Kilka dni temu pisałem (>>TUTAJ<<) o powrocie Miss A z piosenką "Hush". Na koniec tekstu wspomniałem o nadchodzącym debiucie M&N - pierwszej podgrupy Brown Eyed Girls - bo wydawało mi się to stosowne. Dziewczyny z Miss A wcisnęły się w bardzo ciasne spodnie, które do tej pory na kpopowej scenie były domeną BEG właśnie.
Biorąc pod uwagę solowy dorobek dziewczyn z BEG, duet Miryo i Narshy zdawał się zapowiadać tym bardziej pieprznie, bo choć w klipach Gain też nie brakowało ostrych obrazów, to jednak właśnie para M&N w dużej mierze odpowiada za seksapil w tym kwartecie. W moich przewidywaniach utwierdzały mnie zdjęciowe zapowiedzi z dość ostro wystylizowanymi dziewczyami m.in. trzymającymi lizaki.
Cóż, pamiętam też, że tekst o "Hush" kończyłem wyrażając nadzieję, że chociaż Miryo i Narsha mnie nie zawiodą. Niestety, choć nie jest to w żadnym razie zły projekt, to znów czuję się rozczarowany. Cała ta otoczka była tylko na pokaz, bo dziewczyny debiutują z zaskakująco miękkim repertuarem.
Celowo nie wstawiam teledysku, bo to raczej żart niż teledysk. Klip trwa niespełna dwie minuty i prezentuje trochę zakulisowych ujęć nakręconych przy okazji sesji zdjęciowej, której efektem były m.in. fotki wspomniane powyżej. Niby nie można zabronić wytwórni takiego podejścia, ale trochę to niepoważne - pachnie to desperacką próbą zrobienia klipu po kosztach. Tym bardziej, że cała stylizacja sesji ma się nijak do towarzyszącego kawałka. Swoją drogą, nie wiem czemu, ale przynajmniej część cukierków użytych w tej sesji i widocznych chociażby na okładce singla to nie M&M'sy tylko Skittlesy.
Co do samej piosenki to - jak już napisałem - nie tego się spodziewałem. Kompozycja jest zaskakująco spokojna i "pościelowa" w klasycznym tego zwrotu znaczeniu. Nie oznacza to, że utwór jest zły, ale jak na mój gust wydaje się ciutek nadto mdły. Tak, Miryo ma przyjemny, charakterny głos, ale nawet on zostaje wtłoczony w tę ckliwa stylizację, co najwyżej ubarwiając kompozycję, ale nie kształtując jej całościowego odbioru.
Od strony tekstu (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<) jest nawet nieźle, choć wciąż pościelowo. Inaczej rzecz ujmując, tekst jest zgrabny od strony czysto literackiej, ale tematycznie wtórny i - przynajmniej dla mnie - mało atrakcyjny. I podobne odczucia dominują, kiedy mówię o projekcie jako całości. Niby wokali słucha się przyjemnie, można się nawet w nich nieco rozpłynąć, niby jest klimat, a jednak nie ma w tym wszystkim błysku i całość wypada trochę jak b-side.
To samo tyczy się samego podkładu. Podoba mi się, że JeA wzięła się na poważnie za komponowanie, np. jej utwór na ostatnim mini-albumie Ailee był, obok singlowego U&I (>>TUTAJ<<), zdecydowanie najciekawszą propozycją. Tutaj też mogę sporo dobrego powiedzieć o brzmieniu tego kawałka, choćby bass i beat są mocnymi punktami tej kompozycji. A jednak całości brak jakiegoś wyróżnika, charakterystycznego momentu, który sprzedałby produkt masowemu odbiorcy.
Pisałem już, że piosenka brzmi jak b-side. Cóż, poniekąd nim jest, bo drugim nagraniem z tego singla jest... Anglojęzyczna wersja tej piosenki.
Nie ma chyba sensu dalej rozwodzić się nad tym utworem, bo sedno problemu jest tu na samym wierzchu. Piosenka to dobra, spójna kompozycja, przyjemna dla ucha i dobrze wykonana. Niestety, nie ma w niej absolutnie nic wyjątkowego i dlatego bardzo trudno znaleźć mi dobry powód, żeby skusić się na kolejne odtworzenie. Brak teledysku z prawdziwego zdarzenia stanowczo nie pomaga temu projektowi i mam wrażenie, że nadmierna oszczędność - czy też może ostrożność - ze strony wytwórni przypieczętuje losy tego nagrania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narsha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narsha. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 listopada 2013
niedziela, 4 sierpnia 2013
Brown Eyed Girls - KILL BILL
Jak nie upał, to ogólny brak czasu... W tym tygodniu wyskoczyło kilka ciekawych tematów i wszystkie powędrowały na stertę "do zrobienia później". Wszystkie za wyjątkiem jednego - EXO i ich "Growl" (>>TUTAJ<<). Dlaczego? Bo "Growl" to po prostu bardzo dobra piosenka, bardzo dobry układ taneczny, ale rzecz osadzona wewnątrz pewnej dobrze znanej konwencji. O "Growl" łatwo mi było sklecić jakiś tekst nawet zasypiając nad klawiaturą.
Tego samego nie mogę powiedzieć o tematach odłożonych na bok, bo wymagają one ode mnie nieco więcej wkładu i przemyślenia - nie chciałem robić ich po łebkach. No, ale mamy weekend - upał, nie upał, trzeba rozgrzebać te zaległości. Zacznę od tematu dla mnie najciekawszego - powrotu Brown Eyed Girls. Raz, że dziewczyny cenię i darzę sympatią za szeroko pojmowaną twórczość. Dwa, że ich title-track nawiązuje do filmu jednego z moich ulubionych reżyserów i daje mi pretekst, by zboczyć na filmową tematykę.
Zacznijmy może od BEG, bo jest to formacja, która na dobrą sprawę przekonała mnie do k-popu. After School jako pierwsze przykuło moją uwagę, inne żeńskie formacje też potrafiły pokazać coś z takich czy innych względów ciekawego, ale Brown Eyed Girls... BEG pokazało mi, że koreański girls band może robić coś więcej niż chwytliwy pop poparty zgrabnymi nogami i efektownym tańcem.
Nie chodzi o to, że Brown Eyed Girls starają się nie kusić męskiego oka - co to, to nie. Dziewczyny z tej formacji słyną z prowokacyjnych stylizacji, epatujących seks(apil)em. Sęk w tym, że uchodzi im to na sucho, bo to ich nęcenie seksem ma drugie dno. W skrócie - nie chodzi o wypięcie dupy do kamery.
Przy tym od dłuższego czasu bardzo ważnym nośnikiem ich twórczości są teledyski. Do tego stopnia istotnym, że same piosenki wydają się uboższe bez nich. To w teledyskach widać całą mięsną kontrowersję, ale to też sam obraz niesie w sobie ten dodatkowy ładunek - jeśli nie znaczenia, to przynajmniej sugestii - który pozwala prawidłowo zinterpretować tekst utworu.
Dlatego mocno zaskoczyła mnie już sama decyzja o nakręceniu teledysku na bazie "Kill Billa", a jeszcze bardziej zaskoczył mnie sam teledysk. Musiałem chwilę posiedzieć nad tym klipem, przetrawić go, ustawić myślowo w kontekście filmu i wcześniejszego dorobku zespołu - dopiero wtedy zacząłem, chyba, rozumieć proces myślowy za nim stojący.
Dlatego uprzedzę z góry - zanosi się na dłuższy wywód z mojej strony i to poświęcony bardziej kinematografii i ewentualnie wcześniejszej twórczości BEG, niż temu konkretnemu nagraniu. Ponadto poniższy teledysk trwa siedem i pół minuty. Jakby tego było mało, jeżeli nie interesujecie się kinem ponad pewien powszechnie akceptowany standard - tzn. nie zagłębiacie się w jego naturę i rolę, to ten klip raczej okaże się dla Was mniej lub bardziej nieciekawy lub zwyczajnie głupkowaty - bo taki w gruncie rzeczy jest.
Jeżeli chcecie zapoznać się z moimi przemyśleniami i osadzić ten klip w pewnym kontekście, zapraszam poniżej. Jeżeli interesuje Was sama piosenka, zjedźcie niżej, tam gdzieś będzie teledysk w wersji tanecznej (który trwa tyle, ile piosenka) i prawdopodobnie kilka słów o samym utworze.
Okej, zacznijmy od sprawy oczywistej, ale mimo wszystko wymagającej poświecenia jej kilku słów. Teledysk nawiązuje do dwuczęściowej produkcji Quentina Tarantino zatytułowanej "Kill Bill". Prawdopodobnie widzieliście ten film, ale nawet jeżeli nie widzieliście, to tak naprawdę nie ma to aż tak dużego znaczenia przy odbiorze teledysku.
Dzieje się tak dlatego, że klip do filmu nawiązuje albo bardzo powierzchownie, imitując wygląd pewnych scen, a nie linię fabularną, albo nawiązuje w sposób dosyć złożony, który i tak zamierzam wytłumaczyć. Bo teledysk - świadomie lub nie - jest odbiciem pewnej nieoczywistej własności filmu Tarantino. Własności, która wydaje się bardzo dobrze współgrać z dotychczasową twórczością BEG.
"Kill Bill" to film o kobiecie, która szuka zemsty na pewnym mężczyźnie zwanym Bill. To, że oboje byli wcześniej związani zawodowo, i nie tylko, jest chyba mniej istotne od samego zawodu, którym się parali - byli płatnymi mordercami, tzn. bohaterka była, Bill był jej szefem.
Film jest o kobiecie wywierającej zemstę, piosenka jest o kobiecie wywierającej zemstę - to dość, aby połączyć jedno i drugie tytułem oraz teledyskiem. Na dobrą sprawę klip nie idzie nigdzie dalej - to taka zabawa filmowym motywem. Trochę w tym parodii, trochę hołdu dla znanej produkcji i kilku jej kultowych scen. A jednak... Jest tu pewne subtelne podobieństwo, które sprowadza się właśnie do tego jak dziewczyny bawią się tym materiałem.
Zwróćmy uwagę na pewne oczywiste zestawienie, które wbrew pozorom łatwo przeoczyć. Jak się ma tytuł do teledysku? Tak, naturalnie widzimy nawiązania do filmu, ale mnie chodzi o coś innego. Jak same słowa "Kill Bill" mają się do tego teledysku, jeżeli usuniemy skojarzenie z filmowym pierwowzorem? Jakiś "Bill" pojawia się tylko na samym początku, kiedy Narsha wypisuje mu imię na plecach. Nic więcej.
Piosenka jest o zemście na facecie, w filmie główną motywacją bohaterki wydaje się być zemsta, a jednak w teledysku mamy tylko dziewczyny usiłujące się nawzajem pomordować. Możliwe, że to tylko przypadkowy efekt uboczny tego, że dziewczyny miały się zabawić przed kamerą. A jednak to jest bardzo spójne z naturą filmowego "Kill Billa".
W filmie tego Billa też za dużo nie ma. Na dobrą sprawę pojawia się on tylko na samym początku i samym końcu drugiej części. Ale nie to wyróżnia tę produkcję na tle innych filmów i nie to jest sednem podobieństwa, które widzę między filmem a teledyskiem. Chodzi o to, że "Kill Bill" jest jednym z nielicznych "popkornowych" filmów, które w głównych rolach osadzają silne kobiece postacie, kosztem ograniczenia liczby ról męskich. Jedyny podobny film, który przychodzi mi do głowy, to "Sucker Punch".
Ostatnie dekady upływają pod znakiem wszelakiej maści cichszych i donośniejszych głosów na rzecz równouprawnienia, upływają także pod znakiem dominacji komiksowo-geekowskiej popkultury, która przez lata stworzyła cały panteon lepiej i gorzej rozrysowanych heroin. A jednak świat Hollywoodu wydaje się tym całkiem niewzruszony.
Większość wytwórni wciąż wtłacza w swoje produkcje wszelakiej maści wojownicze księżniczki - zuchwałe, butne i zarozumiałe, ale koniec końców polegające na męskim ramieniu lub pozostające w cieniu mężczyzny. A nawet jeśli uda się w którymś filmie stworzyć autentycznie silną, kobiecą rolę, to zostaje ona przygaszona przez zalew pobocznych męskich postaci, które koniec końców sprawiają, że kobietę w głównej roli nie traktuje się w innych kategoriach jak ciekawostki czy urozmaicenia (vide "Salt" i "Tomb Raider" z Angeliną Jolie).
O komiksowych superprodukcjach w ogóle wstyd wspominać. W "Avengersach" mieliśmy tyłek Scarlett Johansson, ale to i tak dużo. Ludzie z DC Comics i Warner Brothers najwyraźniej usiłują nakręcić "Ligę Sprawiedliwych" bez Wonder Woman. To o tyle zabawne, że trzonem owej Ligi są Superman, Batman i właśnie WW.
"Kill Bill" jawi się na tym tle jako wyjątek. A raczej jawiłby się, gdyby nie zabawny paradoks - przez to, że większość pierwszo i drugoplanowych ról została obsadzona kobietami, publika w ogóle nie zwraca uwagi na ten zabieg. A jednak te decyzje mają swoje dalsze implikacje w filmie, który jest dosyć mocno sfeminizowany - w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Kill-billowa Beatrycze nie jest kalką żadnego męskiego bohatera srebrnego ekranu, to nie męski archetyp przebrany w kobiece fatałaszki. Można nawet stwierdzić, że jest wręcz odwrotnie - to kobieta z krwi i kości wrzucona w męskie spodnie - w przenośni, jak i dosłownie. Sławny zółto-czarny strój panny młodej został zainspirowany strojem, który wcześniej nosił nie kto inny jak sam Bruce Lee w filmie "Game of Death". A jednak jego odświezona wersja noszona przez Umę Thurman niemal zupełnie wyparła oryginał z popkulturowej świadomości. Dziś charakterystyczną kombinację żółci i czerni kojarzy się właśnie z aktorką i filmem Tarantino, a nie z mistrzem sztuk walki.
Jednak ten smaczny detal jest raczej efektem ubocznym popularności filmu. Tarantino nie mógł przewidzieć, że swoim użyciem tej kolorystyki przyćmi oryginał, któremu starał się złożyć drobny hołd. Znacznie istotniejsza w temacie wzmocnienia kobiecego przekazu jest treść filmu, która w wielu momentach stara się patrzeć nieco bardziej kobiecym okiem lub porusza kwestie bliższe kobietom, jak np. macierzyństwo. Oczywiście film wciąż jest krwawą jatką i ołtarzem dla kina klasy B, jeśli nie klasy C, w dodatku zrealizowanym ze specyficznym poczuciem humoru a'la Tarantino...
A jednak to wszystko gdzieś tam jest. Jeżeli usuniemy tych wszystkich płatnych morderców, samurajskie miecze i krwawy aspekt zemsty, okazuje się, że film pokazuje nadspodziewanie życiowy obraz kobiety. Obraz, który można jakoś przełożyć na codzienność. Rodzina, kariera, dziecko, związki, rywalizacje zawodowe i osobiste - to wszystko jest w tym filmie, tylko trudno to zauważyć, bo Tarantino na pierwszy plan rzuca swoją zabawę tworzywem i konwencjami.
Teledysk BEG w żadnym razie nie idzie tak daleko, ale jak już wspomniałem, dzieli pewną charakterystykę z filmem. Bawi się konwencją, bawi się motywami zapożyczonymi z filmu, bawi się wreszcie koncepcją wypchnięcia kobiet na pierwszy plan. U Tarantino ten Bill koniec końców miał jakąś rolę do odegrania, tutaj - wbrew tytułowi i wbrew słowom piosenki - Bill ginie na wstępie.
I tu leży cały dowcip - dziewczyny mszczą się na Billu bez zbędnych kombinacji. W teledysku, który wydawałoby się ma opowiadać o zabiciu Billa, tytułowy bohater ginie na samym początku, a klip dzieje się dalej. Tym samym dziewczyny pokazują, że Bill nieistotny i całkiem zbyteczny. A to dla dominującego samca musi być najdotkliwszym upokorzeniem.
Co do taneczno-seksualnej otoczki. Cóż, nie oszukujmy się, seks się sprzedaje, a wytwórnia musi zarobić. BEG nie może każdą piosenką pokazywać ostentacyjnego środkowego palca męskiej części widowni. Wystarczy, że zrobiły to w "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<), gdzie naraz mamiły męskie oczy stylizacjami rodem z brudnych, męskich fantazji i jednocześnie śpiewały słowa, które jawnie mówiły, że w tym związku to mężczyzna śliniący się do ekranu jest psem na uwięzi. A jednak znów dziewczynom udaje się dość zgrabnie wybrnąć z tej całej sytuacji z twarzą. W nowym układzie tanecznym to one są stroną dominującą, a mężczyźni robią bardziej za seksualne rekwizyty, niż osoby.
Co do samej piosenki, to przyznam, że przy pierwszym kontakcie moja reakcja była krótka - "meh". Piosenka nie wydała mi się zła, ale trochę dziwna i jakoś nieszczególnie interesująca. Chyba wszystko dlatego, że za bardzo skupiałem się na tym, o czym właściwie ma być ten teledysk, na tych wszystich nowych stylizacjach. Od kiedy w jakiś sposób udało mi się ułożyć te sprawy w głowie, na nagranie patrzę znacznie przychylniejszym okiem. Po prostu mnie wciągnęło.
Chyba głównym punktem "spornym" był dla mnie ten pseudo-gwizdany motyw. Ma się on nijak do kultowego już pogwizdywania z "Kill Billa" i po prostu raził mnie jako nieudana próba nawiązania. A jednak, po kilku przesłuchaniach wbił mi się do głowy i teraz wydaje się pasować jak ulał do całej kompozycji, szczególnie kiedy obetniemy nawiązanie do filmu i za punkt odniesienia przyjmiemy westernową stylizację, która jest drugą skórą tej piosenki.
Bardzo podoba mi się ten elektroniczny miks z umiejętnie wplecionymi pojedynczymi dźwiękami na gitarze, które bardziej służą wyznaczaniu rytmu, niż wygrywaniu melodii. Jednak najmocniejszy punkt tej piosenki to wokale i to jak zgrywają się ze słowami piosenki. Po prostu słychać, że dziewczyny z BEG nie śpiewają o "dupie Maryni", tylko starają się wykazać pewne zaangażowanie w tekst. A nawet pomijając ten aspekt, wokale po prostu dobrze brzmią i ich linia melodyczna jest chwytliwa jak diabli.
Tego samego nie mogę powiedzieć o tematach odłożonych na bok, bo wymagają one ode mnie nieco więcej wkładu i przemyślenia - nie chciałem robić ich po łebkach. No, ale mamy weekend - upał, nie upał, trzeba rozgrzebać te zaległości. Zacznę od tematu dla mnie najciekawszego - powrotu Brown Eyed Girls. Raz, że dziewczyny cenię i darzę sympatią za szeroko pojmowaną twórczość. Dwa, że ich title-track nawiązuje do filmu jednego z moich ulubionych reżyserów i daje mi pretekst, by zboczyć na filmową tematykę.
Zacznijmy może od BEG, bo jest to formacja, która na dobrą sprawę przekonała mnie do k-popu. After School jako pierwsze przykuło moją uwagę, inne żeńskie formacje też potrafiły pokazać coś z takich czy innych względów ciekawego, ale Brown Eyed Girls... BEG pokazało mi, że koreański girls band może robić coś więcej niż chwytliwy pop poparty zgrabnymi nogami i efektownym tańcem.
Nie chodzi o to, że Brown Eyed Girls starają się nie kusić męskiego oka - co to, to nie. Dziewczyny z tej formacji słyną z prowokacyjnych stylizacji, epatujących seks(apil)em. Sęk w tym, że uchodzi im to na sucho, bo to ich nęcenie seksem ma drugie dno. W skrócie - nie chodzi o wypięcie dupy do kamery.
Przy tym od dłuższego czasu bardzo ważnym nośnikiem ich twórczości są teledyski. Do tego stopnia istotnym, że same piosenki wydają się uboższe bez nich. To w teledyskach widać całą mięsną kontrowersję, ale to też sam obraz niesie w sobie ten dodatkowy ładunek - jeśli nie znaczenia, to przynajmniej sugestii - który pozwala prawidłowo zinterpretować tekst utworu.
Dlatego mocno zaskoczyła mnie już sama decyzja o nakręceniu teledysku na bazie "Kill Billa", a jeszcze bardziej zaskoczył mnie sam teledysk. Musiałem chwilę posiedzieć nad tym klipem, przetrawić go, ustawić myślowo w kontekście filmu i wcześniejszego dorobku zespołu - dopiero wtedy zacząłem, chyba, rozumieć proces myślowy za nim stojący.
Dlatego uprzedzę z góry - zanosi się na dłuższy wywód z mojej strony i to poświęcony bardziej kinematografii i ewentualnie wcześniejszej twórczości BEG, niż temu konkretnemu nagraniu. Ponadto poniższy teledysk trwa siedem i pół minuty. Jakby tego było mało, jeżeli nie interesujecie się kinem ponad pewien powszechnie akceptowany standard - tzn. nie zagłębiacie się w jego naturę i rolę, to ten klip raczej okaże się dla Was mniej lub bardziej nieciekawy lub zwyczajnie głupkowaty - bo taki w gruncie rzeczy jest.
Jeżeli chcecie zapoznać się z moimi przemyśleniami i osadzić ten klip w pewnym kontekście, zapraszam poniżej. Jeżeli interesuje Was sama piosenka, zjedźcie niżej, tam gdzieś będzie teledysk w wersji tanecznej (który trwa tyle, ile piosenka) i prawdopodobnie kilka słów o samym utworze.
Okej, zacznijmy od sprawy oczywistej, ale mimo wszystko wymagającej poświecenia jej kilku słów. Teledysk nawiązuje do dwuczęściowej produkcji Quentina Tarantino zatytułowanej "Kill Bill". Prawdopodobnie widzieliście ten film, ale nawet jeżeli nie widzieliście, to tak naprawdę nie ma to aż tak dużego znaczenia przy odbiorze teledysku.
Dzieje się tak dlatego, że klip do filmu nawiązuje albo bardzo powierzchownie, imitując wygląd pewnych scen, a nie linię fabularną, albo nawiązuje w sposób dosyć złożony, który i tak zamierzam wytłumaczyć. Bo teledysk - świadomie lub nie - jest odbiciem pewnej nieoczywistej własności filmu Tarantino. Własności, która wydaje się bardzo dobrze współgrać z dotychczasową twórczością BEG.
"Kill Bill" to film o kobiecie, która szuka zemsty na pewnym mężczyźnie zwanym Bill. To, że oboje byli wcześniej związani zawodowo, i nie tylko, jest chyba mniej istotne od samego zawodu, którym się parali - byli płatnymi mordercami, tzn. bohaterka była, Bill był jej szefem.
Film jest o kobiecie wywierającej zemstę, piosenka jest o kobiecie wywierającej zemstę - to dość, aby połączyć jedno i drugie tytułem oraz teledyskiem. Na dobrą sprawę klip nie idzie nigdzie dalej - to taka zabawa filmowym motywem. Trochę w tym parodii, trochę hołdu dla znanej produkcji i kilku jej kultowych scen. A jednak... Jest tu pewne subtelne podobieństwo, które sprowadza się właśnie do tego jak dziewczyny bawią się tym materiałem.
Zwróćmy uwagę na pewne oczywiste zestawienie, które wbrew pozorom łatwo przeoczyć. Jak się ma tytuł do teledysku? Tak, naturalnie widzimy nawiązania do filmu, ale mnie chodzi o coś innego. Jak same słowa "Kill Bill" mają się do tego teledysku, jeżeli usuniemy skojarzenie z filmowym pierwowzorem? Jakiś "Bill" pojawia się tylko na samym początku, kiedy Narsha wypisuje mu imię na plecach. Nic więcej.
Piosenka jest o zemście na facecie, w filmie główną motywacją bohaterki wydaje się być zemsta, a jednak w teledysku mamy tylko dziewczyny usiłujące się nawzajem pomordować. Możliwe, że to tylko przypadkowy efekt uboczny tego, że dziewczyny miały się zabawić przed kamerą. A jednak to jest bardzo spójne z naturą filmowego "Kill Billa".
W filmie tego Billa też za dużo nie ma. Na dobrą sprawę pojawia się on tylko na samym początku i samym końcu drugiej części. Ale nie to wyróżnia tę produkcję na tle innych filmów i nie to jest sednem podobieństwa, które widzę między filmem a teledyskiem. Chodzi o to, że "Kill Bill" jest jednym z nielicznych "popkornowych" filmów, które w głównych rolach osadzają silne kobiece postacie, kosztem ograniczenia liczby ról męskich. Jedyny podobny film, który przychodzi mi do głowy, to "Sucker Punch".
Ostatnie dekady upływają pod znakiem wszelakiej maści cichszych i donośniejszych głosów na rzecz równouprawnienia, upływają także pod znakiem dominacji komiksowo-geekowskiej popkultury, która przez lata stworzyła cały panteon lepiej i gorzej rozrysowanych heroin. A jednak świat Hollywoodu wydaje się tym całkiem niewzruszony.
Większość wytwórni wciąż wtłacza w swoje produkcje wszelakiej maści wojownicze księżniczki - zuchwałe, butne i zarozumiałe, ale koniec końców polegające na męskim ramieniu lub pozostające w cieniu mężczyzny. A nawet jeśli uda się w którymś filmie stworzyć autentycznie silną, kobiecą rolę, to zostaje ona przygaszona przez zalew pobocznych męskich postaci, które koniec końców sprawiają, że kobietę w głównej roli nie traktuje się w innych kategoriach jak ciekawostki czy urozmaicenia (vide "Salt" i "Tomb Raider" z Angeliną Jolie).
O komiksowych superprodukcjach w ogóle wstyd wspominać. W "Avengersach" mieliśmy tyłek Scarlett Johansson, ale to i tak dużo. Ludzie z DC Comics i Warner Brothers najwyraźniej usiłują nakręcić "Ligę Sprawiedliwych" bez Wonder Woman. To o tyle zabawne, że trzonem owej Ligi są Superman, Batman i właśnie WW.
"Kill Bill" jawi się na tym tle jako wyjątek. A raczej jawiłby się, gdyby nie zabawny paradoks - przez to, że większość pierwszo i drugoplanowych ról została obsadzona kobietami, publika w ogóle nie zwraca uwagi na ten zabieg. A jednak te decyzje mają swoje dalsze implikacje w filmie, który jest dosyć mocno sfeminizowany - w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Kill-billowa Beatrycze nie jest kalką żadnego męskiego bohatera srebrnego ekranu, to nie męski archetyp przebrany w kobiece fatałaszki. Można nawet stwierdzić, że jest wręcz odwrotnie - to kobieta z krwi i kości wrzucona w męskie spodnie - w przenośni, jak i dosłownie. Sławny zółto-czarny strój panny młodej został zainspirowany strojem, który wcześniej nosił nie kto inny jak sam Bruce Lee w filmie "Game of Death". A jednak jego odświezona wersja noszona przez Umę Thurman niemal zupełnie wyparła oryginał z popkulturowej świadomości. Dziś charakterystyczną kombinację żółci i czerni kojarzy się właśnie z aktorką i filmem Tarantino, a nie z mistrzem sztuk walki.
Jednak ten smaczny detal jest raczej efektem ubocznym popularności filmu. Tarantino nie mógł przewidzieć, że swoim użyciem tej kolorystyki przyćmi oryginał, któremu starał się złożyć drobny hołd. Znacznie istotniejsza w temacie wzmocnienia kobiecego przekazu jest treść filmu, która w wielu momentach stara się patrzeć nieco bardziej kobiecym okiem lub porusza kwestie bliższe kobietom, jak np. macierzyństwo. Oczywiście film wciąż jest krwawą jatką i ołtarzem dla kina klasy B, jeśli nie klasy C, w dodatku zrealizowanym ze specyficznym poczuciem humoru a'la Tarantino...
A jednak to wszystko gdzieś tam jest. Jeżeli usuniemy tych wszystkich płatnych morderców, samurajskie miecze i krwawy aspekt zemsty, okazuje się, że film pokazuje nadspodziewanie życiowy obraz kobiety. Obraz, który można jakoś przełożyć na codzienność. Rodzina, kariera, dziecko, związki, rywalizacje zawodowe i osobiste - to wszystko jest w tym filmie, tylko trudno to zauważyć, bo Tarantino na pierwszy plan rzuca swoją zabawę tworzywem i konwencjami.
Teledysk BEG w żadnym razie nie idzie tak daleko, ale jak już wspomniałem, dzieli pewną charakterystykę z filmem. Bawi się konwencją, bawi się motywami zapożyczonymi z filmu, bawi się wreszcie koncepcją wypchnięcia kobiet na pierwszy plan. U Tarantino ten Bill koniec końców miał jakąś rolę do odegrania, tutaj - wbrew tytułowi i wbrew słowom piosenki - Bill ginie na wstępie.
I tu leży cały dowcip - dziewczyny mszczą się na Billu bez zbędnych kombinacji. W teledysku, który wydawałoby się ma opowiadać o zabiciu Billa, tytułowy bohater ginie na samym początku, a klip dzieje się dalej. Tym samym dziewczyny pokazują, że Bill nieistotny i całkiem zbyteczny. A to dla dominującego samca musi być najdotkliwszym upokorzeniem.
Co do taneczno-seksualnej otoczki. Cóż, nie oszukujmy się, seks się sprzedaje, a wytwórnia musi zarobić. BEG nie może każdą piosenką pokazywać ostentacyjnego środkowego palca męskiej części widowni. Wystarczy, że zrobiły to w "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<), gdzie naraz mamiły męskie oczy stylizacjami rodem z brudnych, męskich fantazji i jednocześnie śpiewały słowa, które jawnie mówiły, że w tym związku to mężczyzna śliniący się do ekranu jest psem na uwięzi. A jednak znów dziewczynom udaje się dość zgrabnie wybrnąć z tej całej sytuacji z twarzą. W nowym układzie tanecznym to one są stroną dominującą, a mężczyźni robią bardziej za seksualne rekwizyty, niż osoby.
Co do samej piosenki, to przyznam, że przy pierwszym kontakcie moja reakcja była krótka - "meh". Piosenka nie wydała mi się zła, ale trochę dziwna i jakoś nieszczególnie interesująca. Chyba wszystko dlatego, że za bardzo skupiałem się na tym, o czym właściwie ma być ten teledysk, na tych wszystich nowych stylizacjach. Od kiedy w jakiś sposób udało mi się ułożyć te sprawy w głowie, na nagranie patrzę znacznie przychylniejszym okiem. Po prostu mnie wciągnęło.
Chyba głównym punktem "spornym" był dla mnie ten pseudo-gwizdany motyw. Ma się on nijak do kultowego już pogwizdywania z "Kill Billa" i po prostu raził mnie jako nieudana próba nawiązania. A jednak, po kilku przesłuchaniach wbił mi się do głowy i teraz wydaje się pasować jak ulał do całej kompozycji, szczególnie kiedy obetniemy nawiązanie do filmu i za punkt odniesienia przyjmiemy westernową stylizację, która jest drugą skórą tej piosenki.
Bardzo podoba mi się ten elektroniczny miks z umiejętnie wplecionymi pojedynczymi dźwiękami na gitarze, które bardziej służą wyznaczaniu rytmu, niż wygrywaniu melodii. Jednak najmocniejszy punkt tej piosenki to wokale i to jak zgrywają się ze słowami piosenki. Po prostu słychać, że dziewczyny z BEG nie śpiewają o "dupie Maryni", tylko starają się wykazać pewne zaangażowanie w tekst. A nawet pomijając ten aspekt, wokale po prostu dobrze brzmią i ich linia melodyczna jest chwytliwa jak diabli.
środa, 10 lipca 2013
Brown Eyed Girls - Recipe
Najnowszy powrót Brown Eyed Girls już przechrzczono jako "ninja-comeback". Piosenka to cyfrowy singiel, co znaczy, że nie ma swojego kompaktowego odpowiednika. Póki co nie widać też żadnego teledysku, Nie wiadomo nawet, czy dziewczyny zagoszczą na antenach programów muzycznych. Ba, gdyby nie twitterowe wpisy samych wokalistek, trudno byłoby się dokopać do wiadomości o nowym nagraniu.
A mimo to, w kilka godzin po premierze, dziewczyny zaliczyły all-kill - symultaniczne pierwsze miejsce na notowaniach trzynastu najważniejszych list przebojów w Korei.
Od pierwszych dźwięków słychać, kto skomponował ten utwór. Primary - jeden z topowych koreańskich producentów, kojarzony głównie ze sceną hip-hopową, ale mający na koncie całkiem pokaźną liczbę mainstreamowych przebojów - między innymi zeszłoroczny hit "?", do którego swoich głosów i twarzy użyczyli Choiza z grupy Dynamic Duo oraz Zion.T. Piszę o użyczaniu twarzy, bo sam Primary lubi chować swoją twarz w kartonowym pudle. Poważnie.
Swoją drogą Choiza też ma swój udział w tym kawałku, bo wespół z Primary i Miryo (raperka BEG) ułożyli słowa do tego utworu. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Zgrabnie napisany, trochę żartobliwy, a trochę pieprzny kawałek tekstu. Nie ma tu jakiegoś rażącego w oczy innuendo, ale sam nastrój i brzmienie piosenki podpowiadają, że jej słowa można odnosić tak do emocji, jak i do bardziej fizycznej sfery miłości.
Dlatego strasznie żałuję, że nie ma do tej piosenki teledysku. Brown Eyed Girls jest znane ze śmiałych, ostrych klipów, które przy tym zawsze zostają nakręcone z pomysłem i poszanowaniem dobrego smaku. Do tej piosenki, nawet bez wielkiego budżetu, można nakręcić soczysty, kuchenny teledysk - wystarczy zgrabnie oświetlić plan i dobrze wykadrować detale. Resztę dyktuje sama muzyka, a luki w wyobraźni zapełnia tekst.
Co do samej piosenki - wszystko się tutaj świetnie buja, chociaż na pewno nie zgodzę się, że jest to szczytowe osiągnięcie Primary czy Brown Eyed Girls. Kompozycja od pierwszych dźwięków obiera jasny kierunek i klimat i do końca trzyma się tych założeń. Podkład jest bardzo solidnie wykonany, brzmi przyjemnie i adekwatnie, w żadnym razie nie nudzi i nie męczy. A jednak brakuje mu tego czegoś, żeby postawić na tym stempel potwierdzający najwyższą jakość.
Podobnie z wokalami - pięknie wpasowane w konwencję, przyjemnie, miękko brzmiące. Bez jakichś niepotrzebnych świdrów, gwizdów czy wymuszonych popisów. Trzymają melodię, trzymają rytm, tworzą nastrój, ale znów czegoś brakuje, żeby piosenka była absolutnie urzekająca - może tym czymś jest tutaj tekst, który jednak poprzez barierę językową nie wsiąka równie dobrze.
I jeszcze kilka zdań o rapie, bo Miryo dostała w tym utworze nieco więcej miejsca niż zwykle. Choć jest chyba najmniej docenianą z czwórki wokalistek, tym razem trafia w dziesiątkę. Jej twardy, trochę zuchwały i nonszalancki głos świetnie kontrapunktuje miękkie partie koleżanek, dodając całości pikanterii i podkreślając dwoistą naturę tekstu, o której pisałem już wyżej.
A mimo to, w kilka godzin po premierze, dziewczyny zaliczyły all-kill - symultaniczne pierwsze miejsce na notowaniach trzynastu najważniejszych list przebojów w Korei.
Od pierwszych dźwięków słychać, kto skomponował ten utwór. Primary - jeden z topowych koreańskich producentów, kojarzony głównie ze sceną hip-hopową, ale mający na koncie całkiem pokaźną liczbę mainstreamowych przebojów - między innymi zeszłoroczny hit "?", do którego swoich głosów i twarzy użyczyli Choiza z grupy Dynamic Duo oraz Zion.T. Piszę o użyczaniu twarzy, bo sam Primary lubi chować swoją twarz w kartonowym pudle. Poważnie.
Swoją drogą Choiza też ma swój udział w tym kawałku, bo wespół z Primary i Miryo (raperka BEG) ułożyli słowa do tego utworu. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Zgrabnie napisany, trochę żartobliwy, a trochę pieprzny kawałek tekstu. Nie ma tu jakiegoś rażącego w oczy innuendo, ale sam nastrój i brzmienie piosenki podpowiadają, że jej słowa można odnosić tak do emocji, jak i do bardziej fizycznej sfery miłości.
Dlatego strasznie żałuję, że nie ma do tej piosenki teledysku. Brown Eyed Girls jest znane ze śmiałych, ostrych klipów, które przy tym zawsze zostają nakręcone z pomysłem i poszanowaniem dobrego smaku. Do tej piosenki, nawet bez wielkiego budżetu, można nakręcić soczysty, kuchenny teledysk - wystarczy zgrabnie oświetlić plan i dobrze wykadrować detale. Resztę dyktuje sama muzyka, a luki w wyobraźni zapełnia tekst.
Co do samej piosenki - wszystko się tutaj świetnie buja, chociaż na pewno nie zgodzę się, że jest to szczytowe osiągnięcie Primary czy Brown Eyed Girls. Kompozycja od pierwszych dźwięków obiera jasny kierunek i klimat i do końca trzyma się tych założeń. Podkład jest bardzo solidnie wykonany, brzmi przyjemnie i adekwatnie, w żadnym razie nie nudzi i nie męczy. A jednak brakuje mu tego czegoś, żeby postawić na tym stempel potwierdzający najwyższą jakość.
Podobnie z wokalami - pięknie wpasowane w konwencję, przyjemnie, miękko brzmiące. Bez jakichś niepotrzebnych świdrów, gwizdów czy wymuszonych popisów. Trzymają melodię, trzymają rytm, tworzą nastrój, ale znów czegoś brakuje, żeby piosenka była absolutnie urzekająca - może tym czymś jest tutaj tekst, który jednak poprzez barierę językową nie wsiąka równie dobrze.
I jeszcze kilka zdań o rapie, bo Miryo dostała w tym utworze nieco więcej miejsca niż zwykle. Choć jest chyba najmniej docenianą z czwórki wokalistek, tym razem trafia w dziesiątkę. Jej twardy, trochę zuchwały i nonszalancki głos świetnie kontrapunktuje miękkie partie koleżanek, dodając całości pikanterii i podkreślając dwoistą naturę tekstu, o której pisałem już wyżej.
wtorek, 16 kwietnia 2013
Brown Eyed Girls - Abracadabra
Przy okazji poprzedniego wpisu (>>TUTAJ<<) wspomniałem, że nowy taniec PSY'a do złudzenia przypomina fragment choreografii do innego koreańskiego hitu - "Abracadabra" formacji Brown Eyed Girls, w skład której wchodzi Gain - towarzyszka PSY'a w klipie do "Gentlemana". Stwierdziłem, że dobrym pomysłem będzie, zamiast pisać, pokazać o co chodzi, tym bardziej, że o klipie i piosence i tak chciałem kiedyś napisać kilka słów.
Zanim wrzucę teledysk jeszcze kilka zdań wprowadzenia. Brown Eyed Girls to jedna ze starszych wciąż działających żeńskich formacji na koreańskim rynku - tak pod względem stażu, jak i wieku członkiń. Najmłodsza jest Gain (rocznik '87), pozostała trójka właśnie napoczęła czwartą dekadę życia. Grupa zadebiutowała w 2006 roku i przed nagraniem piosenki "Abracadabra" zdążyła wydać dwa pełne albumy i dwie EP-ki. Jednak dopiero piosenka "Abracadabra", wydana w 2009 roku jako pierwszy singiel z albumu "G-sound", wyniosła dziewczyny do prawdziwej sławy.
Teledysk jest zdecydowanie pieprzny, choć to nie nasycenie erotyzmem i innymi obrazami, które cenzorów doprowadziły do zgrzytania zębami, przysporzyło piosence takiej popularności. Wręcz przeciwnie, w konserwatywnej Korei klip spotkał się ze sporą dozą krytyki. Również słowa piosenki i jej oryginalny tytuł działały na nerwy cenzorom, którym ten ostatni element udało się nawet zmienić. Piosenka oryginalnie nosiła tytuł "Voodoo" i tekst w wielu miejscach nawiązuje do czarnej magii kojarzonej z tym kultem. Jednak cenzurze nie poszło o samo nawiązanie do takiej tematyki, a o jawne wymienienie nazwy religii. Dlatego piosenka stała się "Abracadabrą", a jak się dobrze wsłuchacie we fragment, podczas którego Gain wraz z tancerkami wiją się na podłodze, to nawet usłyszycie, kiedy jeden, jedyny raz słowo to pada w utworze.
W telegraficznym skrócie - piosenka śpiewana jest z punktu widzenia ślepo zauroczonej kobiety, która wie, że obiekt jej westchnień ma inną. Dlatego śpiewająca kobieta odgraża się, że ucieknie się do wszelkich możliwych sposobów, w tym do czarnej magii, by omotać swojego wybranka i odciągnąć go od drugiej kobiety. Słowa i teledysk razem kręcą się wokół motywu zdrady i obsesyjnej miłości (Miryo otoczona jest przez śledzące wszystko monitory, a z jej ust padają słowa "Im like a supervisor"). Jeżeli jesteście ciekawi pełnego tekstu, wersję audio z angielskimi napisami znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jednak, oprócz powyższego teledysku, powstała także alternatywna, taneczna wersja kilpu. Jest to popularny zabieg w Korei w wypadku dłuższych lub nazbyt kontrowersyjnych teledysków, który pozwala na emitowanie piosenki w głównych pasmach telewizyjnych, a nie w godzinach niższej oglądalności. Co ciekawe, klip ten, sądząc choćby po liczbie wyświetleń na YT, wcale nie jest mniej popularny od wymieszanego z fabułą pierwowzoru.
To nawet ciekawe, że choć dziewczyny nie robią tu niczego szczególnie nieprzyzwoitego, klip wręcz ocieka seksapilem. Duża w tym zasługa wykreowanego przez kostiumy i stylizację ostrego wizerunku, który także dla Brown Eyed Girls był wtedy nowością. Teraz formacja jest silnie kojarzona z ostrym, niepokornym wizerunkiem i niesztampową twórczością - tak od strony muzycznej, jak i wizualnej.
Jednak, jak już pisałem, "Abracadabrę" do popularności poniósł nie teledysk, nie wizerunek grupy, nie erotyzm, a przede wszystkim elektroniczne, taneczne i bardzo chwytliwe brzmienie, a także... Taniec. Dokładnie ten taniec, który teraz widzimy w nowym klipie "PSY'a". Bujające się biodra, założone ręce, nawet sposób obrotu jest identyczny. Dla światowej publiczności może to być swojego rodzaju nowość, ale w Korei natychmiast w "Gentlemanie" rozpoznano ruchy z "Abracadbry", bo taniec, który nazwano "sigeonbang chum" swojego czasu był tam narodowym fenomenem. Chyba jedynie osoba Gain pojawiająca się w klipie powstrzymała burzę wokół tego posunięcia.
Jednak "Abracadabra" ma też swoją słabszą stronę. Teledysk w obydwu wersjach jest atrakcyjny wizualnie, choćby z kolorystycznego i kompozycyjnego punktu widzenia, jeśli koniecznie chcemy udawać, że to, co dzieje się na ekranie, kompletnie nas nie kręci. Również piosenka brzmi ciekawie i lekko. Jest zróżnicowana kompozycyjnie i dosyć bogata we wszelakiej maści efekty, przez co nie tylko łatwo wskakuje do głowy, ale także nawet po wielu powtórzeniach nie nudzi i nie drażni uszu. W czym więc problem? W wokalu, który jest strasznie przeprodukowany. Na płycie czy w teledysku nie stanowi to problemu, ale kiedy trzeba wystąpić na żywo i na dodatek nie chce się całej piosenki lecieć na playbacku, to pojawia się problem...
Nie dość, że od strony wokalnej kompozycja jest niewymagająca, momentami wręcz mówiona, a nie śpiewana, to jeszcze głosy wokalistek w wersji płytowej są tak poprzerabiane, że mieszanie tych wstawek z ich prawdziwymi głosami brzmi gorzej niż jakby dziewczyny miały występować bez tych efektów. Co więcej, po obejrzeniu takiego występu ktoś mógłby odnieść wrażenie, że Brown Eyed Girls nie potrafią śpiewać, co oczywiście nie jest prawdą.
Cała czwórka zaistniała także jako solowe artystki. Najmniej znaczącej kariery doczekała się raperka Miryo, zdecydowanie najwięcej projektów i blasku na swoje konto zagarnęła Gain i choćby poprzez liczbę dostępnych próbek jej talentu z łatwością można stwierdzić, że ze śpiewaniem radzi sobie co najmniej bardzo solidnie.
Jeszcze lepsze od niej wydają się Narsha i JeA, które przez pewien czas trafiły nawet do obsady programu "Immortal Song 2", a tam nawet pojedynczy, gościnny występ jest miarą muzycznego uznania. Jednak przede wszystkim polecałbym zaznajomienie się z nowym mini-albumem JeA, który jest po prostu świetny od strony muzycznej, a w szczególności wokalnej. Teksty o piosenkach z tego wydawnictwa znajdziecie >>TUTAJ<<, >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<.
Natomiast dla leniwych na dowód pozostawiam poniżej Brown Eyed Girls wykonujące ich inny przebój - "Cleansing Cream". Swoją drogą gorąco polecam zajrzeć >>TUTAJ<< i nawet jeśli nie przeczytać moją przydługawą analizę teledysku, to chociaż obejrzeć klip do tej piosenki, który bezapelacyjnie jest arcydziełem w swoim rodzaju.
Zanim wrzucę teledysk jeszcze kilka zdań wprowadzenia. Brown Eyed Girls to jedna ze starszych wciąż działających żeńskich formacji na koreańskim rynku - tak pod względem stażu, jak i wieku członkiń. Najmłodsza jest Gain (rocznik '87), pozostała trójka właśnie napoczęła czwartą dekadę życia. Grupa zadebiutowała w 2006 roku i przed nagraniem piosenki "Abracadabra" zdążyła wydać dwa pełne albumy i dwie EP-ki. Jednak dopiero piosenka "Abracadabra", wydana w 2009 roku jako pierwszy singiel z albumu "G-sound", wyniosła dziewczyny do prawdziwej sławy.
Teledysk jest zdecydowanie pieprzny, choć to nie nasycenie erotyzmem i innymi obrazami, które cenzorów doprowadziły do zgrzytania zębami, przysporzyło piosence takiej popularności. Wręcz przeciwnie, w konserwatywnej Korei klip spotkał się ze sporą dozą krytyki. Również słowa piosenki i jej oryginalny tytuł działały na nerwy cenzorom, którym ten ostatni element udało się nawet zmienić. Piosenka oryginalnie nosiła tytuł "Voodoo" i tekst w wielu miejscach nawiązuje do czarnej magii kojarzonej z tym kultem. Jednak cenzurze nie poszło o samo nawiązanie do takiej tematyki, a o jawne wymienienie nazwy religii. Dlatego piosenka stała się "Abracadabrą", a jak się dobrze wsłuchacie we fragment, podczas którego Gain wraz z tancerkami wiją się na podłodze, to nawet usłyszycie, kiedy jeden, jedyny raz słowo to pada w utworze.
W telegraficznym skrócie - piosenka śpiewana jest z punktu widzenia ślepo zauroczonej kobiety, która wie, że obiekt jej westchnień ma inną. Dlatego śpiewająca kobieta odgraża się, że ucieknie się do wszelkich możliwych sposobów, w tym do czarnej magii, by omotać swojego wybranka i odciągnąć go od drugiej kobiety. Słowa i teledysk razem kręcą się wokół motywu zdrady i obsesyjnej miłości (Miryo otoczona jest przez śledzące wszystko monitory, a z jej ust padają słowa "Im like a supervisor"). Jeżeli jesteście ciekawi pełnego tekstu, wersję audio z angielskimi napisami znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jednak, oprócz powyższego teledysku, powstała także alternatywna, taneczna wersja kilpu. Jest to popularny zabieg w Korei w wypadku dłuższych lub nazbyt kontrowersyjnych teledysków, który pozwala na emitowanie piosenki w głównych pasmach telewizyjnych, a nie w godzinach niższej oglądalności. Co ciekawe, klip ten, sądząc choćby po liczbie wyświetleń na YT, wcale nie jest mniej popularny od wymieszanego z fabułą pierwowzoru.
To nawet ciekawe, że choć dziewczyny nie robią tu niczego szczególnie nieprzyzwoitego, klip wręcz ocieka seksapilem. Duża w tym zasługa wykreowanego przez kostiumy i stylizację ostrego wizerunku, który także dla Brown Eyed Girls był wtedy nowością. Teraz formacja jest silnie kojarzona z ostrym, niepokornym wizerunkiem i niesztampową twórczością - tak od strony muzycznej, jak i wizualnej.
Jednak, jak już pisałem, "Abracadabrę" do popularności poniósł nie teledysk, nie wizerunek grupy, nie erotyzm, a przede wszystkim elektroniczne, taneczne i bardzo chwytliwe brzmienie, a także... Taniec. Dokładnie ten taniec, który teraz widzimy w nowym klipie "PSY'a". Bujające się biodra, założone ręce, nawet sposób obrotu jest identyczny. Dla światowej publiczności może to być swojego rodzaju nowość, ale w Korei natychmiast w "Gentlemanie" rozpoznano ruchy z "Abracadbry", bo taniec, który nazwano "sigeonbang chum" swojego czasu był tam narodowym fenomenem. Chyba jedynie osoba Gain pojawiająca się w klipie powstrzymała burzę wokół tego posunięcia.
Jednak "Abracadabra" ma też swoją słabszą stronę. Teledysk w obydwu wersjach jest atrakcyjny wizualnie, choćby z kolorystycznego i kompozycyjnego punktu widzenia, jeśli koniecznie chcemy udawać, że to, co dzieje się na ekranie, kompletnie nas nie kręci. Również piosenka brzmi ciekawie i lekko. Jest zróżnicowana kompozycyjnie i dosyć bogata we wszelakiej maści efekty, przez co nie tylko łatwo wskakuje do głowy, ale także nawet po wielu powtórzeniach nie nudzi i nie drażni uszu. W czym więc problem? W wokalu, który jest strasznie przeprodukowany. Na płycie czy w teledysku nie stanowi to problemu, ale kiedy trzeba wystąpić na żywo i na dodatek nie chce się całej piosenki lecieć na playbacku, to pojawia się problem...
Nie dość, że od strony wokalnej kompozycja jest niewymagająca, momentami wręcz mówiona, a nie śpiewana, to jeszcze głosy wokalistek w wersji płytowej są tak poprzerabiane, że mieszanie tych wstawek z ich prawdziwymi głosami brzmi gorzej niż jakby dziewczyny miały występować bez tych efektów. Co więcej, po obejrzeniu takiego występu ktoś mógłby odnieść wrażenie, że Brown Eyed Girls nie potrafią śpiewać, co oczywiście nie jest prawdą.
Cała czwórka zaistniała także jako solowe artystki. Najmniej znaczącej kariery doczekała się raperka Miryo, zdecydowanie najwięcej projektów i blasku na swoje konto zagarnęła Gain i choćby poprzez liczbę dostępnych próbek jej talentu z łatwością można stwierdzić, że ze śpiewaniem radzi sobie co najmniej bardzo solidnie.
Jeszcze lepsze od niej wydają się Narsha i JeA, które przez pewien czas trafiły nawet do obsady programu "Immortal Song 2", a tam nawet pojedynczy, gościnny występ jest miarą muzycznego uznania. Jednak przede wszystkim polecałbym zaznajomienie się z nowym mini-albumem JeA, który jest po prostu świetny od strony muzycznej, a w szczególności wokalnej. Teksty o piosenkach z tego wydawnictwa znajdziecie >>TUTAJ<<, >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<.
Natomiast dla leniwych na dowód pozostawiam poniżej Brown Eyed Girls wykonujące ich inny przebój - "Cleansing Cream". Swoją drogą gorąco polecam zajrzeć >>TUTAJ<< i nawet jeśli nie przeczytać moją przydługawą analizę teledysku, to chociaż obejrzeć klip do tej piosenki, który bezapelacyjnie jest arcydziełem w swoim rodzaju.
piątek, 2 listopada 2012
Brown Eyed Girls - Sixth Sense
Przemysł, jakim jest k-pop, funkcjonuje na pewnych określonych zasadach. Jedną z koronnych zasad przy formowaniu zespołu jest wybranie jego wizerunku, a co za tym idzie niszy, w której będzie funkcjonował. Dla formacji kobiecych popularną niszą jest aegyo - przesłodzony wizerunek grzecznych dziewczynek, w którym specjalizują się grupy takie jak np. Girls' Generation.
Pewną wariacją na temat aegyo jest grupa Orange Caramel, której cukierkowaty wizerunek przywodzi na myśl raczej lolity, a nie grzeczne dziewczynki. Macierzysta formacja Orange Caramel - After School to z kolei wzorcowy przykład koreańskiego ostrego wizerunku. Ostrego w granicach przyjętej tam konwencji. Według amerykańskich standardów to niemal zakonnice, ale w Korei Płd. często porównuje się je do Pussycat Dolls. Co trochę mnie irytuje, bo tę amerykańską grupę uważam za sabat pasztetów (z wyłączeniem Nicole Scherzinger).
Nie oszukujmy się, chociaż przyjęte konwencje z pozoru trzymają w ryzach seksualny wizerunek kobiet na scenie, to jednak i w jednej, i w drugiej stylizacji chodzi o to, by przykuwać oko męskiej części widowni. Zdarza się, że jakiś wykonawca wykroczy poza niepisane ramy tych konwencji. Dla zespołu Secret przybrana jednorazowo nieco śmielsza stylizacja oznaczała spotkanie się z falą krytyki konserwatystów. Z kolei taka HyunA z eksploatowania własnej seksualności uczyniła sens swojego scenicznego solowego istnienia, za co przez wielu została znienawidzona.
Jest jednak grupa, której podobne, a nawet śmielsze, brewerie do tej pory uchodziły na sucho. Ba, trzeba powiedzieć więcej - pomimo licznych kontrowersji, śmiałego wizerunku oraz towarzyszących plotek i nie tylko plotek - grupa ta odniosła spory sukces w mainstreamowych mediach. Zamiast stać się obiektem ciskania kamieniami, dla wielu stała się idolkami. Oczywiście mowa o formacji Brown Eyed Girls.
Jak koreański kwartet tego dokonał? Po pierwsze, silniejszych treści w wideoklipach używa przede wszystkim jako środka wyrazu artystycznego, a nie jako prymitywnego "nęcenia cycem". Po drugie, silnym obrazom towarzyszy równie silna, wyrazista muzyka, która nie próbuje chować się za plecami wideoklipu. Czego dowód znajdziecie poniżej.
Niesamowite połączenie estetyki disco z symfonicznym brzmieniem i silnymi wokalami, nie tylko nie próbuje ukryć się za mocnym i przyciągającym uwagę teledyskiem, ale w dodatku toczy z nim walkę o widza. Walka jest na tyle zażarta, że przy pierwszym obejrzeniu klip wydaje się gryźć z utworem.
Rzadko kiedy słyszy się, żeby tak przebojowa i żywiołowa piosenka naraz prezentowała równie szeroką i pełną gamę walorów muzycznych. Już sama warstwa kompozycji powinna zebrać swoją dolę oklasków, chociażby za to jak płynnie przechodzi pomiędzy spokojniejszymi budującymi napięcie segmentami zwrotek a eksplozją dźwięku w refrenie.
A to wciąż mało, bo równie ważna jest inteligencja w użyciu poszczególnych instrumentów, czy też sama wrażliwość muzyczna uwypuklona chociażby właśnie w budowaniu napięcia poprzez twarde, rytmiczne, militarnie brzmiące i budzące niepokój dźwięki. Na to wszystko nakłada się zabójczo wykorzystany wokal, który już silnej kompozycji nadaje dynamiki i mocy w brzmieniu, słowem - impetu. Jednocześnie, przy całym natłoku dźwięków atakujących nasze uszy, utwór nie popada w kakofonię.
Ale pozostaje jeszcze kwestia teledysku. Tu dopiero jest ciekawie. Już samo poruszenie wątku totalitarnych represji jest posunięciem odważnym. Pamiętajmy, że dla wielu z nas widok armatek wodnych i policyjnych kordonów kojarzy się głównie z odległymi (to już ponad 20 lat) czasami PRL-u. No chyba, że ktoś się udziela na piłkarskim młynie albo wyjazdach, wtedy takie sceny są mu nieco bliższe.
Ale nie będę tutaj pastwił się nad naszymi domorosłymi miłośnikami praktyk totalitarnych, bo na dobrą sprawę nawet bliski geograficznie relikt ustrojowy - Białoruś - nie maluje się w naszej wyobraźni w równie czarnych barwach, albo przynajmniej nie poświęcamy mu tyle uwagi, by mógł się silnie kojarzyć z takimi obrazkami.
My jednak mówimy tutaj o wideoklipie nakręconym w Korei Południowej, która od północy graniczy z szalonym totalitarnym reżimem Kim'ów. Projekty atomowe, strefy zdemilitaryzowane będące najsilniej zmilitaryzowanym skrawkiem ziemi na globie i część większego narodu cierpiąca głód i ubóstwo pod dynastią maniaków własnej wielkości. A przecież jeszcze dalej czają się Chiny.
Mało? Sama Korea Południowa długo nie była rajem na Ziemi. Najpierw 35 lat japońskiego zaboru, potem rozbiór kraju decyzją podłych, złych sowietów i szlachetnych wybawicieli spod amerykańskiego sztandaru. Tych samych wybawicieli, którzy przez kolejne 40 lat tolerowali różne formy wojskowej dyktatury, pod wieloma względami niewiele różniącej się od swojego północnego odpowiednika.
Ustawiony w takim kontekście, ten teledysk ma o wiele silniejszy wydźwięk. Tym bardziej, że nie powinien być traktowany dosłownie. Dyktator i jego podwładni są tylko metaforą na... męskiego odbiorcę tego klipu. Po jednej stronie mamy wyzwolone kobiety, które śpiewają o pożądaniu jakie odczuwają do nich mężczyźni i nieprzekraczalnej niewidocznej barierze, która nie pozwala samcom dać upustu ich żądzom.
Po drugiej stronie stoi i gapi się na nie anonimowy tłum mężczyzn bez twarzy, za każdym z tych kasków może czaić się facet, który właśnie ogląda ten klip. Każdy z nich jest anonimowym widzem, częścią tłumu, bez własnej woli i odwagi by się wyłamać, staje się częścią systemu, który zniewolił kobiety z pozostałych ujęć.
Niewola ta jest oddana w niezwykle plastyczny sposób. Gain siedzi ze związanymi dłońmi na krześle, jest zdominowana przez górujący nad nią i zamykający obraz łuk. Ponadto jest niewolnicą obrazu. Widzimy ustawiony przed nią monitor, który nieustannie pokazuje jej twarz. Może ona do woli odwracać się, uciekać ze wzrokiem, kamera cały czas podąża i koncentruje się na jej twarzy. Ku uciesze widza jej wizerunek jest brudny, zbrukany, upodlony.
JeA jest przywiązana do drewnianej konstrukcji unoszącej się na wodzie, całkowicie bezradna i zniewolona, nawet gdyby uciekła, na jej nodze jest branzoletka lokalizacyjna. Jest całkowicie oddana na łaskę i niełaskę żywiołu, ale i obserwującego ją z góry pana. Jednocześnie jej stylizacja jest najsubtelniejsza spośród wszystkich kobiet. Ma być tą bezwolną, uzależnioną od mężczyzny kobietą, która bez jego pomocy nie przetrwa.
Miryo pozornie ma daną swobodę głosu, jej wizerunek jest schludny, estetyczny - oficjalny, a wypowiedzi schowane za fasadą uprzejmości. Ale jednocześnie jej ręce pozostają związane, a mikrofony nasłuchujące każdego jej słowa same stanowią formę opresji. Cała scena sugeruje, że nie liczy się, co kobieta sama ma do powiedzenia. Ona ma być jedynie narzędziem wypowiadającym słowa, które ułożył kto inny, ku uciesze pozbawionych emblematów - anonimowych - mikrofonów.
Najciekawsza jest scena Narshy. Z pozoru zaprzecza całej idei tego klipu - to kipiący seksapilem zwierzęcy taniec, uczta dla samczego oka. Ale właśnie - trzeba zauważyć, że jej niewolą jest pomieszczenie-klatka i sam ruch. Miejsce po którym się porusza jest wybiegiem, a swoboda ruchów została jej dana tylko po to, by mogła nimi cieszyć wzrok widza. Do tego błyskające flesze, kocie ruchy, kot w teledysku i miauczenie... Catwalk to przecież angielskie określenie na wybieg dla modelek.
Same słowa refrenu sugerują, że kobiety mają do zaoferowania coś więcej niż swoją zmysłową, seksualną powierzchowność. W zamian proponują swoją muzykę, odczuwaną poprzez owy szósty - emocjonalny - zmysł, który pozwala odbierać bodźce poprzez barierę nieprzekraczalną dla tradycyjnego zestawu pięciu zmysłów związanych z cielesnym pożądaniem. Mężczyźni pod wpływem muzyki ulegają przemianie, odrzucają hełmy, zyskują twarze a z nimi własne emocje i myśli, które pozwalają im podejmować decyzje za siebie i obrócić się przeciwko dyktatorowi/systemowi.
Osobiście nie mam nic przeciwko takim feministycznym manifestom, jeśli mają one jakiś określony cel, a nie są zbiorem gorzkich żali w stylu: "Chcę mieć tak samo jak ty, tylko na innych preferencyjnych zasadach, bo ja jestem pokrzywdzona. I nie waż się mnie patronizować szowinistyczna męska szujo!".
W tym wypadku chodzi o konkret - słuchaj tego, co mam do przekazania poprzez muzykę, a nie każ mi się wygłupiać dla własnej uciechy. Co moim zdaniem, jak długo kobieta ma coś do powiedzenia (a nie "żałuję, że cię znałam, żałuję, że ci dałam"), jest bardzo słusznym podejściem, bo nie wyklucza także miejsca dla atrakcyjnych kobiet nie mających nic do powiedzenia, ale za to dobrze wyglądających.
Jedyne, co budzi moje wątpliwości, to skuteczność manifestu. Przecież na dobrą sprawę, do jego przesłania trzeba dotrzeć przebijając się najpierw przez warstwę tego, z czym teledysk zdaje się walczyć - grupę seksualnie zniewolonych kobiet ku rozkoszy oczu przeciętnego męskiego widza. Mam wrażenie, że sami twórcy teledysku zdają sobie sprawę z niskiej skuteczności swojej metody, bo przecież klip kończy się tym, że tłum anonimowych mężczyzn rzuca się na kobiety.
BONUS
Ja zakończę podobnie, dodając link do telewizyjnego występu live, który jest równie porywający.
Pewną wariacją na temat aegyo jest grupa Orange Caramel, której cukierkowaty wizerunek przywodzi na myśl raczej lolity, a nie grzeczne dziewczynki. Macierzysta formacja Orange Caramel - After School to z kolei wzorcowy przykład koreańskiego ostrego wizerunku. Ostrego w granicach przyjętej tam konwencji. Według amerykańskich standardów to niemal zakonnice, ale w Korei Płd. często porównuje się je do Pussycat Dolls. Co trochę mnie irytuje, bo tę amerykańską grupę uważam za sabat pasztetów (z wyłączeniem Nicole Scherzinger).
Nie oszukujmy się, chociaż przyjęte konwencje z pozoru trzymają w ryzach seksualny wizerunek kobiet na scenie, to jednak i w jednej, i w drugiej stylizacji chodzi o to, by przykuwać oko męskiej części widowni. Zdarza się, że jakiś wykonawca wykroczy poza niepisane ramy tych konwencji. Dla zespołu Secret przybrana jednorazowo nieco śmielsza stylizacja oznaczała spotkanie się z falą krytyki konserwatystów. Z kolei taka HyunA z eksploatowania własnej seksualności uczyniła sens swojego scenicznego solowego istnienia, za co przez wielu została znienawidzona.
Jest jednak grupa, której podobne, a nawet śmielsze, brewerie do tej pory uchodziły na sucho. Ba, trzeba powiedzieć więcej - pomimo licznych kontrowersji, śmiałego wizerunku oraz towarzyszących plotek i nie tylko plotek - grupa ta odniosła spory sukces w mainstreamowych mediach. Zamiast stać się obiektem ciskania kamieniami, dla wielu stała się idolkami. Oczywiście mowa o formacji Brown Eyed Girls.
Jak koreański kwartet tego dokonał? Po pierwsze, silniejszych treści w wideoklipach używa przede wszystkim jako środka wyrazu artystycznego, a nie jako prymitywnego "nęcenia cycem". Po drugie, silnym obrazom towarzyszy równie silna, wyrazista muzyka, która nie próbuje chować się za plecami wideoklipu. Czego dowód znajdziecie poniżej.
Niesamowite połączenie estetyki disco z symfonicznym brzmieniem i silnymi wokalami, nie tylko nie próbuje ukryć się za mocnym i przyciągającym uwagę teledyskiem, ale w dodatku toczy z nim walkę o widza. Walka jest na tyle zażarta, że przy pierwszym obejrzeniu klip wydaje się gryźć z utworem.
Rzadko kiedy słyszy się, żeby tak przebojowa i żywiołowa piosenka naraz prezentowała równie szeroką i pełną gamę walorów muzycznych. Już sama warstwa kompozycji powinna zebrać swoją dolę oklasków, chociażby za to jak płynnie przechodzi pomiędzy spokojniejszymi budującymi napięcie segmentami zwrotek a eksplozją dźwięku w refrenie.
A to wciąż mało, bo równie ważna jest inteligencja w użyciu poszczególnych instrumentów, czy też sama wrażliwość muzyczna uwypuklona chociażby właśnie w budowaniu napięcia poprzez twarde, rytmiczne, militarnie brzmiące i budzące niepokój dźwięki. Na to wszystko nakłada się zabójczo wykorzystany wokal, który już silnej kompozycji nadaje dynamiki i mocy w brzmieniu, słowem - impetu. Jednocześnie, przy całym natłoku dźwięków atakujących nasze uszy, utwór nie popada w kakofonię.
Ale pozostaje jeszcze kwestia teledysku. Tu dopiero jest ciekawie. Już samo poruszenie wątku totalitarnych represji jest posunięciem odważnym. Pamiętajmy, że dla wielu z nas widok armatek wodnych i policyjnych kordonów kojarzy się głównie z odległymi (to już ponad 20 lat) czasami PRL-u. No chyba, że ktoś się udziela na piłkarskim młynie albo wyjazdach, wtedy takie sceny są mu nieco bliższe.
Ale nie będę tutaj pastwił się nad naszymi domorosłymi miłośnikami praktyk totalitarnych, bo na dobrą sprawę nawet bliski geograficznie relikt ustrojowy - Białoruś - nie maluje się w naszej wyobraźni w równie czarnych barwach, albo przynajmniej nie poświęcamy mu tyle uwagi, by mógł się silnie kojarzyć z takimi obrazkami.
My jednak mówimy tutaj o wideoklipie nakręconym w Korei Południowej, która od północy graniczy z szalonym totalitarnym reżimem Kim'ów. Projekty atomowe, strefy zdemilitaryzowane będące najsilniej zmilitaryzowanym skrawkiem ziemi na globie i część większego narodu cierpiąca głód i ubóstwo pod dynastią maniaków własnej wielkości. A przecież jeszcze dalej czają się Chiny.
Mało? Sama Korea Południowa długo nie była rajem na Ziemi. Najpierw 35 lat japońskiego zaboru, potem rozbiór kraju decyzją podłych, złych sowietów i szlachetnych wybawicieli spod amerykańskiego sztandaru. Tych samych wybawicieli, którzy przez kolejne 40 lat tolerowali różne formy wojskowej dyktatury, pod wieloma względami niewiele różniącej się od swojego północnego odpowiednika.
Ustawiony w takim kontekście, ten teledysk ma o wiele silniejszy wydźwięk. Tym bardziej, że nie powinien być traktowany dosłownie. Dyktator i jego podwładni są tylko metaforą na... męskiego odbiorcę tego klipu. Po jednej stronie mamy wyzwolone kobiety, które śpiewają o pożądaniu jakie odczuwają do nich mężczyźni i nieprzekraczalnej niewidocznej barierze, która nie pozwala samcom dać upustu ich żądzom.
Po drugiej stronie stoi i gapi się na nie anonimowy tłum mężczyzn bez twarzy, za każdym z tych kasków może czaić się facet, który właśnie ogląda ten klip. Każdy z nich jest anonimowym widzem, częścią tłumu, bez własnej woli i odwagi by się wyłamać, staje się częścią systemu, który zniewolił kobiety z pozostałych ujęć.
Niewola ta jest oddana w niezwykle plastyczny sposób. Gain siedzi ze związanymi dłońmi na krześle, jest zdominowana przez górujący nad nią i zamykający obraz łuk. Ponadto jest niewolnicą obrazu. Widzimy ustawiony przed nią monitor, który nieustannie pokazuje jej twarz. Może ona do woli odwracać się, uciekać ze wzrokiem, kamera cały czas podąża i koncentruje się na jej twarzy. Ku uciesze widza jej wizerunek jest brudny, zbrukany, upodlony.
JeA jest przywiązana do drewnianej konstrukcji unoszącej się na wodzie, całkowicie bezradna i zniewolona, nawet gdyby uciekła, na jej nodze jest branzoletka lokalizacyjna. Jest całkowicie oddana na łaskę i niełaskę żywiołu, ale i obserwującego ją z góry pana. Jednocześnie jej stylizacja jest najsubtelniejsza spośród wszystkich kobiet. Ma być tą bezwolną, uzależnioną od mężczyzny kobietą, która bez jego pomocy nie przetrwa.
Miryo pozornie ma daną swobodę głosu, jej wizerunek jest schludny, estetyczny - oficjalny, a wypowiedzi schowane za fasadą uprzejmości. Ale jednocześnie jej ręce pozostają związane, a mikrofony nasłuchujące każdego jej słowa same stanowią formę opresji. Cała scena sugeruje, że nie liczy się, co kobieta sama ma do powiedzenia. Ona ma być jedynie narzędziem wypowiadającym słowa, które ułożył kto inny, ku uciesze pozbawionych emblematów - anonimowych - mikrofonów.
Najciekawsza jest scena Narshy. Z pozoru zaprzecza całej idei tego klipu - to kipiący seksapilem zwierzęcy taniec, uczta dla samczego oka. Ale właśnie - trzeba zauważyć, że jej niewolą jest pomieszczenie-klatka i sam ruch. Miejsce po którym się porusza jest wybiegiem, a swoboda ruchów została jej dana tylko po to, by mogła nimi cieszyć wzrok widza. Do tego błyskające flesze, kocie ruchy, kot w teledysku i miauczenie... Catwalk to przecież angielskie określenie na wybieg dla modelek.
Same słowa refrenu sugerują, że kobiety mają do zaoferowania coś więcej niż swoją zmysłową, seksualną powierzchowność. W zamian proponują swoją muzykę, odczuwaną poprzez owy szósty - emocjonalny - zmysł, który pozwala odbierać bodźce poprzez barierę nieprzekraczalną dla tradycyjnego zestawu pięciu zmysłów związanych z cielesnym pożądaniem. Mężczyźni pod wpływem muzyki ulegają przemianie, odrzucają hełmy, zyskują twarze a z nimi własne emocje i myśli, które pozwalają im podejmować decyzje za siebie i obrócić się przeciwko dyktatorowi/systemowi.
Osobiście nie mam nic przeciwko takim feministycznym manifestom, jeśli mają one jakiś określony cel, a nie są zbiorem gorzkich żali w stylu: "Chcę mieć tak samo jak ty, tylko na innych preferencyjnych zasadach, bo ja jestem pokrzywdzona. I nie waż się mnie patronizować szowinistyczna męska szujo!".
W tym wypadku chodzi o konkret - słuchaj tego, co mam do przekazania poprzez muzykę, a nie każ mi się wygłupiać dla własnej uciechy. Co moim zdaniem, jak długo kobieta ma coś do powiedzenia (a nie "żałuję, że cię znałam, żałuję, że ci dałam"), jest bardzo słusznym podejściem, bo nie wyklucza także miejsca dla atrakcyjnych kobiet nie mających nic do powiedzenia, ale za to dobrze wyglądających.
Jedyne, co budzi moje wątpliwości, to skuteczność manifestu. Przecież na dobrą sprawę, do jego przesłania trzeba dotrzeć przebijając się najpierw przez warstwę tego, z czym teledysk zdaje się walczyć - grupę seksualnie zniewolonych kobiet ku rozkoszy oczu przeciętnego męskiego widza. Mam wrażenie, że sami twórcy teledysku zdają sobie sprawę z niskiej skuteczności swojej metody, bo przecież klip kończy się tym, że tłum anonimowych mężczyzn rzuca się na kobiety.
BONUS
Ja zakończę podobnie, dodając link do telewizyjnego występu live, który jest równie porywający.
środa, 31 października 2012
Narsha - Bi Ri Pa Pa
Ha! Tytuł nie zachęca do słuchania, prawda? Nie dajcie się zwieść, bo piosenka jest świetna, na swój sposób intrygująca, tak jak i towarzyszący jej teledysk. Samo Bi Ri Pa Pa (lub jak kto woli - BBI RI BBAP-A) pozostaje równie enigmatyczne dla Koreańczyka, jak i dla każdego innego mieszkańca naszego globu. Powód jest prosty - to nie słowa, a jedynie zapis tego, co śpiewa wokalistka we fragmencie refrenu, czy też haczyku piosenki. Uwierzcie, że brzmi to lepiej, niż wygląda napisane.
Klip nie należy do najgrzeczniejszych i najprostszych w odbiorze. Również piosenka, choć na poły rytmiczna, na poły melodyjna, nieco odbiega od tego, co zwykło się słyszeć na popowych scenach. Nie jest to zaskoczeniem, biorąc pod uwagę osobę wykonawcy. Narsha wywodzi się z grupy Brown Eyed Girls, która słynie z niepokornego wizerunku i ambitniejszego brzmienia. Dobry przykład ich twórczości pokazałem w poprzednim wpisie (dla leniwych >>TUTAJ<<), a podobnych, jeśli nie ciekawszych, kawałków dziewczyny mają w swoim dorobku jeszcze kilka.
O samym utworze i teledysku postaram się napisać teraz jak najmniej, żeby nie zepsuć przyjemności z oglądania klipu, który znajdziecie poniżej. Po prostu dajcie mu szansę, bo choć zaczyna się dziwnie, jest naprawdę dobry. Jednak czuję się w obowiązku poinformować, że klip nawet w Korei wywołał nieco kontrowersji na tle religijnym. Chodziło konkretnie o chrześcijaństwo, więc po prostu bądźcie gotowi na to, że coś może Was urazić.
Jeżeli nie naprowadził Was czerwony wystrój sceny, umiejscowienie jej pod ziemią, czy tancerze przebrani za Freddy'ego Krugera, to podpowiem - tak, ta scena ma symbolizować piekło. W takim razie logicznym wydaje się założenie, że wokalistka w najlepszym wypadku jest kimś pomiędzy grzesznicą a kusicielką, a w najgorszym razie samym szatanem, co biorąc pod uwagę słowa piosenki, nie jest tak do końca wykluczone.
Narsha najpierw kusi. Obiecuje miejsce pozbawione radości i smutku, wolne od chorób, by po chwili przejść do postawy - "nie Ty nie byłbyś zainteresowany, po co ja Ci to mówię". Doskonale znany chwyt szatana i dobrych akwizytorów. A potem zaprasza w swoje progi, zachęca do oddania swojej zniszczonej życiem duszy. Obiecuje zapomnienie. Teledysk z polskimi napisami znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jak zapewne zauważyliście, samo piekło i słowa piosenki nie są sednem kontrowersji. Na migający tu i ówdzie krzyż na szyi, czy cierniową koronę na głowie wokalistki, też myślę, że można przymknąć oko. Za to scena na plaży... Tu i owszem, tu się dzieje.
Dziewczyna siada nad księgą i... Zaczyna się modlić. Do trójzębu. A potem zamienia się w kruka. Chwila, czy mi się wydawało, czy ona miała za głową aureolę?! W jednym z kadrów przewijają się też białe (anielskie?) pióra. I te szaty, czy tylko mnie kolorystycznie przypominają to, jak zwykle przedstawiana jest Madonna? W dodatku, tuż przed przemianą w kruka, jej biała szata zostaje zbrukana krwistą czerwienią. No i znika jej aureola. A dziewczyna mimo wszystko wydaje się zadowolona.
Zauważcie, że to, co przedstawiłem powyżej, to tylko opis tego, co się dzieje - nie interpretacja. Z tą mam spory problem. Kruk zdecydowanie kojarzy się z diabłem, ale trójząb nie jest już tak jednoznaczny. Chociaż widły kojarzone są jako atrybut diabła, to trójząb zaliczany jest do wczesnej symboliki chrześcijańskiej, pojawia się na cmentarzach i przeważnie reprezentować ma Świętą Trójcę. W dodatku, jeśli sięgnąć do średniowiecznej symboliki kolorów, to okaże się, że czerwień wcale nie jest poczytywana negatywnie, nawet wspomniana Madonna często odziana jest także w ten kolor.
Jak już wspomniałem, klip wywołał falę oburzenia w Korei. Z punktu widzenia świata zachodniego, Japonię i Koreę często wrzuca sie do jednego worka. Ateistyczna Japonia faktycznie pozwala sobie traktować religie zachodu z dowolnością z jaką my nierzadko traktujemy choćby mitologię grecką. Z Koreańczykami, choć to wciąż naród świecki, jest nieco inaczej. Według różnych źródeł, chrześcijanie (różnych obrządków) stanowią tam od 1/4 do nawet 1/3 społeczeństwa, co obok buddyzmu czyni ich religię jedną z dwóch liczących się w kraju.
Pod wpływem reakcji opinii publicznej, głos zabrał reżyser klipu, który zaznaczył, że wieniec, a raczej cierniowa korona, jest symbolem pokuty bohaterki, a szata nasiąkająca krwią ma narzucać skojarzenie z jej bolesną przeszłością. Patrząc w ten sposób, należałoby rozgraniczyć ognistowłosą dziewczynę i pozostałe postaci kobiece pojawiające się w teledsyku. Nawet jeżeli w fizycznym znaczeniu ma to być ta sama osoba, to musiała w niej zajść jakaś przemiana wewnętrzna. Musiała usłuchać głosu, którym teraz sama wabi innych ludzi do pójścia w jej slady, co tłumaczyłoby te wszystkie dopowiedzenia o woli cofnięcia czasu itp.
Patrząc pod tym kątem na scenę przemiany, można zauważyć, że kiedy jej szata zaczyna spływać krwią, światło bijące od aureoli zaczyna się cofać, a na twarzy dziewczyny pojawia się zmieszanie. Ona szukała odkupienia w modlitwie, ale jej przeszłość wymagała pokuty. Pokuty, na którą nie jest gotowa, co symbolizuje ciągła walka z nałożoną cierniową koroną. Dlatego bohaterka zdecydowała się usłuchać kuszącego głosu i wybrała łatwiejszą drogę zapomnienia, co symbolizuje jej przemiana w kruka. Wtedy stała się postacią, która wodzi na pokuszenie bohatera klipu.
Oczywiście mogę się kompletnie mylić, tak to bywa z interpretowaniem cudzej pracy. Natomiast nie pomylę się wyrażając własną opinię na temat tego, co zobaczyłem i usłyszałem. Wizualnie teledysk jest piękny. Świetne, niebanalne ujęcia, duża rola kolorów i oświetlenia, a przy tym zachowana stylistyczna spójność pomimo dużej różnorodności scen. Ciekawy jest również nacisk położony na twarze bohaterów, ich mimikę, a przede wszystkim na wyraz oczu jako środek przekazywania treści i emocji. No i od pierwszej sceny klip intryguje.
Podobnie intrygująca jest muzyka. W warstwie podkładu użyto bardzo nietypowych, nawet lekko drażniących ucho dźwięków, ale jednocześnie potęgujących nastrój tajemnicy. Podobnie jest z wokalem. Pozbawiony znaczenia refren i wyciszony, wręcz wyszeptany, początek piosenki i niejednoznaczne słowa mają przede wszystkim zaciekawić słuchacza. Potem piosenka nabiera mocy, Narsha zaczyna śpiewać pełnią głosu, a sam wokal staje się bardziej melodyjny. Nie jest to może materiał na przebój dekady, ale całość wpada w ucho, a jego przemyślana konstrukcja jest nieco bardziej wysublimowana niż w zwykłym popie.
Wartością dodaną są dla mnie takie smaczki jak tancerze przebrani za Koszmar z ulicy Wiązów, czy inskrypcja na pulpicie, który najwyraźniej należał kiedyś do gościa, który urodził się dziewiątego września - tak samo jak ja, tylko troszkę ponad sto lat wcześniej.
Klip nie należy do najgrzeczniejszych i najprostszych w odbiorze. Również piosenka, choć na poły rytmiczna, na poły melodyjna, nieco odbiega od tego, co zwykło się słyszeć na popowych scenach. Nie jest to zaskoczeniem, biorąc pod uwagę osobę wykonawcy. Narsha wywodzi się z grupy Brown Eyed Girls, która słynie z niepokornego wizerunku i ambitniejszego brzmienia. Dobry przykład ich twórczości pokazałem w poprzednim wpisie (dla leniwych >>TUTAJ<<), a podobnych, jeśli nie ciekawszych, kawałków dziewczyny mają w swoim dorobku jeszcze kilka.
O samym utworze i teledysku postaram się napisać teraz jak najmniej, żeby nie zepsuć przyjemności z oglądania klipu, który znajdziecie poniżej. Po prostu dajcie mu szansę, bo choć zaczyna się dziwnie, jest naprawdę dobry. Jednak czuję się w obowiązku poinformować, że klip nawet w Korei wywołał nieco kontrowersji na tle religijnym. Chodziło konkretnie o chrześcijaństwo, więc po prostu bądźcie gotowi na to, że coś może Was urazić.
Jeżeli nie naprowadził Was czerwony wystrój sceny, umiejscowienie jej pod ziemią, czy tancerze przebrani za Freddy'ego Krugera, to podpowiem - tak, ta scena ma symbolizować piekło. W takim razie logicznym wydaje się założenie, że wokalistka w najlepszym wypadku jest kimś pomiędzy grzesznicą a kusicielką, a w najgorszym razie samym szatanem, co biorąc pod uwagę słowa piosenki, nie jest tak do końca wykluczone.
Narsha najpierw kusi. Obiecuje miejsce pozbawione radości i smutku, wolne od chorób, by po chwili przejść do postawy - "nie Ty nie byłbyś zainteresowany, po co ja Ci to mówię". Doskonale znany chwyt szatana i dobrych akwizytorów. A potem zaprasza w swoje progi, zachęca do oddania swojej zniszczonej życiem duszy. Obiecuje zapomnienie. Teledysk z polskimi napisami znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jak zapewne zauważyliście, samo piekło i słowa piosenki nie są sednem kontrowersji. Na migający tu i ówdzie krzyż na szyi, czy cierniową koronę na głowie wokalistki, też myślę, że można przymknąć oko. Za to scena na plaży... Tu i owszem, tu się dzieje.
Dziewczyna siada nad księgą i... Zaczyna się modlić. Do trójzębu. A potem zamienia się w kruka. Chwila, czy mi się wydawało, czy ona miała za głową aureolę?! W jednym z kadrów przewijają się też białe (anielskie?) pióra. I te szaty, czy tylko mnie kolorystycznie przypominają to, jak zwykle przedstawiana jest Madonna? W dodatku, tuż przed przemianą w kruka, jej biała szata zostaje zbrukana krwistą czerwienią. No i znika jej aureola. A dziewczyna mimo wszystko wydaje się zadowolona.
Zauważcie, że to, co przedstawiłem powyżej, to tylko opis tego, co się dzieje - nie interpretacja. Z tą mam spory problem. Kruk zdecydowanie kojarzy się z diabłem, ale trójząb nie jest już tak jednoznaczny. Chociaż widły kojarzone są jako atrybut diabła, to trójząb zaliczany jest do wczesnej symboliki chrześcijańskiej, pojawia się na cmentarzach i przeważnie reprezentować ma Świętą Trójcę. W dodatku, jeśli sięgnąć do średniowiecznej symboliki kolorów, to okaże się, że czerwień wcale nie jest poczytywana negatywnie, nawet wspomniana Madonna często odziana jest także w ten kolor.
Jak już wspomniałem, klip wywołał falę oburzenia w Korei. Z punktu widzenia świata zachodniego, Japonię i Koreę często wrzuca sie do jednego worka. Ateistyczna Japonia faktycznie pozwala sobie traktować religie zachodu z dowolnością z jaką my nierzadko traktujemy choćby mitologię grecką. Z Koreańczykami, choć to wciąż naród świecki, jest nieco inaczej. Według różnych źródeł, chrześcijanie (różnych obrządków) stanowią tam od 1/4 do nawet 1/3 społeczeństwa, co obok buddyzmu czyni ich religię jedną z dwóch liczących się w kraju.
Pod wpływem reakcji opinii publicznej, głos zabrał reżyser klipu, który zaznaczył, że wieniec, a raczej cierniowa korona, jest symbolem pokuty bohaterki, a szata nasiąkająca krwią ma narzucać skojarzenie z jej bolesną przeszłością. Patrząc w ten sposób, należałoby rozgraniczyć ognistowłosą dziewczynę i pozostałe postaci kobiece pojawiające się w teledsyku. Nawet jeżeli w fizycznym znaczeniu ma to być ta sama osoba, to musiała w niej zajść jakaś przemiana wewnętrzna. Musiała usłuchać głosu, którym teraz sama wabi innych ludzi do pójścia w jej slady, co tłumaczyłoby te wszystkie dopowiedzenia o woli cofnięcia czasu itp.
Patrząc pod tym kątem na scenę przemiany, można zauważyć, że kiedy jej szata zaczyna spływać krwią, światło bijące od aureoli zaczyna się cofać, a na twarzy dziewczyny pojawia się zmieszanie. Ona szukała odkupienia w modlitwie, ale jej przeszłość wymagała pokuty. Pokuty, na którą nie jest gotowa, co symbolizuje ciągła walka z nałożoną cierniową koroną. Dlatego bohaterka zdecydowała się usłuchać kuszącego głosu i wybrała łatwiejszą drogę zapomnienia, co symbolizuje jej przemiana w kruka. Wtedy stała się postacią, która wodzi na pokuszenie bohatera klipu.
Oczywiście mogę się kompletnie mylić, tak to bywa z interpretowaniem cudzej pracy. Natomiast nie pomylę się wyrażając własną opinię na temat tego, co zobaczyłem i usłyszałem. Wizualnie teledysk jest piękny. Świetne, niebanalne ujęcia, duża rola kolorów i oświetlenia, a przy tym zachowana stylistyczna spójność pomimo dużej różnorodności scen. Ciekawy jest również nacisk położony na twarze bohaterów, ich mimikę, a przede wszystkim na wyraz oczu jako środek przekazywania treści i emocji. No i od pierwszej sceny klip intryguje.
Podobnie intrygująca jest muzyka. W warstwie podkładu użyto bardzo nietypowych, nawet lekko drażniących ucho dźwięków, ale jednocześnie potęgujących nastrój tajemnicy. Podobnie jest z wokalem. Pozbawiony znaczenia refren i wyciszony, wręcz wyszeptany, początek piosenki i niejednoznaczne słowa mają przede wszystkim zaciekawić słuchacza. Potem piosenka nabiera mocy, Narsha zaczyna śpiewać pełnią głosu, a sam wokal staje się bardziej melodyjny. Nie jest to może materiał na przebój dekady, ale całość wpada w ucho, a jego przemyślana konstrukcja jest nieco bardziej wysublimowana niż w zwykłym popie.
Wartością dodaną są dla mnie takie smaczki jak tancerze przebrani za Koszmar z ulicy Wiązów, czy inskrypcja na pulpicie, który najwyraźniej należał kiedyś do gościa, który urodził się dziewiątego września - tak samo jak ja, tylko troszkę ponad sto lat wcześniej.
niedziela, 28 października 2012
Brown Eyed Girls - Cleansing Cream
Dzisiaj nie będzie żadnego wydumanego wstępu. Po prostu upewnijcie się, że macie cztery minuty spokoju na obejrzenie klipu poniżej.
Obejrzany? Jeśli nie, to nawet nie próbujcie czytać dalej, tylko obejrzyjcie.
Powiedzmy, że Wam wierzę. Ale od czego tu zacząć?
Zacznę od ostrzeżenia, które piszę po uprzednim popełnieniu wszystkich poniższych słów. Poniżej znajduje się tak naprawdę moja interpretacja tego, co zobaczyłem i usłyszałem. Ze sztuką (a ten teledysk wespół z piosenką uważam za formę sztuki) jest tak, że każdy powinien interpretować ją na swój własny sposób i nie istnieje coś takiego jak jedna właściwa interpretacja dzieła. Nierzadko to, co wypisują eksperci o dziełach sztuki, nie jest nawet bliskie prawdziwym intencjom autora. Nie chciałbym, żebyście pozbawili się przyjemności zinterpretowania tego utworu na własny sposób, poprzez przeczytanie mojego tekstu. Na YT jest wersja z polskimi napisami (link 3 akapity niżej).
Teraz, po nastym już obejrzeniu tego klipu, szczęka nie wisi mi już tak bezwładnie jak wczoraj, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Wciąż jednak nie jestem do końca przekonany, jak się za niego zabrać. To zdecydowanie nie jest standardowy popowy teledysk. Użyję dużych słów, ale dla mnie to dzieło sztuki.
Na dobrą sprawę można by wyciąć z teledysku piosenkę i samo video broniłoby się jako pełnoprawny film krótkometrażowy. W ogóle zwróciliście większą uwagę na piosenkę? Z pewnością nie jest zła. W jakichś fragmentach nawet wpada w ucho, ale nie dominuje. To ona wydaje się bardziej tłem dla obrazu niż obraz tłem dla niej.
Ale jednocześnie twórcy uciekli od pokusy, by w jakikolwiek sposób wpleść w całość dźwięki nienależące do utworu - związane z teledyskiem. Kiedy robi się taki klip i nie przemyca się nawet jednego drobnego brzmienia, czy to na początku, czy to na końcu nagrania, to musi to być zabieg celowy. Pytanie - czy ma on oddzielać piosenkę od teledysku, czy też może splatać obie rzeczy ze sobą?
Odpowiedź na to pytanie jest dosyć pokrętna. >>TUTAJ<< znajdziecie wersję z polskimi napisami (nie mam z nią nic wspólnego, żeby było jasne). Celowo nie umieściłem jej wcześniej, ani nie osadzam jej w tekście, żebyście najpierw obejrzeli czysty oryginał. Czytanie napisów bardzo skutecznie odrywa od chłonięcia obrazu, a na dobrą sprawę ten teledysk i tak trzeba kilka razy obejrzeć, żeby go ogarnąć.
To co z tą odpowiedzią? Ano zauważyliście zapewne, że tekst piosenki wydaje się silnie łączyć z treścią teledysku, ale fabularnie jednak pozostają niespójne. Ściana ciszy rodzielająca obraz od dźwięku tylko pogłębia to wrażenie. Ale ta sama tematyka, te same motywy przewijające się jednocześnie w tym, co dociera do naszych oczu i w tym, co dociera do naszych uszu (a przynajmniej docierałoby, gdybyśmy znali koreański), nie pozwala na rozłączenie tych dwóch warstw.
I tak ma właśnie być. Ta piosenka nie opowiada nam tego, co dzieje się na ekranie. Nie wyjaśnia nam kim dla siebie są kobiety. Z racji wieku możemy założyć, że są siostrami. W tekście piosenki podmiot liryczny (znowu używam tego terminu... tym razem na poważnie) cały czas zwraca się do kogoś "unni". Po koreańsku ten termin oznacza przede wszystkim starszą siostrę, choć jego pojemność jest większa (tak jak doskonale znanego wszystkim "oppa" - starszy brat).
W teledysku starsza kobieta jest zazdrosna o młodszą. W jej oczach siostra jest rywalką, która próbuje zasadzić się na jej mężczyznę. Patrząc nawet od strony czysto fabularnej, sprawa nie jest taka prosta, bo przecież dziewczyna wcześniej przytula się do kobiety, podczas gdy mężczyznę tylko bada dotykiem. W szafie ze szczególną lubością dotyka ubrań kobiety, nie mężczyzny. Siostra tego wszystkiego nie wie, a i widz, choć świadom wszystkiego, emocjonalnie patrzy na teledysk bardziej oczami starszej kobiety, która - słusznie czy niesłusznie - czuje się zdradzona.
Piosenka śpiewana jest raczej przez młodszą z kobiet - tak podpowiada często wypowiadane słowo "unni" i ogólna niewinność uczuć śpiewającej, bardziej pasująca do postaci dziewczyny. Jednak główny wątek utraconej miłości nijak nie przystaje do tego, co widzimy na ekranie. Osoba śpiewająca nie może być dosłownie tą niewidomą dziewczynką, która niezdarnie nakłada makijaż. Makijaż, wokół którego tak silnie obracają się słowa, w obrazie jest domeną starszej z kobiet.
Teledysk traktuje więc o nieuzasadnionym poczuciu zdrady, piosenka o niezaleczonej miłości. A o czym opowiada całość, złożenie obydwu elementów - prawdziwe dzieło, o którym mówiłem na początku? Przyjrzyjmy się jeszcze raz, tym razem bliżej, teledyskowi. Napisałem, że poczucie zdrady jest w wypadku kobiety nieuzasadnione, a przecież widzi ona jak jej siostra szuka kontaktu z jej mężczyzną.
Spójrzmy szerzej na to, co robi dziewczyna. Szuka dorosłych ubrań swojej siostry, różnych od tego, co sama nosi. Próbuje nałożyć makijaż. Interesuje się mężczyzną - ale trudno podejrzewać, by próbowała go uwieść, po prostu powoduje nią ciekawość mężczyznami. Dziewczyna dorasta - usiłuje przemienić się w kobietę.
Ale obraz staje się jeszcze bardziej gorzki, kiedy uzmysłowimy sobie jeszcze jedną rzecz. Ubrania należą do jej siostry. Mężczyzna "należy" do jej siostry. Nawet te wszystkie tusze, szminki i reszta specyfików prawdopodobnie zostały cichcem podkradzione kobiecie, bo trudno podejrzewać, żeby dziewczynka miała własne. Ona nie próbuje zająć miejsca starszej siostry - ona próbuje stać się taka jak jej siostra, można nawet powiedzieć, że metaforycznie usiłuje stać się swoją siostrą.
Za chwilę zacznę igrać z waszymi umysłami. Teraz przez moment zajmijmy się jeszcze piosenką. Wcześniej napisałem, że podmiotem lirycznym jest młodsza z kobiet, chociażby dlatego, że używa apostrofy "unni". Skłamałem, przynajmniej troszeczkę. Piosenka w dużej części śpiewana jest tym samym tonem, ale w pewnych momentach głos staje się twardszy, pojawiają się rapowane wstawki.
Ale te wstawki różnią się nie tylko brzmieniem, słowa wypowiadane przez postać są bardziej gorzkie i chłodne, nie do końca pasują do niewinnych słów zrozpaczonej dziewczyny, która nie wie, co ma robić. Czyżby to był głos owej unni, do której zwraca się dziewczyna? Tylko, że właśnie w jednym z "twardszych" fragmentów osoba śpiewająca przyznaje, że "opróżnia kolejny kieliszek". Przecież to dziewczyna proponowała spotkanie i wspólne picie. Dlaczego to owa Unni się tak spija i dlaczego brzmi tak zgorzkniale.
A co jeśli owa Unni i dziewczyna, która ją wzywa, to ta sama osoba? Terminu "unni" koreanka (koreańczyk tak się do nikogo nie zwraca) użyje, kiedy zwraca się lub mówi o starszej siostrze. Ale użyje go także w stosunku do innej starszej od siebie przyjaciółki. Patrząc szerzej - do starszej, ale bliskiej sobie kobiety. A kto może być bliższy niż swoje własne dojrzalsze ja?
Wróćmy po raz kolejny do teledysku. W pierwszych scenach obie kobiety mają pod lewym okiem resztki rozmazanego makijażu. W dodatku po obejrzeniu całego klipu wiemy, że jest to ten sam makijaż młodszej z nich. Z wyłączeniem sceny w łóżku, kobieta cały czas nosi silnie zaakcentowany makijaż, podczas gdy dziewczyna pozostaje bez niego.
Przez cały obraz rozciąga się wyraźny kontrast między obiema postaciami, który zaciera się na krańcach klipu. Wtedy obie łączy rozmazany makijaż, a wybuch emocji - dzielona rozpacz - choć nie łączy postaci, to burzy istniejącą przez resztę teledysku barierę. Potwierdza to także delikatna zmiana tonu w brzmieniu wokalu, który sytuuje się gdzieś pomiędzy tym, co wcześniej określiłem głosami niewinnej dziewczyny i oziębłej kobiety.
Bo o tym jest całe to dzieło - o transformacji dziewczyny w kobietę. Transformacji, która, patrząc z boku, zachodzi tylko w jedną stronę. Dziewczyna dorasta i wtedy zaczyna się malować, ubierać i kryć się z emocjami za tak zbudowaną maską utwardzoną zobojętnieniem. Ale to by było zbyt banalne, żeby mogło być prawdziwe.
Spójrzmy na tytuł - "Cleansing Cream". Sam tytuł sugeruje, że przemiana ta zachodzi też w drugą stronę, że maska obojętności może zostać zmyta, bo w gruncie rzeczy jest to tylko maska, która powstała tylko po to, aby coś zakryć, osłonić.
A teraz pociągnijmy wszystko dalej. Dlaczego kobieta w teledysku tak naprawdę zareagowała tak nerwowo, czemu rzuciła się na siostrę? Można by spekulować, że chce powstrzymać jej transformację w kobietę, oszczędzić jej tego i pozostawić ją niewinną jak dziecko grające w ciuciubabkę. Ale to by było zbyt piękne i zbyt naiwne - nie tłumaczyłoby takiego gniewu.
To, co naprawdę wyprowadziło kobietę z równowagi, to zachowanie jej siostry. Niezdarny makijaż. Dziewczyna chciała wyglądać jak starsza siostra, jak kobieta. Kobieta widziała w niej dziewczynę niezdarnie przebraną za kobietę - widziała siebie. Dziewczyna obnażała prawdziwą twarz kobiety przed nią samą.
Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że to kobieta przez cały czas śpiewa piosenkę, to ona zwraca się do swojego starszego ja o radę. Zwróćcie też uwagę, że na początku i końcu piosenki głos nie używa apostrofy unni, tylko zwraca się do kogoś "honey", "baby" - czyżby do swojego mężczyzny, do utraconej miłości, czy może do młodszej siostry?
Niniejszym dziękuję za uwagę i idę dostać okresu.
Obejrzany? Jeśli nie, to nawet nie próbujcie czytać dalej, tylko obejrzyjcie.
Powiedzmy, że Wam wierzę. Ale od czego tu zacząć?
Zacznę od ostrzeżenia, które piszę po uprzednim popełnieniu wszystkich poniższych słów. Poniżej znajduje się tak naprawdę moja interpretacja tego, co zobaczyłem i usłyszałem. Ze sztuką (a ten teledysk wespół z piosenką uważam za formę sztuki) jest tak, że każdy powinien interpretować ją na swój własny sposób i nie istnieje coś takiego jak jedna właściwa interpretacja dzieła. Nierzadko to, co wypisują eksperci o dziełach sztuki, nie jest nawet bliskie prawdziwym intencjom autora. Nie chciałbym, żebyście pozbawili się przyjemności zinterpretowania tego utworu na własny sposób, poprzez przeczytanie mojego tekstu. Na YT jest wersja z polskimi napisami (link 3 akapity niżej).
Teraz, po nastym już obejrzeniu tego klipu, szczęka nie wisi mi już tak bezwładnie jak wczoraj, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Wciąż jednak nie jestem do końca przekonany, jak się za niego zabrać. To zdecydowanie nie jest standardowy popowy teledysk. Użyję dużych słów, ale dla mnie to dzieło sztuki.
Na dobrą sprawę można by wyciąć z teledysku piosenkę i samo video broniłoby się jako pełnoprawny film krótkometrażowy. W ogóle zwróciliście większą uwagę na piosenkę? Z pewnością nie jest zła. W jakichś fragmentach nawet wpada w ucho, ale nie dominuje. To ona wydaje się bardziej tłem dla obrazu niż obraz tłem dla niej.
Ale jednocześnie twórcy uciekli od pokusy, by w jakikolwiek sposób wpleść w całość dźwięki nienależące do utworu - związane z teledyskiem. Kiedy robi się taki klip i nie przemyca się nawet jednego drobnego brzmienia, czy to na początku, czy to na końcu nagrania, to musi to być zabieg celowy. Pytanie - czy ma on oddzielać piosenkę od teledysku, czy też może splatać obie rzeczy ze sobą?
Odpowiedź na to pytanie jest dosyć pokrętna. >>TUTAJ<< znajdziecie wersję z polskimi napisami (nie mam z nią nic wspólnego, żeby było jasne). Celowo nie umieściłem jej wcześniej, ani nie osadzam jej w tekście, żebyście najpierw obejrzeli czysty oryginał. Czytanie napisów bardzo skutecznie odrywa od chłonięcia obrazu, a na dobrą sprawę ten teledysk i tak trzeba kilka razy obejrzeć, żeby go ogarnąć.
To co z tą odpowiedzią? Ano zauważyliście zapewne, że tekst piosenki wydaje się silnie łączyć z treścią teledysku, ale fabularnie jednak pozostają niespójne. Ściana ciszy rodzielająca obraz od dźwięku tylko pogłębia to wrażenie. Ale ta sama tematyka, te same motywy przewijające się jednocześnie w tym, co dociera do naszych oczu i w tym, co dociera do naszych uszu (a przynajmniej docierałoby, gdybyśmy znali koreański), nie pozwala na rozłączenie tych dwóch warstw.
I tak ma właśnie być. Ta piosenka nie opowiada nam tego, co dzieje się na ekranie. Nie wyjaśnia nam kim dla siebie są kobiety. Z racji wieku możemy założyć, że są siostrami. W tekście piosenki podmiot liryczny (znowu używam tego terminu... tym razem na poważnie) cały czas zwraca się do kogoś "unni". Po koreańsku ten termin oznacza przede wszystkim starszą siostrę, choć jego pojemność jest większa (tak jak doskonale znanego wszystkim "oppa" - starszy brat).
W teledysku starsza kobieta jest zazdrosna o młodszą. W jej oczach siostra jest rywalką, która próbuje zasadzić się na jej mężczyznę. Patrząc nawet od strony czysto fabularnej, sprawa nie jest taka prosta, bo przecież dziewczyna wcześniej przytula się do kobiety, podczas gdy mężczyznę tylko bada dotykiem. W szafie ze szczególną lubością dotyka ubrań kobiety, nie mężczyzny. Siostra tego wszystkiego nie wie, a i widz, choć świadom wszystkiego, emocjonalnie patrzy na teledysk bardziej oczami starszej kobiety, która - słusznie czy niesłusznie - czuje się zdradzona.
Piosenka śpiewana jest raczej przez młodszą z kobiet - tak podpowiada często wypowiadane słowo "unni" i ogólna niewinność uczuć śpiewającej, bardziej pasująca do postaci dziewczyny. Jednak główny wątek utraconej miłości nijak nie przystaje do tego, co widzimy na ekranie. Osoba śpiewająca nie może być dosłownie tą niewidomą dziewczynką, która niezdarnie nakłada makijaż. Makijaż, wokół którego tak silnie obracają się słowa, w obrazie jest domeną starszej z kobiet.
Teledysk traktuje więc o nieuzasadnionym poczuciu zdrady, piosenka o niezaleczonej miłości. A o czym opowiada całość, złożenie obydwu elementów - prawdziwe dzieło, o którym mówiłem na początku? Przyjrzyjmy się jeszcze raz, tym razem bliżej, teledyskowi. Napisałem, że poczucie zdrady jest w wypadku kobiety nieuzasadnione, a przecież widzi ona jak jej siostra szuka kontaktu z jej mężczyzną.
Spójrzmy szerzej na to, co robi dziewczyna. Szuka dorosłych ubrań swojej siostry, różnych od tego, co sama nosi. Próbuje nałożyć makijaż. Interesuje się mężczyzną - ale trudno podejrzewać, by próbowała go uwieść, po prostu powoduje nią ciekawość mężczyznami. Dziewczyna dorasta - usiłuje przemienić się w kobietę.
Ale obraz staje się jeszcze bardziej gorzki, kiedy uzmysłowimy sobie jeszcze jedną rzecz. Ubrania należą do jej siostry. Mężczyzna "należy" do jej siostry. Nawet te wszystkie tusze, szminki i reszta specyfików prawdopodobnie zostały cichcem podkradzione kobiecie, bo trudno podejrzewać, żeby dziewczynka miała własne. Ona nie próbuje zająć miejsca starszej siostry - ona próbuje stać się taka jak jej siostra, można nawet powiedzieć, że metaforycznie usiłuje stać się swoją siostrą.
Za chwilę zacznę igrać z waszymi umysłami. Teraz przez moment zajmijmy się jeszcze piosenką. Wcześniej napisałem, że podmiotem lirycznym jest młodsza z kobiet, chociażby dlatego, że używa apostrofy "unni". Skłamałem, przynajmniej troszeczkę. Piosenka w dużej części śpiewana jest tym samym tonem, ale w pewnych momentach głos staje się twardszy, pojawiają się rapowane wstawki.
Ale te wstawki różnią się nie tylko brzmieniem, słowa wypowiadane przez postać są bardziej gorzkie i chłodne, nie do końca pasują do niewinnych słów zrozpaczonej dziewczyny, która nie wie, co ma robić. Czyżby to był głos owej unni, do której zwraca się dziewczyna? Tylko, że właśnie w jednym z "twardszych" fragmentów osoba śpiewająca przyznaje, że "opróżnia kolejny kieliszek". Przecież to dziewczyna proponowała spotkanie i wspólne picie. Dlaczego to owa Unni się tak spija i dlaczego brzmi tak zgorzkniale.
A co jeśli owa Unni i dziewczyna, która ją wzywa, to ta sama osoba? Terminu "unni" koreanka (koreańczyk tak się do nikogo nie zwraca) użyje, kiedy zwraca się lub mówi o starszej siostrze. Ale użyje go także w stosunku do innej starszej od siebie przyjaciółki. Patrząc szerzej - do starszej, ale bliskiej sobie kobiety. A kto może być bliższy niż swoje własne dojrzalsze ja?
Wróćmy po raz kolejny do teledysku. W pierwszych scenach obie kobiety mają pod lewym okiem resztki rozmazanego makijażu. W dodatku po obejrzeniu całego klipu wiemy, że jest to ten sam makijaż młodszej z nich. Z wyłączeniem sceny w łóżku, kobieta cały czas nosi silnie zaakcentowany makijaż, podczas gdy dziewczyna pozostaje bez niego.
Przez cały obraz rozciąga się wyraźny kontrast między obiema postaciami, który zaciera się na krańcach klipu. Wtedy obie łączy rozmazany makijaż, a wybuch emocji - dzielona rozpacz - choć nie łączy postaci, to burzy istniejącą przez resztę teledysku barierę. Potwierdza to także delikatna zmiana tonu w brzmieniu wokalu, który sytuuje się gdzieś pomiędzy tym, co wcześniej określiłem głosami niewinnej dziewczyny i oziębłej kobiety.
Bo o tym jest całe to dzieło - o transformacji dziewczyny w kobietę. Transformacji, która, patrząc z boku, zachodzi tylko w jedną stronę. Dziewczyna dorasta i wtedy zaczyna się malować, ubierać i kryć się z emocjami za tak zbudowaną maską utwardzoną zobojętnieniem. Ale to by było zbyt banalne, żeby mogło być prawdziwe.
Spójrzmy na tytuł - "Cleansing Cream". Sam tytuł sugeruje, że przemiana ta zachodzi też w drugą stronę, że maska obojętności może zostać zmyta, bo w gruncie rzeczy jest to tylko maska, która powstała tylko po to, aby coś zakryć, osłonić.
A teraz pociągnijmy wszystko dalej. Dlaczego kobieta w teledysku tak naprawdę zareagowała tak nerwowo, czemu rzuciła się na siostrę? Można by spekulować, że chce powstrzymać jej transformację w kobietę, oszczędzić jej tego i pozostawić ją niewinną jak dziecko grające w ciuciubabkę. Ale to by było zbyt piękne i zbyt naiwne - nie tłumaczyłoby takiego gniewu.
To, co naprawdę wyprowadziło kobietę z równowagi, to zachowanie jej siostry. Niezdarny makijaż. Dziewczyna chciała wyglądać jak starsza siostra, jak kobieta. Kobieta widziała w niej dziewczynę niezdarnie przebraną za kobietę - widziała siebie. Dziewczyna obnażała prawdziwą twarz kobiety przed nią samą.
Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że to kobieta przez cały czas śpiewa piosenkę, to ona zwraca się do swojego starszego ja o radę. Zwróćcie też uwagę, że na początku i końcu piosenki głos nie używa apostrofy unni, tylko zwraca się do kogoś "honey", "baby" - czyżby do swojego mężczyzny, do utraconej miłości, czy może do młodszej siostry?
Niniejszym dziękuję za uwagę i idę dostać okresu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)