od dobrego roku. I na dobrą sprawę nadal nie promują. "Recipe" (>>TUTAJ<<) to cyfrowy singiel, który chyba nie jest nawet zapowiedzią żadnego większego wydawnictwa. Piosenka nie ma też teledysku i nic nie wskazuje by BEG miało zagościć z utworem w programach muzycznych. Mimo to BEG również zanotowało all-kill.
Może warto w tym miejscu zaznaczyć, że all-kill nie jest byle jakim wyczynem, czasem całymi tygodniami nikomu nie udaje się po niego sięgnąć. Tymczasem w tym tygodniu zdobyto go trzykrotnie. Do grona all-killerów dołączyła Ailee ze swoim przebojowym "U & I" (>>TUTAJ<<). Powrót utalentowanej wokalistki to zdecydowanie jedno z najlepszych nagrań tego roku.
Do grona grup zapowiadających swoje powroty w tym tygodniu dołączyło AOA, a konkretniej AOA Black, czyli wariant rockowy formacji. Ponieważ wytłumaczenie o co chodzi z AOA i AOA Black to skomplikowana sprawa, zainteresowanych odsyłam >>TUTAJ<<. Zeszłoroczne debiutantki są zdecydowanie ciekawym dodatkiem do k-popowej sceny i warto wypatrywać ich powrotu. Oficjalna data to 26.07.2013.
Niestety inny comeback, na który czekałem, odsuwa sę w czasie. Dziewczyny z Ladies' Code odważnie zaczęły nęcić fanów fotkami z planów zdjęciowych już na miesiąc przed planowaną premierą. Niestety los postanowił sobie z nich zadrwić.
Uraz Zuny na szczęście nie jest poważny, ale w trakcie ćwiczenia nowej choreografii wokalistka zaczęła odczuwać bóle w kolanie i lekarze zadecydowali, że profilaktycznie założą jej gips. Wytwórnia poinformowała także, że wstrzymuje comeback pierwotnie planowany na 25. tego miesiąca. Dziewczyny na scenach zagoszczą dopiero gdy Zuny dojdzie do zdrowia.
Chyba warto czekać :)
Listy przebojów
DDD - Dynamic Duo i Davichi, tylko oni liczyli się w tym tygodniu. Żeński duet Davichi zdołał zawojować pierwsze miejsce na Billboard Korea ze swoją bardzo przyjemną i zaskakująco żywo brzmiącą balladą zatytułowaną "Missing You Today" (>>TUTAJ<<).Na pozostałych notowaniach musiał ustąpić miejsca Dynamic Duo i ich hitowi "BAAAM". Duet raperów zawojował notowania Gaonu i Instizu, a także wszystkie programy muzyczne z wyłączeniem niewyemitowanego odcinka Inkigayo z 07.07.2013 - tam triumfowało Girl's Day i ich "Female President" (>>TUTAJ<<).
Warto także odnotować, że w wypadku Dynamic Duo nie tylko piosenka promująca wydawnictwo cieszy się niezwykłą popularnością. Notowania Gaonu czy Billboardu są w tej chwili absolutnie zdominowane przez nagrania z płyty zatytułowanej "LUCKYNUMBERS".
Gaon Chart 30.06 - 06.07
1. Dynamic Duo ft. Muzie - "BAAAM"
2. Davichi - "Missing You Today"
3. Lee Seung Chul - "My Love"
4. SISTAR - "Give It To Me" (>>TUTAJ<<)
5. Dynamic Duo ft. Zion.T - "Three Dopeboyz"
6. Lim Kim - "All Right" (>>TUTAJ<<)
7. Roy Kim - "Love Love Love"
8. Outsider ft. Lee Sooyoung - "Sad Crying"
9. 4minute - "Is It Poppin'?" (>>TUTAJ<<)
10. Girl's Day - "Female President"
Instiz Chart 01.07 - 07.07
1. Dynamic Duo ft. Muzie - "BAAAM"
2. Davichi - "Missing You Today"
3. Lee Seung Chul - "My Love"
4. SISTAR - "Give It To Me"
5. Lim Kim - "All Right"
6. 4minute - "Is it Poppin'?"
7. A Pink - "NoNoNo"
8. Roy Kim - "Love Love Love"
9. Dynamic Duo ft. Hyorin - "Hot Wings"
10. Dynamic Duo ft. Zion.T - "Three Dopeboyz"
Billboard Korea 10.07
1. Davichi - "Missing You Today"
2. Lee Seung Chul - "My Love"
3. Dynamic Duo ft. Muzie - "BAAAM"
4. SISTAR - "Give It To Me"
5. Lim Kim - "All Right"
6. 4minute - "Is it Poppin'?"
7. A Pink - "NoNoNo"
8. Roy Kim - "Love Love Love"
9. Girl's Day - "Female President"
10. Dynamic Duo ft. Hyorin - "Hot Wings"
Brejking Nius Nius
CCM szalejeNigdy nie uważałem Core Contents Media za normalną wytwórnię. Gdyby tylko się sprężyli, mają dość zaplecza finansowego (wywodzą się z CJ Group) i dość talentu pod swoimi skrzydłami, by przynajmniej na rodzimym rynku dobić do poziomu JYP Entertainment czyli przedstawiciela wielkiej trójki koreańskiego przemysłu muzycznego. Fakt faktem, że JYP Ent przeżywa obecnie drobny kryzys, ale tym bardziej należało to wykorzystać.
Jednak CCM chyba uniosło się honorem, bo ostatnio daje ciała na każdym kroku. Jeżeli nie znacie sytuacji wokół formacji T-ara - do niedawna ich flagowego produktu - warto zajrzeć >>TUTAJ<<. W telegraficznym skrócie - w zeszłym roku stara gwardia formacji T-ara doprowadziła do wyrzucenia z grupy nowej dziewczyny, która im nie odpowiadała. Nieważne kto w tym sporze miał rację, ważne, że rozegrał się on za pośrednictwem mediów społecznościowych i zyskał grupie całe rzesze wiernych "hejterów" i innych internetowych prześladowców.
T-ara przed prześladowaniami uciekła do Japonii, gdzie wydała kilka koszmarnych, koszmarnych nagrań, aż kilka miesięcy temu zdecydowała się wychylić głowy w Korei. A przynajmniej część głów, bo T-ara powróciła w niepełnym składzie jako T-ara N4. Ciekawy kawałek "Countryside Life" nie zdołał odkupić win grupy w Korei, ale w przedziwny sposób przypadł do gustu komuś za oceanem.
Miała być współpraca, wspólne nagrania ze znanymi amerykańskimi wykonawcami, koncerty, splendor, sława. Skończyło się głównie na obciachu. Tak - były spotkania z producentami i tak - wszystko wskazuje na to, że te nagrania m.in. ze Snoop Doggiem faktycznie powstają / powstaną. Sęk w tym, że wcześniej dziewczyny dały się ośmieszyć. Inicjator całego przedsięwzięcia - Chris Brown (ten co prał Rihannę) - podjął dziewczyny w... Hootersach. Takiej amerykańskiej sieciówce, która słynie głównie (jedynie?) z biuściastych kelnerek. Dziewczyny zagrały też jakiś support na koncercie... przy basenie. W dodatku publika kompletnie nie chwyciła i zdjęto je ze sceny w trakcie piosenki.
Ale to wszystko tylko wstęp do tego tygodnia.
Odejście? Wykluczenie? Opętanie?
W zeszłym roku do formacji T-ara włączono taką niepozorną dziewczynę - Areum - która przy okazji promocji "Countryside Life" zdołała zaskarbić sobie sporo sympatii widzów, m.in. dlatego, że nie była zamieszana w poprzednią aferę. Areum była nadzieją T-ara i CCM na odbudowanie pozytywnego wizerunku. I...
Właśnie odeszła z grupy.
Tak, też nie znam koreańskiego. W telegraficznym skrócie - ma w planach występy solo pod skrzydłami CCM.
Nie wiem jak bardzo musiała być zdesperowana i jak bardzo natarczywa, by wytwórnia jej na to pozwoliła, ale to jest już faktem. Areum nie ma ani w T-ara, ani nawet w T-ara N4. Odeszła i nie wróci. Nie muszę chyba mówić w jakiej sytuacji stawia to jej koleżanki, a przede wszystkim wytwórnię. Jak już napisałem, musiała być niezwykle zdeterminowana, by wytwórnia pozwoliła jej na taki ruch. Przecież to w oczywisty sposób naraża grupę na kolejną falę oskarżeń.
W internecie już huczy od plotek. Ja zacznę od tej najbardziej niedorzecznej. Otóż ktoś wymyślił (chyba w jakimś tabloidzie), że dziewczyna padła ofiarą... Opętania :D Podobno sprawa jest tak poważna, że niemożliwe było kontynuowanie jakiejkolwiek współpracy. Brzmi niedorzecznie, jest niedorzeczne i... Wygląda na dym w oczy. Ktoś chyba chciał zająć media czymś absurdalnym - całkowicie nieszkodliwym dla wizerunku wokalistki i grupy, ale chwytliwym dla publiki. W ślad za publikacją ma iść pozew sądowy ze strony matki, także będzie o czym pisać.
Prawdziwym kłopotem dla wytwórni jest instagramowy wpis wokalistki sprzed dwóch tygodni. Areum napisała: "Naprawdę nie mam już nic do stracenia... Nie boję się nawet śmierci... #pierwszeostrzeżenie". Oczywiście może to nic nie znaczyć, może tłumaczenia wokalistki i CCM są prawdziwe, że wpis wiąże się z wstąpieniem przez Areum na drogę solistki, a dobór słownictwa to tylko żart. A jednak ten jeden wpis jest dodatkową pożywką dla tych, którzy w odejściu dziewczyny dopatrują się drugiego dna. Nie mam pojęcia jak CCM planuje z tego wybrnąć, ale jak najszybsze doprowadzenie do solowego debiutu Areum z pewnością jest jednym z lepszych pomysłów.
Zmiany, zmiany, zmiany
Kolejne ruchy CCM przypominają poczynania przypadkowego mordercy, który w panice stara się zatrzeć ślady. Zaczęło się dorabianie teorii do praktyki. Z T-ara odeszła dziewczyna, która dopiero co do grupy trafiła? Zróbmy to samo w innych formacjach, będzie wyglądało jak fragment przemyślanej, spójnej polityki.
Dlatego jeszcze tego samego dnia ogłoszono, że skład SPEED zostanie wzbogacony o dwóch nowicjuszy, którzy prawdopodobnie i tak nie zagrzeją tam miejsca. Podobnych przemeblowań mogą się spodziewać także żeńskie grupy The SeeYa i 5dolls. Tak, 5dolls zostaje wskrzeszone, ma nawet powrócić w tym miesiącu, choć konkretnej daty jeszcze nie ma. Dziewczyny były nieaktywne od czasu debiutu dwa lata temu, w dodatku wracają w całkiem przemeblowanym składzie, liczącym... 6 osób.
Co ciekawe, jedyną formacją, która nie doczeka się nowych nabytków jest... T-ara. Jest to o tyle zabawne, że jest to jedyna formacja, która ma oficjalną uczennicę, szykowaną by zająć miejsce w grupie. Na razie jednak Dani zajmie miejsce Areum jedynie w T-ara N4 i w dodatku bardzo możliwe, że tylko w związku z promocjami piosenki "Countryside Life" w Stanach. Swoją drogą znajomość nastolatki z Chrisem Brownem wydaje się dość... niepokojąca, a to właśnie Dani miała być łączniczką w całym tym zamieszaniu.
I na zakończenie jeszcze jeden brejking nius w sprawie T-ary. Qri została nową liderką formacji zastępując Soyeon. Chociaż to akurat żadna sensacja, bo T-ara stosuje system rotacji na fotelu liderki. Chociaż to dziwne, że przypomniano sobie o tym akurat teraz, 1,5 roku od ostatniej zmiany.
After School Special
Nana wraca do zdrowiaPledis Entertainment - wytwórnia stojąca za grupami After School i Orange Caramel - na początku tygodnia wystosowało krótkie oświadczenie w sprawie Nany. Wokalistka ma się coraz lepiej, pod koniec zeszłego tygodnia została wypisana ze szpitala.
Jeżeli ktoś nie zauważył, After School od kilku tygodni występowało w sześcioosobowym składzie. Do wcześniej kontuzjowanej Lizzy (uszkodzenie wiązadła) na liście nieobecności dołączyła Nana, która spadła ze sceny podczas nagrywania programu "Show Champion" w drugim tygodniu promocji ostatniego singla After School - "First Love" (>>TUTAJ<<).
Nana spadła z wysokości ponad metra i poważnie obiła sobie okolice miednicy. Choć skończyło się na silnym stłuczeniu, to urazy tej części ciała zawsze są niebezpieczne i bolesne, dlatego piosenkarka pozostawała pod ścisłym nadzorem lekarzy.
Spacer z Orange Caramel
Naturalnie, po opuszczeniu szpitala, Nana wciąż jest pod szczególną opieką i ma zakaz przeciążania się, ale chociaż częściowo powróciła do zajęć. Mogła chociażby wziąć udział w piątkowym spotkaniu z fanami Orange Caramel przy okazji promocji albumu... ze zdjęciami piosenkarek.
sos vel zródło: afterschooldaze.wordpress.com
"Youth Trip" to dosyć nietypowe wydawnictwo, przynajmniej patrząc z perspektywy Europejczyka. Oficjalnie dziewczyny wybrały się na dwudniową wycieczkę po zakamarkach Seulu i okolic, zaznając nieco wytchnienia od swojej pracy i mając okazję zrelaksować się tak, jak robią to ich rówieśniczki.
sos vel zródło: afterschooldaze.wordpress.com
Cóż, ja podejrzewam, że była to po prostu kolejna - tym razem wyjątkowo długa - sesja fotograficzna, ale co ja tam mogę wiedzieć...
Nowa-stara twarz AS
Choć wszystkie dziewczyny z After School są grzechu warte, to nawet ta grupa ma nieformalną posadę nazywaną po prostu "visual" czyli osobę, która ma ładnie wyglądać w mediach. Na początku była to Jooyeon, potem jej rolę przejęła Uee, jednak w ostatnim czasie - szczególnie przy okazji promocji do "First Love" - jej miejsce zajęła Nana. Teraz widzimy kolejną zmianę.
sos vel zródło: afterschooldaze.wordpress.com
Nie wiem, czy powodem jest uraz Nany, czy też wytwórnia z góry planowała dać trochę miejsca Jooyeon, choćby po to, by przypomnieć ją szerszej publiczności? Faktem jest, że Orange Caramel ostatnio zdominowało swoją macierzystą formację, do tego niezwykle popularna pozostaje Uee - ze względu na serialowe i telewizyjne występy. Jednak reszta dziewczyn z AS ma dla siebie mało miejsca, choćby z racji tego jak rzadko występują jako grupa.
Miss Independent
Promocje dla "First Love" powoli zmierzają ku końcowi - co dalej? W wywiadach udzielanych na początku czerwca, dziewczyny zapowiadały jakieś aktywności na rynku japońskim, a potem koreański powrót Orange Caramel, być może kolejny koreański powrót After School jeszcze w tym roku - o ile starczy czasu. Choć w międzyczasie ze składu wypadła Nana, plany wydają się chyba nie zmieniać, co najwyżej uległy przesunięciu.
Przed wypadkiem Nany mówiło się, że japońska działalność grupy wystartuje z początkiem sierpnia. Obecnie ujawniony jest termin spotkania z japońskimi fanami - 24 sierpnia. Na spotkaniu po raz pierwszy ma zostać wykonana piosenka promująca nowy, piąty japoński singiel grupy. Oficjalnie jeszcze nic nie wiadomo, ale...
sos vel zródło: zbyt długie buszowanie na YT ;)
To, co słychać w tle, to na pewno After School. Jednocześnie nie kojarzę, by dziewczyny miały w swoim repertuarze piosenkę "Miss Independent". Czy to jest ich nowy japoński singiel? Zapewne niedługo się przekonamy.
Insze inszości
Internet zmorą celebrytówNie wiem czy będzie to stały dział w tej kolumnie, ale podejrzewam, że tak. Wszystko zależy od koreańskich gwiazd i gwiazdeczek i tego jak często będą dawały ciała w internecie. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Ponieważ sednem portali społecznościowych jest "ćwierkanie" o byle czym i w byle jakiej formie, to właśnie one są źródłem największej liczby celebryckich wtop.
W tym tygodniu największą zaliczyła Ivy. Do tego stopnia paskudną, że straciłem do kobity sporo sympatii. Nie jestem jakimś społecznym nadwrażliwcem, ale jedną rzeczą jest się czymś nie przejmować, a drugą robić z siebie osła.
W zeszłą sobotę na lotnisku w San Francisco rozbił się lecący z Seulu samolot koreańskiego przewoźnika Asiana Airlines. Niedzielne popołudnie (kilka godzin po wypadku - strefy czasowe) to pora emisji muzycznego show stacji SBS - "Inkigayo". Stacja ostatecznie zadecydowała, że w tamtym tygodniu nie wyemituje już nagranego programu. Jednak zanim podjęła tę decyzję, wcześniej zdążyła wystosować oświadczenie, że Inkigayo wyemitowane zostanie w wyraźnie skróconym formacie czasowym. Tym samym dała Ivy szansę na walnięcie publicznej gafy.
Wokalistka w programie wykonała pożegnalny występ z piosenką "I Dance" (>>TUTAJ<<). Jak sama pisała - obcięcie programu oznaczało, że jej występ na 99% nie zostanie wyemitowany. Okej - miała prawo się zdenerwować. Gdyby tylko na tym poprzestała, nie byłoby afery. Niestety, instagramowy wpis otwiera słowami "Dzięki wypadkowi Asiana Airlines (...)". Ivy dość szybko zareagowała na zalew negatywnych odpowiedzi wystosowując przeprosiny, ale niesmak pozostał.
Żródłem zdjęć i filmów, gdzie nie oznaczono inaczej, są oficjalne kanały YT i fanpage FB poszczególnych grup, wytwórni, stacji telewizyjnych etc.
Żródłem doniesień są portale allkpop.com, seoulbeats.com oraz soompi.com
sobota, 11 maja 2013
10cm & Orange Caramel - Hug Song (안아줘요)
Dzisiaj raczej wpisik, a nie wpis, ale po prostu nie mogłem pominąć tego nagrania. Od pewnego już czasu LOEN Entertainment prowadzi projekt zatytułowany "re;code". Idea jest prosta, mainstreamowa grupa zostaje skojarzona z bardziej offowym wykonawcą i razem proponują cover jednej z piosenek z repertuaru mniej popularnego artysty.
W czwartej odsłonie projektu padło na 10cm - męski duet złożony z Kwona Jong Yeola i Yoona Cheol Jonga, których akustyczne brzmienie przyniosło im uznanie krytyków i kilka nagród przemysłu muzycznego, jak i całkiem niezłe wyniki sprzedaży. Ich partnerkami w projekcie zostało... Orange Caramel.
Sam byłem mocno zaskoczony. Podgrupa After School ma swoje atuty - robi muzykę lekką, naładowaną pozytywną energią. Do tego dokłada szalony, kolorowy, ale sympatyczny i całkiem strawny wizerunek. Jednak dziewczyny nie są szczególnie cenione jako wokalistki.
W dodatku Orange Caramel miało chwilowo odpoczywać po półroczu pełnym wrażeń - pierwszy pełny album wydany na rodzimym koreańskim rynku, debiut w Japonii i wielomiesięczne promocje zwieńczone wydaniem dwóch singli i pełnego japońskojęzycznego albumu.
A jednak jest popyt na Orange Caramel, to jest i podaż, prawa rynku są bezwzględne. Ja nie rozpaczam, bo kolaboracja wyszła przesympatyczna. Liczę tylko jeszcze, że LOEN zdecyduje się, nawet z poślizgiem, dorzucić jakiś teledysk.
Angielskie tłumaczenie oryginału 10cm znajdziecie >>TUTAJ<<, w nowej wersji tekst się chyba nic nie zmienił.
W czwartej odsłonie projektu padło na 10cm - męski duet złożony z Kwona Jong Yeola i Yoona Cheol Jonga, których akustyczne brzmienie przyniosło im uznanie krytyków i kilka nagród przemysłu muzycznego, jak i całkiem niezłe wyniki sprzedaży. Ich partnerkami w projekcie zostało... Orange Caramel.
Sam byłem mocno zaskoczony. Podgrupa After School ma swoje atuty - robi muzykę lekką, naładowaną pozytywną energią. Do tego dokłada szalony, kolorowy, ale sympatyczny i całkiem strawny wizerunek. Jednak dziewczyny nie są szczególnie cenione jako wokalistki.
W dodatku Orange Caramel miało chwilowo odpoczywać po półroczu pełnym wrażeń - pierwszy pełny album wydany na rodzimym koreańskim rynku, debiut w Japonii i wielomiesięczne promocje zwieńczone wydaniem dwóch singli i pełnego japońskojęzycznego albumu.
A jednak jest popyt na Orange Caramel, to jest i podaż, prawa rynku są bezwzględne. Ja nie rozpaczam, bo kolaboracja wyszła przesympatyczna. Liczę tylko jeszcze, że LOEN zdecyduje się, nawet z poślizgiem, dorzucić jakiś teledysk.
Angielskie tłumaczenie oryginału 10cm znajdziecie >>TUTAJ<<, w nowej wersji tekst się chyba nic nie zmienił.
wtorek, 19 lutego 2013
Orange Caramel - Cookies, Cream & Mint
Jak inwazja, to na całego. >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<< pisałem już jak formacja Orange Caramel powoli zabierała się za podbój rynku japońskiego. Dla leniwych wersja skrócona. Orange Caramel - podgrupa wydzielona z formacji After School - od samego początku wydawało się być stworzone w celu zaatakowania Japonii, jednak przez lata wytwórnia zdawała się ignorować ten temat.
Dopiero w zeszłym roku Pledis Entertainment rozpoczęło ofensywę. Z początku nieśmiało - przemycając na japoński album After School bonusowe nagranie w postaci japońskiej wersji "Shanghai Romance" (koreański oryginał >>TUTAJ<<). Jednak każdy kolejny krok był coraz bardziej zdecydowany i wydawał się przemyślany. Latem Orange Caramel przypomniało o sobie wydając cover japońskiego przeboju z lat 70-tych pt. "Yasashii Akuma" (>>TUTAJ<<). Singiel spotkał się z nawet ciepłym przyjęciem, jednak dziewczyny szybko wróciły do Korei promować swój pierwszy koreański album "Lipstick" i towarzyszącą mu piosenkę pod tym samym tytułem (>>TUTAJ<<).
Do Japonii grupa powróciła pod koniec jesieni, promując drugi singiel, na którym znalazła się japońska wersja "Lipstick" oraz premierowe nagranie grupy pt. "Lum no Love Song" (>>TUTAJ<<), będące znów coverem, tym razem piosenki otwierającej popularne anime z lat 80-tych - "Urusei Yatsura". Jak zapewne zauważyliście, do tej pory japoński materiał formacji to covery i japońskie wersje koreańskich piosenek.
Teraz to się zmienia, ponieważ na 13 marca zaplanowana jest premiera pierwszego japońskiego albumu grupy. Wśród piosenek na kompakcie oczywiście wciąż dominować będą odgrzewane kotlety (więcej koreańsko-japońskich tłumaczeń i przynajmniej jeszcze jeden cover - "Tenshi no Wink" Seiko Matsudy), jednak znalazło się także miejsce dla nowych nagrań, w tym dla całkiem premierowego "Cookies, Cream & Mint" (widziałem też tłumaczenie "Mint Cookies & Cream", ale dziewczyny w refrenie śpiewają raczej pierwszy wariant).
Piosence towarzyszy teledysk, jednak tu znów trafiamy na japoński mur multimedialny - japońskie teledyski przeważnie nie są umieszczane na YT, ani żadnym innym znanym w skali światowej portalu. Jeżeli uda się znaleźć takie nagranie na YT, to przeważnie, prędzej czy później, zostaje ono zdjęte, więc możliwe, że filmik poniżej może się nie wyświetlać.
ORANGE CARAMEL - Cookies, Cream & Mint
Hm, do tej pory Orange Caramel przyzwyczaiło mnie do wyglądu i brzmienia naładowanego energią jak dzieci z ADHD bawiące się wzbogaconym uranem. Tym razem jest nieco spokojniej i jest to pewnym zaskoczeniem. Nie uważam jednak żeby piosenka szczególnie na tym cierpiała - to wciąż niezbyt zaangażowana, leciutka pioseneczka, która muzycznie nie powala, a mimo to budzi pozytywną reakcję. Jest mniej agresywna niż poprzednie nagrania i przez to nie ma możliwości tak silnie oddziaływać na słuchacza, a jednak po kilku przesłuchaniach zapada w pamięć.
Większym rozczarowaniem dla fanów grupy może być teledysk, który, jak na standardy Orange Caramel, jest wyjątkowo spokojny i wyjątkowo mało szalony, można nawet powiedzieć, że nudny. Sęk w tym, że jest on też całkiem ładny, pomysłowy i pasuje do spokojniejszej piosenki. Najbardziej zastanawia mnie to, jak twórcom udało się wytoczyć z każdego kadru tyle ciepła, pomimo użycia tak zimnej palety barw. Same dekoracje to nic tylko biel i szarość wpadająca w błękit. Stroje dziewczyn też są w dużej części pastelowe, z dominującym miętowym kolorem i nasuwającym się samemu skojarzeniem z lodami. A jednak całość nie ziębi, a grzeje.
Nie wiem, może to kwestia zręcznego oświetlenia, a może po prostu lody podświadomie bardziej kojarzą się z letnim upałem niż z chłodem, które same niosą. A może to siła sugestii odsłoniętych ramion piosenkarek? A może w końcu to ruch i ogólna sympatyczność klipu zabija cały chłód? Strasznie podoba mi się ta kreskówkowa konwencja z szarpanym, poklatkowym, ale naraz przyśpieszonym ruchem, który wraz z motywem kreskówkowych drzwi, natychmiast kojarzy się z głupkowatymi scenami pościgów charakterystycznymi dla starszych animacji.
Na kilka słów zasługuje też choreografia, która, jak zawsze w wypadku Orange Caramel i After School, jest ciekawa. Oprócz głównego motywu machania ręką, bardzo sympatyczny i świetnie wykonany jest fragment z nakręcanymi tancerkami z pozytywki. To jak Nana i Lizzy skokowo podnoszą się w górę, a potem zatrzymują z lekkim odbiciem w przeciwnym kierunku, jest nawet na swój sposób imponujące.
Pozostaje jeszcze kwestia gigantcznego ciastka. Cóż, za dużo rzeczy w swoim życiu widziałem, żeby dziwić się wielkiemu, na poły humanoidalnemu ciastku w japońskim teledysku. A jednak pewien "creep factor" się pojawia. Dlaczego to ciastko ma oczy na dłoniach? Czy tylko mnie kojarzy się to z tym stworem z "Labiryntu Fauna"? I najważniejsze pytanie - dlaczego Nana łapie ciastko za te ręko-oczy? Noszę soczewki kontaktowe, jestem przyzwyczajony do dotykania własnych gałek ocznych, a jednak wciąż ta scena mnie w jakiś sposób niepokoi.
A tak szczerze - na zakończenie. Lubię Orange Caramel, ale w tej chwili najbardziej cieszę się z tego, że po wydaniu tej płyty... Orange Caramel, przynajmniej na jakiś czas, powinno pójść w odstawkę. Nie chodzi o to, że po wypromowaniu 3 singli i 2 albumów na przestrzeni półrocza, dziewczyny zaslużyły na trochę odpoczynku... Nie, wręcz przeciwnie, ja mam nadzieję, że Raina, Nana i Lizzy wezmą się do roboty - tylko, że w ramach After School. Coraz głośniej mówi się, że po zakończeniu japońskich promocji Orange Caramel, pełną parą ruszy praca w ramach macierzystej formacji i że powrotu After School spodziewać się można nawet już w kwietniu.
POSTSCRIPTUM
Byłem święcie przekonany, że chociaż część tego planu jest wygenerowana komputerowo... Myliłem się, to jedna wielka ruchoma dekoracja!
Dopiero w zeszłym roku Pledis Entertainment rozpoczęło ofensywę. Z początku nieśmiało - przemycając na japoński album After School bonusowe nagranie w postaci japońskiej wersji "Shanghai Romance" (koreański oryginał >>TUTAJ<<). Jednak każdy kolejny krok był coraz bardziej zdecydowany i wydawał się przemyślany. Latem Orange Caramel przypomniało o sobie wydając cover japońskiego przeboju z lat 70-tych pt. "Yasashii Akuma" (>>TUTAJ<<). Singiel spotkał się z nawet ciepłym przyjęciem, jednak dziewczyny szybko wróciły do Korei promować swój pierwszy koreański album "Lipstick" i towarzyszącą mu piosenkę pod tym samym tytułem (>>TUTAJ<<).
Do Japonii grupa powróciła pod koniec jesieni, promując drugi singiel, na którym znalazła się japońska wersja "Lipstick" oraz premierowe nagranie grupy pt. "Lum no Love Song" (>>TUTAJ<<), będące znów coverem, tym razem piosenki otwierającej popularne anime z lat 80-tych - "Urusei Yatsura". Jak zapewne zauważyliście, do tej pory japoński materiał formacji to covery i japońskie wersje koreańskich piosenek.
Teraz to się zmienia, ponieważ na 13 marca zaplanowana jest premiera pierwszego japońskiego albumu grupy. Wśród piosenek na kompakcie oczywiście wciąż dominować będą odgrzewane kotlety (więcej koreańsko-japońskich tłumaczeń i przynajmniej jeszcze jeden cover - "Tenshi no Wink" Seiko Matsudy), jednak znalazło się także miejsce dla nowych nagrań, w tym dla całkiem premierowego "Cookies, Cream & Mint" (widziałem też tłumaczenie "Mint Cookies & Cream", ale dziewczyny w refrenie śpiewają raczej pierwszy wariant).
Piosence towarzyszy teledysk, jednak tu znów trafiamy na japoński mur multimedialny - japońskie teledyski przeważnie nie są umieszczane na YT, ani żadnym innym znanym w skali światowej portalu. Jeżeli uda się znaleźć takie nagranie na YT, to przeważnie, prędzej czy później, zostaje ono zdjęte, więc możliwe, że filmik poniżej może się nie wyświetlać.
ORANGE CARAMEL - Cookies, Cream & Mint
Hm, do tej pory Orange Caramel przyzwyczaiło mnie do wyglądu i brzmienia naładowanego energią jak dzieci z ADHD bawiące się wzbogaconym uranem. Tym razem jest nieco spokojniej i jest to pewnym zaskoczeniem. Nie uważam jednak żeby piosenka szczególnie na tym cierpiała - to wciąż niezbyt zaangażowana, leciutka pioseneczka, która muzycznie nie powala, a mimo to budzi pozytywną reakcję. Jest mniej agresywna niż poprzednie nagrania i przez to nie ma możliwości tak silnie oddziaływać na słuchacza, a jednak po kilku przesłuchaniach zapada w pamięć.
Większym rozczarowaniem dla fanów grupy może być teledysk, który, jak na standardy Orange Caramel, jest wyjątkowo spokojny i wyjątkowo mało szalony, można nawet powiedzieć, że nudny. Sęk w tym, że jest on też całkiem ładny, pomysłowy i pasuje do spokojniejszej piosenki. Najbardziej zastanawia mnie to, jak twórcom udało się wytoczyć z każdego kadru tyle ciepła, pomimo użycia tak zimnej palety barw. Same dekoracje to nic tylko biel i szarość wpadająca w błękit. Stroje dziewczyn też są w dużej części pastelowe, z dominującym miętowym kolorem i nasuwającym się samemu skojarzeniem z lodami. A jednak całość nie ziębi, a grzeje.
Nie wiem, może to kwestia zręcznego oświetlenia, a może po prostu lody podświadomie bardziej kojarzą się z letnim upałem niż z chłodem, które same niosą. A może to siła sugestii odsłoniętych ramion piosenkarek? A może w końcu to ruch i ogólna sympatyczność klipu zabija cały chłód? Strasznie podoba mi się ta kreskówkowa konwencja z szarpanym, poklatkowym, ale naraz przyśpieszonym ruchem, który wraz z motywem kreskówkowych drzwi, natychmiast kojarzy się z głupkowatymi scenami pościgów charakterystycznymi dla starszych animacji.
Na kilka słów zasługuje też choreografia, która, jak zawsze w wypadku Orange Caramel i After School, jest ciekawa. Oprócz głównego motywu machania ręką, bardzo sympatyczny i świetnie wykonany jest fragment z nakręcanymi tancerkami z pozytywki. To jak Nana i Lizzy skokowo podnoszą się w górę, a potem zatrzymują z lekkim odbiciem w przeciwnym kierunku, jest nawet na swój sposób imponujące.
Pozostaje jeszcze kwestia gigantcznego ciastka. Cóż, za dużo rzeczy w swoim życiu widziałem, żeby dziwić się wielkiemu, na poły humanoidalnemu ciastku w japońskim teledysku. A jednak pewien "creep factor" się pojawia. Dlaczego to ciastko ma oczy na dłoniach? Czy tylko mnie kojarzy się to z tym stworem z "Labiryntu Fauna"? I najważniejsze pytanie - dlaczego Nana łapie ciastko za te ręko-oczy? Noszę soczewki kontaktowe, jestem przyzwyczajony do dotykania własnych gałek ocznych, a jednak wciąż ta scena mnie w jakiś sposób niepokoi.
A tak szczerze - na zakończenie. Lubię Orange Caramel, ale w tej chwili najbardziej cieszę się z tego, że po wydaniu tej płyty... Orange Caramel, przynajmniej na jakiś czas, powinno pójść w odstawkę. Nie chodzi o to, że po wypromowaniu 3 singli i 2 albumów na przestrzeni półrocza, dziewczyny zaslużyły na trochę odpoczynku... Nie, wręcz przeciwnie, ja mam nadzieję, że Raina, Nana i Lizzy wezmą się do roboty - tylko, że w ramach After School. Coraz głośniej mówi się, że po zakończeniu japońskich promocji Orange Caramel, pełną parą ruszy praca w ramach macierzystej formacji i że powrotu After School spodziewać się można nawet już w kwietniu.
POSTSCRIPTUM
Byłem święcie przekonany, że chociaż część tego planu jest wygenerowana komputerowo... Myliłem się, to jedna wielka ruchoma dekoracja!
niedziela, 10 lutego 2013
Orange Caramel - Shanghai Romance
Dawno nie było tutaj czegoś pozytywnie zakręconego. Ostatniego tekstu nie liczę, bo pomimo walorów humorystycznych, jest to tak naprawdę bardzo smutna i przejmująca pioasenka o ludzkim nieszczęściu, samotności i w ogóle. Mnie chodzi o coś z ewidentnym pozytywnym ładunkiem. Cóż, w takich sytuacjach nieocenione okazuje się Orange Caramel.
O formacji pisałem już sporo, ale tak dla przypomnienia - Orange Caramel to podgrupa formacji After School, jednak prezentująca zupełnie inny wizerunek. Podczas gdy After School to grupa bardzo serio, Orange Caramel wypełnia niszę aegyo, w dodatku mocno inspirując się japońskim podejściem do tematu i ciężko inwestując w kostiumy, które podchodzą nieco pod cosplay. Singlowe piosenki są niezmiennie naładowane pozytywną energią i dynamiką, co w połączeniu z wizerunkiem grupy, zyskało jej przydomek "Happy Virus".
Ponadto wytwórnia często przedstawia Orange Caramel jako grupę międzynarodową, zorientowaną na podbój rynków azjatyckich. Stąd też pomysł na tytuły piosenek nawiązujące do miast regionu, jak "Bangkok City" czy "Shanghai Romance". Ja dzisiaj postawię na ten drugi utwór, bo choć nie był tak dużym przebojem jak "Bangkok City", to jakoś bardziej do mnie trafia.
Zanim o piosence, najpierw trochę o teledysku. Rozumiem, że może się komuś nie podobać, ale mnie mieszanka lat 60-tych z chińską stylizacją po prostu rozbraja. Pal licho dekoracje i plany, to tak naprawdę tylko tło. Kostiumy! Kostiumy są genialne. Kuse sukienki żywcem wyjęte sprzed pół wieku, peruki i hełmo-peruki imitujące uczesania z epoki, stroje upstrzone błyszczącymi cekinami... Nawet buty są genialne!
Ale najbardziej podoba mi się sekwencja przy samolocie. Lata 60-te siłą rzeczy człowiekowi tak młodemu jak ja, kojarzą się przede wszystkim z Jamesem Bondem. A samolot i dziewczyny przy nim tylko potęgują to skojarzenie, bo... No cóż, bo Pussy Galore i jej Latający Cyrk, czyli "Goldfinger" - najlepszy Bond wszechczasów (i nawet nie próbujcie się spierać). Tak, dobrze przeczytaliście, postać w filmie (i powieści) naprawdę nazywała się Pussy Galore. Co więcej, do czasu poznania Bonda, była zadeklarowaną lesbijką. Koronny dowód na to, że bardziej liczą się włosy na klacie niż na głowie.
Wracając do kostiumów... Co z tego, że to sieciówki? Co z tego, że błękitny materiał ma nadruk z królikami (swoją drogą byłem pionierem w tej dziedzinie, w głebokich latach 90-tych zaprojektowałem koszulę z podobnie porozrzucanymi zwierzątkami i w nagrodę Pan Tik-Tak przysłał mi klocki Lego - true story)? Fason tych ciuchów i ich zestawienie z czarnymi elementami jest... Bajeczny? To chyba najlepsze słowo.
Ale jeżeli myślicie, że na tym szafa dziewczyn z Orange Caramel się kończy, to jesteście w grubym błędzie.
O ile poprzednie stylizacje budziły u mnie jedynie filmowe skojarzenia, tu inspiracja jest oczywista. Nie, nie "Kill Bill", Tarantino jedynie czerpał z tego samego źródła. Żółty dres z czarnym paskiem powinien się Wam jednoznacznie kojarzyć z osobą Bruce'a Lee, który taki strój nosił w swoim ostatnim filmie (w każdym razie ostatnim, który kręcono przed jego śmiercią, losy filmów z panem BL bywają bardzo zawiłe) - "The Game of Death" z 1972 roku.
Ale to wciąż nie koniec...
Kontynuujemy ścieżkę sztuk walki. Nawet jeżeli nie graliście w żadną część "Street Fightera", postać Chun Li powinniście kojarzyć choćby z widzenia. Jest głęboce zakorzeniona w popkulturze gier wideo, ponieważ była pierwszą żeńśką postacią w grach z gatunku "fighting" (albo "naparzanki", jeśli ktoś woli bardziej swojskie nazewnictwo), nad którą gracz mógł przejąć kontrolę.
Tym razem wersja na Halloween, choć motywy przewodnie, jeśli idzie o fason ciuchów, pozostają te same. Ponieważ jest to mniej szalona wersja, to mam trochę miejsca, żeby napisać coś o piosence.
Primo - wykonania live. Nie wiem, kto to wymyślił, żeby mieszać Lizzy śpiewanie na żywo z playbackiem, ale powinien zrewidować swoje poglądy po pierwszej próbie. To nie działa i to w żadnym z powyższych wykonań. Inna sprawa, że Raina też mnie trochę zawodzi, bo to jest akurat piosenkarka z niezłymi warunkami. Wersja teledyskowa daje radę, jeżeli nie przeszkadza Wam konwencja. Wersje live też są niezłe, ale wersje TV, nie wiedzieć czemu, muzycznie leżą.
Secundo - jeżeli się zastanawialiście, piosenka nie jest po chińsku. Jest po koreańsku. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<, chociaż niczego szczególnego się nie spodziewajcie, Orange Caramel nie ma za zadanie tworzyć sztuki tylko dostarczać nieco lekkiej rozrywki i w moim odczuciu z tej roli świetnie się wywiązuje.
A propos rozrywki, to tak na zakończenie, nieco rozrywki kosztem Lizzy i Nany. Słuchawka to całkiem przydatna sprawa, kiedy wykonujesz piosenkę z podkładem, szczególnie jeżeli jest to playback (nawet stopniowany jak tutaj). Konsternacja, kiedy okazuje się, że nie mogą założyć słuchawek ze względu na peruki (Raina miała wtedy krótkie włosy, więc peruki nie potrzebowała) - bezcenne. Ale i tak dały radę.
O formacji pisałem już sporo, ale tak dla przypomnienia - Orange Caramel to podgrupa formacji After School, jednak prezentująca zupełnie inny wizerunek. Podczas gdy After School to grupa bardzo serio, Orange Caramel wypełnia niszę aegyo, w dodatku mocno inspirując się japońskim podejściem do tematu i ciężko inwestując w kostiumy, które podchodzą nieco pod cosplay. Singlowe piosenki są niezmiennie naładowane pozytywną energią i dynamiką, co w połączeniu z wizerunkiem grupy, zyskało jej przydomek "Happy Virus".
Ponadto wytwórnia często przedstawia Orange Caramel jako grupę międzynarodową, zorientowaną na podbój rynków azjatyckich. Stąd też pomysł na tytuły piosenek nawiązujące do miast regionu, jak "Bangkok City" czy "Shanghai Romance". Ja dzisiaj postawię na ten drugi utwór, bo choć nie był tak dużym przebojem jak "Bangkok City", to jakoś bardziej do mnie trafia.
Zanim o piosence, najpierw trochę o teledysku. Rozumiem, że może się komuś nie podobać, ale mnie mieszanka lat 60-tych z chińską stylizacją po prostu rozbraja. Pal licho dekoracje i plany, to tak naprawdę tylko tło. Kostiumy! Kostiumy są genialne. Kuse sukienki żywcem wyjęte sprzed pół wieku, peruki i hełmo-peruki imitujące uczesania z epoki, stroje upstrzone błyszczącymi cekinami... Nawet buty są genialne!
Ale najbardziej podoba mi się sekwencja przy samolocie. Lata 60-te siłą rzeczy człowiekowi tak młodemu jak ja, kojarzą się przede wszystkim z Jamesem Bondem. A samolot i dziewczyny przy nim tylko potęgują to skojarzenie, bo... No cóż, bo Pussy Galore i jej Latający Cyrk, czyli "Goldfinger" - najlepszy Bond wszechczasów (i nawet nie próbujcie się spierać). Tak, dobrze przeczytaliście, postać w filmie (i powieści) naprawdę nazywała się Pussy Galore. Co więcej, do czasu poznania Bonda, była zadeklarowaną lesbijką. Koronny dowód na to, że bardziej liczą się włosy na klacie niż na głowie.
Wracając do kostiumów... Co z tego, że to sieciówki? Co z tego, że błękitny materiał ma nadruk z królikami (swoją drogą byłem pionierem w tej dziedzinie, w głebokich latach 90-tych zaprojektowałem koszulę z podobnie porozrzucanymi zwierzątkami i w nagrodę Pan Tik-Tak przysłał mi klocki Lego - true story)? Fason tych ciuchów i ich zestawienie z czarnymi elementami jest... Bajeczny? To chyba najlepsze słowo.
Ale jeżeli myślicie, że na tym szafa dziewczyn z Orange Caramel się kończy, to jesteście w grubym błędzie.
O ile poprzednie stylizacje budziły u mnie jedynie filmowe skojarzenia, tu inspiracja jest oczywista. Nie, nie "Kill Bill", Tarantino jedynie czerpał z tego samego źródła. Żółty dres z czarnym paskiem powinien się Wam jednoznacznie kojarzyć z osobą Bruce'a Lee, który taki strój nosił w swoim ostatnim filmie (w każdym razie ostatnim, który kręcono przed jego śmiercią, losy filmów z panem BL bywają bardzo zawiłe) - "The Game of Death" z 1972 roku.
Ale to wciąż nie koniec...
Kontynuujemy ścieżkę sztuk walki. Nawet jeżeli nie graliście w żadną część "Street Fightera", postać Chun Li powinniście kojarzyć choćby z widzenia. Jest głęboce zakorzeniona w popkulturze gier wideo, ponieważ była pierwszą żeńśką postacią w grach z gatunku "fighting" (albo "naparzanki", jeśli ktoś woli bardziej swojskie nazewnictwo), nad którą gracz mógł przejąć kontrolę.
Tym razem wersja na Halloween, choć motywy przewodnie, jeśli idzie o fason ciuchów, pozostają te same. Ponieważ jest to mniej szalona wersja, to mam trochę miejsca, żeby napisać coś o piosence.
Primo - wykonania live. Nie wiem, kto to wymyślił, żeby mieszać Lizzy śpiewanie na żywo z playbackiem, ale powinien zrewidować swoje poglądy po pierwszej próbie. To nie działa i to w żadnym z powyższych wykonań. Inna sprawa, że Raina też mnie trochę zawodzi, bo to jest akurat piosenkarka z niezłymi warunkami. Wersja teledyskowa daje radę, jeżeli nie przeszkadza Wam konwencja. Wersje live też są niezłe, ale wersje TV, nie wiedzieć czemu, muzycznie leżą.
Secundo - jeżeli się zastanawialiście, piosenka nie jest po chińsku. Jest po koreańsku. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<, chociaż niczego szczególnego się nie spodziewajcie, Orange Caramel nie ma za zadanie tworzyć sztuki tylko dostarczać nieco lekkiej rozrywki i w moim odczuciu z tej roli świetnie się wywiązuje.
A propos rozrywki, to tak na zakończenie, nieco rozrywki kosztem Lizzy i Nany. Słuchawka to całkiem przydatna sprawa, kiedy wykonujesz piosenkę z podkładem, szczególnie jeżeli jest to playback (nawet stopniowany jak tutaj). Konsternacja, kiedy okazuje się, że nie mogą założyć słuchawek ze względu na peruki (Raina miała wtedy krótkie włosy, więc peruki nie potrzebowała) - bezcenne. Ale i tak dały radę.
wtorek, 25 grudnia 2012
Happy Pledis - Love Letter + Dashing Through The Snow in Highheels
Dzisiaj druga część światecznych piosenek od Pledis Entertainment. Niestety gorsza. Nie mówię, że jakoś wybitnie zła, ale w porównaniu dobardzo udanych nagrań z 2010 roku (>>TUTAJ<<), zjazd jakościowy jest wyraźny. Wciąż jest świątecznie, wciąż jest całkiem przyjemnie, ale czuć w tym zdecydowanie więcej okolicznościowej chałtury.
Zaczniemy piosenką z roku 2011 - "Love Letter". Znów lwia część wykonania przypadła w udziale dziewczynom z After School, jednak tym razem dostały one wsparcie w postaci Son Dam Bi, co akurat nie jest złym pomysłem, ponieważ grupa współpracowała już z nią przy wielu okazjach i ich wizerunki są spójne. Niestety wytwórnia postanowiła także podpromować swoje nadchodzące projekty. W klipie i piosence pojawia się więc Yoo Ara, która w momencie nagrania była zupełnie anonimowa. Dopiero wiosną następnego roku zadebiutowała wraz z nową żeńską formacją wytwórni - Hello Venus.
W klipie, a podobno także w piosence, uczestniczą wokaliści grupy Nu'est, która podobnie jak Happy Venus, w grudniu 2011 nie była jeszcze nikomu znana. Przyznam otwarcie, że grupa zupełnie mnie nie interesuje, tym samym nie wiem, czy wszyscy migający na ekranie faceci należą do tej formacji. Rok temu awizowano ich jako Pledis Boys i nie wiem czy była to tylko robocza nazwa dla powstającej formacji, czy też zupełnie inny twór, mający innych członków.
Nieważne, w tej piosence i tak robią za statystów. A propos statystów, w klipie pojawia się też nieślubne dziecko wodza Azteków, nikt do końca nie wie kim tak naprawdę jest ta dziewczynka, ale od pewnego czasu miga w wielu klipach wytwórni.
Okej... Od strony wizualnej wygląda to jak przedświąteczna zajawka z TVP2, a więc w moim mózgu natychmiast pobudzony zostaje ośrodek hejtu. Na szczęście na ekranie miga Kahi, Nana, Jungah i w ogóle After School poparte na dokładkę wspomnianą Son Dam Bi. Jestem więc nawet w stanie przecierpieć tłum anonimów dookoła. Powiedzmy, że od tej strony wychodzą na płaskie, nieinwazyjne zero.
Piosenka, będąc słuchana w klimacie świątecznym, nieco zyskuje, bo poza nim jest już mniej strawna. Wokale są fajne, sama koncepcja kompozycji też daje radę, ale podkład w tej nieznośnej cyfrowej aranżacji po prostu drażni mi uszy. Mógłbym to przemilczeć, ale niestety w niektórych momentach jest aż nazbyt dobrze słyszalny. Nie to żebym chciał wyrzucić głośniki przez okno, ale efekt końcowy jest po prostu co najwyżej poprawny i mało zajmujący.
Zastanawiałem się, czy nie rozbić tego na dwa teksty, ale summa summarum nie uważam by któraś z tych piosenek na to zasługiwała. Tak więc bez ceregieli przejdźmy do tegorocznej edycji Happy Pledis. Tym razem w wykonaniu podgrupy After School - Orange Caramel, ale także przy nieznośnym wizualnym udziale Nu'est i skąpym współudziale wokalnym tejże formacji.
Okej, żeby nie było. Cały ten Nu'est nie robi mi jakiejś kolosalnej różnicy, po prostu w tym klipie oni przez większość czasu robią za dodatkowe pluszowe zwierzęta, których jest już i tak za dużo. Tym razem wizualnie jest zwyczajnie źle. Wizerunek Orange Caramel opiera się na szaleństwie, ale jest to szaleństwo pisane przez całkiem pokaźne "sz". W wypadku tego klipu jest to niskobudżetowe szaleństwo na pół gwizdka i wychodzi to kiepsko.
Od strony muzycznej ogólne odczucia jak w przypadku piosenki wyżej - nie odrzuca, ale zasłuchiwać się nie będę. Różnic w szczegółach jest kilka. Przede wszystkim wykonawców jest mniej, to i utwór sprawia nieco mniej chaotyczne wrażenie. Podkład po prostu jest. Coś tam świątecznie brzęczy, ale żeby zajmowało, to nie powiem. Wokalnie jest wciąż przyjemnie, ale zdecydowanie nie powalająco i choć wciąż nie jest źle, to odbieram to jako najsłabszy utwór z całego cyklu.
Hm, co tu zrobić, żeby zakończyć pozytywnie? Jakiś bonusik z After School? "When I Fall"? Taki sympatyczny b-side, który wlecze się za grupą przez kilka kompaktów.
BONUS
After School - "When I Fall"
Zaczniemy piosenką z roku 2011 - "Love Letter". Znów lwia część wykonania przypadła w udziale dziewczynom z After School, jednak tym razem dostały one wsparcie w postaci Son Dam Bi, co akurat nie jest złym pomysłem, ponieważ grupa współpracowała już z nią przy wielu okazjach i ich wizerunki są spójne. Niestety wytwórnia postanowiła także podpromować swoje nadchodzące projekty. W klipie i piosence pojawia się więc Yoo Ara, która w momencie nagrania była zupełnie anonimowa. Dopiero wiosną następnego roku zadebiutowała wraz z nową żeńską formacją wytwórni - Hello Venus.
W klipie, a podobno także w piosence, uczestniczą wokaliści grupy Nu'est, która podobnie jak Happy Venus, w grudniu 2011 nie była jeszcze nikomu znana. Przyznam otwarcie, że grupa zupełnie mnie nie interesuje, tym samym nie wiem, czy wszyscy migający na ekranie faceci należą do tej formacji. Rok temu awizowano ich jako Pledis Boys i nie wiem czy była to tylko robocza nazwa dla powstającej formacji, czy też zupełnie inny twór, mający innych członków.
Nieważne, w tej piosence i tak robią za statystów. A propos statystów, w klipie pojawia się też nieślubne dziecko wodza Azteków, nikt do końca nie wie kim tak naprawdę jest ta dziewczynka, ale od pewnego czasu miga w wielu klipach wytwórni.
Okej... Od strony wizualnej wygląda to jak przedświąteczna zajawka z TVP2, a więc w moim mózgu natychmiast pobudzony zostaje ośrodek hejtu. Na szczęście na ekranie miga Kahi, Nana, Jungah i w ogóle After School poparte na dokładkę wspomnianą Son Dam Bi. Jestem więc nawet w stanie przecierpieć tłum anonimów dookoła. Powiedzmy, że od tej strony wychodzą na płaskie, nieinwazyjne zero.
Piosenka, będąc słuchana w klimacie świątecznym, nieco zyskuje, bo poza nim jest już mniej strawna. Wokale są fajne, sama koncepcja kompozycji też daje radę, ale podkład w tej nieznośnej cyfrowej aranżacji po prostu drażni mi uszy. Mógłbym to przemilczeć, ale niestety w niektórych momentach jest aż nazbyt dobrze słyszalny. Nie to żebym chciał wyrzucić głośniki przez okno, ale efekt końcowy jest po prostu co najwyżej poprawny i mało zajmujący.
Zastanawiałem się, czy nie rozbić tego na dwa teksty, ale summa summarum nie uważam by któraś z tych piosenek na to zasługiwała. Tak więc bez ceregieli przejdźmy do tegorocznej edycji Happy Pledis. Tym razem w wykonaniu podgrupy After School - Orange Caramel, ale także przy nieznośnym wizualnym udziale Nu'est i skąpym współudziale wokalnym tejże formacji.
Okej, żeby nie było. Cały ten Nu'est nie robi mi jakiejś kolosalnej różnicy, po prostu w tym klipie oni przez większość czasu robią za dodatkowe pluszowe zwierzęta, których jest już i tak za dużo. Tym razem wizualnie jest zwyczajnie źle. Wizerunek Orange Caramel opiera się na szaleństwie, ale jest to szaleństwo pisane przez całkiem pokaźne "sz". W wypadku tego klipu jest to niskobudżetowe szaleństwo na pół gwizdka i wychodzi to kiepsko.
Od strony muzycznej ogólne odczucia jak w przypadku piosenki wyżej - nie odrzuca, ale zasłuchiwać się nie będę. Różnic w szczegółach jest kilka. Przede wszystkim wykonawców jest mniej, to i utwór sprawia nieco mniej chaotyczne wrażenie. Podkład po prostu jest. Coś tam świątecznie brzęczy, ale żeby zajmowało, to nie powiem. Wokalnie jest wciąż przyjemnie, ale zdecydowanie nie powalająco i choć wciąż nie jest źle, to odbieram to jako najsłabszy utwór z całego cyklu.
Hm, co tu zrobić, żeby zakończyć pozytywnie? Jakiś bonusik z After School? "When I Fall"? Taki sympatyczny b-side, który wlecze się za grupą przez kilka kompaktów.
BONUS
After School - "When I Fall"
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Orange Caramel - Lum No Love Song
Okej, obiecałem jakiś czas temu ten teledysk i chyba przyszła pora go pokazać. Obejrzeć go w internecie można już od kilku tygodni, ale notorycznie znika, bo - cóż - Japonia. Tak, to drugi japoński klip formacji Orange Caramel.
O japońskiej drodze zespołu pisałem już >>TUTAJ<< przy okazji pierwszego singla - "My Sweet Devil" - i nie chce mi się powtarzać. W skrócie - nawet Japończycy uważają wizerunek grupy za delikatnie "odjechany". A z nową piosenką Raina, Nana i Lizzy poszły nawet krok dalej. Ten teledysk, nie osadzony w kontekście, może zepsuć mózg.
Po pierwsze, wypada najpierw obejrzeć jakieś inne teledyski grupy, czemu mogą posłużyć linki powyżej. Po drugie - kilka słów o tle. "Lum No Love Song" to cover motywu z hitowego anime z lat 80-tych "Urusei Yatsura" (opartego na mandze pod tym samym tytułem) w mediach anglojęzycznych znanego jako "Those Obnoxious Aliens" albo "Space Invader Lum".
Oryginalne intro:
Serial nie zdobył szerszej popularności na zachodzie, choć w kręgach miłośników mangi i anime uchodzi za kultowy. Powód jest prosty - całość jest na wskroś japońska. "Urusei Yatsura" to zbiór komediowych epizodów, nierzadko będących satyrą na japońskie społeczeństwo, głęboko osadzonych w realiach mitów i legend z różnych okresów w historii Japonii. Nawet z dobrymi przypisami w napisach, na dobrą sprawę serial trzeba oglądać z internetem pod ręką i możliwością pauzy. A i to czasami nie wystarcza.
Jak do tej pory obejrzałem pierwszy sezon i biorąc poprawkę na leciwość animacji, moja ocena jest raczej pozytywna. Zdarzają się słabsze epizody, ale przy wielu odcinkach miałem ubaw po pachy. Historia przedstawia się następująco. Na ziemię w statku kosmicznym przybywają Oni (rasa ogrów/demonów z japońskich podań) pod wodzą niejakiego Mr Invadera. Sympatyczny jegomość proponuje, że nie unicestwi rasy ludzkiej, jeśli jej przedstawiciel wygra zorganizowane przez niego zawody.
Zasady są proste, aby uratować Ziemię, trzeba złapać córkę Mr Invadera - Lum - za rogi. Haczyki są dwa. Pierwszy jest taki, że Lum umie latać i razić prądem. Drugi jest taki, że Mr Invader sam wytypował czempiona Ziemi. Wybór padł na nastoletniego Ataru Moroboshiego - idiotę i dewianta zarazem, którego obsesja na punkcie kobiet sprowadza na niego złe duchy i ustawicznego pecha. Pech ten sprawia, że Moroboshi wprawdzie ratuje planetę, ale przy okazji rozkochuje w sobie Lum.
Tak, użyłem słowa "dewiant". Oglądaliście takie anime "Gigi (koszykarz)"? Leciało na Polonii 1 razem z "Generałem Daimosem" itp. Gigi przy Moroboshim to zakonnik. (NB "Gigi" i "UY" były publikowane w ramach jednego magazynu, w podobnym okresie.) Tutaj zakończę opowieść o "Urusei Yatsura", zainteresowanych odsyłam np. na YT, gdzie można znaleźć wszystkie odcinki. Dla teledysku liczy się to, że kostiumy dziewczyn są konserwatywną wariacją na temat ubioru tytułowej Lum - stąd rogi.
Dobra, teledysk:
Mogłem Was przygotować na stylizację, na rogi, nawet na piosenkę, ala na miny Rainy i Nany w tym teledysku chyba nic nie może człowieka naszykować. Chyba nawet przebranie w te kostiumy jakichś szczeniaczków nie dałoby takiego efektu. Nie na darmo grupę określa się mianem "Happy Virus".
Tak, z grubsza jest to niepomiernie głupie, ale sympatyczne i wciąż bardzo przyjemnie się na to wszystko patrzy. W symbolikę białych piłeczek nie będę się zagłębiał, bo mówimy o ojczyźnie bukkake, mógłbym się strasznych rzeczy dowiedzieć.
Od strony muzycznej zrobiono wiele, by piosenkę odświeżyć i dodać jej nieco dynamiki i na pewno zabiegi te można uznać za udane, choć w wielki przebój raczej tej piosenki nie zamienią. Osobiście uważam, że w coverze na jakości stracił refren, który w oryginale jest zaśpiewany pełniejszym głosem, z ciekawszą barwą, podczas gdy w nowej wersji jest nieco bardziej nijaki.
Trzeba też dodać, że ta piosenka to tylko połowa singla. Drugim A-sidem jest japońska wersja "Lipstick" (oryginał >>TUTAJ<<), której towarzyszy w nieznaczny sposób przerobiony oryginalny teledysk. "Lum No Love Song" ma raczej za zadanie przybliżyć Japończykom Orange Caramel i utrwalić wizerunek grupy poprzez skojarzenia z poprzednią piosenką - "My Sweet Devil" - niż faktycznie zawojować lokalny rynek.
BONUS
Jak być może zauważyliście, stroje dziewczyn jedynie nawiązują do wdzianka, które nosiła Lum. Zawiedzeni? Na pomoc rusza więc japońska gravure idol - Azusa Yamamoto. W tle przygrywa jej oryginalna wersja piosenki.
O japońskiej drodze zespołu pisałem już >>TUTAJ<< przy okazji pierwszego singla - "My Sweet Devil" - i nie chce mi się powtarzać. W skrócie - nawet Japończycy uważają wizerunek grupy za delikatnie "odjechany". A z nową piosenką Raina, Nana i Lizzy poszły nawet krok dalej. Ten teledysk, nie osadzony w kontekście, może zepsuć mózg.
Po pierwsze, wypada najpierw obejrzeć jakieś inne teledyski grupy, czemu mogą posłużyć linki powyżej. Po drugie - kilka słów o tle. "Lum No Love Song" to cover motywu z hitowego anime z lat 80-tych "Urusei Yatsura" (opartego na mandze pod tym samym tytułem) w mediach anglojęzycznych znanego jako "Those Obnoxious Aliens" albo "Space Invader Lum".
Oryginalne intro:
Serial nie zdobył szerszej popularności na zachodzie, choć w kręgach miłośników mangi i anime uchodzi za kultowy. Powód jest prosty - całość jest na wskroś japońska. "Urusei Yatsura" to zbiór komediowych epizodów, nierzadko będących satyrą na japońskie społeczeństwo, głęboko osadzonych w realiach mitów i legend z różnych okresów w historii Japonii. Nawet z dobrymi przypisami w napisach, na dobrą sprawę serial trzeba oglądać z internetem pod ręką i możliwością pauzy. A i to czasami nie wystarcza.
Jak do tej pory obejrzałem pierwszy sezon i biorąc poprawkę na leciwość animacji, moja ocena jest raczej pozytywna. Zdarzają się słabsze epizody, ale przy wielu odcinkach miałem ubaw po pachy. Historia przedstawia się następująco. Na ziemię w statku kosmicznym przybywają Oni (rasa ogrów/demonów z japońskich podań) pod wodzą niejakiego Mr Invadera. Sympatyczny jegomość proponuje, że nie unicestwi rasy ludzkiej, jeśli jej przedstawiciel wygra zorganizowane przez niego zawody.
Zasady są proste, aby uratować Ziemię, trzeba złapać córkę Mr Invadera - Lum - za rogi. Haczyki są dwa. Pierwszy jest taki, że Lum umie latać i razić prądem. Drugi jest taki, że Mr Invader sam wytypował czempiona Ziemi. Wybór padł na nastoletniego Ataru Moroboshiego - idiotę i dewianta zarazem, którego obsesja na punkcie kobiet sprowadza na niego złe duchy i ustawicznego pecha. Pech ten sprawia, że Moroboshi wprawdzie ratuje planetę, ale przy okazji rozkochuje w sobie Lum.
Tak, użyłem słowa "dewiant". Oglądaliście takie anime "Gigi (koszykarz)"? Leciało na Polonii 1 razem z "Generałem Daimosem" itp. Gigi przy Moroboshim to zakonnik. (NB "Gigi" i "UY" były publikowane w ramach jednego magazynu, w podobnym okresie.) Tutaj zakończę opowieść o "Urusei Yatsura", zainteresowanych odsyłam np. na YT, gdzie można znaleźć wszystkie odcinki. Dla teledysku liczy się to, że kostiumy dziewczyn są konserwatywną wariacją na temat ubioru tytułowej Lum - stąd rogi.
Dobra, teledysk:
Mogłem Was przygotować na stylizację, na rogi, nawet na piosenkę, ala na miny Rainy i Nany w tym teledysku chyba nic nie może człowieka naszykować. Chyba nawet przebranie w te kostiumy jakichś szczeniaczków nie dałoby takiego efektu. Nie na darmo grupę określa się mianem "Happy Virus".
Tak, z grubsza jest to niepomiernie głupie, ale sympatyczne i wciąż bardzo przyjemnie się na to wszystko patrzy. W symbolikę białych piłeczek nie będę się zagłębiał, bo mówimy o ojczyźnie bukkake, mógłbym się strasznych rzeczy dowiedzieć.
Od strony muzycznej zrobiono wiele, by piosenkę odświeżyć i dodać jej nieco dynamiki i na pewno zabiegi te można uznać za udane, choć w wielki przebój raczej tej piosenki nie zamienią. Osobiście uważam, że w coverze na jakości stracił refren, który w oryginale jest zaśpiewany pełniejszym głosem, z ciekawszą barwą, podczas gdy w nowej wersji jest nieco bardziej nijaki.
Trzeba też dodać, że ta piosenka to tylko połowa singla. Drugim A-sidem jest japońska wersja "Lipstick" (oryginał >>TUTAJ<<), której towarzyszy w nieznaczny sposób przerobiony oryginalny teledysk. "Lum No Love Song" ma raczej za zadanie przybliżyć Japończykom Orange Caramel i utrwalić wizerunek grupy poprzez skojarzenia z poprzednią piosenką - "My Sweet Devil" - niż faktycznie zawojować lokalny rynek.
BONUS
Jak być może zauważyliście, stroje dziewczyn jedynie nawiązują do wdzianka, które nosiła Lum. Zawiedzeni? Na pomoc rusza więc japońska gravure idol - Azusa Yamamoto. W tle przygrywa jej oryginalna wersja piosenki.
czwartek, 22 listopada 2012
Orange Caramel - Yasashii Akuma / My Sweet Devil
Jakiś miesiąc temu pisałem >>TUTAJ<< o najnowszym nagraniu grupy Orange Caramel - "Lipstick". Wspominałem wtedy o specyficznym wizerunku grupy i jej odbiorze w Japonii. Ponieważ "Happy Virus", jak czasem nazywa się formację, już za momencik znowu zainfekuje kraj kwitnącej wiśni swoim drugim singlem, postanowiłem najpierw przedstawić krążek, którym grupa debiutowała na tym specyficznym rynku.
Takie wprowadzenie wydaje mi się tym bardziej potrzebne, ponieważ metoda działania grupy w Japonii jest nietypowa. Biorąc pod uwagę charakterystykę formacji, na pierwszy rzut oka może nawet wydawać się nielogiczna. A jednak jest spójna, wydaje się przemyślana i najpewniej przyniesie sukces.
Jak wspominałem w poprzednim wpisie o tej grupie, jej wizerunek jest nieco szalony, kolorowy, przesłodzony i pod pewnymi względami zdziecinniały. W skrócie - wszyscy w Korei byli przekonani, że Orange Caramel jest bardziej japońskie niż koreańskie. Co nie przeszkodziło grupie w odniesieniu sporego sukcesu na rodzimym rynku, kto wie czy nie większego niż macierzysta formacja - After School.
Tymczasem, reklamowana jako międzynarodowa podgrupa After School, formacja Orange Caramel atakowała różne azjatyckie rynki - Chiny, Tajwan, Filipiny. Ale od Japonii trzymała się z daleka. To było nieco dziwne. Oczywiście - rynek japoński jest niezwykle specyficzny i wymagający, ale także niezwykle lukratywny. Poważniejszym rynkiem zbytu dla fonografii jest na świecie tylko USA. A Orange Caramel od swojego debiutu wyglądał, jakby powstał tylko z myślą o zawojowaniu Japonii.
Jednak wydawca, jak i sama formacja, do tej eskapady zabierały się jak pies do jeża. Choć grupę utworzono w 2010 roku, dopiero w marcu 2012 roku światło dzienne ujrzało pierwsze japońskie nagranie - przetłumaczona wersja piosenki "Shanghai Romance" (więcej o koreańskim oryginale >>TUTAJ<<). Ale nie był to nawet samodzielny singiel, a jedynie bonusowe nagranie doczepione do albumu "Playgirlz" formacji After School. Utwór spotkał się z pozytywnym odbiorem, chociaż tłumaczenie na japoński brzmieniu piosenki nie służyło.
Dopiero we wrześniu tego roku zdecydowano się wypuścić pierwszy japoński singiel grupy. Jednak podejście wydawcy było dosyć specyficzne. Piosence towarzyszyła znikoma promocja, ponieważ Orange Caramel nie miało nawet zbytnio czasu, by pofatygować się do Japonii - tydzień po premierze tego singla w Korei do sprzedaży miał trafić pierwszy pełny album grupy - "Lipstick" - i na promocji tego krążka dziewczyny skoncentrowały swoje wysiłki.
Co więcej, zaniedbany debiutancki singiel nie był promowany poprzez któryś z dotychczasowych przebojów grupy, a przez całkowicie nowe nagranie. Wydaje się to sporym hazardem, jednak po bliższym przyjrzeniu się sprawie, decyzję łatwiej zrozumieć, a może nawet należy pochwalić.
Po pierwsze - tłumaczenia piosenek rzadko się sprawdzają. Nawet największe przeboje poddane tłumaczeniu na inny język, gdzieś tracą cząstkę swojego brzmienia i choć nierzadko odnoszą sukces, popychane siłą popularności swojego pierwowzoru, to muzycznie przy oryginale zazwyczaj wypadają blado.
Po drugie - ryzyko związane z nową piosenką ograniczono do minimum. Zamiast stworzyć nową kompozycję, zdecydowano się na cover japońskiej piosenki z lat 70-tych. Wybór padł na przebój grupy Candies - "Yasashii Akuma" lub - jak kto woli - "My Sweet Devil". Wybór z wielu powodów niezwykle trafny. Oba zespoły to żeńskie tercety, nazwy obydwu grup podobnie się kojarzą, to słodkie skojarzenie dodatkowo akcentuje tytuł piosenki. To niby drobiazgi, ale pozwoliły utrwalić wizerunek grupy w świadomości japońskich odbiorców.
Co do samej piosenki, to nawet w oryginalnej formie pasowała ona do stylu Orange Caramel, jednak producencie zdecydowali się dosyć mocno zmodyfikować jej brzmienie. W nowej wersji jest nieco mniej pazura, akcent bardziej rozkłada się na "sweet" niż na "devil". I choć całość brzmi (i wygląda) teraz bardziej jak nyan cat na sterydach, to - o zgrozo - to działa.
Kto zobaczył i posłuchał albo puszcza sobie to jeszcze raz, albo jest w drodze do najbliższego, pubu żeby się odzerować i jak najszybciej zapomnieć. Zapętlony, elektroniczny podkład balansujące na granicy obłędu - jak napisałem wyżej - nyan cat w przebraniu. Japończycy nazwali to świeżym brzmieniem, a w pierwszym tygodniu singiel nawet dobrze się sprzedawał.
Co do strony wizualnej. Co tu dużo kryć - "przesłaniem" klipu miały być wdzięczące się do kamery dziewczyny i napis za ich plecami. Nie wiem jak napis, ale dziewczynom się udało. Fruwające owoce, osoby kręcące klip - to tylko dodatek. Tak jak niebieskie strusie przebiegające ekran pod koniec klipu. Gdybym nie wiedział lepiej, powiedziałbym, że to było dziwne nawet jak na japońskie standardy.
Chociaż utwór w wykonaniu Orange Caramel nie stał się wielkim przebojem, to zaistniał w świadomości Japończyków i wytwórnia postanowiła pójść za ciosem. W grudniu ukaże się drugi japoński singiel grupy - w aż czterech wersjach różniących się zawartością dodatkowego krążka. Na singlu znajdzie się japońska wersja ostatniego przeboju grupy - "Lipstick", ale także nowe nagranie dedykowane na japoński rynek.
Wytwórnia postawiła na spójność i znów Orange Caramel wykona cover, znów bardzo znanej piosenki, tym razem z lat 80-tych. No i znaleziono pretekst, żeby zostawić dziewczynom na głowach rogi, chociaż tym razem nie są diabelskie, a ogrze. Nowa piosenka Orange Caramel to "Lamu no Love Song" czyli motyw z kultowego anime "Urusei Yatsura".
W sieci można już zobaczyć pierwsze 1,5 minuty klipu, jednak ponieważ wydawnictwo jest japońskie, na YT pełną wersję klipu zobaczymy dopiero, kiedy ktoś umieści ją nieoficjalnie. Dzisiaj tego wycinka nie zaprezentuję, poczekam na pełną wersję klipu - kto chce, może poszukać na profilu YT wydawcy - Avex Network. Zamiast tego...
BONUS
Candies - "Yasashii Akuma"
Takie wprowadzenie wydaje mi się tym bardziej potrzebne, ponieważ metoda działania grupy w Japonii jest nietypowa. Biorąc pod uwagę charakterystykę formacji, na pierwszy rzut oka może nawet wydawać się nielogiczna. A jednak jest spójna, wydaje się przemyślana i najpewniej przyniesie sukces.
Jak wspominałem w poprzednim wpisie o tej grupie, jej wizerunek jest nieco szalony, kolorowy, przesłodzony i pod pewnymi względami zdziecinniały. W skrócie - wszyscy w Korei byli przekonani, że Orange Caramel jest bardziej japońskie niż koreańskie. Co nie przeszkodziło grupie w odniesieniu sporego sukcesu na rodzimym rynku, kto wie czy nie większego niż macierzysta formacja - After School.
Tymczasem, reklamowana jako międzynarodowa podgrupa After School, formacja Orange Caramel atakowała różne azjatyckie rynki - Chiny, Tajwan, Filipiny. Ale od Japonii trzymała się z daleka. To było nieco dziwne. Oczywiście - rynek japoński jest niezwykle specyficzny i wymagający, ale także niezwykle lukratywny. Poważniejszym rynkiem zbytu dla fonografii jest na świecie tylko USA. A Orange Caramel od swojego debiutu wyglądał, jakby powstał tylko z myślą o zawojowaniu Japonii.
Jednak wydawca, jak i sama formacja, do tej eskapady zabierały się jak pies do jeża. Choć grupę utworzono w 2010 roku, dopiero w marcu 2012 roku światło dzienne ujrzało pierwsze japońskie nagranie - przetłumaczona wersja piosenki "Shanghai Romance" (więcej o koreańskim oryginale >>TUTAJ<<). Ale nie był to nawet samodzielny singiel, a jedynie bonusowe nagranie doczepione do albumu "Playgirlz" formacji After School. Utwór spotkał się z pozytywnym odbiorem, chociaż tłumaczenie na japoński brzmieniu piosenki nie służyło.
Dopiero we wrześniu tego roku zdecydowano się wypuścić pierwszy japoński singiel grupy. Jednak podejście wydawcy było dosyć specyficzne. Piosence towarzyszyła znikoma promocja, ponieważ Orange Caramel nie miało nawet zbytnio czasu, by pofatygować się do Japonii - tydzień po premierze tego singla w Korei do sprzedaży miał trafić pierwszy pełny album grupy - "Lipstick" - i na promocji tego krążka dziewczyny skoncentrowały swoje wysiłki.
Co więcej, zaniedbany debiutancki singiel nie był promowany poprzez któryś z dotychczasowych przebojów grupy, a przez całkowicie nowe nagranie. Wydaje się to sporym hazardem, jednak po bliższym przyjrzeniu się sprawie, decyzję łatwiej zrozumieć, a może nawet należy pochwalić.
Po pierwsze - tłumaczenia piosenek rzadko się sprawdzają. Nawet największe przeboje poddane tłumaczeniu na inny język, gdzieś tracą cząstkę swojego brzmienia i choć nierzadko odnoszą sukces, popychane siłą popularności swojego pierwowzoru, to muzycznie przy oryginale zazwyczaj wypadają blado.
Po drugie - ryzyko związane z nową piosenką ograniczono do minimum. Zamiast stworzyć nową kompozycję, zdecydowano się na cover japońskiej piosenki z lat 70-tych. Wybór padł na przebój grupy Candies - "Yasashii Akuma" lub - jak kto woli - "My Sweet Devil". Wybór z wielu powodów niezwykle trafny. Oba zespoły to żeńskie tercety, nazwy obydwu grup podobnie się kojarzą, to słodkie skojarzenie dodatkowo akcentuje tytuł piosenki. To niby drobiazgi, ale pozwoliły utrwalić wizerunek grupy w świadomości japońskich odbiorców.
Co do samej piosenki, to nawet w oryginalnej formie pasowała ona do stylu Orange Caramel, jednak producencie zdecydowali się dosyć mocno zmodyfikować jej brzmienie. W nowej wersji jest nieco mniej pazura, akcent bardziej rozkłada się na "sweet" niż na "devil". I choć całość brzmi (i wygląda) teraz bardziej jak nyan cat na sterydach, to - o zgrozo - to działa.
Kto zobaczył i posłuchał albo puszcza sobie to jeszcze raz, albo jest w drodze do najbliższego, pubu żeby się odzerować i jak najszybciej zapomnieć. Zapętlony, elektroniczny podkład balansujące na granicy obłędu - jak napisałem wyżej - nyan cat w przebraniu. Japończycy nazwali to świeżym brzmieniem, a w pierwszym tygodniu singiel nawet dobrze się sprzedawał.
Co do strony wizualnej. Co tu dużo kryć - "przesłaniem" klipu miały być wdzięczące się do kamery dziewczyny i napis za ich plecami. Nie wiem jak napis, ale dziewczynom się udało. Fruwające owoce, osoby kręcące klip - to tylko dodatek. Tak jak niebieskie strusie przebiegające ekran pod koniec klipu. Gdybym nie wiedział lepiej, powiedziałbym, że to było dziwne nawet jak na japońskie standardy.
Chociaż utwór w wykonaniu Orange Caramel nie stał się wielkim przebojem, to zaistniał w świadomości Japończyków i wytwórnia postanowiła pójść za ciosem. W grudniu ukaże się drugi japoński singiel grupy - w aż czterech wersjach różniących się zawartością dodatkowego krążka. Na singlu znajdzie się japońska wersja ostatniego przeboju grupy - "Lipstick", ale także nowe nagranie dedykowane na japoński rynek.
Wytwórnia postawiła na spójność i znów Orange Caramel wykona cover, znów bardzo znanej piosenki, tym razem z lat 80-tych. No i znaleziono pretekst, żeby zostawić dziewczynom na głowach rogi, chociaż tym razem nie są diabelskie, a ogrze. Nowa piosenka Orange Caramel to "Lamu no Love Song" czyli motyw z kultowego anime "Urusei Yatsura".
W sieci można już zobaczyć pierwsze 1,5 minuty klipu, jednak ponieważ wydawnictwo jest japońskie, na YT pełną wersję klipu zobaczymy dopiero, kiedy ktoś umieści ją nieoficjalnie. Dzisiaj tego wycinka nie zaprezentuję, poczekam na pełną wersję klipu - kto chce, może poszukać na profilu YT wydawcy - Avex Network. Zamiast tego...
BONUS
Candies - "Yasashii Akuma"
środa, 24 października 2012
Orange Caramel - Lipstick
Cały wstęp do >>TEGO<< tekstu napisałem tak naprawdę pod kątem dzisiejszego teledysku, by w pół drogi zmienić zdanie. Dlaczego? Powodów było kilka. Chociażby ten, że o "Gee" też trzeba było kiedyś coś napisać, a tak o piosence, jak i klipie, nie miałem za dużo do powiedzenia. Co innego "Lipstick" w wykonaniu Orange Caramel, który nawet ja muszę uznać za delikatnie szalony. Jeżeli nie czytaliście wpisu o "Gee", koniecznie przeczytajcie chociaż wstęp, bo w przeciwnym razie możecie być nieprzygotowani.
Wybór padł wtedy na "Gee" również dlatego, że tamten kawałek wydaje się bardziej reprezentatywny dla całego podgatunku aegyo. Był cukierkowaty i przesłodzony do tego stopnia, że mogły rozboleć zęby, ale pod innymi względami nie był szczególnie zaskakujący. Tymczasem Orange Caramel to trochę inna kategoria. Już sama nazwa zespołu trochę przestrzega przed oglądaniem.
Orange Caramel to pododdział grupy After School (o której wspominałem już >>TUTAJ<<). Wytwórnia szybko zaczęła przedstawiać formację jako "international unit", który miał zawojować rynki zagraniczne, głównie Chiny i Japonię, ale także południową część dalekiego wschodu - Wietnam, Tajlandię, Malezję itd. Jednak docelowym rynkiem dla formacji od zawsze wydawała się Japonia, gdzie słodki i szalony wizerunek grupy wydawał się pasować najlepiej. Poza tym więcej pieniędzy na muzyce niż w Japonii zarobić można tylko w USA.
Jeśli nawet Japonia nie była od razu celem grupy, z pewnością była źródłem inspiracji. Dlatego też utwory w wykonaniu Orange Caramel są energiczne jak 6-latek z ADHD, natomiast teledyski wyglądają, jakby miały przykuwać uwagę owego 6-latka. W telegraficznym skrócie - bardziej przypominają jakieś szalone anime niż teledysk.
Ciekawostką jest fakt, że Orange Caramel usilnie próbowało skopiować estetykę japońskiego rynku, jednak sami Japończycy ich debiut przyjęli jako... Powiew świeżości. Albo Japończycy pozostają najbardziej niezrozumianą nacją na Ziemi, albo Orange Caramel jest lekko szalone nawet dla nich.
Jednemu przypadnie do gustu, drugi z miejsca znienawidzi. Teledysk wygląda jak nieślubne dziecko Kapitana Tsubasy i Czarodziejki z Księżyca, tylko zamiast postaci z kreskówek mamy prawdziwych ludzi. Trochę w tym cosplayu, trochę aegyo i choć dziewczyny są dorosłe, efekt końcowy trąci trochę lolitą, co niektórym może przeszkadzać. Mnie osobiście ten teledysk bawi. Miny dziewczyn rozbrajają, klip opowiada prostą historyjkę i nawet w jakimś odległym stopniu nawiązuje do słów piosenki, a motyw z uber-ping-pongistką jest genialny.
O czym jest piosenka? O tym paskudnym typie kobiety, która sobie Ciebie upatrzy. Ty jej delikatnie dajesz do zrozumienia, że nie jesteś zainteresowany (czyt. ostentacyjnie olewasz) a ona wiesza Ci się na szyi i paprze Ci koszulę szminką. Tzn. wcale nie mam przekonania, czy wydźwięk słów w piosence jest równie pejoratywny, co moja intepretacja, bo sytuacja jest przedstawiona tylko od strony dziewczyny, ale mniej więcej o to chodzi.
Od strony dźwiękowej jest całkiem miło. Budowa piosenki jest raczej prosta i klasyczna - zwrotka, refren, zwrotka, refren - ale przejścia pomiędzy segmentami są bardzo płynne. Nieco monotonne brzmienie podkładu jest równoważone zmieniającym się wokalem, a całość jest zgrabnie wyprodukowana i wpada w ucho. Chociaż produkcja ma w tym wypadku również swoje złe strony. Podczas występów na żywo wiele segmentów musi być puszczanych z playbacku, do tego dochodzi bogata ruchowo choreografia, która wymusza kolejne odtwarzane fragmenty.
Ale jednocześnie jest parcie na to, żeby dziewczyny chociaż swoje solowe fragmenty śpiewały na żywo. Nawet pomimo zaprzęgnięcia wszelkiej maści nowoczesnych technik playbacku, efekt jest dość dziwny, bo w podkładzie słychać wokale pozostałych dziewczyn i albo podkład jest za głośno i tego prawdziwego wokalu prawie nie słychać, albo podkład jest za cicho, a segmenty śpiewane solo brzmią wyraźnie gorzej. Chociaż może ja się po prostu za bardzo wsłuchuję...
BONUS
Wersja z telewizyjnej listy przebojów.
PS Te przedziwne kostiumy jakimś cudem sprawdzają się w tej choreografii.
PPS Zmiana jakości obrazu na 720p pomaga.
Wybór padł wtedy na "Gee" również dlatego, że tamten kawałek wydaje się bardziej reprezentatywny dla całego podgatunku aegyo. Był cukierkowaty i przesłodzony do tego stopnia, że mogły rozboleć zęby, ale pod innymi względami nie był szczególnie zaskakujący. Tymczasem Orange Caramel to trochę inna kategoria. Już sama nazwa zespołu trochę przestrzega przed oglądaniem.
Orange Caramel to pododdział grupy After School (o której wspominałem już >>TUTAJ<<). Wytwórnia szybko zaczęła przedstawiać formację jako "international unit", który miał zawojować rynki zagraniczne, głównie Chiny i Japonię, ale także południową część dalekiego wschodu - Wietnam, Tajlandię, Malezję itd. Jednak docelowym rynkiem dla formacji od zawsze wydawała się Japonia, gdzie słodki i szalony wizerunek grupy wydawał się pasować najlepiej. Poza tym więcej pieniędzy na muzyce niż w Japonii zarobić można tylko w USA.
Jeśli nawet Japonia nie była od razu celem grupy, z pewnością była źródłem inspiracji. Dlatego też utwory w wykonaniu Orange Caramel są energiczne jak 6-latek z ADHD, natomiast teledyski wyglądają, jakby miały przykuwać uwagę owego 6-latka. W telegraficznym skrócie - bardziej przypominają jakieś szalone anime niż teledysk.
Ciekawostką jest fakt, że Orange Caramel usilnie próbowało skopiować estetykę japońskiego rynku, jednak sami Japończycy ich debiut przyjęli jako... Powiew świeżości. Albo Japończycy pozostają najbardziej niezrozumianą nacją na Ziemi, albo Orange Caramel jest lekko szalone nawet dla nich.
Jednemu przypadnie do gustu, drugi z miejsca znienawidzi. Teledysk wygląda jak nieślubne dziecko Kapitana Tsubasy i Czarodziejki z Księżyca, tylko zamiast postaci z kreskówek mamy prawdziwych ludzi. Trochę w tym cosplayu, trochę aegyo i choć dziewczyny są dorosłe, efekt końcowy trąci trochę lolitą, co niektórym może przeszkadzać. Mnie osobiście ten teledysk bawi. Miny dziewczyn rozbrajają, klip opowiada prostą historyjkę i nawet w jakimś odległym stopniu nawiązuje do słów piosenki, a motyw z uber-ping-pongistką jest genialny.
O czym jest piosenka? O tym paskudnym typie kobiety, która sobie Ciebie upatrzy. Ty jej delikatnie dajesz do zrozumienia, że nie jesteś zainteresowany (czyt. ostentacyjnie olewasz) a ona wiesza Ci się na szyi i paprze Ci koszulę szminką. Tzn. wcale nie mam przekonania, czy wydźwięk słów w piosence jest równie pejoratywny, co moja intepretacja, bo sytuacja jest przedstawiona tylko od strony dziewczyny, ale mniej więcej o to chodzi.
Od strony dźwiękowej jest całkiem miło. Budowa piosenki jest raczej prosta i klasyczna - zwrotka, refren, zwrotka, refren - ale przejścia pomiędzy segmentami są bardzo płynne. Nieco monotonne brzmienie podkładu jest równoważone zmieniającym się wokalem, a całość jest zgrabnie wyprodukowana i wpada w ucho. Chociaż produkcja ma w tym wypadku również swoje złe strony. Podczas występów na żywo wiele segmentów musi być puszczanych z playbacku, do tego dochodzi bogata ruchowo choreografia, która wymusza kolejne odtwarzane fragmenty.
Ale jednocześnie jest parcie na to, żeby dziewczyny chociaż swoje solowe fragmenty śpiewały na żywo. Nawet pomimo zaprzęgnięcia wszelkiej maści nowoczesnych technik playbacku, efekt jest dość dziwny, bo w podkładzie słychać wokale pozostałych dziewczyn i albo podkład jest za głośno i tego prawdziwego wokalu prawie nie słychać, albo podkład jest za cicho, a segmenty śpiewane solo brzmią wyraźnie gorzej. Chociaż może ja się po prostu za bardzo wsłuchuję...
BONUS
Wersja z telewizyjnej listy przebojów.
PS Te przedziwne kostiumy jakimś cudem sprawdzają się w tej choreografii.
PPS Zmiana jakości obrazu na 720p pomaga.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



