Obiecałem zająć się najnowszym albumem 2NE1 i - wyjątkowo - postanowiłem z obietnicy się wywiązać. Nie jest to sprawą wyjątkowo trudną zważywszy, że od kilku tygodni płyta nie opuszcza moich głośników. Pozostaje tylko kwestia spisania tego wszystkiego, co przyszło mi do głowy.
Zacznę może od szerszego rzutu okiem na wydawnictwo. Na pewno nie jest ono pozbawione wad - album jest dosyć krótki (10 piosenek, raptem 35 minut słuchania), a repertuar to dokładnie to, do czego przyzwyczaiło słuchaczy 2NE1 - chyba ani jedna piosenka nie jest tu zaskoczeniem. Nie zrozumcie mnie źle - są tu ciekawe muzycznie propozycje i trochę eksperymentów, a jednak album jako całość wnosi bardzo niewiele do muzycznej tożsamości grupy. Oczywiście fani powinni być zadowoleni, bo dostają więcej tego, co lubią, ale jeżeli ktoś do tej pory miał alergię na kwartet YG Entertainment, to to wydawnictwo sytuacji raczej nie zmieni.
Czego więc należy się spodziewać po "Crush"? To dobre pytanie, bo styl 2NE1 to dosyć specyficzna mieszanka. W brzmieniu słychać silne inspiracje reggae i hip-hopem, przy czym grupa godzi elektronikę z bardziej instrumentalnym graniem, czy nawet czysto akustycznymi aranżacjami. Co ciekawe, jako dominującą formę wskazałbym balladę, choć nie brakuje też szybszych piosenek.
Dodam jeszcze, że album spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem. W Korei wszystkie 10 piosenek znalazło się w pierwszych 50 notowań Gaonu i koreańskiego Billboardu, aż 9 gościło w pierwszych 20 zestawień, a trzeba podkreślić, że równolegle na rynku pojawił się przecież mini-album Girls' Generation. Ale na tym nie koniec. "Crush" wbiło się na 2. miejsce albumów nieanglojęzycznych amerykańskiego Billboardu (lista World Albums), zajęło także 9. miejsce na Independent Albums, czyli liście sprzedaży wykonawców niezrzeszonych z największymi wytwórniami (Sony, Universal itp.), wreszcie "Crush" zadebiutowało na 61. miejscu Billboard 200 czyli głównego amerykańskiego notowania sprzedaży albumów. To rekordowe osiągnięcie dla wykonawcy z Korei.
Korzystając z tego, że wykonania live sporej części piosenek są dostępne w sieci oficjalnie, nie będę tutaj wrzucał "lewych" klipów z YT. Oczywiście, nie jest to idealne odzwierciedlenie tego, co znajdziecie na albumie, ale w ten sposób będę miał czystsze sumienie, a myślę, że i wpis będzie ciekawszy. Zresztą znalezienie wersji albumowych tych piosenek w sieci, to kilka kliknięć.
01. "Crush"
Wiele w tej piosence przypomina jeden z wcześniejszych przebojów 2NE1 - "I Am The Best" (>>TUTAJ<<). Podobieństwa wyzierają tu ze wszystkich zakamarków, bo podobny jest wydźwięk tekstu, podobna jest ogólna muzyczna estetyka utworów i ich konstrukcja, podobne są nawet dźwiękowe detale, bo w obydwu kompozycjach łatwo dopatrzeć się inspiracji bliskim i środkowym wschodem. Osobiście z tej dwójki zdecydowanie wolę "Crush", które wydaje się znacznie bardziej spójne i płynne, podczas gdy "I Am The Best" zawsze wydawało mi się nieco "pozszywane".
"Crush" to w moim odczuciu jedna z lepszych i ważniejszych kompozycji na płycie. Z jednej strony jest bardzo silnym łącznikiem z dotychczasową twórczością grupy i jej wizerunkiem, z drugiej strony jest delikatnym zwiastunem nowego, bo robi to wszystko, co robiły wcześniejsze piosenki formacji, ale po prostu lepiej. Jestem tylko troszkę rozczarowany samym koncertowym występem. Seulski koncert z poprzedniej trasy 2NE1 robił piorunujące wrażenie, tutaj jest tylko nieźle.
Ta uwaga tyczy się koncertowej otoczki, co do samych dziewczyn, to na płycie partia Park Bom wypada o niebo lepiej, aż ciary przechodzą od jej głosu. Podoba mi się, że pomimo bardzo silnego charakteru piosenki, głos Dary jest dobrze zagospodarowany - wcześniej bywały z tym problemy. Nie ma co ukrywać, że pozostałe trzy dziewczyny mają dosyć podobne głosy i nigdy nie ma problemu by brzmiały spójnie. No i muszę wspomnieć o haczyku - jest rewelacyjny, wpada w ucho od pierwszego przesłuchania i trudno powstrzymać się przed powtarzaniem słów razem z dziewczynami.
02. "Come Back Home"
Nie wiem czy "Come Back Home" to moja ulubiona piosenka na tym albumie, ale jestem skłonny nazwać ją najlepszą. Poświęciłem jej już sporo miejsca >>TUTAJ<< pisząc o teledysku (nota bene rewelacyjnym), więc nie będę się nadmiernie powtarzał. To po prostu oryginalny i śmiały pomysł na piosenkę. Sedno kompozycji to zwykła popowa ballada, jednak aranżacja kojarzy się znacznie bardziej z reggae i hip-hopem, do tego elektronika tworzy swój specyficzny futurystyczny klimat pasujący do teledysku. No i beat - warto się w niego wsłuchać, bo to on sprawia, że ta piosenka jest tak diabelnie przebojowa.
03. 너 아님 안돼 / "Gotta Be You"
Ciekawa sprawa. Na płycie jest to jedna z tych piosenek, które zdarzy mi się przeskoczyć, a jednak powyższy występ robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Powodów jest wiele. Przede wszystkim podkład tego utworu kompletnie nie trafia w mój gust - jest lekki, słoneczny, ale mimo wszystko dosyć nijaki i pozbawiony błysku. Na płycie podkład słychać znacznie lepiej niż w telewizyjnym studiu i na pewno stąd ta różnica w odbiorze nagrania.
Ale to nie jest pełne wyjaśnienie. Nie mniej ważne wydaje się to, że atutem tej piosenki są wokale i żywiołowa natura - ten kawałek siłą rzeczy zawsze będzie zyskiwał wykonywany na żywo, kiedy dziewczyny będą mogły sprzedać tę całą energię na scenie. Słuchając samej piosenki z płyty, ta energia aż tak mi się nie udziela.
Dodam jeszcze, że tej konkretnej kompozycji szkodzi "toksyczne" otoczenie. Płyta zaczyna się nastrojowymi, ciemniejszymi kawałkami, a następna w kolejności jest dosyć mocna wokalnie i stonowana w podkładzie ballada. "Gotta Be You" w tym towarzystwie wygląda troszkę jak cheerleaderka na spotkaniu gothów. Co ciekawe, sam tekst nie jest aż tak pogodny jak muzyka, czy zaserwowana w trakcie występu otoczka (do sprawdzenia >>TUTAJ<<).
04. 살아 봤으면 해 / "If I Were You"
"If I Were You" to moja ulubiona piosenka z tego albumu. Niby nieprzesadnie skomplikowana - klawisze, perkusja i trochę bassu - ale pięknie brzmiąca, emocjonalna, naraz pełna siły wyrazu, ale i subtelności, i jakaś taka... Szczera. Co ciekawe, jest to jedna z trzech piosenek wskółkomponowanych przez CL i jedna z pięciu, do których liderka 2NE1 napisała słowa, więc może to dlatego? Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Fajnym zabiegiem jest to płynnie wprowadzone ożywienie w refrenie, które zwiększa intensywność utworu, ale nie niszczy jego intymnej, spowierniczej natury. Absolutnym sednem piosenki są wokale, tak od strony wykonania, jak i kompozycji, która też pomaga akcentować wyśpiewywane emocje. Głosy dziewczyn są tu bardzo miłe dla ucha, ale też zajmujące i ekspresyjne, podczas gdy melodia prowadzi słuchacza przez zróżnicowaną narrację.
05. 착한 여자 / "Good To You"
"Good To You" to kolejna ballada, tym razem nieco bardziej wyciszona i monotonna, choć nie ośmieliłbym się nazwać jej nudną. Jest po prostu spokojna, wyraźnie mniej nasiąknięta ekspresją, choć i tu zdarzają się krótkie wybuchy, natomiast wciąż emocjonalna. Trochę więcej w tym nagraniu rezygnacji, czy pogodzenia się z własnym losem - co pokrywa się z tekstem piosenki (>>TUTAJ<<). Właśnie ze względu na taką cichą estetykę i nieco rzewny nastrój, ten utwór bardzo kojarzy mi się z "Black" z ostatniej płyty G-Dragona, choć kiedy porównać obie piosenki, są one ewidentnie różne.
06. 멘붕 / "MTBD" / "Mental Breakdown"
Zacznę może od słowa wyjaśnienia dla niewtajemniczonych. Początek tego klipu (do ok. 1:50) to inny utwór - "The Baddest Female" (>>TUTAJ<<) - solowy debiut CL, który nota bene nie przypadł mi szczególnie do gustu. Nowa aranżacja zdecydowanie mu pomaga, chociaż i tu kilka rzeczy można było zrobić lepiej. Tak czy inaczej "MTBD" to zupełnie inna historia, historia, którą - mam wrażenie - ten klip nie sprzedaje najlepiej.
"MTBD" to jedna z najlepszych piosenek na tym albumie i bardzo możliwe, że ten występ odbierany z poziomu widowni też był świetny, ale powyższy klip ani nie sprzedaje tego doświadczenia, które było udziałem widzów, ani nie sprzedaje tego dopieszczonego, klimatycznego cacuszka, jakie znalazło się na płycie. W dodatku ten występ jest ocenzurowany (już po fakcie, wytwórnia podmieniła jedynie klipy na YT), bo jak się okazało, w oryginalnym podkładzie pojawiają się fragmenty Koranu.
"MTBD" to jeden z tych kawałków, przy których nawet biali chłopcy z dobrych domów kumają kocie ruchy. Ten utwór - po części ze względu na prosty, ale wyraźny bass - wprowadza w coś na kształt transu. Jest taki spokojny, wyluzowany i płynny, a przy tym rytmiczny, że trudno nie ulec jego urokowi i nie gibać się w jego takt, choćby siedząc w fotelu.
07. "Happy"
To wbrew pozorom idealny wybór piosenki po "MTBD". Wydawałoby się, że to muzyczne dwa światy - z jednej strony przeprodukowana hip-hopowa elektronika, z drugiej akustyczny, gitarowy popik, ale oba nagrania działają na słuchacza w bardzo podobny sposób - włączają luz. Oczywiście w obydwu wypadkach droga prowadząca do osiągnięcia tego efektu jest nieco inna. "MTBD" - jak sam tytuł sugeruje - odmóżdża, "Happy" natomiast szprycuje słuchacza słońcem, pogodą ducha i ogólnie pojętym, choć niekoniecznie uzasadnionym poczuciem szczęścia. Więcej miejsca tej piosence i teledyskowi poświęciłem >>TUTAJ<<.
08. "Scream"
Jak trzymam się oryginalnego contentu, to do oporu. To, co możecie zobaczyć powyżej, jest oryginalną, japońskojęzyczną wersją tej piosenki, a raczej jej reprezentatywnym fragmentem - bo japończycy nie lubią wrzucać całych teledysków na YT. Ta wersja pochodzi z roku 2012 i od nowej różni się w zasadzie jedynie wokalami, które teraz zostały nagrane po koreańsku (i siłą rzeczy mają nowy master). W moim odczuciu wersja koreańska brzmi znacznie bardziej naturalnie, choćby z racji tego, że dziewczyny śpiewają w swoim ojczystym języku.
Sama kompozycja wydaje mi się zbliżona pod wieloma względami do innej znanej piosenki grupy "Can't Nobody". Oczywiście, nie jest to klon, ale przede wszystkim kształt zwrotek budzi silne skojarzenia, jak i elektroniczna natura brzmienia. Różnicą jest refren, który w "Scream" jest dosyć specyficzny, ale przypadł mi do gustu. Natomiast nieco przeszkadza mi momentami banalna melodia wokalu w zwrotkach - rozumiem, że jest to jedna z lżejszych, bardziej rozrywkowych i zwariowanych piosenek na płycie, ale mimo wszystko zwrotki są ciutek poniżej tego, czego bym oczekiwał, choć wciąż jest to całkiem przyjemna i przebojowa kompozycja.
09. "Baby I Miss You"
To zupełnie inny kawałek zwierza. Znów jest spokojniej, ciszej, ale nie nazwałbym tego balladą. To raczej kawałek w stylu neo soul, a w każdym razie coś pomiędzy soulem a R'n'B, bo dużo w tej kompozycji elektroniki i zabawy za konsoletą, a jednak sam klimat nagrania raczej ucieka od scen popowych w kierunku czegoś ambitniejszego.
Troszkę drażni mnie w uszy ilość banalnej angielszczyzny, która ujmuje nieco z charakteru tego nagrania - gęstego i klimatycznego, a jednak przez te wszystkie "baby" i "boy" trącącego banałem. Gdyby nie ten element, byłaby to jedna lepszych i ciekawszych piosenek na płycie. A tak? Myślę, że wciąż może się podobać, ale wywiera znacznie mniejsze wrażenie, przynajmniej na mnie.
10. "Come Back Home" (unplugged version)
Jeżeli ktoś mi nie wierzył, że "Come Back Home" to tradycyjna ballada w stylu choćby "Lonely" - tylko inaczej zaaranzżowana - powinien przesłuchać wersję zamykającą płytę. Od strony wokalnej jest to niemal ten sam utwór (jest kilka drobnych modyfikacji, nie ma choćby tych silnie elektronicznych przerywników Dary), a jednak podmiana podkładu na gitarę i trochę smyczków zupełnie zmienia odbiór. Doznania są do tego stopnia różne, że nie mam za złe wytwórni, że zdublowała piosenkę na już i tak krótkim albumie. Ta wersja "Come Back Home" to bardzo przyjemne, wyciszone, ale wciąż emocjonalne zamknięcie albumu.
Kończąc - "Crush" to bardzo przyjemnie spędzone 35 minut. Dzieje się tak głównie za sprawą wysokiej jakości wszystkich nagrań - tak od strony kompozycji, jak i wykonania. Album liczy sobie tylko 10 pozycji, ale niemal każda wydaje się godna własnego teledysku. Oznacza to, że właściwie nie mamy tu do czynienia z "zapychaczami", od których nierzadko roi się na większych wydawnictwach innych wykonawców. Rozstrzelona stylistyka nagrań nie stanowi tu większego problemu, bo wszystkie piosenki są czymś, czego słuchacz spodziewa się po albumie tej grupy, a i układ piosenek, z jednym wyjątkiem, jest bardzo dobry. To, że po tylu przesłuchaniach wciąż mam ochotę na dokładkę jest chyba najlepszym świadectwem jakości płyty.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dara. Pokaż wszystkie posty
piątek, 21 marca 2014
środa, 12 marca 2014
2NE1 - Happy
Kiedy wydawca decyduje się promować album dwiema piosenkami wydanymi równplegle, zawsze jest tak, że jedna z nich zyskuje mniej rozgłosu. Normalnie starałbym się upchnąć tę drugą piosenkę w jeden wpis z partnerką z tandemu, jednak w wypadku "Happy" 2NE1 nie zdecydowałem się na taki ruch.
Powody do podjęcia takiej decyzji miałem dwa, może nawet trzy. Po pierwsze wpis o "Come Back Home" (>>TUTAJ<<) był całkiem spory i nie chciałem sztucznie wydłużać go dodatkowym teledyskiem. Powód drugi dotyczy samego "Happy" - nie chciałem marginalizować roli tej piosenki, bo moim zdaniem to również jest ciekawa propozycja, która obroniłaby się jako samodzielny singiel.
Co ciekawe, na albumie "Crush" jest jeszcze kilka piosenek, o których można powiedzieć to samo. Siłą rzeczy wywołało to pewną dyskusję - dlaczego mamy teledysk do "Come Back Home" / "Happy" a nie do [tu wstaw tytuł innej piosenki]? Chciałbym dorzucić swoje trzy grosze w tym temacie i to jest właśnie powód numer trzy.
Ale zanim do tego dojdziemy, teledysk.
Jest w tym projekcie coś nietypowego. Kolorowy teledysk nakręcony przy słonecznej pogodzie wydaje się tryskać optymizmem. Wtórują mu pstrokate stroje dziewczyn i te wszystkie dodane komputewrowo obrazki. Podobnie jest z piosenką, która sprawia wrażenie pogodnej i naładowanej pozytywną energią.
A jednak gdzieś na progu świadomości twórcy przemycają trochę przeciwnych emocji, głównie smutku. Najłatwiej wyłapać to w teledysku. Jedna ze stylizacji to dziewczyny ubrane całkiem na czarno, co silnie kontrastuje z pozostałymi barwnymi stylizacjami i musi rzucić się w oczy. Jeszcze bardziej jednoznaczne wydają się kadry z dziewczynami ślepo patrzącymi w pustą przestrzeń.
Także w muzyce obok słodyczy jest też miejsce szczyptę goryczy, choć w tym wypadku trudniej ją wychwycić i nazwać po imieniu. Jeżeli miałbym wskazywać palcem to dla mnie głównymi podejrzanymi są melodia i sam sposób śpiewania, które przemycają tu i ówdzie nieco smutku - bo muszą, bo taki jest tekst tej piosenki.
Angielskie tłumaczenie słów znajdziecie >>TUTAJ<< i choć same w sobie nie są niczym szczególnym, to w połączeniu z muzyką nadają tej piosence wyrazu i wpływają na jej odbiór. Tworzą bardzo ciekawy, niebanalny i nieoczywisty w konsekwencjach pardoks. Przez to, że treść i brzmienie tej piosenki nie są w stu procentach pogodne i beztroskie, jej przekaz staje się tym bardziej pozytywny i przy okazji autentyczny.
Ten kawałek to nie kolejne "Don't worry be happy", ale i piosenkarki nie zaczynają od jakże "pogodnego" "znowu w życiu mi nie wyszło". 2NE1 próbuje sprzedać postawę, która leży gdzieś pomiędzy - postawę, w której jest miejsce dla smutku, ale w której nie ma potrzeby do uciekania w depresję i chowania się z przejawami radości. Po prostu - nie wyszło, boli, ale najlepsze co można zrobić to iść dalej i się tym przesadnie nie zamartwiać, nie zatruwać się myślami o zemście czy rewanżu, nie udawać szczęścia, ale i nie podsycać smutku.
Ten ładunek emocjonalny w połączeniu z lekką i bardzo przyjemną dla ucha piosenką już sprawiają, że utwór sam w sobie jest godny spotlightu. A jednak, jak już wspomniałem, na nowym albumie 2NE1 jest więcej piosenek, o których mógłbym napisać coś podobnego, dlaczego więc padło na "Happy"?
Mam wrażenie, że chodziło o oryginalność. Takie gitarowe, ale pogodne brzmienie na koreańskiej scenie nie jest raczej kojarzone z girlsbandami - jest raczej domeną solistów i solistek, a i tu pomimo podobnych założeń, słychać różnice w samym brzmieniu. Ale to nawet nie ta oryginalność wydaje mi się decydująca, chodzi raczej o oryginalność "wewnętrzną".
2NE1 w swoim dorobku ma już całkiem szerokie spektrum nagrań od hip-hopu, poprzez reggae, R'n'B, silny elektroniczny pop, po bardzo emocjonalne ballady. I to wszystko słychać na nowej płycie gupy, jednak "Happy" jest jedynym nagraniem, które jako singiel wydaje się czymś nowym w repertuarze formacji, bo nawet "Come Back Home", które chwaliłem za innowacyjność, jest jednak swoistym zlepkiem tego, co grupa śpiewała do tej pory.
Jest to tym większym argumentem, kiedy weźmiemy pod uwagę, że piosenki najczęściej wymieniane jako te tytuły, które powinny zająć miejsce "Happy", to nagrania podobne do poprzednich hitów 2NE1. Tytułowe "Crush" to utwór nie tylko w założeniach, ale nawet w muzycznych inspiracjach niemal bliźniaczo podobny do "I Am The Best" (>>TUTAJ<<). Tak, moim zdaniem "Crush" jest lepsze od wspomnianego nagrania, chętnie zobaczyłbym teledysk do tej piosenki, ale media mogłyby z łatwością zarzucić grupie wtórność, gdyby tą piosenką promowała nowy album.
"Scream" to z kolei kawałek podobny pod wieloma względami do "Can't Nobody" - podobieństwo nie jest tu aż tak uderzające, ale tak czy inaczej jest to piosenka w stylu dotychczasowych singli 2NE1. Oczywiście tym łatwiej zrozumieć dlaczego "Crush" czy "Scream" jako single tak chętnie widzieliby fani grupy, ale oni mają dla siebie cały album, podczas gdy single to nie tylko muzyka, ale i marketing - a ten ma trafiać przede wszystkim do ludzi jeszcze niezdecydowanych na zakup albumu. Z podobnych względów odpadła zapewne potężna ballada "If I Were You", bo poprzedni singiel grupy - "Missing You" (>>TUTAJ<<) - też był balladą.
Zapewne zauważyliście, że nie wchodzę w detale pozostałych nagrań - na to wciąż jeszcze planuję poświęcić odrębny wpis, bo cały album "Crush" uważam za kawałek dobrego, ale przede wszystkim równego słuchania, choć nieco rozstrzelonego od względem reprezentowanych tam stylów. Natomiast podsumowując akapity spłodzone powyżej - "Happy" to bardzo pozytywne nagranie, świeży nabytek w galerii twórczości grupy i całkiem rozsądny wybór piosenki promującej album, choć może się to nie podobać fanom, którzy oczekiwali jakiejś powtórki z rozrywki.
Powody do podjęcia takiej decyzji miałem dwa, może nawet trzy. Po pierwsze wpis o "Come Back Home" (>>TUTAJ<<) był całkiem spory i nie chciałem sztucznie wydłużać go dodatkowym teledyskiem. Powód drugi dotyczy samego "Happy" - nie chciałem marginalizować roli tej piosenki, bo moim zdaniem to również jest ciekawa propozycja, która obroniłaby się jako samodzielny singiel.
Co ciekawe, na albumie "Crush" jest jeszcze kilka piosenek, o których można powiedzieć to samo. Siłą rzeczy wywołało to pewną dyskusję - dlaczego mamy teledysk do "Come Back Home" / "Happy" a nie do [tu wstaw tytuł innej piosenki]? Chciałbym dorzucić swoje trzy grosze w tym temacie i to jest właśnie powód numer trzy.
Ale zanim do tego dojdziemy, teledysk.
Jest w tym projekcie coś nietypowego. Kolorowy teledysk nakręcony przy słonecznej pogodzie wydaje się tryskać optymizmem. Wtórują mu pstrokate stroje dziewczyn i te wszystkie dodane komputewrowo obrazki. Podobnie jest z piosenką, która sprawia wrażenie pogodnej i naładowanej pozytywną energią.
A jednak gdzieś na progu świadomości twórcy przemycają trochę przeciwnych emocji, głównie smutku. Najłatwiej wyłapać to w teledysku. Jedna ze stylizacji to dziewczyny ubrane całkiem na czarno, co silnie kontrastuje z pozostałymi barwnymi stylizacjami i musi rzucić się w oczy. Jeszcze bardziej jednoznaczne wydają się kadry z dziewczynami ślepo patrzącymi w pustą przestrzeń.
Także w muzyce obok słodyczy jest też miejsce szczyptę goryczy, choć w tym wypadku trudniej ją wychwycić i nazwać po imieniu. Jeżeli miałbym wskazywać palcem to dla mnie głównymi podejrzanymi są melodia i sam sposób śpiewania, które przemycają tu i ówdzie nieco smutku - bo muszą, bo taki jest tekst tej piosenki.
Angielskie tłumaczenie słów znajdziecie >>TUTAJ<< i choć same w sobie nie są niczym szczególnym, to w połączeniu z muzyką nadają tej piosence wyrazu i wpływają na jej odbiór. Tworzą bardzo ciekawy, niebanalny i nieoczywisty w konsekwencjach pardoks. Przez to, że treść i brzmienie tej piosenki nie są w stu procentach pogodne i beztroskie, jej przekaz staje się tym bardziej pozytywny i przy okazji autentyczny.
Ten kawałek to nie kolejne "Don't worry be happy", ale i piosenkarki nie zaczynają od jakże "pogodnego" "znowu w życiu mi nie wyszło". 2NE1 próbuje sprzedać postawę, która leży gdzieś pomiędzy - postawę, w której jest miejsce dla smutku, ale w której nie ma potrzeby do uciekania w depresję i chowania się z przejawami radości. Po prostu - nie wyszło, boli, ale najlepsze co można zrobić to iść dalej i się tym przesadnie nie zamartwiać, nie zatruwać się myślami o zemście czy rewanżu, nie udawać szczęścia, ale i nie podsycać smutku.
Ten ładunek emocjonalny w połączeniu z lekką i bardzo przyjemną dla ucha piosenką już sprawiają, że utwór sam w sobie jest godny spotlightu. A jednak, jak już wspomniałem, na nowym albumie 2NE1 jest więcej piosenek, o których mógłbym napisać coś podobnego, dlaczego więc padło na "Happy"?
Mam wrażenie, że chodziło o oryginalność. Takie gitarowe, ale pogodne brzmienie na koreańskiej scenie nie jest raczej kojarzone z girlsbandami - jest raczej domeną solistów i solistek, a i tu pomimo podobnych założeń, słychać różnice w samym brzmieniu. Ale to nawet nie ta oryginalność wydaje mi się decydująca, chodzi raczej o oryginalność "wewnętrzną".
2NE1 w swoim dorobku ma już całkiem szerokie spektrum nagrań od hip-hopu, poprzez reggae, R'n'B, silny elektroniczny pop, po bardzo emocjonalne ballady. I to wszystko słychać na nowej płycie gupy, jednak "Happy" jest jedynym nagraniem, które jako singiel wydaje się czymś nowym w repertuarze formacji, bo nawet "Come Back Home", które chwaliłem za innowacyjność, jest jednak swoistym zlepkiem tego, co grupa śpiewała do tej pory.
Jest to tym większym argumentem, kiedy weźmiemy pod uwagę, że piosenki najczęściej wymieniane jako te tytuły, które powinny zająć miejsce "Happy", to nagrania podobne do poprzednich hitów 2NE1. Tytułowe "Crush" to utwór nie tylko w założeniach, ale nawet w muzycznych inspiracjach niemal bliźniaczo podobny do "I Am The Best" (>>TUTAJ<<). Tak, moim zdaniem "Crush" jest lepsze od wspomnianego nagrania, chętnie zobaczyłbym teledysk do tej piosenki, ale media mogłyby z łatwością zarzucić grupie wtórność, gdyby tą piosenką promowała nowy album.
"Scream" to z kolei kawałek podobny pod wieloma względami do "Can't Nobody" - podobieństwo nie jest tu aż tak uderzające, ale tak czy inaczej jest to piosenka w stylu dotychczasowych singli 2NE1. Oczywiście tym łatwiej zrozumieć dlaczego "Crush" czy "Scream" jako single tak chętnie widzieliby fani grupy, ale oni mają dla siebie cały album, podczas gdy single to nie tylko muzyka, ale i marketing - a ten ma trafiać przede wszystkim do ludzi jeszcze niezdecydowanych na zakup albumu. Z podobnych względów odpadła zapewne potężna ballada "If I Were You", bo poprzedni singiel grupy - "Missing You" (>>TUTAJ<<) - też był balladą.
Zapewne zauważyliście, że nie wchodzę w detale pozostałych nagrań - na to wciąż jeszcze planuję poświęcić odrębny wpis, bo cały album "Crush" uważam za kawałek dobrego, ale przede wszystkim równego słuchania, choć nieco rozstrzelonego od względem reprezentowanych tam stylów. Natomiast podsumowując akapity spłodzone powyżej - "Happy" to bardzo pozytywne nagranie, świeży nabytek w galerii twórczości grupy i całkiem rozsądny wybór piosenki promującej album, choć może się to nie podobać fanom, którzy oczekiwali jakiejś powtórki z rozrywki.
poniedziałek, 10 marca 2014
2NE1 - Come Back Home
2NE1 to jedna z najbardziej znaczących formacji na koreańskim rynku, grupa której wielu wróży poważną karierę także na rynku amerykańskim. Jednak ostatnie lata nie były dla czwórki Koreanek szczególnie udane i dopiero zamykająca zeszły rok piękna ballada "Missing You" (>>TUTAJ<<) przełamała passę rozczarowań. Teraz 2NE1 powraca z pierwszym od czterech lat, a drugim w dorobku albumem studyjnym i dwoma singlami go promującymi i...
Jest więcej niż dobrze. Nie będę teraz wchodził w szczegóły pozostałych nagrań, na to znajdę jeszcze czas i miejsce, ale płyta trzyma wysoki poziom i warto zawiesić ucho nie tylko na dwóch utworach promujących kompakt poprzez teledyski. Dzisiaj jednak skoncentruję się na daniu głównym czyli piosence "Come Back Home" i towarzyszącemu jej klipowi.
I to by było na tyle jeśli idzie o wstęp. Jeśli jeszcze nie widzieliście tego teledysku, zalecam tryb pełnoekranowy i poduszkę pod opadającą szczękę.
Pół miliona USD - taka kwota przewijała się w mediach w kontekście tego klipu przed jego premierą. Dobre CGI kosztuje - tłumaczyło się YG Entertainment, a mnie brały obawy, bo koreańskie teledyski mają sporą tradycję kiepskich efektów komputerowych. Na szczęście pieniądze nie poszły w błoto. Panoramy futurystycznych miast - tak tego prawdziwego, jak i sztucznego - imponują rozmachem i klimatem. Dorobione cyfrowo detale, jak wszelkiego rodzaju wyświetlacze, są tak wiarygodne, że aż trudno dać wiarę w ich brak autentyczności. No i abstrakcyjne łączniki między światami, które znajdują właściwy balans między sztucznością obrazu i realizmem. Od strony technicznej ten klip imponuje.
Jednak cały urok klipu polega na tym, że komputerowe wodotryski nie są tutaj sednem sprawy, to tylko narzędzia mające uwiarygodnić przedstawianą wizję. A wizja ta jest nader ciekawa i przede wszystkim śmiała z racji natury medium jakim jest teledysk. Teledyski "o czymś" to mikry odsetek tego, co się globalnie produkuje, tymczasem tutaj mamy teledysk z treścią, formą, fabułą i na dodatek osadzony w realiach sci-fi. Jeżeli dodamy do tego pewne decyzje wizualne, żadne inne słowo nie pasuje do tego klipu bardziej niż właśnie "śmiały".
O co chodzi ze wspomnianymi "decyzjami wizualnymi"? O Retro-futuro, zabieg który najłatwiej zrozumieć oglądając "Brazil" Terry'ego Gilliama - wypełnianie futurystycznych przestrzeni zgodnie z trendami estetycznymi i technologicznymi już przeszłymi, nierzadko wręcz anachronicznymi, dla samego fantasty, tworzącymi podsorne uczucie sprzeczności u odbiorcy.
W teledysku 2NE1 ten aspekt może nie wybija się na pierwszy plan, ale jednak jest wszechobecny. Lodówka z czasów zimnej wojny. Kineskopowy telewizor z wypukłym ekranem, który w dodatku zdaje się wyświetlać zabarwione mono, a nie kolor. Samochód Minzy wyraźnie inspirowany początkami motoryzacji. Nawet cała ta tajemnicza aparatura to procesor i komputerowy wentylator przyczepione do woreczka z płynem. W sali z roślinami porozwieszane są zwykłe komputerowe płyty główne - w dobie miniaturyzacji, technologii mobilnych i ogólnego ukrywania sprzętowych bebechów przed przeciętnym użytkownikiem, widok raczej niepospolity.
Trzeba też wspomnieć, że tekst piosenki sam w sobie jest jedynie kolesjnym miłosnym nawoływaniem opuszczonej kobiety do obiektu swoich westchnień, jednak w połączeniu z obrazem zyskuje znacznie więcej wyrazu stając się dosyć uniwersalną opowieścią o tym jak ludzie zdołowani otaczającą ich szarzyzną uciekają w kolorowy, ale nieprawdziwy świat nałogów, i o ludziach, których w ten sposób pozostawiają osamotnionych w prawdziwym świecie, ale żeby nie było przesadnie dołująco, teledysk jest przede wszystkim o walce o te zagubione dusze.
W tym miejscu muszę jeszcze zaznaczyć, ze aktorstwo piosenkarek, przynajmniej w temacie mimiki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Można tego nie dostrzec, bo na klip patrzy się jednym tchem i wszystko w nim wydaje się tak naturalne, że aż nie zwraca uwagi - ale to właśnie jest najlepszym dowodem na to jak dobrze dziewczyny sobie poradziły. Za kazdym razem, kiedy któraś z nich przemuje kadr we władanie, jej twarz wyraża dokładnie to, czego oczekuje widz i to, czego wymaga od niej fabuła. Oczywiście można mówić o doświadczeniu scenicznym, ale jednak trzeba pamiętać, że to piosenkarki, a nie aktorki, więc warto docenić, co udało im się osiągnąć.
Zanim przejdę do piosenki, wspomnę jeszcze o strojach. 2NE1 jest znane także ze swoich awangardowych stylizacji, tym razem koncept jest nieco bardziej uliczny i zwyczajny - co przyznają same piosenkarki w wywiadzie dla 1theK (cały wywiad osadzę pod koniec tekstu), a jednak ma ten znak rozpoznawczy w postaci zdrowej mieszanki stylu i szaleństwa. Moda w ządnym razie nie jest moją pasją, ale te stroje przykuwają nawet moją uwagę i robią wielkie wrażenie. Szczególnie przypadła mi do gustu ponacinana kurtka Park Bom, którą nosi w scenie w laboratorium.
Co do piosenki, to zrobiła ona na mnie nie mniejsze wrażenie niż teledysk. Co prawda zostałem odarty z pełnego doświadczenia kombinacji utworu z obrazem, bo piosenkę przesłuchiwałem do znudzenia już kilka dni przed premierą teledysku., ale wyobrażam sobie, że odczucia są jeszcze silniejsze. Mimo to niczego nie żałuję, bo piosenka sama w sobie jest naprawdę warta uwagi.
Przede wszystkim - podobnie jak teledysk - jest śmiała już w swoich założeniach. "Come Back Home" to ballada, jeżeli ktoś mi nie wierzy, niech zajrzy na koniec płyty albo poszuka w internecie wersji akustycznej, czyli popartej instrumentalnym, bardziej stonowanym podkładem - w tym wydaniu kawałek można z łatwością postawić w jednym szeregu z choćby "Lonely". Jednak w wydaniu, które promuje album, i które słyszymy w teledysku, ta piosenka miesza wiele gatunków i pomysłów, które do ballady wydają się zupełnie nie pasować.
Zwrotki to mieszanka inspiracji reggae i hip-hopem, aranżacja kładzie duży nacisk na elektronikę i produkcję dźwięku, a kulminacją tych wszystkich nieprzystających do ballady zabiegów wydają się być łączniki, które w teledysku służą za fantastyczne przejścia między światami. To wszystko jest ciekawe, to wszystko jest odważne, ale żaden z wymienionych elementów, nie jest tym, który sprawia mi w tej piosence najwięcej frajdy, ani tym za który najbardziej podziwiam twórców nagrania.
Co zatem przykuło moją uwagę? Beat. Wsłuchajcie się uważnie w tę piosenkę, a zauważycie, że to ulegający ciągłym transformacjom i stopniowo nasilający się beat jest fundamentem, który nie tyle łączy ten projekt w całość, nawet nie tyle nadaje mu kształtu, co właściwie w całości decyduje o jego kształcie. A przy tym jest to beat nadspodziewanie zywy i bogaty jak na balladę.
Oczywiście przypisywanie wszystkich zasług samej sekcji rytmicznej byłoby przesadą - "Come Back Home" to kompozycja udana pod wieloma względami - z bogatymi, melodyjnymi i zapadającymi w pamięć wokalami na pierwszym planie. Co równie ważne, jest to kompozycja bardzo spójna, można śmiało dodać, że nadspodziewanie, bo przecież cały czas kroczy ścieżkami nijak nie przystającymi do uartych, mainstreamowych szlaków. A jednak nie błądzi i za to wielkie brawa.
Oryginalny, atrakcyjny wizualnie, świetnie zrealizowany teledysk z treścią, który nie próbuje przypodobać się widzom tanimi chwytami i świeża, odchodząca od schematów i mieszająca style piosenka, która zdaje się całkiem nie przejmować mainstreamowymi konwencjami, przy okazji brzmiąc niezwykle przebojowo i zwyczajnie przyjemnie dla ucha. Czego chcieć więcej? Cóż, mam kilka pomysłów, ale nie ośmielę się o nich napisać więcej jak to, że na płycie jest jeszcze kilka może nie aż tak zaskakujących, ale porównywalnie dobrych piosenek. Do tematu na pewno wkrótce wrócę, tymczasem na zakończenie obiecany wywiad, trzeba włączyć napisy.
Jest więcej niż dobrze. Nie będę teraz wchodził w szczegóły pozostałych nagrań, na to znajdę jeszcze czas i miejsce, ale płyta trzyma wysoki poziom i warto zawiesić ucho nie tylko na dwóch utworach promujących kompakt poprzez teledyski. Dzisiaj jednak skoncentruję się na daniu głównym czyli piosence "Come Back Home" i towarzyszącemu jej klipowi.
I to by było na tyle jeśli idzie o wstęp. Jeśli jeszcze nie widzieliście tego teledysku, zalecam tryb pełnoekranowy i poduszkę pod opadającą szczękę.
Pół miliona USD - taka kwota przewijała się w mediach w kontekście tego klipu przed jego premierą. Dobre CGI kosztuje - tłumaczyło się YG Entertainment, a mnie brały obawy, bo koreańskie teledyski mają sporą tradycję kiepskich efektów komputerowych. Na szczęście pieniądze nie poszły w błoto. Panoramy futurystycznych miast - tak tego prawdziwego, jak i sztucznego - imponują rozmachem i klimatem. Dorobione cyfrowo detale, jak wszelkiego rodzaju wyświetlacze, są tak wiarygodne, że aż trudno dać wiarę w ich brak autentyczności. No i abstrakcyjne łączniki między światami, które znajdują właściwy balans między sztucznością obrazu i realizmem. Od strony technicznej ten klip imponuje.
Jednak cały urok klipu polega na tym, że komputerowe wodotryski nie są tutaj sednem sprawy, to tylko narzędzia mające uwiarygodnić przedstawianą wizję. A wizja ta jest nader ciekawa i przede wszystkim śmiała z racji natury medium jakim jest teledysk. Teledyski "o czymś" to mikry odsetek tego, co się globalnie produkuje, tymczasem tutaj mamy teledysk z treścią, formą, fabułą i na dodatek osadzony w realiach sci-fi. Jeżeli dodamy do tego pewne decyzje wizualne, żadne inne słowo nie pasuje do tego klipu bardziej niż właśnie "śmiały".
O co chodzi ze wspomnianymi "decyzjami wizualnymi"? O Retro-futuro, zabieg który najłatwiej zrozumieć oglądając "Brazil" Terry'ego Gilliama - wypełnianie futurystycznych przestrzeni zgodnie z trendami estetycznymi i technologicznymi już przeszłymi, nierzadko wręcz anachronicznymi, dla samego fantasty, tworzącymi podsorne uczucie sprzeczności u odbiorcy.
W teledysku 2NE1 ten aspekt może nie wybija się na pierwszy plan, ale jednak jest wszechobecny. Lodówka z czasów zimnej wojny. Kineskopowy telewizor z wypukłym ekranem, który w dodatku zdaje się wyświetlać zabarwione mono, a nie kolor. Samochód Minzy wyraźnie inspirowany początkami motoryzacji. Nawet cała ta tajemnicza aparatura to procesor i komputerowy wentylator przyczepione do woreczka z płynem. W sali z roślinami porozwieszane są zwykłe komputerowe płyty główne - w dobie miniaturyzacji, technologii mobilnych i ogólnego ukrywania sprzętowych bebechów przed przeciętnym użytkownikiem, widok raczej niepospolity.
Trzeba też wspomnieć, że tekst piosenki sam w sobie jest jedynie kolesjnym miłosnym nawoływaniem opuszczonej kobiety do obiektu swoich westchnień, jednak w połączeniu z obrazem zyskuje znacznie więcej wyrazu stając się dosyć uniwersalną opowieścią o tym jak ludzie zdołowani otaczającą ich szarzyzną uciekają w kolorowy, ale nieprawdziwy świat nałogów, i o ludziach, których w ten sposób pozostawiają osamotnionych w prawdziwym świecie, ale żeby nie było przesadnie dołująco, teledysk jest przede wszystkim o walce o te zagubione dusze.
W tym miejscu muszę jeszcze zaznaczyć, ze aktorstwo piosenkarek, przynajmniej w temacie mimiki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Można tego nie dostrzec, bo na klip patrzy się jednym tchem i wszystko w nim wydaje się tak naturalne, że aż nie zwraca uwagi - ale to właśnie jest najlepszym dowodem na to jak dobrze dziewczyny sobie poradziły. Za kazdym razem, kiedy któraś z nich przemuje kadr we władanie, jej twarz wyraża dokładnie to, czego oczekuje widz i to, czego wymaga od niej fabuła. Oczywiście można mówić o doświadczeniu scenicznym, ale jednak trzeba pamiętać, że to piosenkarki, a nie aktorki, więc warto docenić, co udało im się osiągnąć.
Zanim przejdę do piosenki, wspomnę jeszcze o strojach. 2NE1 jest znane także ze swoich awangardowych stylizacji, tym razem koncept jest nieco bardziej uliczny i zwyczajny - co przyznają same piosenkarki w wywiadzie dla 1theK (cały wywiad osadzę pod koniec tekstu), a jednak ma ten znak rozpoznawczy w postaci zdrowej mieszanki stylu i szaleństwa. Moda w ządnym razie nie jest moją pasją, ale te stroje przykuwają nawet moją uwagę i robią wielkie wrażenie. Szczególnie przypadła mi do gustu ponacinana kurtka Park Bom, którą nosi w scenie w laboratorium.
Co do piosenki, to zrobiła ona na mnie nie mniejsze wrażenie niż teledysk. Co prawda zostałem odarty z pełnego doświadczenia kombinacji utworu z obrazem, bo piosenkę przesłuchiwałem do znudzenia już kilka dni przed premierą teledysku., ale wyobrażam sobie, że odczucia są jeszcze silniejsze. Mimo to niczego nie żałuję, bo piosenka sama w sobie jest naprawdę warta uwagi.
Przede wszystkim - podobnie jak teledysk - jest śmiała już w swoich założeniach. "Come Back Home" to ballada, jeżeli ktoś mi nie wierzy, niech zajrzy na koniec płyty albo poszuka w internecie wersji akustycznej, czyli popartej instrumentalnym, bardziej stonowanym podkładem - w tym wydaniu kawałek można z łatwością postawić w jednym szeregu z choćby "Lonely". Jednak w wydaniu, które promuje album, i które słyszymy w teledysku, ta piosenka miesza wiele gatunków i pomysłów, które do ballady wydają się zupełnie nie pasować.
Zwrotki to mieszanka inspiracji reggae i hip-hopem, aranżacja kładzie duży nacisk na elektronikę i produkcję dźwięku, a kulminacją tych wszystkich nieprzystających do ballady zabiegów wydają się być łączniki, które w teledysku służą za fantastyczne przejścia między światami. To wszystko jest ciekawe, to wszystko jest odważne, ale żaden z wymienionych elementów, nie jest tym, który sprawia mi w tej piosence najwięcej frajdy, ani tym za który najbardziej podziwiam twórców nagrania.
Co zatem przykuło moją uwagę? Beat. Wsłuchajcie się uważnie w tę piosenkę, a zauważycie, że to ulegający ciągłym transformacjom i stopniowo nasilający się beat jest fundamentem, który nie tyle łączy ten projekt w całość, nawet nie tyle nadaje mu kształtu, co właściwie w całości decyduje o jego kształcie. A przy tym jest to beat nadspodziewanie zywy i bogaty jak na balladę.
Oczywiście przypisywanie wszystkich zasług samej sekcji rytmicznej byłoby przesadą - "Come Back Home" to kompozycja udana pod wieloma względami - z bogatymi, melodyjnymi i zapadającymi w pamięć wokalami na pierwszym planie. Co równie ważne, jest to kompozycja bardzo spójna, można śmiało dodać, że nadspodziewanie, bo przecież cały czas kroczy ścieżkami nijak nie przystającymi do uartych, mainstreamowych szlaków. A jednak nie błądzi i za to wielkie brawa.
Oryginalny, atrakcyjny wizualnie, świetnie zrealizowany teledysk z treścią, który nie próbuje przypodobać się widzom tanimi chwytami i świeża, odchodząca od schematów i mieszająca style piosenka, która zdaje się całkiem nie przejmować mainstreamowymi konwencjami, przy okazji brzmiąc niezwykle przebojowo i zwyczajnie przyjemnie dla ucha. Czego chcieć więcej? Cóż, mam kilka pomysłów, ale nie ośmielę się o nich napisać więcej jak to, że na płycie jest jeszcze kilka może nie aż tak zaskakujących, ale porównywalnie dobrych piosenek. Do tematu na pewno wkrótce wrócę, tymczasem na zakończenie obiecany wywiad, trzeba włączyć napisy.
niedziela, 24 listopada 2013
2NE1 - 그리워해요 / Missing You
YG Entertainment nie zwalnia tempa. W ostatnim czasie bombardowało rynek udanymi piosenkami i pomysłowymi teledyskami członków Big Bang. G-Dragon nagrał sympatyczny klip do bodaj największego hitu ze swojego nowego albumu - "Who You?" (>>TUTAJ<<), Taeyang zaprezentował efektowną choreografię do "Ringa Linga" (>>TUTAJ<<) - swoją drogą kawałek wgryzł mi się w głowę bardziej niż bym się tego spodziewał. Jednak wszystko przyćmił T.O.P swoim niebywale stylowym i oryginalnym "DOOM DADA" (>>TUTAJ<<).
Teraz przyszła najwyższa pora na żeńską superformację stajni YG - 2NE1. Trzeba przyznać, że wytwórnia nie obchodziła się z nimi najlepiej w ostatnim czasie. Najpierw przez rok przesuwano datę premiery kolejnych singli (normalnie koreański Blizzard), a potem jeszcze trzeba się było drapać w głowę ze zdziwienia. YG słynie z dobrych klipów, 2NE1 to koreańskie ikony stylu, tymczasem klipy do "Falling In Love" (>>TUTAJ<<) i "Do You Love Me" (>>TUTAJ<<) były zwyczajnie tanie - nakręcone po kosztach. Szczególnie ten pierwszy, z morzem namalowanym na ścianie, rozmytym poprzez ustawienie głębi ostrości kamery.
Muzycznie nagrania też nie powalały, w dorobku tak poważnej formacji to epizody niegodne większej wzmianki. Aż dziwne wydaje się, że po tak długim oczekiwaniu YG Ent. w ogóle zdecydowało się wypuścić te piosenki jako single. Oczywiście - jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Wyposzczeni fani łykną wszystko, a dzięki zwłoce piosenki przynajmniej wstrzeliły się w letni sezon. Jeżeli dodamy do tego solowy debiut CL z piosenką "The Baddest Female" (>>TUTAJ<<), który okazał się jedynie klonem zeszłorocznego hitu G-Dragona "One Of A Kind", to trzeba powiedzieć wprost, że 2NE1 w ostatnim czasie było zwyczajnie zaniedbywane.
A tak naprawdę na tym nie koniec. YG Entertainment pierwotnie obiecywało cztery nowe piosenki formacji w tym roku, wydawane w comiesięcznych odstępach. "Missing You" to dopiero trzecie nagranie, a od poprzedniej premiery minęły grubo ponad trzy miesiące. Ale kiedy dziewczyny przed kilkoma dniami zapowiedziały powrót, stwierdziłem - Pal licho terminowość, jeżeli tylko dostanę coś lepszego niż ostatnio, będę zadowolony.
Dostałem.
Jestem w stanie przyznać rację wytwórni w tym względzie - ta piosenka jest tak pięknie zimowa, że wypuszczenie jej z żółtymi, albo co gorsza zielonymi, liśćmi na drzewach, byłoby zwyczajną zbrodnią. Co prawda w pierwszej chwili znów poczułem się rozczarowany, bo po intrze, które robiło także za teaser nagrania, liczyłem na coś ciutek żywszego i w nieco innym klimacie. Ale to tak naprawdę zarzut jedynie pod adresem marketingu, bo sama piosenka zdecydowanie aspiruje do miana jednej z najbardziej nastrojowych w tym roku.
Zacznę może właśnie od utworu, który z jednej strony jest dosyć prosty - w tym sensie, że nie składa się ze zbyt wielu elementów. Ale jednocześnie muzycznie jest niezwykle treściwy dzięki olbrzymiemu (jak na pop) naciskowi położonemu na dynamikę dźwięku. Podkład w zwrotkach to jedno długie crescendo zakończone refrenem zagranym fortissimo, przy czym mam wrażenie, że sam finał piosenki jest grany już tylko forte i dodatkowo wygładzony poprzez dziewczyny śpiewające unisono.
Bardzo podoba mi się dobór instrumentów. Fortepian wydaje się tu bardzo naturalnym wyborem, bo pozwala zapełnić brzmienie nie posilając się zbyt dużą ilością wsparcia, ale także pozostać cały czas bardzo ekspresyjnym. Podobnie podoba mi się gitara, która z początku dostarcza ciekawego, dźwięku na pograniczu basu, a w refrenie przeradza się w charakterystyczne metaliczne szarpanie. Tak naprawdę gitara pełni tu rolę sekcji rytmicznej, więc żadnych ozdobników nie trzeba od niej wymagać.
Ta mała liczba dźwiękowych wątków powoduje, że nic nie tylko nie przykrywa wokali dziewczyn, ale nawet nie próbuje się przez nie przebić, wszystko, co im przygrywa, stanowi jedynie uzupełnienie ich brzmienia - to jeden z tych utworów, który prawdopodobnie bardzo dobrze brzmiałby a capella. Wokale są w tej kompozycji na pierwszym planie, nie tylko odzwierciedlają założenia co do dynamiki utworu, ale także to one prowadzą melodię. No i trzeba przyznać, że wokalistki potrafią też popisać się tutaj swoimi barwami.
Podoba mi się też tekst piosenki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Tematycznie nie jest szczególnie oryginalnie, jednak sam tekst jest nie tylko zgrabnie napisany, ale także bardzo adekwatny do towarzyszącej mu w danej chwili muzyki. To powoduje, że piosenkę z tekstem przed nosem odbiera się jeszcze lepiej.
Ale i tak moją ulubioną częścią tego projektu jest teledysk. Na dobrą sprawę, mogliby z niego wyciąć cały ten śnieg - i tak krzyczałby "ZIMA", a od ekranu biłoby lodowatym wiatrem. Sednem jest przepiękne oświetlenie naśladujące zimową szarugę. To jak miękkie szare światło rozprowadza się po postaciach i scenografii jest po prostu urzekające w swojej prostocie. Moim zdecydowanym faworytem jest scena z CL w niebieskim, futrzastym wdzianku. Jakby mało było tam obrazowego chłodu w postaci kolorów, w postaci światła, w postaci pustych przestrzeni i mebli przykrytych białymi płótnami, to jeszcze zadbano by na wokalistkę skierować delikatne, bardzo naturalne podmuchy wiatru, jakby powodowane przeciągiem z otwartego okna.
Następnym wielkim atutem obrazu jest praca kamery. Coś na co często nie zwraca się uwagi, ale jest niezwykle istotne. W tym teledysku, chyba wszystkie statyczne ujęcia są strzelone z ręki, tak by dodać kamerze troszeczkę ruchu, troszeczkę ciepła i intymności, która z jednej strony nieco zrównoważy chłód samego obrazu, z drugiej podkreśli przyziemny, osobisty nastrój nagrania. Gdyby ten sam klip nakręcić ze statywu, byłby nieporównanie brzydszy, wyglądałby jak bezduszna sesja zdjęciowa.
To chyba dobry moment, by wspomnieć o stylizacjach samych dziewczyn. W znakomitej większości trafiają w punkt. Nawet jeżeli mnie osobiście jedna czy dwie kompozycje ubioru i makijażu mogą się nie podobać - wydawać nieatrakcyjne, to każda ma swoje miejsce w tym obrazie, wpisuje się w klimat chłodu, ale także kolorystycznie odcina się na tle szarego tła.
Choć się tego nie spodziewałem, jestem nawet w stanie pogodzić się z mimo wszystko nieuzasadnioną nagością CL. Niedawno >>TUTAJ<< rozwodziłem się na temat nagości i tego, że w popowych teledyskach raczej mi się ona nie podoba. To co przekonuje mnie w tym wypadku to nie to, że można znaleźć jakieś chwiejne uzasadnienie w treści czy wydźwięku piosenki i teledysku. Mnie przekonuje to, że ta krótka rozbierana scena jest po prostu wykonana z dużym wyczuciem smaku. Pomimo tego, że wiem, że koniec końców wytwórni chodzi o krzyknięcie - Hej! Patrzcie! Goła CL! - to ja oglądając teledysk po prostu tak tego nie odbieram.
Coś jeszcze? A, miło znowu zobaczyć jakiś samochód nie wyciągnięty z salonu dilera. No i spodobał mi się wzór na posadzce (XXI - nazwę grupy czyta się "twen(t)y one"). O właśnie, byłbym zapomniał. Zapowiadając tę piosenkę, dziewczyny odegrały dziwną, zupełnie wyreżyserowaną konferencję prasową, którą możecie obejrzeć poniżej. Obwieszczono na niej przyszłoroczną, światową trasę koncertową, która póki co przewiduje jedynie miasta w Azji, ale tak z "konferencji", jak i z notek w mediach, wynika, że zawitają także na inne kontynenty. Prawdopodobnie wytwórnia jest w trakcie dogrywania szczegółów - ma jeszcze trochę czasu, bo trasa rusza w marcu.
Idąc tym tropem, bardziej zainteresowały mnie tematy poruszone na tej "konferencji" całkiem bez powodu. Czyżby YG dawało do zrozumienia - między wierszami - że to też ma w planach? O co konkretnie idzie? O solowe wydawnictwa Minzy i Park Bom a także nowy album 2NE1, który miałby ukazać się przed ruszeniem w trasę. Gdybym był na miejscu YG Ent., gdybym tyle razy nie dotrzymał terminów związanych z nagraniami 2NE1, to właśnie w taki, niejednoznaczny sposób zapowiadałbym wydawnictwa, żeby w razie czego nie nadziać się na noże rozwścieczonych fanów.
Co do samej piosenki, to widzę w niej murowany hit, choć o pierwsze miejsca na listach przebojów może być trudno. Oprócz kolegów z YG Entertainment, o których wspominałem na początku tekstu, jest też Davichi ze swoim "The Letter" (>>TUTAJ<<) no i w przyszłym tygodniu solo zadebiutuje Hyorin z Sistar. Szkoda, bo akurat z tym nagraniem dziewczyny zasłużyły na sukces, ale z drugiej strony chyba nie wypada ich przedwcześnie skreślać
Teraz przyszła najwyższa pora na żeńską superformację stajni YG - 2NE1. Trzeba przyznać, że wytwórnia nie obchodziła się z nimi najlepiej w ostatnim czasie. Najpierw przez rok przesuwano datę premiery kolejnych singli (normalnie koreański Blizzard), a potem jeszcze trzeba się było drapać w głowę ze zdziwienia. YG słynie z dobrych klipów, 2NE1 to koreańskie ikony stylu, tymczasem klipy do "Falling In Love" (>>TUTAJ<<) i "Do You Love Me" (>>TUTAJ<<) były zwyczajnie tanie - nakręcone po kosztach. Szczególnie ten pierwszy, z morzem namalowanym na ścianie, rozmytym poprzez ustawienie głębi ostrości kamery.
Muzycznie nagrania też nie powalały, w dorobku tak poważnej formacji to epizody niegodne większej wzmianki. Aż dziwne wydaje się, że po tak długim oczekiwaniu YG Ent. w ogóle zdecydowało się wypuścić te piosenki jako single. Oczywiście - jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Wyposzczeni fani łykną wszystko, a dzięki zwłoce piosenki przynajmniej wstrzeliły się w letni sezon. Jeżeli dodamy do tego solowy debiut CL z piosenką "The Baddest Female" (>>TUTAJ<<), który okazał się jedynie klonem zeszłorocznego hitu G-Dragona "One Of A Kind", to trzeba powiedzieć wprost, że 2NE1 w ostatnim czasie było zwyczajnie zaniedbywane.
A tak naprawdę na tym nie koniec. YG Entertainment pierwotnie obiecywało cztery nowe piosenki formacji w tym roku, wydawane w comiesięcznych odstępach. "Missing You" to dopiero trzecie nagranie, a od poprzedniej premiery minęły grubo ponad trzy miesiące. Ale kiedy dziewczyny przed kilkoma dniami zapowiedziały powrót, stwierdziłem - Pal licho terminowość, jeżeli tylko dostanę coś lepszego niż ostatnio, będę zadowolony.
Dostałem.
Jestem w stanie przyznać rację wytwórni w tym względzie - ta piosenka jest tak pięknie zimowa, że wypuszczenie jej z żółtymi, albo co gorsza zielonymi, liśćmi na drzewach, byłoby zwyczajną zbrodnią. Co prawda w pierwszej chwili znów poczułem się rozczarowany, bo po intrze, które robiło także za teaser nagrania, liczyłem na coś ciutek żywszego i w nieco innym klimacie. Ale to tak naprawdę zarzut jedynie pod adresem marketingu, bo sama piosenka zdecydowanie aspiruje do miana jednej z najbardziej nastrojowych w tym roku.
Zacznę może właśnie od utworu, który z jednej strony jest dosyć prosty - w tym sensie, że nie składa się ze zbyt wielu elementów. Ale jednocześnie muzycznie jest niezwykle treściwy dzięki olbrzymiemu (jak na pop) naciskowi położonemu na dynamikę dźwięku. Podkład w zwrotkach to jedno długie crescendo zakończone refrenem zagranym fortissimo, przy czym mam wrażenie, że sam finał piosenki jest grany już tylko forte i dodatkowo wygładzony poprzez dziewczyny śpiewające unisono.
Bardzo podoba mi się dobór instrumentów. Fortepian wydaje się tu bardzo naturalnym wyborem, bo pozwala zapełnić brzmienie nie posilając się zbyt dużą ilością wsparcia, ale także pozostać cały czas bardzo ekspresyjnym. Podobnie podoba mi się gitara, która z początku dostarcza ciekawego, dźwięku na pograniczu basu, a w refrenie przeradza się w charakterystyczne metaliczne szarpanie. Tak naprawdę gitara pełni tu rolę sekcji rytmicznej, więc żadnych ozdobników nie trzeba od niej wymagać.
Ta mała liczba dźwiękowych wątków powoduje, że nic nie tylko nie przykrywa wokali dziewczyn, ale nawet nie próbuje się przez nie przebić, wszystko, co im przygrywa, stanowi jedynie uzupełnienie ich brzmienia - to jeden z tych utworów, który prawdopodobnie bardzo dobrze brzmiałby a capella. Wokale są w tej kompozycji na pierwszym planie, nie tylko odzwierciedlają założenia co do dynamiki utworu, ale także to one prowadzą melodię. No i trzeba przyznać, że wokalistki potrafią też popisać się tutaj swoimi barwami.
Podoba mi się też tekst piosenki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Tematycznie nie jest szczególnie oryginalnie, jednak sam tekst jest nie tylko zgrabnie napisany, ale także bardzo adekwatny do towarzyszącej mu w danej chwili muzyki. To powoduje, że piosenkę z tekstem przed nosem odbiera się jeszcze lepiej.
Ale i tak moją ulubioną częścią tego projektu jest teledysk. Na dobrą sprawę, mogliby z niego wyciąć cały ten śnieg - i tak krzyczałby "ZIMA", a od ekranu biłoby lodowatym wiatrem. Sednem jest przepiękne oświetlenie naśladujące zimową szarugę. To jak miękkie szare światło rozprowadza się po postaciach i scenografii jest po prostu urzekające w swojej prostocie. Moim zdecydowanym faworytem jest scena z CL w niebieskim, futrzastym wdzianku. Jakby mało było tam obrazowego chłodu w postaci kolorów, w postaci światła, w postaci pustych przestrzeni i mebli przykrytych białymi płótnami, to jeszcze zadbano by na wokalistkę skierować delikatne, bardzo naturalne podmuchy wiatru, jakby powodowane przeciągiem z otwartego okna.
Następnym wielkim atutem obrazu jest praca kamery. Coś na co często nie zwraca się uwagi, ale jest niezwykle istotne. W tym teledysku, chyba wszystkie statyczne ujęcia są strzelone z ręki, tak by dodać kamerze troszeczkę ruchu, troszeczkę ciepła i intymności, która z jednej strony nieco zrównoważy chłód samego obrazu, z drugiej podkreśli przyziemny, osobisty nastrój nagrania. Gdyby ten sam klip nakręcić ze statywu, byłby nieporównanie brzydszy, wyglądałby jak bezduszna sesja zdjęciowa.
To chyba dobry moment, by wspomnieć o stylizacjach samych dziewczyn. W znakomitej większości trafiają w punkt. Nawet jeżeli mnie osobiście jedna czy dwie kompozycje ubioru i makijażu mogą się nie podobać - wydawać nieatrakcyjne, to każda ma swoje miejsce w tym obrazie, wpisuje się w klimat chłodu, ale także kolorystycznie odcina się na tle szarego tła.
Choć się tego nie spodziewałem, jestem nawet w stanie pogodzić się z mimo wszystko nieuzasadnioną nagością CL. Niedawno >>TUTAJ<< rozwodziłem się na temat nagości i tego, że w popowych teledyskach raczej mi się ona nie podoba. To co przekonuje mnie w tym wypadku to nie to, że można znaleźć jakieś chwiejne uzasadnienie w treści czy wydźwięku piosenki i teledysku. Mnie przekonuje to, że ta krótka rozbierana scena jest po prostu wykonana z dużym wyczuciem smaku. Pomimo tego, że wiem, że koniec końców wytwórni chodzi o krzyknięcie - Hej! Patrzcie! Goła CL! - to ja oglądając teledysk po prostu tak tego nie odbieram.
Coś jeszcze? A, miło znowu zobaczyć jakiś samochód nie wyciągnięty z salonu dilera. No i spodobał mi się wzór na posadzce (XXI - nazwę grupy czyta się "twen(t)y one"). O właśnie, byłbym zapomniał. Zapowiadając tę piosenkę, dziewczyny odegrały dziwną, zupełnie wyreżyserowaną konferencję prasową, którą możecie obejrzeć poniżej. Obwieszczono na niej przyszłoroczną, światową trasę koncertową, która póki co przewiduje jedynie miasta w Azji, ale tak z "konferencji", jak i z notek w mediach, wynika, że zawitają także na inne kontynenty. Prawdopodobnie wytwórnia jest w trakcie dogrywania szczegółów - ma jeszcze trochę czasu, bo trasa rusza w marcu.
Idąc tym tropem, bardziej zainteresowały mnie tematy poruszone na tej "konferencji" całkiem bez powodu. Czyżby YG dawało do zrozumienia - między wierszami - że to też ma w planach? O co konkretnie idzie? O solowe wydawnictwa Minzy i Park Bom a także nowy album 2NE1, który miałby ukazać się przed ruszeniem w trasę. Gdybym był na miejscu YG Ent., gdybym tyle razy nie dotrzymał terminów związanych z nagraniami 2NE1, to właśnie w taki, niejednoznaczny sposób zapowiadałbym wydawnictwa, żeby w razie czego nie nadziać się na noże rozwścieczonych fanów.
Co do samej piosenki, to widzę w niej murowany hit, choć o pierwsze miejsca na listach przebojów może być trudno. Oprócz kolegów z YG Entertainment, o których wspominałem na początku tekstu, jest też Davichi ze swoim "The Letter" (>>TUTAJ<<) no i w przyszłym tygodniu solo zadebiutuje Hyorin z Sistar. Szkoda, bo akurat z tym nagraniem dziewczyny zasłużyły na sukces, ale z drugiej strony chyba nie wypada ich przedwcześnie skreślać
niedziela, 11 sierpnia 2013
2NE1 - Do You Love Me
Niewiarygodne! YG Entertainment dotrzymało obietnicy. W odstępie miesiąca ukazuje się już druga piosenka 2NE1. Aż zaczynam wierzyć, że wytrwają w swoim postanowieniu do końca i wypuszczą wszystkie cztery nowe nagrania.
Niesłowność YG w kwestii terminów jest już tak rozsławiona, że sama wytwórnia postanowiła zagrać tą kartą i dodatkowo rozgrzać fanów. Na początku miesiąca wytwórnia potwierdziła, że wyda drugą piosenkę 2NE1 zgodnie z planem. Sam utwór miał być już gotowy (też mi rewelacja, podobno wszystkie cztery są gotowe już od zeszłego roku), ale miał pojawić się problem z teledyskiem. Jednak śpijcie spokojnie fani 2NE1 - YG Entertainment znalazło wyjście z sytuacji. Pozwoliło nakręcić klip samym dziewczynom z 2NE1 przy użyciu telefonów komórkowych i amatorskich kamer... Ta, jasne.
Choć muszę oddać ludziom z YG, że wzbudzili mój niepokój. Nie dość, że po słabym teledysku do "Falling In Love" (>>TUTAJ<<) i słabym teledysku do solowego debiutu CL "The Baddest Female" (>>TUTAJ<<), nie darzę ich już aż tak dużym zaufaniem, to jeszcze wypuścili koszmarny, koszmarny teaser do najnowszego klipu.
Widzę do czego zmierzali... Ale poważnie? Sedes? Drugi teaser był utrzymany w podobnej konwencji, tylko już nie dział się w łazience, więc wypadło to ciutek lepiej. Ale YG odczuwało niedosyt w kwestii drażnienia fanów, więc na teledysk kazało chwilę poczekać, najpierw publikując zakulisowe nagranie choreografii. Ale ja się już drażnił nie będę, układ taneczny wrzucę gdzieś niżej, a teraz już teledysk.
Spodziewałem się czegoś znacznie gorszego. Oczywiście widać, że większość ujęć kręconych było ręką profesjonalisty, że z całą pewnością montowali to profesjonaliści, i że przynajmniej do części zdjęć użyto profesjonalnego sprzętu i tylko zastosowano filtry celowo obniżające jakość nagrania. A jednak teledysk ma ten zakulisowo-amatorski klimat, o który chodziło twórcom, jednocześnie unikając tandety weselno-klubowych, wspominkowych paradokumentów.
Co równie ważne, tak spreparowany obraz świetnie wpasowuje się w muzyczny nastrój tego nagrania. Jest żywiołowo, imprezowo i niezobowiązująco. Tak klip, jak i piosenka, kojarzą się z wakacyjnymi imprezami, ale już na tym wyższym stadium rozwoju, choć jeszcze nie tym finalnym. Bardzo przyjemna atmosfera, miło się tego słucha, a i teledysk zadziwiająco nie nudzi i nie męczy.
W piosence podoba mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim żyjący podkład, który pod spodem jest dostatecznie monotonny, aby wkręcić się w głowę, ale po wierzchu dość zmienny, by nie zanudzić słuchacza na śmierć. Ponadto podział partii wokalnych jest całkiem udany. Dara ma tym razem całkiem sporo miejsca dla siebie i jej głos pasuje do tego utworu, a koleżanki dzielą się resztą mniej więcej po równo.
Jednak dla mnie największym sukcesem jest chyba to, że Park Bom dostała coś poza refrenem - konkretniej most do niego prowadzący. To pozwala jej choć trochę pokazać swoje walory głosowe, a jest ona chyba najlepszym wokalem tej formacji i jednym z ciekawszych na rynku. Miło też usłyszeć CL znów robiącą coś zauważalnego i nie będącego rapem.
A jednak nie mogę przekonać się do tego nagrania. Piosenka mi się podoba, ale nic więcej. Przy całej swojej przebojowej otoczce, przy całym tym profesjonalnym wykonaniu, przy kilku sympatycznych muzycznych smaczkach i przy całej sympatii, którą żywię do 2NE1 - nie potrafię zobaczyć w tym nagraniu przeboju, którego wszyscy oczekiwali.
Gdyby ta piosenka wylądowała na albumie, byłaby tylko b-sidem. Bardzo dobrym b-sidem, chętnie odtwarzanym b-sidem, ale niczym więcej. I chyba do tego sprowadza się mój problem - ta piosenka wraz z tym teledyskiem pachnie bonusem dla fanów, dodatkiem do czegoś większego. Ale nie jest dodatkiem, jest daniem głównym - pełnoprawnym singlem - w dodatku rzuconym przed wyposzczoną publikę, która ma duże oczekiwania. To, co umieściłem powyżej - jakkolwiek udane - nie spełnia tych oczekiwań, przynajmniej w moim wypadku.
Ja po prostu nie widzę tutaj tego stempla jakości - gwarancji oryginalności, którą do tej pory było 2NE1. Bo jeżeli jeszcze na koreańskim rynku ta piosenka odcina się na tle konkurencji swoim zachodnim podejściem, to patrząc globalnie takich nagrań jest na kopy. A przecież 2NE1 ma ambicje bycia formacją rozpoznawalną globalnie. Jeżeli chce być rozpoznawalna, to musi robić rzeczy rozpoznwalne, a nie papkę podobną do tysięcy innych piosenek i teledysków.
Pozostaje jeszcze kwestia układu tanecznego, który zawsze jest ważnym elementem k-popowych występów. W klipie w ogóle go nie widzimy, ale jak już wspomniałem, YG Entertainment opublikowało specjalne nagranie jeszcze przed premierą teledysku.
Fajna, żróżnicowana rzecz, ale chyba jednak ciutek zbytnio rozstrzelona stylowo. Niektóre z luźniejszych ruchów, czy choćby ta "ciuchcia", zestawione ze znacznie poważniejszymi, energicznymi wymachami, czy tym, co robią dodatkowe tancerki - wypada trochę głupkowato.
Właśnie, warto zwrócić uwagę na tancerki. O dziewczynach mało się mówi, a przecież zasługują na kilka słów uznania. Już od jakiegoś czasu wykonują rewelacyjną robotę podczas występów i w teledyskach gwiazd ze stajni YG Entertainment. Były już w "Gangnam Style" PSY'a, były też w jego "Gentlemanie" (>>TUTAJ<<). Były u Lee Hi w jej debiutanckim "1, 2, 3, 4" (>>TUTAJ<<) i w wielu, wielu innych choreografiach tej wytwórni.
A na zakończenie, dla ciekawych, wrzucę jeszcze drugi teaser teledysku.
Niesłowność YG w kwestii terminów jest już tak rozsławiona, że sama wytwórnia postanowiła zagrać tą kartą i dodatkowo rozgrzać fanów. Na początku miesiąca wytwórnia potwierdziła, że wyda drugą piosenkę 2NE1 zgodnie z planem. Sam utwór miał być już gotowy (też mi rewelacja, podobno wszystkie cztery są gotowe już od zeszłego roku), ale miał pojawić się problem z teledyskiem. Jednak śpijcie spokojnie fani 2NE1 - YG Entertainment znalazło wyjście z sytuacji. Pozwoliło nakręcić klip samym dziewczynom z 2NE1 przy użyciu telefonów komórkowych i amatorskich kamer... Ta, jasne.
Choć muszę oddać ludziom z YG, że wzbudzili mój niepokój. Nie dość, że po słabym teledysku do "Falling In Love" (>>TUTAJ<<) i słabym teledysku do solowego debiutu CL "The Baddest Female" (>>TUTAJ<<), nie darzę ich już aż tak dużym zaufaniem, to jeszcze wypuścili koszmarny, koszmarny teaser do najnowszego klipu.
Widzę do czego zmierzali... Ale poważnie? Sedes? Drugi teaser był utrzymany w podobnej konwencji, tylko już nie dział się w łazience, więc wypadło to ciutek lepiej. Ale YG odczuwało niedosyt w kwestii drażnienia fanów, więc na teledysk kazało chwilę poczekać, najpierw publikując zakulisowe nagranie choreografii. Ale ja się już drażnił nie będę, układ taneczny wrzucę gdzieś niżej, a teraz już teledysk.
Spodziewałem się czegoś znacznie gorszego. Oczywiście widać, że większość ujęć kręconych było ręką profesjonalisty, że z całą pewnością montowali to profesjonaliści, i że przynajmniej do części zdjęć użyto profesjonalnego sprzętu i tylko zastosowano filtry celowo obniżające jakość nagrania. A jednak teledysk ma ten zakulisowo-amatorski klimat, o który chodziło twórcom, jednocześnie unikając tandety weselno-klubowych, wspominkowych paradokumentów.
Co równie ważne, tak spreparowany obraz świetnie wpasowuje się w muzyczny nastrój tego nagrania. Jest żywiołowo, imprezowo i niezobowiązująco. Tak klip, jak i piosenka, kojarzą się z wakacyjnymi imprezami, ale już na tym wyższym stadium rozwoju, choć jeszcze nie tym finalnym. Bardzo przyjemna atmosfera, miło się tego słucha, a i teledysk zadziwiająco nie nudzi i nie męczy.
W piosence podoba mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim żyjący podkład, który pod spodem jest dostatecznie monotonny, aby wkręcić się w głowę, ale po wierzchu dość zmienny, by nie zanudzić słuchacza na śmierć. Ponadto podział partii wokalnych jest całkiem udany. Dara ma tym razem całkiem sporo miejsca dla siebie i jej głos pasuje do tego utworu, a koleżanki dzielą się resztą mniej więcej po równo.
Jednak dla mnie największym sukcesem jest chyba to, że Park Bom dostała coś poza refrenem - konkretniej most do niego prowadzący. To pozwala jej choć trochę pokazać swoje walory głosowe, a jest ona chyba najlepszym wokalem tej formacji i jednym z ciekawszych na rynku. Miło też usłyszeć CL znów robiącą coś zauważalnego i nie będącego rapem.
A jednak nie mogę przekonać się do tego nagrania. Piosenka mi się podoba, ale nic więcej. Przy całej swojej przebojowej otoczce, przy całym tym profesjonalnym wykonaniu, przy kilku sympatycznych muzycznych smaczkach i przy całej sympatii, którą żywię do 2NE1 - nie potrafię zobaczyć w tym nagraniu przeboju, którego wszyscy oczekiwali.
Gdyby ta piosenka wylądowała na albumie, byłaby tylko b-sidem. Bardzo dobrym b-sidem, chętnie odtwarzanym b-sidem, ale niczym więcej. I chyba do tego sprowadza się mój problem - ta piosenka wraz z tym teledyskiem pachnie bonusem dla fanów, dodatkiem do czegoś większego. Ale nie jest dodatkiem, jest daniem głównym - pełnoprawnym singlem - w dodatku rzuconym przed wyposzczoną publikę, która ma duże oczekiwania. To, co umieściłem powyżej - jakkolwiek udane - nie spełnia tych oczekiwań, przynajmniej w moim wypadku.
Ja po prostu nie widzę tutaj tego stempla jakości - gwarancji oryginalności, którą do tej pory było 2NE1. Bo jeżeli jeszcze na koreańskim rynku ta piosenka odcina się na tle konkurencji swoim zachodnim podejściem, to patrząc globalnie takich nagrań jest na kopy. A przecież 2NE1 ma ambicje bycia formacją rozpoznawalną globalnie. Jeżeli chce być rozpoznawalna, to musi robić rzeczy rozpoznwalne, a nie papkę podobną do tysięcy innych piosenek i teledysków.
Pozostaje jeszcze kwestia układu tanecznego, który zawsze jest ważnym elementem k-popowych występów. W klipie w ogóle go nie widzimy, ale jak już wspomniałem, YG Entertainment opublikowało specjalne nagranie jeszcze przed premierą teledysku.
Fajna, żróżnicowana rzecz, ale chyba jednak ciutek zbytnio rozstrzelona stylowo. Niektóre z luźniejszych ruchów, czy choćby ta "ciuchcia", zestawione ze znacznie poważniejszymi, energicznymi wymachami, czy tym, co robią dodatkowe tancerki - wypada trochę głupkowato.
Właśnie, warto zwrócić uwagę na tancerki. O dziewczynach mało się mówi, a przecież zasługują na kilka słów uznania. Już od jakiegoś czasu wykonują rewelacyjną robotę podczas występów i w teledyskach gwiazd ze stajni YG Entertainment. Były już w "Gangnam Style" PSY'a, były też w jego "Gentlemanie" (>>TUTAJ<<). Były u Lee Hi w jej debiutanckim "1, 2, 3, 4" (>>TUTAJ<<) i w wielu, wielu innych choreografiach tej wytwórni.
A na zakończenie, dla ciekawych, wrzucę jeszcze drugi teaser teledysku.
niedziela, 7 lipca 2013
2NE1 - Falling In Love
Po miesiącach zapowiedzi i kolejnym oddalaniu terminu powrotu, 2NE1 w końcu zaprezentowało światu nową piosenkę i towarzyszący jej teledysk. Co więcej, jeżeli wierzyć ludziom z YG Entertainment, 2NE1 będzie teraz wypuszczać nową piosenkę co miesiąc, aż do października (czyli powinniśmy liczyć w sumie na cztery nowe piosenki).
Przyznam szczerze, że ta zapowiedź nie spotkała się z wielkim entuzjazmem z mojej strony. Raz, że YG słynie z niedotrzymywania terminów premier i przekładania ich "na Świętego Nigdy" - to taki Blizzard k-popowego światka. Dwa, że obawiam się nieco o jakość tych produkcji. YG do tej pory lubiło dopieścić swoje dzieła. Teraz sami wiążą sobie ręce zadeklarowanymi terminami. Bo nawet jeżeli piosenki są już gotowe i wymuskane, to wciąż pozostaje kwestia występów, strojów, choreografii i teledysków.
I teraz stoję przed pytaniem. Czy to, co dzisiaj ujrzało światło dzienne, jest manifestacją moich obaw, czy też wszystkie moje zarzuty pod adresem tego teledysku i piosenki płyną z tego samego źródła, z którego bierze się też moje zainteresowanie 2NE1?
Uprzedzę trochę fakty, ale dzisiejsza premiera jest dosyć... Dziwna. Tyczy się to szczególnie teledysku. Momentami mam wrażenie jakby ktoś próbował kopiować amerykańskie trendy kompletnie ich nie rozumiejąc. Ale to właśnie ciągnęło mnie do 2NE1 - "inna" amerykańskość, przedziwna mieszanka świata k-popu i amerykańskiej MTV. Sęk w tym, że tym razem ta "odmienność" zgrzyta.
Z początku przerażenie ogarnęło moje zmysły, bo przez moment zacząłem się spodziewać powtórki z niedawnego solowego debiutu CL (>>TUTAJ<<), który raczej nie należał do udanych, szczególnie od strony piosenki. Intro i outro "Falling In Love" najchętniej bym wyciął. Na szczęście sam utwór daje radę. To nawet ciekawa mieszanka brzmienia reggae z hip-hopem, podlana wakacyjnym sosem, ale bez przesadnego zmanierowania.
Podoba mi się pomysł konstrukcji piosenki. Pół zwrotki reggae, potem pół zwrotki hip-hopowej i zamknięcie refrenem, który w podkładzie miesza oba style, natomiast od strony wokalu to melodyjny, przebojowy pop. Jedyne zastrzeżenie mam do hip-hopowego dźwięku "skrzypiących drzwi". O ile w sekcji hip-hopowej jestem w stanie go przecierpieć, o tyle w referenie mogli go już sobie darować. Rozumiem - chcieli utrzymać spójność brzmienia, ale ja wolałbym jednak, żeby padło na jakiś mniej uciążliwy dźwięk.
Zdecydowanie na plus muszę tu policzyć wokale. Na pierwszy plan wybija się Minzy, która świetnie czuje swobodne brzmienie reggae. Rap CL znów jest nieco płaski, bo i piosenka nie zostawia zbyt dużo miejsca na jakiś popis, a przecież CL ma naprawdę dobry głos. Mimo to brzmi zdecydowanie korzystnie i jestem przekonany, że podczas wykonań na żywo CL dodatkowo wzbogaci jakoś swoje partie.
Przez długi czas wydaje się, że tym razem Dara została sprowadzona do rangi zwykłego wizualnego zapychacza, ale jednak ostatnia zwrotka należy do niej i muszę przyznać, że radzi sobie z nią nawet lepiej niż bym się spodziewał. Dziewczyna ma raczej deficyt mocy i specjalizuje się w miękkich wstawkach w piosenki, przyjemnie usłyszeć ją w trochę innym charakterze, nawet jeśli jak zawsze towarzyszy jej nieodłączny Auto-tune.
Szkoda mi natomiast Park Bom, która ma naprawdę solidny głos podparty bardzo miłą, niebanalną barwą i solidną techniką. Niestety jej najmocniejszą stroną jest trzymanie melodii, więc niezmiennie, chyba w każdym kawałku 2NE1, robi refren i w zasadzie nic więcej. Taka jest koncepcja tego zespołu, ale zaczyna się to robić ciutek nudne, a przecież dziewczyny stać wokalnie i wizerunkowo na odrobinę ryzyka w swoich piosenkach.
Jak na razie raczej chwalę, skąd więc ten pesymistyczny wstęp? Chodzi o teledysk. Na plus w zasadzie mogę tu zaliczyć jedynie stroje wokalistek - jak zwykle kawał dobrej roboty, choć na pewno nie jest to też najbardziej oszałamiający komplet strojów w jakich dziewczyny występowały.
Ta wyraźnie subtelniejsza stylizacja od strony makijażu jest ciekawą odmianą. 2NE1 do tej pory raczej nosiło barwy wojenne. Ja jednak nie jestem w stu procentach przekonany do tej zmiany. Na k-popwym rynku jest wiele ładniejszych dziewczyn niż te z 2NE1 i to odsłonięcie twarzy z jednej strony może być poczytane jako przejaw pewności siebie, ale z drugiej strony jest też trochę wystawieniem się na ciosy "hejterów".
Prawdziwym problemem teledysku są plany... To wszystko było kręcone w studiu! Normalnie pochwalam to, że Koreańczycy unikają CGI, stawiając na dekoracje i rekwizyty, ale... Ten teledysk miał wyglądać bogato, a momentami wygląda śmiesznie i ubogo. Szacun dla oświetleniowców, że są w stanie to i owo zamaskować i stworzyć tak wiarygodną, a przynajmniej filmowo-wiarygodną kopię letniego słońca, ale klipu tym nie uratują.
Pół biedy z planem "miejskim". Chcieli amerykańskiego podwórka, a u siebie mają tylko koreańskie. Nie będą lecieli do Stanów dla tych kilku ujęć, tym bardziej, że organizacyjnie byłoby to znacznie bardziej wymagające - samochód, statyści, aranżacja planu itp. itd. - nie warto. Do perskiego planu jeszcze wrócę, ale tu naturalne było wykorzystanie sztucznej konstrukcji. Ale z plażą to już przegięli. To morze i niebo są namalowane na ścianie! Próbują to zamaskować manipulując głębią ostrości, ale przecież to i tak widać!
No i jeszcze ten nieszczęsny plan "perski". Miało być bogato, obraz miał być przeładowany złotem... Pewnie wszystko zadziałałoby, gdyby trzymali się prawdziwych wyrobów ze złota albo jego solidnych imitacji - niestety najwyraźniej zdecydowali się na własną twórczość. Pozłacany kubek od coli i pozłacany wentylator mogę jeszcze potraktować w kategoriach żartu... Ale złotym lwom w tle po prostu nie przepuszczę. Wyglądają jak pozłacane wersje Mufasy z "Króla Lwa" - niemal zero detali.
Szlachetne tworzywo (lub raczej jego imitacja) to jedno, ale w parze musi iść jakiś rzemieślniczy kunszt. Ze złota też można zrobić coś brzydkiego albo niezwykle prostego. Razi to tym bardziej, że inne rekwizyty użyte na tym planie raczej trzymają poziom, a przynajmniej są bogato ornamentowane. Będąc przy temacie szeroko pojętego złotnictwa - naprawdę nie było innego samochodu jak Mercedes klasy G? To zacne auto, na pewno nie tanie, ale też nieszczególnie urodziwe - to jest regularna, użytkowa terenówka. Pomniejszych wpadek jest więcej - złota, obła... donica. Kto do tego naczynia wsadził kwiaty? Postument na którym leżą sztabki złota też wygląda kiepsko.
Oj, ktoś w YG dał ciała z tym teledyskiem. Co gorsza, obawiam się, że nadchodzące klipy nie będą lepsze. Ilość rzadko kiedy idzie w parze z jakością. Jest też opcja, że odbiór tego powrotu nie będzie tak gorący, jakby YG Entertainment sobie tego życzyło, a wtedy możliwe, że zaczną wycofywać się rakiem z obietnicy czterech piosenek i znowu będą przesuwali terminy. Np. przeciągną całość do grudnia, zamiast zamknąć projekt w październiku.
Na razie piosenka radzi sobie raczej dobrze. W godzinę po premierze pod klipem na YT było 30 tysięcy kciuków w górę i liczba ta cały czas rośnie, a odsetek negatywnych głosów nie jest duży. Z drugiej strony widzę całkiem sporo negatywnych komentarzy i to głównie odnośnie piosenki, która najwyraźniej nie wszystkim przypadła do gustu.
Nie wspomniałem jeszcze o tekście. Cóż, wiadomo, że ze względu na rap będzie nieco dłuższy i mniej mdły niż w zwykłym popie, ale żadnej rewelacji też się nie spodziewajcie - ani to szczególnie pomysłowe, ani szczególnie barwne. Ot kolejna piosenka o dziewczynie, której zmysły wariują, bo zadurzyła się w jakimś facecie. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.
Przyznam szczerze, że ta zapowiedź nie spotkała się z wielkim entuzjazmem z mojej strony. Raz, że YG słynie z niedotrzymywania terminów premier i przekładania ich "na Świętego Nigdy" - to taki Blizzard k-popowego światka. Dwa, że obawiam się nieco o jakość tych produkcji. YG do tej pory lubiło dopieścić swoje dzieła. Teraz sami wiążą sobie ręce zadeklarowanymi terminami. Bo nawet jeżeli piosenki są już gotowe i wymuskane, to wciąż pozostaje kwestia występów, strojów, choreografii i teledysków.
I teraz stoję przed pytaniem. Czy to, co dzisiaj ujrzało światło dzienne, jest manifestacją moich obaw, czy też wszystkie moje zarzuty pod adresem tego teledysku i piosenki płyną z tego samego źródła, z którego bierze się też moje zainteresowanie 2NE1?
Uprzedzę trochę fakty, ale dzisiejsza premiera jest dosyć... Dziwna. Tyczy się to szczególnie teledysku. Momentami mam wrażenie jakby ktoś próbował kopiować amerykańskie trendy kompletnie ich nie rozumiejąc. Ale to właśnie ciągnęło mnie do 2NE1 - "inna" amerykańskość, przedziwna mieszanka świata k-popu i amerykańskiej MTV. Sęk w tym, że tym razem ta "odmienność" zgrzyta.
Z początku przerażenie ogarnęło moje zmysły, bo przez moment zacząłem się spodziewać powtórki z niedawnego solowego debiutu CL (>>TUTAJ<<), który raczej nie należał do udanych, szczególnie od strony piosenki. Intro i outro "Falling In Love" najchętniej bym wyciął. Na szczęście sam utwór daje radę. To nawet ciekawa mieszanka brzmienia reggae z hip-hopem, podlana wakacyjnym sosem, ale bez przesadnego zmanierowania.
Podoba mi się pomysł konstrukcji piosenki. Pół zwrotki reggae, potem pół zwrotki hip-hopowej i zamknięcie refrenem, który w podkładzie miesza oba style, natomiast od strony wokalu to melodyjny, przebojowy pop. Jedyne zastrzeżenie mam do hip-hopowego dźwięku "skrzypiących drzwi". O ile w sekcji hip-hopowej jestem w stanie go przecierpieć, o tyle w referenie mogli go już sobie darować. Rozumiem - chcieli utrzymać spójność brzmienia, ale ja wolałbym jednak, żeby padło na jakiś mniej uciążliwy dźwięk.
Zdecydowanie na plus muszę tu policzyć wokale. Na pierwszy plan wybija się Minzy, która świetnie czuje swobodne brzmienie reggae. Rap CL znów jest nieco płaski, bo i piosenka nie zostawia zbyt dużo miejsca na jakiś popis, a przecież CL ma naprawdę dobry głos. Mimo to brzmi zdecydowanie korzystnie i jestem przekonany, że podczas wykonań na żywo CL dodatkowo wzbogaci jakoś swoje partie.
Przez długi czas wydaje się, że tym razem Dara została sprowadzona do rangi zwykłego wizualnego zapychacza, ale jednak ostatnia zwrotka należy do niej i muszę przyznać, że radzi sobie z nią nawet lepiej niż bym się spodziewał. Dziewczyna ma raczej deficyt mocy i specjalizuje się w miękkich wstawkach w piosenki, przyjemnie usłyszeć ją w trochę innym charakterze, nawet jeśli jak zawsze towarzyszy jej nieodłączny Auto-tune.
Szkoda mi natomiast Park Bom, która ma naprawdę solidny głos podparty bardzo miłą, niebanalną barwą i solidną techniką. Niestety jej najmocniejszą stroną jest trzymanie melodii, więc niezmiennie, chyba w każdym kawałku 2NE1, robi refren i w zasadzie nic więcej. Taka jest koncepcja tego zespołu, ale zaczyna się to robić ciutek nudne, a przecież dziewczyny stać wokalnie i wizerunkowo na odrobinę ryzyka w swoich piosenkach.
Jak na razie raczej chwalę, skąd więc ten pesymistyczny wstęp? Chodzi o teledysk. Na plus w zasadzie mogę tu zaliczyć jedynie stroje wokalistek - jak zwykle kawał dobrej roboty, choć na pewno nie jest to też najbardziej oszałamiający komplet strojów w jakich dziewczyny występowały.
Ta wyraźnie subtelniejsza stylizacja od strony makijażu jest ciekawą odmianą. 2NE1 do tej pory raczej nosiło barwy wojenne. Ja jednak nie jestem w stu procentach przekonany do tej zmiany. Na k-popwym rynku jest wiele ładniejszych dziewczyn niż te z 2NE1 i to odsłonięcie twarzy z jednej strony może być poczytane jako przejaw pewności siebie, ale z drugiej strony jest też trochę wystawieniem się na ciosy "hejterów".
Prawdziwym problemem teledysku są plany... To wszystko było kręcone w studiu! Normalnie pochwalam to, że Koreańczycy unikają CGI, stawiając na dekoracje i rekwizyty, ale... Ten teledysk miał wyglądać bogato, a momentami wygląda śmiesznie i ubogo. Szacun dla oświetleniowców, że są w stanie to i owo zamaskować i stworzyć tak wiarygodną, a przynajmniej filmowo-wiarygodną kopię letniego słońca, ale klipu tym nie uratują.
Pół biedy z planem "miejskim". Chcieli amerykańskiego podwórka, a u siebie mają tylko koreańskie. Nie będą lecieli do Stanów dla tych kilku ujęć, tym bardziej, że organizacyjnie byłoby to znacznie bardziej wymagające - samochód, statyści, aranżacja planu itp. itd. - nie warto. Do perskiego planu jeszcze wrócę, ale tu naturalne było wykorzystanie sztucznej konstrukcji. Ale z plażą to już przegięli. To morze i niebo są namalowane na ścianie! Próbują to zamaskować manipulując głębią ostrości, ale przecież to i tak widać!
No i jeszcze ten nieszczęsny plan "perski". Miało być bogato, obraz miał być przeładowany złotem... Pewnie wszystko zadziałałoby, gdyby trzymali się prawdziwych wyrobów ze złota albo jego solidnych imitacji - niestety najwyraźniej zdecydowali się na własną twórczość. Pozłacany kubek od coli i pozłacany wentylator mogę jeszcze potraktować w kategoriach żartu... Ale złotym lwom w tle po prostu nie przepuszczę. Wyglądają jak pozłacane wersje Mufasy z "Króla Lwa" - niemal zero detali.
Szlachetne tworzywo (lub raczej jego imitacja) to jedno, ale w parze musi iść jakiś rzemieślniczy kunszt. Ze złota też można zrobić coś brzydkiego albo niezwykle prostego. Razi to tym bardziej, że inne rekwizyty użyte na tym planie raczej trzymają poziom, a przynajmniej są bogato ornamentowane. Będąc przy temacie szeroko pojętego złotnictwa - naprawdę nie było innego samochodu jak Mercedes klasy G? To zacne auto, na pewno nie tanie, ale też nieszczególnie urodziwe - to jest regularna, użytkowa terenówka. Pomniejszych wpadek jest więcej - złota, obła... donica. Kto do tego naczynia wsadził kwiaty? Postument na którym leżą sztabki złota też wygląda kiepsko.
Oj, ktoś w YG dał ciała z tym teledyskiem. Co gorsza, obawiam się, że nadchodzące klipy nie będą lepsze. Ilość rzadko kiedy idzie w parze z jakością. Jest też opcja, że odbiór tego powrotu nie będzie tak gorący, jakby YG Entertainment sobie tego życzyło, a wtedy możliwe, że zaczną wycofywać się rakiem z obietnicy czterech piosenek i znowu będą przesuwali terminy. Np. przeciągną całość do grudnia, zamiast zamknąć projekt w październiku.
Na razie piosenka radzi sobie raczej dobrze. W godzinę po premierze pod klipem na YT było 30 tysięcy kciuków w górę i liczba ta cały czas rośnie, a odsetek negatywnych głosów nie jest duży. Z drugiej strony widzę całkiem sporo negatywnych komentarzy i to głównie odnośnie piosenki, która najwyraźniej nie wszystkim przypadła do gustu.
Nie wspomniałem jeszcze o tekście. Cóż, wiadomo, że ze względu na rap będzie nieco dłuższy i mniej mdły niż w zwykłym popie, ale żadnej rewelacji też się nie spodziewajcie - ani to szczególnie pomysłowe, ani szczególnie barwne. Ot kolejna piosenka o dziewczynie, której zmysły wariują, bo zadurzyła się w jakimś facecie. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.
poniedziałek, 18 marca 2013
EvoL - Get Up vs 2NE1 - I Am The Best
Latem zeszłego roku całkiem uany debiut zaliczyła formacja EvoL. Ich piosenka "We Are A Bit Different" promująca mini-album "Let Me Explode!" miała naprawdę przebojowy refren, a i reszta brmienia pozostawała co najmniej solidna. W dodatku po dziewczynach widać było sporo potencjału, w piątce są przynajmniej dwa - trzy ciekawe głosy, czuć też było trochę charyzmy, więc ich powrotu wyczekiwano z drobną dozą niecierpliwości.
Tym bardziej, że comeback kilkukrotnie przekładano w czasie. Zasłaniano się tym, że dziewczyny mają większy wkład w tworzenie muzyki, słów i choreografii do swoich piosenek, podczas gdy wiele grup jedynie wykonuje coś zaprojektowanego przez ludzi z wytwórni. Kiedy wydawało się, że wszystko jest już na najlepszej drodze by grupa powróciła z nowym repertuarem, kiedy do sieci trafiły już teasery nowego klipu i płyty, a wytwórnia potwierdziła datę premiery na 18 marca pojawił się kolejny problem.
13 marca Hayana w trakcie ćwiczenia choreografii poczuła ostry ból i wylądowała w szpitalu. Podobno wszystko jest związane z nadmiarem stresu, ale nie ujawniono na ile poważne sa jej problemy i czy wpłyną na występy grupy w trakcie promocji nowego krążka. Tak czy inaczej teledysk do piosenki "Get Up" już jest dostępny, mini-album "Second Evolution" podobno na półkach sklepowych znaleźć ma się jutro i jedyny znak zapytania to czy dziewczyny w programach muzycznych stawią się w komplecie.
Swaggerska napinka, ale od strony muzycznej jest ciekawie. Podkład jest w gruncie rzeczy mało skomplikowany, a jednak brzmi intrygująco i oryginalnie, słychać nim wyraźne inpiracje brzmieniem kojarzonym z bliskim wschodem. Poza główną, elektroniczną linią i niskim, nieco mruczącym beatem warto zwrócić uwagę na dodane wysamplowane, niskobrzmiące okrzyki, które ładnie dopełniają głosy wokalistek, które w większości są raczej wysokie.
Przy głosach warto zatrzymać się na dłuższą chwilkę, bo stanowią bardzo mocny punkt całej kompozycji. To one swoją różnorodnością barwy i techniki stanowią o tym, że piosenka jest różnorodna i pomimo prostego i mało urozmaiconego podkładu słucha się jej ciekawie. Mamy trochę melodyjnych wstawek, ale też dużo rytmicznego rapu, szczególnie uwagę przyciąga niski i bardzo charakternie brzmiący głos Jucy. No i trzeba też wspomnieć, że wokaliza w refrenie jak rzadko wydaje się na miejscu w tej piosence. W wielu utworach tego typu abiegi wydają się wepchnięte na siłę, tutaj nie ma mowy o zakłocaniu brzmienia czy tempa utworu.
Skoro już chwalę, to będę chwalił do czasu wyczerpania materiału, a zarzuty zostawię na koniec. Teledysk wygląda dobrze. Jest spójny, jest dosyć efektowny i przede wszystkim pasuje do brzmienia piosenki. Kadry zostały dobrze dopasowane do poszczególnych wersów, a to wcale nie jest proste przy tak różnorodnym wokalnie utworze.
I niby wszystko fajnie, ale mam z tym klipem jeden poważny problem. Dziewczyn śpiewają coś o tym jakie są oryginalne i zajebiste... No właśnie sęk w tym, że robiąc to, wtargnęły na cudze terytorium. Jeśli idzie swaggerski wizerunek królowa jest... Właściwie to królowe są cztery. 2NE1 to formacja która od dawna wiedzie prym w tej kategorii w Korei. Jednak gdyby to była tylko Korea, można by jeszcze rzucić im wyzwanie, ale dziewczyny zaczynają robić furorę globalnie i to nie bez przyczyny (trochę więcej na ten temat >>TUTAJ<<) Siłowanie się z nimi to jak porywanie się z motyką na Słońce.
Ale dlaczego o tym wspominam? Przecież zbliżony wizerunek w jednej piosence to jeszcze nie powód żeby zestawiać oba zespoły... No własnie problem polega na tym, że bodaj największy przebój 2NE1 - "I Am The Best" jest w tak wielu miejscach podobny do "Get Up", szczególnie pod względem teledysku, że porównań nie da się uniknąć.
Elektroniczne brzmienie z wstawką zainspirowaną bliskim wschodem - jest. Teledysk wizualnie skoncentrowany wokół jednego koloru - jest (EvoL - czerwień, 2NE1 - srebro). Nietypowe lampy na początku teledysku - są. Drugi segment zawiera wypasioną furę - jak najbardziej. Segment koncentrujący się wokół fotela - obecny. Lateks, skóra i kolce na biuście - wszystko na miejscu. No wreszcie tekst skoncentrowany wokół tego, że śpiewająca go osoba jest ponad resztę wszechświata - >>ZDECYDOWANIE<<.
Zanim napiszę coś więcej, poczytam Wam w myślach. Tak, ta piosenka brzmi bardzo podobnie do "Gangnam Style". Prawie na pewno nie jest to przypadkowa zbierzność, bo zarówno 2NE1 jak i PSY znajdują się pod opieką tej samej wytwórni - YG Entertainment. Osobiście od strony muzycznej chyba nawet wolę nową piosenkę EvoL. Może właśnie dlatego, że "I Am The Best" tak bardzo przypomina "gangnam Style", a może dlatego, że pomiędzy refrenami i finałem w piosence muzycznie dzieje się niewiele.
Jednak trzeba tu zaznaczyć jedną rzecz - 2NE1 to nie tylko muzyka, to wielkie show. Już ten teledysk daje pewne rozeznanie od strony tanecznej, ale dopiero w występach na żywo dziewczyny pokazują pazur. Niedawno na DVD Blue Rayu wydano seulski koncert formacji w ramach "New Evolution Global Tour 2012", wiem też że jest wgrany w całości na YT. Szukajcie a znajdziecie - nie będę tu dawał żadnych linków do całości, a pojedynczych wykonań z tego koncertu nie sposób znaleźć. W każdym razie, nie dość, że wizualnie koncertu nie powstydziłyby się największe światowe gwiazdy, to jeszcze grupa umie ponieść publikę i wyzwolić na scenie masę energii, a przearanżowanie ich repertuaru na akompaniament rockowego bandu tylko wzmaga ten efekt.
Następna rzecz, którą 2NE1 bije na głowę zapędy EvoL to wizerunek. W wypadku 2NE1 można mówić o stylizacji, bo te ciuchy przynajmniej w części pachną kolekcjami ze zwykłych sieciówek. Nie wygląda to wszystko źle, na niektóre zestawienia patrzy się nawet przyjemnie, ale nie ma w tym za grosz tego błysku awangardy, a bez tego pewne prowokacyjne zestawienia łatwiej uznać za niesmaczne i w złym guście. Z 2NE1 nie mam tego problemu. Nie jestem jakimś fanem swaggu, ale ich wizerunek jest rewelacyjny, właśnie dlatego, że przy całej swojej pretensjonalności, jest oryginalny, wyszukany, przemyślany i pomysłowy. Można go nie lubić, ale nie można mu zarzucić, że jest przejawem bezguścia i kmioctwa.
Nie to żebym wybitnie krytykował wizerunek EvoL, ale w moim odczuciu w tym klipie są momenty, kiedy pewne decyzje co do ubioru balansują na krawędzi dobrego smaku - chociażby to biało-czarne futro. Zamykając temat EvoL jeszcze raz zaznaczę, że piosenka, choć krótka, to raczej spodobała mi się, a i klip nie jest zły, jedyną wątpliwością jest wtargnięcie na terytorium mega-grupy, która siłą rzeczy z tego typu materiałem radzi sobie lepiej. Powód prosty - 2NE1 ma zaplecze w postaci jednej z 3 największych wytwórni na rynku, więc może pozwolić sobie na bardziej szalone, a co za tym idzie bardziej kosztowne, klipy z przeszkloną czarną piramidą i fotelem, który w połączeniu z kotem trzymanym przez CL nierozerwalnie kojarzy mi się z Blofeldem - szefem organizacji SPECTRE z serii filmów o Bondzie.
Skoro udało mi się tu wcisnąć jakieś skojarzenie ze starym Bondem, to chyba mogę uznać tekst za zakończony.
Tym bardziej, że comeback kilkukrotnie przekładano w czasie. Zasłaniano się tym, że dziewczyny mają większy wkład w tworzenie muzyki, słów i choreografii do swoich piosenek, podczas gdy wiele grup jedynie wykonuje coś zaprojektowanego przez ludzi z wytwórni. Kiedy wydawało się, że wszystko jest już na najlepszej drodze by grupa powróciła z nowym repertuarem, kiedy do sieci trafiły już teasery nowego klipu i płyty, a wytwórnia potwierdziła datę premiery na 18 marca pojawił się kolejny problem.
13 marca Hayana w trakcie ćwiczenia choreografii poczuła ostry ból i wylądowała w szpitalu. Podobno wszystko jest związane z nadmiarem stresu, ale nie ujawniono na ile poważne sa jej problemy i czy wpłyną na występy grupy w trakcie promocji nowego krążka. Tak czy inaczej teledysk do piosenki "Get Up" już jest dostępny, mini-album "Second Evolution" podobno na półkach sklepowych znaleźć ma się jutro i jedyny znak zapytania to czy dziewczyny w programach muzycznych stawią się w komplecie.
Swaggerska napinka, ale od strony muzycznej jest ciekawie. Podkład jest w gruncie rzeczy mało skomplikowany, a jednak brzmi intrygująco i oryginalnie, słychać nim wyraźne inpiracje brzmieniem kojarzonym z bliskim wschodem. Poza główną, elektroniczną linią i niskim, nieco mruczącym beatem warto zwrócić uwagę na dodane wysamplowane, niskobrzmiące okrzyki, które ładnie dopełniają głosy wokalistek, które w większości są raczej wysokie.
Przy głosach warto zatrzymać się na dłuższą chwilkę, bo stanowią bardzo mocny punkt całej kompozycji. To one swoją różnorodnością barwy i techniki stanowią o tym, że piosenka jest różnorodna i pomimo prostego i mało urozmaiconego podkładu słucha się jej ciekawie. Mamy trochę melodyjnych wstawek, ale też dużo rytmicznego rapu, szczególnie uwagę przyciąga niski i bardzo charakternie brzmiący głos Jucy. No i trzeba też wspomnieć, że wokaliza w refrenie jak rzadko wydaje się na miejscu w tej piosence. W wielu utworach tego typu abiegi wydają się wepchnięte na siłę, tutaj nie ma mowy o zakłocaniu brzmienia czy tempa utworu.
Skoro już chwalę, to będę chwalił do czasu wyczerpania materiału, a zarzuty zostawię na koniec. Teledysk wygląda dobrze. Jest spójny, jest dosyć efektowny i przede wszystkim pasuje do brzmienia piosenki. Kadry zostały dobrze dopasowane do poszczególnych wersów, a to wcale nie jest proste przy tak różnorodnym wokalnie utworze.
I niby wszystko fajnie, ale mam z tym klipem jeden poważny problem. Dziewczyn śpiewają coś o tym jakie są oryginalne i zajebiste... No właśnie sęk w tym, że robiąc to, wtargnęły na cudze terytorium. Jeśli idzie swaggerski wizerunek królowa jest... Właściwie to królowe są cztery. 2NE1 to formacja która od dawna wiedzie prym w tej kategorii w Korei. Jednak gdyby to była tylko Korea, można by jeszcze rzucić im wyzwanie, ale dziewczyny zaczynają robić furorę globalnie i to nie bez przyczyny (trochę więcej na ten temat >>TUTAJ<<) Siłowanie się z nimi to jak porywanie się z motyką na Słońce.
Ale dlaczego o tym wspominam? Przecież zbliżony wizerunek w jednej piosence to jeszcze nie powód żeby zestawiać oba zespoły... No własnie problem polega na tym, że bodaj największy przebój 2NE1 - "I Am The Best" jest w tak wielu miejscach podobny do "Get Up", szczególnie pod względem teledysku, że porównań nie da się uniknąć.
Elektroniczne brzmienie z wstawką zainspirowaną bliskim wschodem - jest. Teledysk wizualnie skoncentrowany wokół jednego koloru - jest (EvoL - czerwień, 2NE1 - srebro). Nietypowe lampy na początku teledysku - są. Drugi segment zawiera wypasioną furę - jak najbardziej. Segment koncentrujący się wokół fotela - obecny. Lateks, skóra i kolce na biuście - wszystko na miejscu. No wreszcie tekst skoncentrowany wokół tego, że śpiewająca go osoba jest ponad resztę wszechświata - >>ZDECYDOWANIE<<.
Zanim napiszę coś więcej, poczytam Wam w myślach. Tak, ta piosenka brzmi bardzo podobnie do "Gangnam Style". Prawie na pewno nie jest to przypadkowa zbierzność, bo zarówno 2NE1 jak i PSY znajdują się pod opieką tej samej wytwórni - YG Entertainment. Osobiście od strony muzycznej chyba nawet wolę nową piosenkę EvoL. Może właśnie dlatego, że "I Am The Best" tak bardzo przypomina "gangnam Style", a może dlatego, że pomiędzy refrenami i finałem w piosence muzycznie dzieje się niewiele.
Jednak trzeba tu zaznaczyć jedną rzecz - 2NE1 to nie tylko muzyka, to wielkie show. Już ten teledysk daje pewne rozeznanie od strony tanecznej, ale dopiero w występach na żywo dziewczyny pokazują pazur. Niedawno na DVD Blue Rayu wydano seulski koncert formacji w ramach "New Evolution Global Tour 2012", wiem też że jest wgrany w całości na YT. Szukajcie a znajdziecie - nie będę tu dawał żadnych linków do całości, a pojedynczych wykonań z tego koncertu nie sposób znaleźć. W każdym razie, nie dość, że wizualnie koncertu nie powstydziłyby się największe światowe gwiazdy, to jeszcze grupa umie ponieść publikę i wyzwolić na scenie masę energii, a przearanżowanie ich repertuaru na akompaniament rockowego bandu tylko wzmaga ten efekt.
Następna rzecz, którą 2NE1 bije na głowę zapędy EvoL to wizerunek. W wypadku 2NE1 można mówić o stylizacji, bo te ciuchy przynajmniej w części pachną kolekcjami ze zwykłych sieciówek. Nie wygląda to wszystko źle, na niektóre zestawienia patrzy się nawet przyjemnie, ale nie ma w tym za grosz tego błysku awangardy, a bez tego pewne prowokacyjne zestawienia łatwiej uznać za niesmaczne i w złym guście. Z 2NE1 nie mam tego problemu. Nie jestem jakimś fanem swaggu, ale ich wizerunek jest rewelacyjny, właśnie dlatego, że przy całej swojej pretensjonalności, jest oryginalny, wyszukany, przemyślany i pomysłowy. Można go nie lubić, ale nie można mu zarzucić, że jest przejawem bezguścia i kmioctwa.
Nie to żebym wybitnie krytykował wizerunek EvoL, ale w moim odczuciu w tym klipie są momenty, kiedy pewne decyzje co do ubioru balansują na krawędzi dobrego smaku - chociażby to biało-czarne futro. Zamykając temat EvoL jeszcze raz zaznaczę, że piosenka, choć krótka, to raczej spodobała mi się, a i klip nie jest zły, jedyną wątpliwością jest wtargnięcie na terytorium mega-grupy, która siłą rzeczy z tego typu materiałem radzi sobie lepiej. Powód prosty - 2NE1 ma zaplecze w postaci jednej z 3 największych wytwórni na rynku, więc może pozwolić sobie na bardziej szalone, a co za tym idzie bardziej kosztowne, klipy z przeszkloną czarną piramidą i fotelem, który w połączeniu z kotem trzymanym przez CL nierozerwalnie kojarzy mi się z Blofeldem - szefem organizacji SPECTRE z serii filmów o Bondzie.
Skoro udało mi się tu wcisnąć jakieś skojarzenie ze starym Bondem, to chyba mogę uznać tekst za zakończony.
niedziela, 27 stycznia 2013
2NE1 - I Love You
YG Entertainment. Gdybym miał wybrać najważniejszą wytwórnię na koreańskim rynku, byłoby to właśnie YG Entertainment. SM może mieć szalenie popularne formacje jak Girls' Generation czy f(x), może mieć BoA. Ale SM jest duże w Azji. YG za moment będzie duże na świecie.
Nie chodzi nawet o to, że mają w swojej stajni PSY - jego "Gangnam Style" to "one-shot", przynosi gigantczne zyski, ale trudno uwierzyć by PSY zdołał powtórzyć sukces. Gdyby to zrobił, byłoby to coś niesamowitego. Nie chodzi też o niezwykle utalentowaną Lee Hi, którą udało się nawet na fali Gangnam Style przemycić do świadomości mainstreamowych mediów w USA.
Nie, flagowymi produktami wytwórni sa dwie grupy. Męska Big Bang i żeńska 2NE1. W zeszłym roku obie formacje ruszyły w tournee po świecie i zostały dostrzeżone przez medialny mainstream. New York Times umieścił koncert 2NE1 w New Jersey na swojej liście najlepszych koncertów 2012 roku.
Najbardziej bawi mnie sposób, w jaki grupa zapracowały na swoją popularność. Przypomina to nieco sytuację Orange Caramel, które tak bardzo wzorowało się na japońskich grupach i trendach, że kiedy w końcu zadebiutowało w Japonii, okazało się dla miejscowych czymś świeżym i nowatorskim. Tak jak Orange Caramel w swoim szaleństwie stało się zbyt "japońskie" dla Japończyków, tak 2NE1 jest za bardzo "amerykańskie" dla Amerykanów.
Właściwie każdy ich klip wygląda jak Lady Gaga podniesiona do potęgi Madonny. Z tą różnicą, że dziewczyny z 2NE1 są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. A jednak efekt końcowy jest... egzotyczny. I choć muzycznie nie zawsze jest mi po drodze z tą formacją, to jednak wizualnie w jakiś przedziwny sposób do mnie trafiają. Dzisiaj akurat przykład piosenki, która trafia do mnie i swoim brzmieniem, i teledyskiem.
Zacznijmy od muzyki. Utwór fajnie miesza rytmiczne i melodyjne fragmenty, cały czas pozostając interesującym i spójnym pod względem brzmienia. Piosenkę zdecydowanie napędzają wokale, które są ekspresyjne, a przy tym mają niezwykle przyjemną barwę. Jednak i podkład odgrywa tu ważną rolę. Przez większość czasu wydaje się prosty, przewidywalny i monotonny, a jednak podlega delikatnym zmianom, w pewnych segmentach zyskując na intensywności i świetnie wkręca słuchacza w piosenkę.
Przy tym nie można nie docenić nastrojowości całokształtu kompozycji. Z każdej nuty wylewa się mieszanka żalu i samotności silnie akcentowana poprzez jednostajność podkładu. A jednak w piosence jest też mnóstwo mocy i nadziei, która bije z wyrazistych głosów wokalistek. Tekst piosenki można znaleźć >>TUTAJ<<. Z grubsza przekazuje on podobne emocje.
Jednak dla mnie sednem tego klipu jest obraz. Sam w sobie jest niesamowicie plastyczny i samo patrzenie na niego sprawia przyjemność, nawet pomimo delikatnie "przeładowanej" estetyki. A na dodatek w idealny sposób komponuje się on z dźwiękiem, potęgując wszystkie uczucia i odczucia wywoływane przez muzykę. Trącące unowocześnionym stylem imperialnym dekoracje, rekwizyty i kostiumy są piękne same w sobie, ale służą też większym celom.
Weźmy choćby ten lekko papuzi strój Dary, która przechadza się sama po zatłoczonej ulicy. Samym swoim kolorytem odcina się na tle szarości, a właściwie czerni, anonimowych przechodniów. Tak jak słowa piosenki można do pewnego stopnia nazwać autoreklamą samotnej kobiety, tak też wizualnie tworzy się pewien kontrast pięknej kobiety - wyjątkowej na tle tłumu, a jednak samej.
Bardzo ciekawa jest też kwestia łózkowo-siedzeniowa. Wokalistki przez cały teledysk okupują wszelkiej maści łóżka i są na nich same. Siedzą też na tyłach limuzyny - same, choć wyraźnie jest obok nich miejsce dla drugiej osoby. Siedzą wreszcie w pociągowym przedziale - wielkim i przez to jeszcze bardziej pustym. Jeden taki obraz, zależnie od zręczności aplikacji, mógłby być smaczkiem lub nieco kliszowym kadrem. Jednak tutaj teledysk w większości składa się właśnie z takich ujęć, niewiarygodnie potęgując odczucie samotności. Do tego dochodzi piękna scena zmysłowego tańca przed pustym fotelem.
Ale ta piosenka nie jest żalem na samotność, jest raczej manifestem niezauważonej adoratorki, czy też kobiety szukającej miłości. Kogoś, kto pragnie zostać zauważonym i usłyszanym. Dziewczyny część utworu śpiewają na szczycie latarni, budynku który z założenia ma oznajmiać wszystkim wokół - jestem tutaj. Bardzo zręcznym i subtelnym akcentem jest światło owej latarni, które wdziera się do każdego z pokoi wokalistek. W przyjemny sposób wiąże wizualnie poszczególne ujęcia, nie uciekając się do banału.
Ostatecznym efektem jest niezwykle sprawny przeplot obrazu z dźwiękiem, z których każde z osobna niesie swój ładunek emocjonalny, ale dopiero w połączeniu dają pełnię bardzo silnego wyrazu i w konsekwencji niezwykle nastrojowy wideoklip.
I jeszcze na zakończenie jedno niezwykle ważne pytanie. Jak czytać "2NE1"? Propozycje są dwie - jedna podoba mi się bardziej druga mniej. Gorsza jest w moim odczuciu ta forowana w ostatnich miesiącach w związku z nazwą trasy koncertowej - "New Evolution Global Tour". W tym wariancie 2NE1 czyta się jako twenty one, a nazwa ma być połączeniem haseł 21st century i new evolution. O wiele zgrabniejsze wydaje mi się brzmienie związane z nazwą pierwszego albumu grupy - "To anyone".
BONUS
Wersja "unplugged". Serio! Niestety nie można osadzić, więc tylko
>>LINK<<
Nie chodzi nawet o to, że mają w swojej stajni PSY - jego "Gangnam Style" to "one-shot", przynosi gigantczne zyski, ale trudno uwierzyć by PSY zdołał powtórzyć sukces. Gdyby to zrobił, byłoby to coś niesamowitego. Nie chodzi też o niezwykle utalentowaną Lee Hi, którą udało się nawet na fali Gangnam Style przemycić do świadomości mainstreamowych mediów w USA.
Nie, flagowymi produktami wytwórni sa dwie grupy. Męska Big Bang i żeńska 2NE1. W zeszłym roku obie formacje ruszyły w tournee po świecie i zostały dostrzeżone przez medialny mainstream. New York Times umieścił koncert 2NE1 w New Jersey na swojej liście najlepszych koncertów 2012 roku.
Najbardziej bawi mnie sposób, w jaki grupa zapracowały na swoją popularność. Przypomina to nieco sytuację Orange Caramel, które tak bardzo wzorowało się na japońskich grupach i trendach, że kiedy w końcu zadebiutowało w Japonii, okazało się dla miejscowych czymś świeżym i nowatorskim. Tak jak Orange Caramel w swoim szaleństwie stało się zbyt "japońskie" dla Japończyków, tak 2NE1 jest za bardzo "amerykańskie" dla Amerykanów.
Właściwie każdy ich klip wygląda jak Lady Gaga podniesiona do potęgi Madonny. Z tą różnicą, że dziewczyny z 2NE1 są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. A jednak efekt końcowy jest... egzotyczny. I choć muzycznie nie zawsze jest mi po drodze z tą formacją, to jednak wizualnie w jakiś przedziwny sposób do mnie trafiają. Dzisiaj akurat przykład piosenki, która trafia do mnie i swoim brzmieniem, i teledyskiem.
Zacznijmy od muzyki. Utwór fajnie miesza rytmiczne i melodyjne fragmenty, cały czas pozostając interesującym i spójnym pod względem brzmienia. Piosenkę zdecydowanie napędzają wokale, które są ekspresyjne, a przy tym mają niezwykle przyjemną barwę. Jednak i podkład odgrywa tu ważną rolę. Przez większość czasu wydaje się prosty, przewidywalny i monotonny, a jednak podlega delikatnym zmianom, w pewnych segmentach zyskując na intensywności i świetnie wkręca słuchacza w piosenkę.
Przy tym nie można nie docenić nastrojowości całokształtu kompozycji. Z każdej nuty wylewa się mieszanka żalu i samotności silnie akcentowana poprzez jednostajność podkładu. A jednak w piosence jest też mnóstwo mocy i nadziei, która bije z wyrazistych głosów wokalistek. Tekst piosenki można znaleźć >>TUTAJ<<. Z grubsza przekazuje on podobne emocje.
Jednak dla mnie sednem tego klipu jest obraz. Sam w sobie jest niesamowicie plastyczny i samo patrzenie na niego sprawia przyjemność, nawet pomimo delikatnie "przeładowanej" estetyki. A na dodatek w idealny sposób komponuje się on z dźwiękiem, potęgując wszystkie uczucia i odczucia wywoływane przez muzykę. Trącące unowocześnionym stylem imperialnym dekoracje, rekwizyty i kostiumy są piękne same w sobie, ale służą też większym celom.
Weźmy choćby ten lekko papuzi strój Dary, która przechadza się sama po zatłoczonej ulicy. Samym swoim kolorytem odcina się na tle szarości, a właściwie czerni, anonimowych przechodniów. Tak jak słowa piosenki można do pewnego stopnia nazwać autoreklamą samotnej kobiety, tak też wizualnie tworzy się pewien kontrast pięknej kobiety - wyjątkowej na tle tłumu, a jednak samej.
Bardzo ciekawa jest też kwestia łózkowo-siedzeniowa. Wokalistki przez cały teledysk okupują wszelkiej maści łóżka i są na nich same. Siedzą też na tyłach limuzyny - same, choć wyraźnie jest obok nich miejsce dla drugiej osoby. Siedzą wreszcie w pociągowym przedziale - wielkim i przez to jeszcze bardziej pustym. Jeden taki obraz, zależnie od zręczności aplikacji, mógłby być smaczkiem lub nieco kliszowym kadrem. Jednak tutaj teledysk w większości składa się właśnie z takich ujęć, niewiarygodnie potęgując odczucie samotności. Do tego dochodzi piękna scena zmysłowego tańca przed pustym fotelem.
Ale ta piosenka nie jest żalem na samotność, jest raczej manifestem niezauważonej adoratorki, czy też kobiety szukającej miłości. Kogoś, kto pragnie zostać zauważonym i usłyszanym. Dziewczyny część utworu śpiewają na szczycie latarni, budynku który z założenia ma oznajmiać wszystkim wokół - jestem tutaj. Bardzo zręcznym i subtelnym akcentem jest światło owej latarni, które wdziera się do każdego z pokoi wokalistek. W przyjemny sposób wiąże wizualnie poszczególne ujęcia, nie uciekając się do banału.
Ostatecznym efektem jest niezwykle sprawny przeplot obrazu z dźwiękiem, z których każde z osobna niesie swój ładunek emocjonalny, ale dopiero w połączeniu dają pełnię bardzo silnego wyrazu i w konsekwencji niezwykle nastrojowy wideoklip.
I jeszcze na zakończenie jedno niezwykle ważne pytanie. Jak czytać "2NE1"? Propozycje są dwie - jedna podoba mi się bardziej druga mniej. Gorsza jest w moim odczuciu ta forowana w ostatnich miesiącach w związku z nazwą trasy koncertowej - "New Evolution Global Tour". W tym wariancie 2NE1 czyta się jako twenty one, a nazwa ma być połączeniem haseł 21st century i new evolution. O wiele zgrabniejsze wydaje mi się brzmienie związane z nazwą pierwszego albumu grupy - "To anyone".
BONUS
Wersja "unplugged". Serio! Niestety nie można osadzić, więc tylko
>>LINK<<
Subskrybuj:
Posty (Atom)