Jest w życiu publicznym taka prawidłowość - zrobisz coś charakterystycznego, to ludzie zaczną o tym mówić. Zrobisz to dwa, trzy razy, a przylgnie do ciebie łatka, którą trudno potem odkleić. Tyczy się to sytuacji nawet tak prozaicznych jak te ze szkoły czy przedszkola, gdzie rówieśnicy nieustannie oceniają to, co robisz. Z perspektywy szaraka można sobie tylko wyobrazić jak poważną sprawą jest łatka przypięta w show-biznesie.
Na samym wstępie trzeba sobie powiedzieć jasno - artyści, wykonawcy i zwykli celebryci takiej łatki nierzadko poszukują, bo dzięki niej łatwiej im zarabiać - nie muszą zgadywać czy ich nowy pomysł wypali, jak długo będzie spełniał pewne kryteria kojarzone z łatką, będzie sukcesem. Gorzej kiedy z czasem z pewnych rzeczy chce się zrezygnować, a fani nie pozwalają.
Pamiętacie zeszłoroczny mini-album Gain z formacji Brown Eyed Girls zatytułowany "Romantic Spring" a promowany piosenką "Brunch"? Nie? No właśnie. Gain jest jedną z tych piosenkarek, które od samego początku nie stroniły od ostrego wizerunku i kontrowersyjnych tematów tak w piosenkach, jak i w teledyskach. Innym znakiem rozpoznawczym jej twórczości było dosyć dojrzałe i nierzadko ciekawe podejście do trudnej tematyki, którą wiele osób najchętniej zamiotłoby pod dywan. W efekcie Gain kojarzona jest jako niepokorna postać sceniczna, ale nigdy nie przekraczająca granicy dobrego smaku.
Jak już dałem do zrozumienia, poprzedni projekt wokalistki odchodził od tego wizerunku, oferując Gain znacznie bardziej subtelną, wyciszoną i w żadnym razie nie kontrowersyjną. Mini-album zaśpiewany w duecie z Hyungwoo, nie był klapą, ale sprzedał się wyraźnie gorzej od wydanego pół roku wcześniej "Talk About S" promowanego przez "Bloom" (>>TUTAJ<<) - piosenkę o dziewczynie, która rozkwita odkrywając swoją seksualność, opatrzoną dosyć bezpośrednim, choć wciąż niezwykle zgrabnym teledyskiem.
Cóż, na dniach Gain zaprezentuje swoje najnowsze wydawnictwo, a w zeszłym tygodniu jako przedsmak zaproponowała słuchaczom i widzom piosenkę i teledysk zatytułowane "Fxxk U" (pisownia oryginalna). Jak wskazuje sam tytuł, będzie ostro.
Mam bardzo mieszane odczucia odnośnie tego projektu, bo choć trzyma on wysoki poziom wykonania, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że ktoś w wytwórni bardzo kombinował, żeby znaleźć nowy kontrowersyjny temat na piosenkę i teledysk. Nie chodzi o to jak ten temat ujęto, ale o sam fakt dokonania kolejnej "odważnej decyzji".
Co do piosenki, to nigdy nie uważałem, że słowa "fuck you" są dobrym pomysłem na refren w poważnym utworze. To zawsze będzie brzmiało głupio i pretensjonalnie - muzyka w tym wypadku robi wiele by ten problem przezwyciężyć, a jednak nie mogę przyznać jej zwycięstwa. Tak, po kilku przesłucxhaniach przywykłem do refrenu i przestał mi on zawadzać, ale pierwsza reakcja była negatywna. W ogóle tekst piosenki nie jest jej szczególnym atutem. Należy wziąć poprawkę, że tłumaczenie LOEN-u raczej nie jest perfekcyjne, ale alternatywna wersja (>>TUTAJ<<) mojego spojrzenia na słowa diametralnie nie zmienia, jedynie sprawia, że kilka momentów jest bardziej spójnych.
Przy czym nie chce powiedzieć, że tekst jest zły - nie, jest solidny, ale nie wyrasta znacząco ponad popową przeciętność, co oznacza, że nie jest w moich oczach w stanie zrekompensować tej refrenowej niezgrabności. Możliwe, że po prostu nie potrafię się w niego wczytać dostatecznie dokładnie, ale bardziej skłaniałbym się ku opcji, że jest on dosyć powierzchowny. Ot opowiada historię burzliwego związku, gdzie pożądanie przeplata się z niechęcią czy nawet wstrętem, gdzie pomimo łączącego obie osoby uczucia, nie potrafią one nawzajem dopasować się do potrzeb drugiej strony.
Oczywiście tekst jest napisany z żeńskiego punktu widzenia i prawdopodobnie nawet na zachodzie byłby przez to przedmiotem dyskusji - po prostu tak film, muzyka jak i nawet książka także na zachodzie mają problemy z przedstawianiem swojej tematyki z kobiecego punktu widzenia, a raczej z punktu widzenia, który nie jest męskim wyobrażeniem żeńskiej perspektywy, bo przecież ckliwości jest w mediach pod dostatkiem. Nie jestem żadnym bojownikiem o kobiece prawa, po prostu faktem jest, że takie podejście do tematu jest nie tyle zakazane, co zwyczajnie rzadkie i przez to podnosi dyskusję ilekroć ktoś zdecyduje się pójść tym tropem.
Jesli idzie o samą muzykę i wokale, to jest to jeden z tych kawałków, które nie robią piorunującego wrażenia na słuchaczu, jeżeli obedrzeć go z wyśpiewywanej treści, to tak naprawdę trudno sprawić by budził autentyczne zainteresowanie. A jednak to wszystko nie przeszkadza mu dobrze brzmieć. To w gruncie rzeczy jest dobra piosenka - zgrabna, zwiewna, lekka w muzycznym odbiorze. Spójna tak instrumentalnie, jak i pod względem wokalnym, do tego spokojna, ale też nie nudna czy bezbarwna. Bez tekstu nie rozpatrywałbym jej jako potencjalnego przeboju i możliwe, że nawet nie zwrócilbym na nią większej uwagi, co nie zmienia faktu, że słucham jej z przyjemnością.
Co do teledysku, to wydaje się on mocno bezpośredni jeśli idzie o treść i obraz, choć jego interpretacja może być troszkę szersza. Przyznam, że trudno było mi znaleźć jakiś poważniejszy punkt zaczepienia i dlatego traktuję ten klip jako wizualne przedłużenie teledysku, z jednej strony zawężone do konkretnej sytuacji związanej z seksem i przemocą, z drugiej strony może nawet poszerzone, jeżeli przyjmiemy, że ta ciągła szamotanina pary jakkolwiek wizualnie dosadna i jednoznaczna, może być traktowana jako symbol szerszego sporu. Intrygują mnie sceny z lustrami, bo lustro zdaje się być tu przewijającym się motywem, choć możliwe, że to jedynie goły motyw wizualny, pozbawiony głębszej treści.
Ciekawa jest też scena w łazience, która przecież zaczyna się bodaj jedyną pozytywną sekwencją w całym teledysku, sceną gdzie obie postacie są dla siebie pełne ciepła i życzliwości. Wszystko kończy się jednak paskudnie, i ta krew zalewająca łazienkę myślę, że jest celowo wyolbrzymionym symbolem, a nie czymś, co należałoby traktować dosłownie. Chodzi raczej o udokumentowanie tego, że dziewczynie stała się krzywda, że facet popełnił zbrodnię i ma krew na rękach. Można by tu nawet pójść o krok dalej i zasugerować, że dziewczynie odebrano dziewictwo.
Powyższy kadr występuje w klipie wcześniej i można w nim doszukiwać się wielu znaczeń. Najbardziej oczywisty jest tu kontrast kolorystyczny, piekielna czerwień po stronie mężczyzny i niebiański błękit po stronie kobiety. Ogień świecy dodatkowo wzmacnia diabelską konotację, podczas gdy święty obrazek naturalnie kojarzy się z niebem. Ale ja widzę tu też coś więcej. Te wielkie świeczki w torcie to nic innego jak symbol falliczny, pod koniec teledysku facet gasi świeczki i natychmiast zasypia. W takim razie obraz przedstawiający Matkę Boską można interpretować jako symbol niewinności czy nawet dziewictwa.
Patrząc od strony technicznej klip jest bardzo dobry. Podobają mi się przede wszystkim niebanalnie dobrane kadry. Ponadto scenografia i stylizacja stoją na wysokim poziomie wykonania i na tle konkurencji wypadają oryginalnie. Jak zwykle w koreańskich teledyskach, oświetlenie jest mocnym punktem programu. Do tej kombinacji dołożyłbym jeszcze fakt, że obraz jest dobrze zgrany tak z muzyką, jak i z treścią piosenki, przynajmniej kilka elementów ewidentnie ma akcentować zmiany i motywy pojawiające się w piosence. No i sama gra Gain i towarzyszącego jej aktora stoi na wysokim poziomie.
Pora zrobić krok w tył i spojrzeć na całość projektu szerzej. Nie opuściły mnie moje wątpliwości wywołane faktem, że piosenka w zbyt nachalny sposób prosi się o uwagę, jednak nie jestem w stanie odmówić tak jak, i towarzyszącemu teledyskowi ani jakości, ani śmiałości w podejmowaniu nie tylko niepopularnego tematu, ale przede wszystkim niepopularnej perspektywy. Na pewno wolałbym gdyby chociaż z refrenu i tytułu zniknęło to banalne "Fuck You", na pewno wolałbym gdyby treść była nieco bardziej złożona, jednak nie potrafię winić twórców za dostosowywanie się do wymogów rynku, kiedy sam objęty kierunek jest nieco ryzykowny.
Oczywiście, jak wspomniałem na wstępie, publika oczekuje takiej ostrej Gain. A jednak każda ostra stylizacja jest jak wciśnięcie kamienia w ręce ludzi, których łatwo zbulwersować, tym samym wokalistka musi liczyć się z krytyką. A nie jest jednak tak, że wokalistka pokroju Gain może liczyć na publiczną bezkarność i uwielbienie bez względu na to, co zaprezentuje, więc nadmiar krytyki zawsze będzie wiązać się dla niej z ryzykiem. Mimo wszystko myślę, że jej sceniczny powrót będzie sukcesem, tym bardziej, że największe premiery tego miesiąca powoli odsuwają się w czasie, robiąc Gain miejsce by zabłysnąć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gain. Pokaż wszystkie posty
środa, 5 lutego 2014
niedziela, 4 sierpnia 2013
Brown Eyed Girls - KILL BILL
Jak nie upał, to ogólny brak czasu... W tym tygodniu wyskoczyło kilka ciekawych tematów i wszystkie powędrowały na stertę "do zrobienia później". Wszystkie za wyjątkiem jednego - EXO i ich "Growl" (>>TUTAJ<<). Dlaczego? Bo "Growl" to po prostu bardzo dobra piosenka, bardzo dobry układ taneczny, ale rzecz osadzona wewnątrz pewnej dobrze znanej konwencji. O "Growl" łatwo mi było sklecić jakiś tekst nawet zasypiając nad klawiaturą.
Tego samego nie mogę powiedzieć o tematach odłożonych na bok, bo wymagają one ode mnie nieco więcej wkładu i przemyślenia - nie chciałem robić ich po łebkach. No, ale mamy weekend - upał, nie upał, trzeba rozgrzebać te zaległości. Zacznę od tematu dla mnie najciekawszego - powrotu Brown Eyed Girls. Raz, że dziewczyny cenię i darzę sympatią za szeroko pojmowaną twórczość. Dwa, że ich title-track nawiązuje do filmu jednego z moich ulubionych reżyserów i daje mi pretekst, by zboczyć na filmową tematykę.
Zacznijmy może od BEG, bo jest to formacja, która na dobrą sprawę przekonała mnie do k-popu. After School jako pierwsze przykuło moją uwagę, inne żeńskie formacje też potrafiły pokazać coś z takich czy innych względów ciekawego, ale Brown Eyed Girls... BEG pokazało mi, że koreański girls band może robić coś więcej niż chwytliwy pop poparty zgrabnymi nogami i efektownym tańcem.
Nie chodzi o to, że Brown Eyed Girls starają się nie kusić męskiego oka - co to, to nie. Dziewczyny z tej formacji słyną z prowokacyjnych stylizacji, epatujących seks(apil)em. Sęk w tym, że uchodzi im to na sucho, bo to ich nęcenie seksem ma drugie dno. W skrócie - nie chodzi o wypięcie dupy do kamery.
Przy tym od dłuższego czasu bardzo ważnym nośnikiem ich twórczości są teledyski. Do tego stopnia istotnym, że same piosenki wydają się uboższe bez nich. To w teledyskach widać całą mięsną kontrowersję, ale to też sam obraz niesie w sobie ten dodatkowy ładunek - jeśli nie znaczenia, to przynajmniej sugestii - który pozwala prawidłowo zinterpretować tekst utworu.
Dlatego mocno zaskoczyła mnie już sama decyzja o nakręceniu teledysku na bazie "Kill Billa", a jeszcze bardziej zaskoczył mnie sam teledysk. Musiałem chwilę posiedzieć nad tym klipem, przetrawić go, ustawić myślowo w kontekście filmu i wcześniejszego dorobku zespołu - dopiero wtedy zacząłem, chyba, rozumieć proces myślowy za nim stojący.
Dlatego uprzedzę z góry - zanosi się na dłuższy wywód z mojej strony i to poświęcony bardziej kinematografii i ewentualnie wcześniejszej twórczości BEG, niż temu konkretnemu nagraniu. Ponadto poniższy teledysk trwa siedem i pół minuty. Jakby tego było mało, jeżeli nie interesujecie się kinem ponad pewien powszechnie akceptowany standard - tzn. nie zagłębiacie się w jego naturę i rolę, to ten klip raczej okaże się dla Was mniej lub bardziej nieciekawy lub zwyczajnie głupkowaty - bo taki w gruncie rzeczy jest.
Jeżeli chcecie zapoznać się z moimi przemyśleniami i osadzić ten klip w pewnym kontekście, zapraszam poniżej. Jeżeli interesuje Was sama piosenka, zjedźcie niżej, tam gdzieś będzie teledysk w wersji tanecznej (który trwa tyle, ile piosenka) i prawdopodobnie kilka słów o samym utworze.
Okej, zacznijmy od sprawy oczywistej, ale mimo wszystko wymagającej poświecenia jej kilku słów. Teledysk nawiązuje do dwuczęściowej produkcji Quentina Tarantino zatytułowanej "Kill Bill". Prawdopodobnie widzieliście ten film, ale nawet jeżeli nie widzieliście, to tak naprawdę nie ma to aż tak dużego znaczenia przy odbiorze teledysku.
Dzieje się tak dlatego, że klip do filmu nawiązuje albo bardzo powierzchownie, imitując wygląd pewnych scen, a nie linię fabularną, albo nawiązuje w sposób dosyć złożony, który i tak zamierzam wytłumaczyć. Bo teledysk - świadomie lub nie - jest odbiciem pewnej nieoczywistej własności filmu Tarantino. Własności, która wydaje się bardzo dobrze współgrać z dotychczasową twórczością BEG.
"Kill Bill" to film o kobiecie, która szuka zemsty na pewnym mężczyźnie zwanym Bill. To, że oboje byli wcześniej związani zawodowo, i nie tylko, jest chyba mniej istotne od samego zawodu, którym się parali - byli płatnymi mordercami, tzn. bohaterka była, Bill był jej szefem.
Film jest o kobiecie wywierającej zemstę, piosenka jest o kobiecie wywierającej zemstę - to dość, aby połączyć jedno i drugie tytułem oraz teledyskiem. Na dobrą sprawę klip nie idzie nigdzie dalej - to taka zabawa filmowym motywem. Trochę w tym parodii, trochę hołdu dla znanej produkcji i kilku jej kultowych scen. A jednak... Jest tu pewne subtelne podobieństwo, które sprowadza się właśnie do tego jak dziewczyny bawią się tym materiałem.
Zwróćmy uwagę na pewne oczywiste zestawienie, które wbrew pozorom łatwo przeoczyć. Jak się ma tytuł do teledysku? Tak, naturalnie widzimy nawiązania do filmu, ale mnie chodzi o coś innego. Jak same słowa "Kill Bill" mają się do tego teledysku, jeżeli usuniemy skojarzenie z filmowym pierwowzorem? Jakiś "Bill" pojawia się tylko na samym początku, kiedy Narsha wypisuje mu imię na plecach. Nic więcej.
Piosenka jest o zemście na facecie, w filmie główną motywacją bohaterki wydaje się być zemsta, a jednak w teledysku mamy tylko dziewczyny usiłujące się nawzajem pomordować. Możliwe, że to tylko przypadkowy efekt uboczny tego, że dziewczyny miały się zabawić przed kamerą. A jednak to jest bardzo spójne z naturą filmowego "Kill Billa".
W filmie tego Billa też za dużo nie ma. Na dobrą sprawę pojawia się on tylko na samym początku i samym końcu drugiej części. Ale nie to wyróżnia tę produkcję na tle innych filmów i nie to jest sednem podobieństwa, które widzę między filmem a teledyskiem. Chodzi o to, że "Kill Bill" jest jednym z nielicznych "popkornowych" filmów, które w głównych rolach osadzają silne kobiece postacie, kosztem ograniczenia liczby ról męskich. Jedyny podobny film, który przychodzi mi do głowy, to "Sucker Punch".
Ostatnie dekady upływają pod znakiem wszelakiej maści cichszych i donośniejszych głosów na rzecz równouprawnienia, upływają także pod znakiem dominacji komiksowo-geekowskiej popkultury, która przez lata stworzyła cały panteon lepiej i gorzej rozrysowanych heroin. A jednak świat Hollywoodu wydaje się tym całkiem niewzruszony.
Większość wytwórni wciąż wtłacza w swoje produkcje wszelakiej maści wojownicze księżniczki - zuchwałe, butne i zarozumiałe, ale koniec końców polegające na męskim ramieniu lub pozostające w cieniu mężczyzny. A nawet jeśli uda się w którymś filmie stworzyć autentycznie silną, kobiecą rolę, to zostaje ona przygaszona przez zalew pobocznych męskich postaci, które koniec końców sprawiają, że kobietę w głównej roli nie traktuje się w innych kategoriach jak ciekawostki czy urozmaicenia (vide "Salt" i "Tomb Raider" z Angeliną Jolie).
O komiksowych superprodukcjach w ogóle wstyd wspominać. W "Avengersach" mieliśmy tyłek Scarlett Johansson, ale to i tak dużo. Ludzie z DC Comics i Warner Brothers najwyraźniej usiłują nakręcić "Ligę Sprawiedliwych" bez Wonder Woman. To o tyle zabawne, że trzonem owej Ligi są Superman, Batman i właśnie WW.
"Kill Bill" jawi się na tym tle jako wyjątek. A raczej jawiłby się, gdyby nie zabawny paradoks - przez to, że większość pierwszo i drugoplanowych ról została obsadzona kobietami, publika w ogóle nie zwraca uwagi na ten zabieg. A jednak te decyzje mają swoje dalsze implikacje w filmie, który jest dosyć mocno sfeminizowany - w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Kill-billowa Beatrycze nie jest kalką żadnego męskiego bohatera srebrnego ekranu, to nie męski archetyp przebrany w kobiece fatałaszki. Można nawet stwierdzić, że jest wręcz odwrotnie - to kobieta z krwi i kości wrzucona w męskie spodnie - w przenośni, jak i dosłownie. Sławny zółto-czarny strój panny młodej został zainspirowany strojem, który wcześniej nosił nie kto inny jak sam Bruce Lee w filmie "Game of Death". A jednak jego odświezona wersja noszona przez Umę Thurman niemal zupełnie wyparła oryginał z popkulturowej świadomości. Dziś charakterystyczną kombinację żółci i czerni kojarzy się właśnie z aktorką i filmem Tarantino, a nie z mistrzem sztuk walki.
Jednak ten smaczny detal jest raczej efektem ubocznym popularności filmu. Tarantino nie mógł przewidzieć, że swoim użyciem tej kolorystyki przyćmi oryginał, któremu starał się złożyć drobny hołd. Znacznie istotniejsza w temacie wzmocnienia kobiecego przekazu jest treść filmu, która w wielu momentach stara się patrzeć nieco bardziej kobiecym okiem lub porusza kwestie bliższe kobietom, jak np. macierzyństwo. Oczywiście film wciąż jest krwawą jatką i ołtarzem dla kina klasy B, jeśli nie klasy C, w dodatku zrealizowanym ze specyficznym poczuciem humoru a'la Tarantino...
A jednak to wszystko gdzieś tam jest. Jeżeli usuniemy tych wszystkich płatnych morderców, samurajskie miecze i krwawy aspekt zemsty, okazuje się, że film pokazuje nadspodziewanie życiowy obraz kobiety. Obraz, który można jakoś przełożyć na codzienność. Rodzina, kariera, dziecko, związki, rywalizacje zawodowe i osobiste - to wszystko jest w tym filmie, tylko trudno to zauważyć, bo Tarantino na pierwszy plan rzuca swoją zabawę tworzywem i konwencjami.
Teledysk BEG w żadnym razie nie idzie tak daleko, ale jak już wspomniałem, dzieli pewną charakterystykę z filmem. Bawi się konwencją, bawi się motywami zapożyczonymi z filmu, bawi się wreszcie koncepcją wypchnięcia kobiet na pierwszy plan. U Tarantino ten Bill koniec końców miał jakąś rolę do odegrania, tutaj - wbrew tytułowi i wbrew słowom piosenki - Bill ginie na wstępie.
I tu leży cały dowcip - dziewczyny mszczą się na Billu bez zbędnych kombinacji. W teledysku, który wydawałoby się ma opowiadać o zabiciu Billa, tytułowy bohater ginie na samym początku, a klip dzieje się dalej. Tym samym dziewczyny pokazują, że Bill nieistotny i całkiem zbyteczny. A to dla dominującego samca musi być najdotkliwszym upokorzeniem.
Co do taneczno-seksualnej otoczki. Cóż, nie oszukujmy się, seks się sprzedaje, a wytwórnia musi zarobić. BEG nie może każdą piosenką pokazywać ostentacyjnego środkowego palca męskiej części widowni. Wystarczy, że zrobiły to w "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<), gdzie naraz mamiły męskie oczy stylizacjami rodem z brudnych, męskich fantazji i jednocześnie śpiewały słowa, które jawnie mówiły, że w tym związku to mężczyzna śliniący się do ekranu jest psem na uwięzi. A jednak znów dziewczynom udaje się dość zgrabnie wybrnąć z tej całej sytuacji z twarzą. W nowym układzie tanecznym to one są stroną dominującą, a mężczyźni robią bardziej za seksualne rekwizyty, niż osoby.
Co do samej piosenki, to przyznam, że przy pierwszym kontakcie moja reakcja była krótka - "meh". Piosenka nie wydała mi się zła, ale trochę dziwna i jakoś nieszczególnie interesująca. Chyba wszystko dlatego, że za bardzo skupiałem się na tym, o czym właściwie ma być ten teledysk, na tych wszystich nowych stylizacjach. Od kiedy w jakiś sposób udało mi się ułożyć te sprawy w głowie, na nagranie patrzę znacznie przychylniejszym okiem. Po prostu mnie wciągnęło.
Chyba głównym punktem "spornym" był dla mnie ten pseudo-gwizdany motyw. Ma się on nijak do kultowego już pogwizdywania z "Kill Billa" i po prostu raził mnie jako nieudana próba nawiązania. A jednak, po kilku przesłuchaniach wbił mi się do głowy i teraz wydaje się pasować jak ulał do całej kompozycji, szczególnie kiedy obetniemy nawiązanie do filmu i za punkt odniesienia przyjmiemy westernową stylizację, która jest drugą skórą tej piosenki.
Bardzo podoba mi się ten elektroniczny miks z umiejętnie wplecionymi pojedynczymi dźwiękami na gitarze, które bardziej służą wyznaczaniu rytmu, niż wygrywaniu melodii. Jednak najmocniejszy punkt tej piosenki to wokale i to jak zgrywają się ze słowami piosenki. Po prostu słychać, że dziewczyny z BEG nie śpiewają o "dupie Maryni", tylko starają się wykazać pewne zaangażowanie w tekst. A nawet pomijając ten aspekt, wokale po prostu dobrze brzmią i ich linia melodyczna jest chwytliwa jak diabli.
Tego samego nie mogę powiedzieć o tematach odłożonych na bok, bo wymagają one ode mnie nieco więcej wkładu i przemyślenia - nie chciałem robić ich po łebkach. No, ale mamy weekend - upał, nie upał, trzeba rozgrzebać te zaległości. Zacznę od tematu dla mnie najciekawszego - powrotu Brown Eyed Girls. Raz, że dziewczyny cenię i darzę sympatią za szeroko pojmowaną twórczość. Dwa, że ich title-track nawiązuje do filmu jednego z moich ulubionych reżyserów i daje mi pretekst, by zboczyć na filmową tematykę.
Zacznijmy może od BEG, bo jest to formacja, która na dobrą sprawę przekonała mnie do k-popu. After School jako pierwsze przykuło moją uwagę, inne żeńskie formacje też potrafiły pokazać coś z takich czy innych względów ciekawego, ale Brown Eyed Girls... BEG pokazało mi, że koreański girls band może robić coś więcej niż chwytliwy pop poparty zgrabnymi nogami i efektownym tańcem.
Nie chodzi o to, że Brown Eyed Girls starają się nie kusić męskiego oka - co to, to nie. Dziewczyny z tej formacji słyną z prowokacyjnych stylizacji, epatujących seks(apil)em. Sęk w tym, że uchodzi im to na sucho, bo to ich nęcenie seksem ma drugie dno. W skrócie - nie chodzi o wypięcie dupy do kamery.
Przy tym od dłuższego czasu bardzo ważnym nośnikiem ich twórczości są teledyski. Do tego stopnia istotnym, że same piosenki wydają się uboższe bez nich. To w teledyskach widać całą mięsną kontrowersję, ale to też sam obraz niesie w sobie ten dodatkowy ładunek - jeśli nie znaczenia, to przynajmniej sugestii - który pozwala prawidłowo zinterpretować tekst utworu.
Dlatego mocno zaskoczyła mnie już sama decyzja o nakręceniu teledysku na bazie "Kill Billa", a jeszcze bardziej zaskoczył mnie sam teledysk. Musiałem chwilę posiedzieć nad tym klipem, przetrawić go, ustawić myślowo w kontekście filmu i wcześniejszego dorobku zespołu - dopiero wtedy zacząłem, chyba, rozumieć proces myślowy za nim stojący.
Dlatego uprzedzę z góry - zanosi się na dłuższy wywód z mojej strony i to poświęcony bardziej kinematografii i ewentualnie wcześniejszej twórczości BEG, niż temu konkretnemu nagraniu. Ponadto poniższy teledysk trwa siedem i pół minuty. Jakby tego było mało, jeżeli nie interesujecie się kinem ponad pewien powszechnie akceptowany standard - tzn. nie zagłębiacie się w jego naturę i rolę, to ten klip raczej okaże się dla Was mniej lub bardziej nieciekawy lub zwyczajnie głupkowaty - bo taki w gruncie rzeczy jest.
Jeżeli chcecie zapoznać się z moimi przemyśleniami i osadzić ten klip w pewnym kontekście, zapraszam poniżej. Jeżeli interesuje Was sama piosenka, zjedźcie niżej, tam gdzieś będzie teledysk w wersji tanecznej (który trwa tyle, ile piosenka) i prawdopodobnie kilka słów o samym utworze.
Okej, zacznijmy od sprawy oczywistej, ale mimo wszystko wymagającej poświecenia jej kilku słów. Teledysk nawiązuje do dwuczęściowej produkcji Quentina Tarantino zatytułowanej "Kill Bill". Prawdopodobnie widzieliście ten film, ale nawet jeżeli nie widzieliście, to tak naprawdę nie ma to aż tak dużego znaczenia przy odbiorze teledysku.
Dzieje się tak dlatego, że klip do filmu nawiązuje albo bardzo powierzchownie, imitując wygląd pewnych scen, a nie linię fabularną, albo nawiązuje w sposób dosyć złożony, który i tak zamierzam wytłumaczyć. Bo teledysk - świadomie lub nie - jest odbiciem pewnej nieoczywistej własności filmu Tarantino. Własności, która wydaje się bardzo dobrze współgrać z dotychczasową twórczością BEG.
"Kill Bill" to film o kobiecie, która szuka zemsty na pewnym mężczyźnie zwanym Bill. To, że oboje byli wcześniej związani zawodowo, i nie tylko, jest chyba mniej istotne od samego zawodu, którym się parali - byli płatnymi mordercami, tzn. bohaterka była, Bill był jej szefem.
Film jest o kobiecie wywierającej zemstę, piosenka jest o kobiecie wywierającej zemstę - to dość, aby połączyć jedno i drugie tytułem oraz teledyskiem. Na dobrą sprawę klip nie idzie nigdzie dalej - to taka zabawa filmowym motywem. Trochę w tym parodii, trochę hołdu dla znanej produkcji i kilku jej kultowych scen. A jednak... Jest tu pewne subtelne podobieństwo, które sprowadza się właśnie do tego jak dziewczyny bawią się tym materiałem.
Zwróćmy uwagę na pewne oczywiste zestawienie, które wbrew pozorom łatwo przeoczyć. Jak się ma tytuł do teledysku? Tak, naturalnie widzimy nawiązania do filmu, ale mnie chodzi o coś innego. Jak same słowa "Kill Bill" mają się do tego teledysku, jeżeli usuniemy skojarzenie z filmowym pierwowzorem? Jakiś "Bill" pojawia się tylko na samym początku, kiedy Narsha wypisuje mu imię na plecach. Nic więcej.
Piosenka jest o zemście na facecie, w filmie główną motywacją bohaterki wydaje się być zemsta, a jednak w teledysku mamy tylko dziewczyny usiłujące się nawzajem pomordować. Możliwe, że to tylko przypadkowy efekt uboczny tego, że dziewczyny miały się zabawić przed kamerą. A jednak to jest bardzo spójne z naturą filmowego "Kill Billa".
W filmie tego Billa też za dużo nie ma. Na dobrą sprawę pojawia się on tylko na samym początku i samym końcu drugiej części. Ale nie to wyróżnia tę produkcję na tle innych filmów i nie to jest sednem podobieństwa, które widzę między filmem a teledyskiem. Chodzi o to, że "Kill Bill" jest jednym z nielicznych "popkornowych" filmów, które w głównych rolach osadzają silne kobiece postacie, kosztem ograniczenia liczby ról męskich. Jedyny podobny film, który przychodzi mi do głowy, to "Sucker Punch".
Ostatnie dekady upływają pod znakiem wszelakiej maści cichszych i donośniejszych głosów na rzecz równouprawnienia, upływają także pod znakiem dominacji komiksowo-geekowskiej popkultury, która przez lata stworzyła cały panteon lepiej i gorzej rozrysowanych heroin. A jednak świat Hollywoodu wydaje się tym całkiem niewzruszony.
Większość wytwórni wciąż wtłacza w swoje produkcje wszelakiej maści wojownicze księżniczki - zuchwałe, butne i zarozumiałe, ale koniec końców polegające na męskim ramieniu lub pozostające w cieniu mężczyzny. A nawet jeśli uda się w którymś filmie stworzyć autentycznie silną, kobiecą rolę, to zostaje ona przygaszona przez zalew pobocznych męskich postaci, które koniec końców sprawiają, że kobietę w głównej roli nie traktuje się w innych kategoriach jak ciekawostki czy urozmaicenia (vide "Salt" i "Tomb Raider" z Angeliną Jolie).
O komiksowych superprodukcjach w ogóle wstyd wspominać. W "Avengersach" mieliśmy tyłek Scarlett Johansson, ale to i tak dużo. Ludzie z DC Comics i Warner Brothers najwyraźniej usiłują nakręcić "Ligę Sprawiedliwych" bez Wonder Woman. To o tyle zabawne, że trzonem owej Ligi są Superman, Batman i właśnie WW.
"Kill Bill" jawi się na tym tle jako wyjątek. A raczej jawiłby się, gdyby nie zabawny paradoks - przez to, że większość pierwszo i drugoplanowych ról została obsadzona kobietami, publika w ogóle nie zwraca uwagi na ten zabieg. A jednak te decyzje mają swoje dalsze implikacje w filmie, który jest dosyć mocno sfeminizowany - w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Kill-billowa Beatrycze nie jest kalką żadnego męskiego bohatera srebrnego ekranu, to nie męski archetyp przebrany w kobiece fatałaszki. Można nawet stwierdzić, że jest wręcz odwrotnie - to kobieta z krwi i kości wrzucona w męskie spodnie - w przenośni, jak i dosłownie. Sławny zółto-czarny strój panny młodej został zainspirowany strojem, który wcześniej nosił nie kto inny jak sam Bruce Lee w filmie "Game of Death". A jednak jego odświezona wersja noszona przez Umę Thurman niemal zupełnie wyparła oryginał z popkulturowej świadomości. Dziś charakterystyczną kombinację żółci i czerni kojarzy się właśnie z aktorką i filmem Tarantino, a nie z mistrzem sztuk walki.
Jednak ten smaczny detal jest raczej efektem ubocznym popularności filmu. Tarantino nie mógł przewidzieć, że swoim użyciem tej kolorystyki przyćmi oryginał, któremu starał się złożyć drobny hołd. Znacznie istotniejsza w temacie wzmocnienia kobiecego przekazu jest treść filmu, która w wielu momentach stara się patrzeć nieco bardziej kobiecym okiem lub porusza kwestie bliższe kobietom, jak np. macierzyństwo. Oczywiście film wciąż jest krwawą jatką i ołtarzem dla kina klasy B, jeśli nie klasy C, w dodatku zrealizowanym ze specyficznym poczuciem humoru a'la Tarantino...
A jednak to wszystko gdzieś tam jest. Jeżeli usuniemy tych wszystkich płatnych morderców, samurajskie miecze i krwawy aspekt zemsty, okazuje się, że film pokazuje nadspodziewanie życiowy obraz kobiety. Obraz, który można jakoś przełożyć na codzienność. Rodzina, kariera, dziecko, związki, rywalizacje zawodowe i osobiste - to wszystko jest w tym filmie, tylko trudno to zauważyć, bo Tarantino na pierwszy plan rzuca swoją zabawę tworzywem i konwencjami.
Teledysk BEG w żadnym razie nie idzie tak daleko, ale jak już wspomniałem, dzieli pewną charakterystykę z filmem. Bawi się konwencją, bawi się motywami zapożyczonymi z filmu, bawi się wreszcie koncepcją wypchnięcia kobiet na pierwszy plan. U Tarantino ten Bill koniec końców miał jakąś rolę do odegrania, tutaj - wbrew tytułowi i wbrew słowom piosenki - Bill ginie na wstępie.
I tu leży cały dowcip - dziewczyny mszczą się na Billu bez zbędnych kombinacji. W teledysku, który wydawałoby się ma opowiadać o zabiciu Billa, tytułowy bohater ginie na samym początku, a klip dzieje się dalej. Tym samym dziewczyny pokazują, że Bill nieistotny i całkiem zbyteczny. A to dla dominującego samca musi być najdotkliwszym upokorzeniem.
Co do taneczno-seksualnej otoczki. Cóż, nie oszukujmy się, seks się sprzedaje, a wytwórnia musi zarobić. BEG nie może każdą piosenką pokazywać ostentacyjnego środkowego palca męskiej części widowni. Wystarczy, że zrobiły to w "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<), gdzie naraz mamiły męskie oczy stylizacjami rodem z brudnych, męskich fantazji i jednocześnie śpiewały słowa, które jawnie mówiły, że w tym związku to mężczyzna śliniący się do ekranu jest psem na uwięzi. A jednak znów dziewczynom udaje się dość zgrabnie wybrnąć z tej całej sytuacji z twarzą. W nowym układzie tanecznym to one są stroną dominującą, a mężczyźni robią bardziej za seksualne rekwizyty, niż osoby.
Co do samej piosenki, to przyznam, że przy pierwszym kontakcie moja reakcja była krótka - "meh". Piosenka nie wydała mi się zła, ale trochę dziwna i jakoś nieszczególnie interesująca. Chyba wszystko dlatego, że za bardzo skupiałem się na tym, o czym właściwie ma być ten teledysk, na tych wszystich nowych stylizacjach. Od kiedy w jakiś sposób udało mi się ułożyć te sprawy w głowie, na nagranie patrzę znacznie przychylniejszym okiem. Po prostu mnie wciągnęło.
Chyba głównym punktem "spornym" był dla mnie ten pseudo-gwizdany motyw. Ma się on nijak do kultowego już pogwizdywania z "Kill Billa" i po prostu raził mnie jako nieudana próba nawiązania. A jednak, po kilku przesłuchaniach wbił mi się do głowy i teraz wydaje się pasować jak ulał do całej kompozycji, szczególnie kiedy obetniemy nawiązanie do filmu i za punkt odniesienia przyjmiemy westernową stylizację, która jest drugą skórą tej piosenki.
Bardzo podoba mi się ten elektroniczny miks z umiejętnie wplecionymi pojedynczymi dźwiękami na gitarze, które bardziej służą wyznaczaniu rytmu, niż wygrywaniu melodii. Jednak najmocniejszy punkt tej piosenki to wokale i to jak zgrywają się ze słowami piosenki. Po prostu słychać, że dziewczyny z BEG nie śpiewają o "dupie Maryni", tylko starają się wykazać pewne zaangażowanie w tekst. A nawet pomijając ten aspekt, wokale po prostu dobrze brzmią i ich linia melodyczna jest chwytliwa jak diabli.
środa, 10 lipca 2013
Brown Eyed Girls - Recipe
Najnowszy powrót Brown Eyed Girls już przechrzczono jako "ninja-comeback". Piosenka to cyfrowy singiel, co znaczy, że nie ma swojego kompaktowego odpowiednika. Póki co nie widać też żadnego teledysku, Nie wiadomo nawet, czy dziewczyny zagoszczą na antenach programów muzycznych. Ba, gdyby nie twitterowe wpisy samych wokalistek, trudno byłoby się dokopać do wiadomości o nowym nagraniu.
A mimo to, w kilka godzin po premierze, dziewczyny zaliczyły all-kill - symultaniczne pierwsze miejsce na notowaniach trzynastu najważniejszych list przebojów w Korei.
Od pierwszych dźwięków słychać, kto skomponował ten utwór. Primary - jeden z topowych koreańskich producentów, kojarzony głównie ze sceną hip-hopową, ale mający na koncie całkiem pokaźną liczbę mainstreamowych przebojów - między innymi zeszłoroczny hit "?", do którego swoich głosów i twarzy użyczyli Choiza z grupy Dynamic Duo oraz Zion.T. Piszę o użyczaniu twarzy, bo sam Primary lubi chować swoją twarz w kartonowym pudle. Poważnie.
Swoją drogą Choiza też ma swój udział w tym kawałku, bo wespół z Primary i Miryo (raperka BEG) ułożyli słowa do tego utworu. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Zgrabnie napisany, trochę żartobliwy, a trochę pieprzny kawałek tekstu. Nie ma tu jakiegoś rażącego w oczy innuendo, ale sam nastrój i brzmienie piosenki podpowiadają, że jej słowa można odnosić tak do emocji, jak i do bardziej fizycznej sfery miłości.
Dlatego strasznie żałuję, że nie ma do tej piosenki teledysku. Brown Eyed Girls jest znane ze śmiałych, ostrych klipów, które przy tym zawsze zostają nakręcone z pomysłem i poszanowaniem dobrego smaku. Do tej piosenki, nawet bez wielkiego budżetu, można nakręcić soczysty, kuchenny teledysk - wystarczy zgrabnie oświetlić plan i dobrze wykadrować detale. Resztę dyktuje sama muzyka, a luki w wyobraźni zapełnia tekst.
Co do samej piosenki - wszystko się tutaj świetnie buja, chociaż na pewno nie zgodzę się, że jest to szczytowe osiągnięcie Primary czy Brown Eyed Girls. Kompozycja od pierwszych dźwięków obiera jasny kierunek i klimat i do końca trzyma się tych założeń. Podkład jest bardzo solidnie wykonany, brzmi przyjemnie i adekwatnie, w żadnym razie nie nudzi i nie męczy. A jednak brakuje mu tego czegoś, żeby postawić na tym stempel potwierdzający najwyższą jakość.
Podobnie z wokalami - pięknie wpasowane w konwencję, przyjemnie, miękko brzmiące. Bez jakichś niepotrzebnych świdrów, gwizdów czy wymuszonych popisów. Trzymają melodię, trzymają rytm, tworzą nastrój, ale znów czegoś brakuje, żeby piosenka była absolutnie urzekająca - może tym czymś jest tutaj tekst, który jednak poprzez barierę językową nie wsiąka równie dobrze.
I jeszcze kilka zdań o rapie, bo Miryo dostała w tym utworze nieco więcej miejsca niż zwykle. Choć jest chyba najmniej docenianą z czwórki wokalistek, tym razem trafia w dziesiątkę. Jej twardy, trochę zuchwały i nonszalancki głos świetnie kontrapunktuje miękkie partie koleżanek, dodając całości pikanterii i podkreślając dwoistą naturę tekstu, o której pisałem już wyżej.
A mimo to, w kilka godzin po premierze, dziewczyny zaliczyły all-kill - symultaniczne pierwsze miejsce na notowaniach trzynastu najważniejszych list przebojów w Korei.
Od pierwszych dźwięków słychać, kto skomponował ten utwór. Primary - jeden z topowych koreańskich producentów, kojarzony głównie ze sceną hip-hopową, ale mający na koncie całkiem pokaźną liczbę mainstreamowych przebojów - między innymi zeszłoroczny hit "?", do którego swoich głosów i twarzy użyczyli Choiza z grupy Dynamic Duo oraz Zion.T. Piszę o użyczaniu twarzy, bo sam Primary lubi chować swoją twarz w kartonowym pudle. Poważnie.
Swoją drogą Choiza też ma swój udział w tym kawałku, bo wespół z Primary i Miryo (raperka BEG) ułożyli słowa do tego utworu. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Zgrabnie napisany, trochę żartobliwy, a trochę pieprzny kawałek tekstu. Nie ma tu jakiegoś rażącego w oczy innuendo, ale sam nastrój i brzmienie piosenki podpowiadają, że jej słowa można odnosić tak do emocji, jak i do bardziej fizycznej sfery miłości.
Dlatego strasznie żałuję, że nie ma do tej piosenki teledysku. Brown Eyed Girls jest znane ze śmiałych, ostrych klipów, które przy tym zawsze zostają nakręcone z pomysłem i poszanowaniem dobrego smaku. Do tej piosenki, nawet bez wielkiego budżetu, można nakręcić soczysty, kuchenny teledysk - wystarczy zgrabnie oświetlić plan i dobrze wykadrować detale. Resztę dyktuje sama muzyka, a luki w wyobraźni zapełnia tekst.
Co do samej piosenki - wszystko się tutaj świetnie buja, chociaż na pewno nie zgodzę się, że jest to szczytowe osiągnięcie Primary czy Brown Eyed Girls. Kompozycja od pierwszych dźwięków obiera jasny kierunek i klimat i do końca trzyma się tych założeń. Podkład jest bardzo solidnie wykonany, brzmi przyjemnie i adekwatnie, w żadnym razie nie nudzi i nie męczy. A jednak brakuje mu tego czegoś, żeby postawić na tym stempel potwierdzający najwyższą jakość.
Podobnie z wokalami - pięknie wpasowane w konwencję, przyjemnie, miękko brzmiące. Bez jakichś niepotrzebnych świdrów, gwizdów czy wymuszonych popisów. Trzymają melodię, trzymają rytm, tworzą nastrój, ale znów czegoś brakuje, żeby piosenka była absolutnie urzekająca - może tym czymś jest tutaj tekst, który jednak poprzez barierę językową nie wsiąka równie dobrze.
I jeszcze kilka zdań o rapie, bo Miryo dostała w tym utworze nieco więcej miejsca niż zwykle. Choć jest chyba najmniej docenianą z czwórki wokalistek, tym razem trafia w dziesiątkę. Jej twardy, trochę zuchwały i nonszalancki głos świetnie kontrapunktuje miękkie partie koleżanek, dodając całości pikanterii i podkreślając dwoistą naturę tekstu, o której pisałem już wyżej.
wtorek, 16 kwietnia 2013
Brown Eyed Girls - Abracadabra
Przy okazji poprzedniego wpisu (>>TUTAJ<<) wspomniałem, że nowy taniec PSY'a do złudzenia przypomina fragment choreografii do innego koreańskiego hitu - "Abracadabra" formacji Brown Eyed Girls, w skład której wchodzi Gain - towarzyszka PSY'a w klipie do "Gentlemana". Stwierdziłem, że dobrym pomysłem będzie, zamiast pisać, pokazać o co chodzi, tym bardziej, że o klipie i piosence i tak chciałem kiedyś napisać kilka słów.
Zanim wrzucę teledysk jeszcze kilka zdań wprowadzenia. Brown Eyed Girls to jedna ze starszych wciąż działających żeńskich formacji na koreańskim rynku - tak pod względem stażu, jak i wieku członkiń. Najmłodsza jest Gain (rocznik '87), pozostała trójka właśnie napoczęła czwartą dekadę życia. Grupa zadebiutowała w 2006 roku i przed nagraniem piosenki "Abracadabra" zdążyła wydać dwa pełne albumy i dwie EP-ki. Jednak dopiero piosenka "Abracadabra", wydana w 2009 roku jako pierwszy singiel z albumu "G-sound", wyniosła dziewczyny do prawdziwej sławy.
Teledysk jest zdecydowanie pieprzny, choć to nie nasycenie erotyzmem i innymi obrazami, które cenzorów doprowadziły do zgrzytania zębami, przysporzyło piosence takiej popularności. Wręcz przeciwnie, w konserwatywnej Korei klip spotkał się ze sporą dozą krytyki. Również słowa piosenki i jej oryginalny tytuł działały na nerwy cenzorom, którym ten ostatni element udało się nawet zmienić. Piosenka oryginalnie nosiła tytuł "Voodoo" i tekst w wielu miejscach nawiązuje do czarnej magii kojarzonej z tym kultem. Jednak cenzurze nie poszło o samo nawiązanie do takiej tematyki, a o jawne wymienienie nazwy religii. Dlatego piosenka stała się "Abracadabrą", a jak się dobrze wsłuchacie we fragment, podczas którego Gain wraz z tancerkami wiją się na podłodze, to nawet usłyszycie, kiedy jeden, jedyny raz słowo to pada w utworze.
W telegraficznym skrócie - piosenka śpiewana jest z punktu widzenia ślepo zauroczonej kobiety, która wie, że obiekt jej westchnień ma inną. Dlatego śpiewająca kobieta odgraża się, że ucieknie się do wszelkich możliwych sposobów, w tym do czarnej magii, by omotać swojego wybranka i odciągnąć go od drugiej kobiety. Słowa i teledysk razem kręcą się wokół motywu zdrady i obsesyjnej miłości (Miryo otoczona jest przez śledzące wszystko monitory, a z jej ust padają słowa "Im like a supervisor"). Jeżeli jesteście ciekawi pełnego tekstu, wersję audio z angielskimi napisami znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jednak, oprócz powyższego teledysku, powstała także alternatywna, taneczna wersja kilpu. Jest to popularny zabieg w Korei w wypadku dłuższych lub nazbyt kontrowersyjnych teledysków, który pozwala na emitowanie piosenki w głównych pasmach telewizyjnych, a nie w godzinach niższej oglądalności. Co ciekawe, klip ten, sądząc choćby po liczbie wyświetleń na YT, wcale nie jest mniej popularny od wymieszanego z fabułą pierwowzoru.
To nawet ciekawe, że choć dziewczyny nie robią tu niczego szczególnie nieprzyzwoitego, klip wręcz ocieka seksapilem. Duża w tym zasługa wykreowanego przez kostiumy i stylizację ostrego wizerunku, który także dla Brown Eyed Girls był wtedy nowością. Teraz formacja jest silnie kojarzona z ostrym, niepokornym wizerunkiem i niesztampową twórczością - tak od strony muzycznej, jak i wizualnej.
Jednak, jak już pisałem, "Abracadabrę" do popularności poniósł nie teledysk, nie wizerunek grupy, nie erotyzm, a przede wszystkim elektroniczne, taneczne i bardzo chwytliwe brzmienie, a także... Taniec. Dokładnie ten taniec, który teraz widzimy w nowym klipie "PSY'a". Bujające się biodra, założone ręce, nawet sposób obrotu jest identyczny. Dla światowej publiczności może to być swojego rodzaju nowość, ale w Korei natychmiast w "Gentlemanie" rozpoznano ruchy z "Abracadbry", bo taniec, który nazwano "sigeonbang chum" swojego czasu był tam narodowym fenomenem. Chyba jedynie osoba Gain pojawiająca się w klipie powstrzymała burzę wokół tego posunięcia.
Jednak "Abracadabra" ma też swoją słabszą stronę. Teledysk w obydwu wersjach jest atrakcyjny wizualnie, choćby z kolorystycznego i kompozycyjnego punktu widzenia, jeśli koniecznie chcemy udawać, że to, co dzieje się na ekranie, kompletnie nas nie kręci. Również piosenka brzmi ciekawie i lekko. Jest zróżnicowana kompozycyjnie i dosyć bogata we wszelakiej maści efekty, przez co nie tylko łatwo wskakuje do głowy, ale także nawet po wielu powtórzeniach nie nudzi i nie drażni uszu. W czym więc problem? W wokalu, który jest strasznie przeprodukowany. Na płycie czy w teledysku nie stanowi to problemu, ale kiedy trzeba wystąpić na żywo i na dodatek nie chce się całej piosenki lecieć na playbacku, to pojawia się problem...
Nie dość, że od strony wokalnej kompozycja jest niewymagająca, momentami wręcz mówiona, a nie śpiewana, to jeszcze głosy wokalistek w wersji płytowej są tak poprzerabiane, że mieszanie tych wstawek z ich prawdziwymi głosami brzmi gorzej niż jakby dziewczyny miały występować bez tych efektów. Co więcej, po obejrzeniu takiego występu ktoś mógłby odnieść wrażenie, że Brown Eyed Girls nie potrafią śpiewać, co oczywiście nie jest prawdą.
Cała czwórka zaistniała także jako solowe artystki. Najmniej znaczącej kariery doczekała się raperka Miryo, zdecydowanie najwięcej projektów i blasku na swoje konto zagarnęła Gain i choćby poprzez liczbę dostępnych próbek jej talentu z łatwością można stwierdzić, że ze śpiewaniem radzi sobie co najmniej bardzo solidnie.
Jeszcze lepsze od niej wydają się Narsha i JeA, które przez pewien czas trafiły nawet do obsady programu "Immortal Song 2", a tam nawet pojedynczy, gościnny występ jest miarą muzycznego uznania. Jednak przede wszystkim polecałbym zaznajomienie się z nowym mini-albumem JeA, który jest po prostu świetny od strony muzycznej, a w szczególności wokalnej. Teksty o piosenkach z tego wydawnictwa znajdziecie >>TUTAJ<<, >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<.
Natomiast dla leniwych na dowód pozostawiam poniżej Brown Eyed Girls wykonujące ich inny przebój - "Cleansing Cream". Swoją drogą gorąco polecam zajrzeć >>TUTAJ<< i nawet jeśli nie przeczytać moją przydługawą analizę teledysku, to chociaż obejrzeć klip do tej piosenki, który bezapelacyjnie jest arcydziełem w swoim rodzaju.
Zanim wrzucę teledysk jeszcze kilka zdań wprowadzenia. Brown Eyed Girls to jedna ze starszych wciąż działających żeńskich formacji na koreańskim rynku - tak pod względem stażu, jak i wieku członkiń. Najmłodsza jest Gain (rocznik '87), pozostała trójka właśnie napoczęła czwartą dekadę życia. Grupa zadebiutowała w 2006 roku i przed nagraniem piosenki "Abracadabra" zdążyła wydać dwa pełne albumy i dwie EP-ki. Jednak dopiero piosenka "Abracadabra", wydana w 2009 roku jako pierwszy singiel z albumu "G-sound", wyniosła dziewczyny do prawdziwej sławy.
Teledysk jest zdecydowanie pieprzny, choć to nie nasycenie erotyzmem i innymi obrazami, które cenzorów doprowadziły do zgrzytania zębami, przysporzyło piosence takiej popularności. Wręcz przeciwnie, w konserwatywnej Korei klip spotkał się ze sporą dozą krytyki. Również słowa piosenki i jej oryginalny tytuł działały na nerwy cenzorom, którym ten ostatni element udało się nawet zmienić. Piosenka oryginalnie nosiła tytuł "Voodoo" i tekst w wielu miejscach nawiązuje do czarnej magii kojarzonej z tym kultem. Jednak cenzurze nie poszło o samo nawiązanie do takiej tematyki, a o jawne wymienienie nazwy religii. Dlatego piosenka stała się "Abracadabrą", a jak się dobrze wsłuchacie we fragment, podczas którego Gain wraz z tancerkami wiją się na podłodze, to nawet usłyszycie, kiedy jeden, jedyny raz słowo to pada w utworze.
W telegraficznym skrócie - piosenka śpiewana jest z punktu widzenia ślepo zauroczonej kobiety, która wie, że obiekt jej westchnień ma inną. Dlatego śpiewająca kobieta odgraża się, że ucieknie się do wszelkich możliwych sposobów, w tym do czarnej magii, by omotać swojego wybranka i odciągnąć go od drugiej kobiety. Słowa i teledysk razem kręcą się wokół motywu zdrady i obsesyjnej miłości (Miryo otoczona jest przez śledzące wszystko monitory, a z jej ust padają słowa "Im like a supervisor"). Jeżeli jesteście ciekawi pełnego tekstu, wersję audio z angielskimi napisami znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jednak, oprócz powyższego teledysku, powstała także alternatywna, taneczna wersja kilpu. Jest to popularny zabieg w Korei w wypadku dłuższych lub nazbyt kontrowersyjnych teledysków, który pozwala na emitowanie piosenki w głównych pasmach telewizyjnych, a nie w godzinach niższej oglądalności. Co ciekawe, klip ten, sądząc choćby po liczbie wyświetleń na YT, wcale nie jest mniej popularny od wymieszanego z fabułą pierwowzoru.
To nawet ciekawe, że choć dziewczyny nie robią tu niczego szczególnie nieprzyzwoitego, klip wręcz ocieka seksapilem. Duża w tym zasługa wykreowanego przez kostiumy i stylizację ostrego wizerunku, który także dla Brown Eyed Girls był wtedy nowością. Teraz formacja jest silnie kojarzona z ostrym, niepokornym wizerunkiem i niesztampową twórczością - tak od strony muzycznej, jak i wizualnej.
Jednak, jak już pisałem, "Abracadabrę" do popularności poniósł nie teledysk, nie wizerunek grupy, nie erotyzm, a przede wszystkim elektroniczne, taneczne i bardzo chwytliwe brzmienie, a także... Taniec. Dokładnie ten taniec, który teraz widzimy w nowym klipie "PSY'a". Bujające się biodra, założone ręce, nawet sposób obrotu jest identyczny. Dla światowej publiczności może to być swojego rodzaju nowość, ale w Korei natychmiast w "Gentlemanie" rozpoznano ruchy z "Abracadbry", bo taniec, który nazwano "sigeonbang chum" swojego czasu był tam narodowym fenomenem. Chyba jedynie osoba Gain pojawiająca się w klipie powstrzymała burzę wokół tego posunięcia.
Jednak "Abracadabra" ma też swoją słabszą stronę. Teledysk w obydwu wersjach jest atrakcyjny wizualnie, choćby z kolorystycznego i kompozycyjnego punktu widzenia, jeśli koniecznie chcemy udawać, że to, co dzieje się na ekranie, kompletnie nas nie kręci. Również piosenka brzmi ciekawie i lekko. Jest zróżnicowana kompozycyjnie i dosyć bogata we wszelakiej maści efekty, przez co nie tylko łatwo wskakuje do głowy, ale także nawet po wielu powtórzeniach nie nudzi i nie drażni uszu. W czym więc problem? W wokalu, który jest strasznie przeprodukowany. Na płycie czy w teledysku nie stanowi to problemu, ale kiedy trzeba wystąpić na żywo i na dodatek nie chce się całej piosenki lecieć na playbacku, to pojawia się problem...
Nie dość, że od strony wokalnej kompozycja jest niewymagająca, momentami wręcz mówiona, a nie śpiewana, to jeszcze głosy wokalistek w wersji płytowej są tak poprzerabiane, że mieszanie tych wstawek z ich prawdziwymi głosami brzmi gorzej niż jakby dziewczyny miały występować bez tych efektów. Co więcej, po obejrzeniu takiego występu ktoś mógłby odnieść wrażenie, że Brown Eyed Girls nie potrafią śpiewać, co oczywiście nie jest prawdą.
Cała czwórka zaistniała także jako solowe artystki. Najmniej znaczącej kariery doczekała się raperka Miryo, zdecydowanie najwięcej projektów i blasku na swoje konto zagarnęła Gain i choćby poprzez liczbę dostępnych próbek jej talentu z łatwością można stwierdzić, że ze śpiewaniem radzi sobie co najmniej bardzo solidnie.
Jeszcze lepsze od niej wydają się Narsha i JeA, które przez pewien czas trafiły nawet do obsady programu "Immortal Song 2", a tam nawet pojedynczy, gościnny występ jest miarą muzycznego uznania. Jednak przede wszystkim polecałbym zaznajomienie się z nowym mini-albumem JeA, który jest po prostu świetny od strony muzycznej, a w szczególności wokalnej. Teksty o piosenkach z tego wydawnictwa znajdziecie >>TUTAJ<<, >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<.
Natomiast dla leniwych na dowód pozostawiam poniżej Brown Eyed Girls wykonujące ich inny przebój - "Cleansing Cream". Swoją drogą gorąco polecam zajrzeć >>TUTAJ<< i nawet jeśli nie przeczytać moją przydługawą analizę teledysku, to chociaż obejrzeć klip do tej piosenki, który bezapelacyjnie jest arcydziełem w swoim rodzaju.
sobota, 13 kwietnia 2013
PSY - Gentleman
Stało się, PSY wraca z nowym hitowym klipem! Kiedy piszę te słowa wciąż trwa jeszcze koncert PSY'a "Happening", w trakcie którego zaprezentowano teledysk do piosenki "Gentleman", więc nie wiem, czy na YT udostępniony zostanie za moment, czy jeszcze trochę na niego poczekamy - w zależności od tego poniżej znajdziecie wideoklip, albo pustą przestrzeń oczekującą na wypełnienie. Tak czy inaczej, już teraz mogę powiedzieć, że klip mnie nie zawiódł.
Powstaje jedno podstawowe pytanie, czy "Gentleman" dorówna popularnością "Gangnam Style"? Pytanie, które jeszcze przez pewien czas pozostanie bez odpowiedzi. Powód jest prosty, klip z "końskim tańcem" jest niesamowitym fenomenem (już ponad 1,5 miliarda wyświetleń na YT) i tak naprawdę nikt nie rozumie przyczyn jego popularności.
A jednak YG Entertainment zrobiło wiele, by "Gentleman" było "Gangnam Style 2.0", a jednocześnie by nikt nie mógł powiedzieć, że to ta sama piosenka. Elektroniczne brzmienie jest podobne w konstrukcji, przebojowe, ale zupełnie inne w klimacie. Przyznam szczerze, że ten utwór, podobnie jak "Gangnam Style", to zdecydowanie nie są moje muzyczne rewiry. A jednak całokształt okazuje się dla mnie strawny, więc podejrzewam, że amatorom tego typu brzmienia tym bardziej przypadnie do gustu. Zresztą piosenka już pierwszego dnia stała się hitem w Korei, a także - za pośrednictwem iTunes - wdarła się na szczyty list sprzedaży na całym świecie.
Jednak w całej tej mieszance kluczową kwestią jest teledysk. W moim odczuciu jest niebezpiecznie podobny do "Gangnam Style", co z jednej strony było wyjściem sprawdzonym, z drugiej może spowodować oskarżenia o wtórność, które to oskarżenia z pewności padną ze strony ludzi, którym popularność PSY'a jest nie w smak i tylko czekają na okazję żeby się doczepić, a ludzi takich nie brakuje.
Przy pierwszym obejrzeniu klip wywarł na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie. Jest zabawny, choć jest to ten specyficzny koreański humor, momentami szyty bardzo grubymi nićmi, który nie wszystkim przypadnie do gustu. Jeśli idzie o powtórki, to powracają postaci znane z "Gangnam Style" - facet z windy (HaHa - tym razem nieco schowany w kadrze w restauracji) i facet z parkingu (Yoo Jae Suk - tym razem w windzie). Ale nie wracją sami...
Obaj należą do stałej obsady koreańskiego programu rozrywkowego "Infinity Challenge", który od lat jest najpopularniejszą audycją telewizyjną w Korei, a w jej odcinkach pojawiały się już takie gwiazdy jak Thierry Henry czy Maria Szarapowa. W teledysku do "Gentleman" pojawia się cała obsada tego programu (oprócz już wymienionych, są to: Noh Hong Chul, Park Myung Soo, Jung Jun Ha, Gil i Jung Hyung Don), co właściwie z miejsca gwarantuje klipowi sukces na rodzimym rynku.
Ostatniego z wymienionych - Hyungdona - możecie kojarzyć też z programu "Weekly Idol", który współprowadzi z Defconnem, oraz z muzycznego duetu, który razem współtworzą (ich walentynkowe nagranie znajdziecie >>TUTAJ<<, w główną rolę w klipie wciela się Jung Jun Ha i jego niebieski dres). Poza tym Hyungdon na początku roku nagrał piosenkę "Gangbuk Dandy". Było to jedno z wyzwań w ramach programu "Infinity Challenge". Kawałek był niskobudżetową parodią "Gangnam Style"... mnie nie przekonał, ale przez krótki czas królował na koreańskich listach przebojów.
Z nowych twarzy trzeba też wspomnieć o nowej dziewczynieBonda Psy'a. Jest nią Gain (wymawia się Ga-in, w żadnym razie nie "gejn") z formacji Brown Eyed Girls, jednej z ciekawszych, bardziej wyrazistych i oryginalnych grup - tak wizerunkowo, jak i muzycznie - na koreańskim rynku. Swoją drogą ten taniec, który od biedy nazwę kołyszącymi się biodrami, strasznie przypomina element choreografii do jednego z większych przebojów BEG - "Abracadabra" (>>TUTAJ<<).
Czy to wszystko wystarczy żeby przekonać publikę na całym świecie? Czy "Gentleman" będzie fenomenem na miarę "Gangnam Style"? A może pozostanie tylko przebojem kilku dni, o którym wszyscy szybko zapomną (bo przy ilości "hype'u" wokół tego kawałka, to nagranie nie może zostać niezuważone)? Jest też opcja, że "Gentleman" będzie jeszcze bardziej popularny niż "Gangnam Style", bo na dobrą sprawę robi wszystko tak samo albo nawet lepiej niż poprzednik. Bardzo trudno to wszystko dzisiaj ocenić, bo o wszystkim koniec końców zadecyduje prosta kwestia - czy piosence będzie "żarło".
Jeżeli publika chce więcej PSY'a, to pewnie nie ma siły, która by ten kawałek powstrzymała przed zdobyciem oszałamiającej popularności. Ale jeżeli świat PSY'em jest już zmęczony i chce mu już tylko dokopać za nadmiar popularność, to nie pomogłoby mu nawet nagranie czegoś na miarę "Bohemian Rhapsody" czy "Stairway to Heaven".
Powstaje jedno podstawowe pytanie, czy "Gentleman" dorówna popularnością "Gangnam Style"? Pytanie, które jeszcze przez pewien czas pozostanie bez odpowiedzi. Powód jest prosty, klip z "końskim tańcem" jest niesamowitym fenomenem (już ponad 1,5 miliarda wyświetleń na YT) i tak naprawdę nikt nie rozumie przyczyn jego popularności.
A jednak YG Entertainment zrobiło wiele, by "Gentleman" było "Gangnam Style 2.0", a jednocześnie by nikt nie mógł powiedzieć, że to ta sama piosenka. Elektroniczne brzmienie jest podobne w konstrukcji, przebojowe, ale zupełnie inne w klimacie. Przyznam szczerze, że ten utwór, podobnie jak "Gangnam Style", to zdecydowanie nie są moje muzyczne rewiry. A jednak całokształt okazuje się dla mnie strawny, więc podejrzewam, że amatorom tego typu brzmienia tym bardziej przypadnie do gustu. Zresztą piosenka już pierwszego dnia stała się hitem w Korei, a także - za pośrednictwem iTunes - wdarła się na szczyty list sprzedaży na całym świecie.
Jednak w całej tej mieszance kluczową kwestią jest teledysk. W moim odczuciu jest niebezpiecznie podobny do "Gangnam Style", co z jednej strony było wyjściem sprawdzonym, z drugiej może spowodować oskarżenia o wtórność, które to oskarżenia z pewności padną ze strony ludzi, którym popularność PSY'a jest nie w smak i tylko czekają na okazję żeby się doczepić, a ludzi takich nie brakuje.
Przy pierwszym obejrzeniu klip wywarł na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie. Jest zabawny, choć jest to ten specyficzny koreański humor, momentami szyty bardzo grubymi nićmi, który nie wszystkim przypadnie do gustu. Jeśli idzie o powtórki, to powracają postaci znane z "Gangnam Style" - facet z windy (HaHa - tym razem nieco schowany w kadrze w restauracji) i facet z parkingu (Yoo Jae Suk - tym razem w windzie). Ale nie wracją sami...
Obaj należą do stałej obsady koreańskiego programu rozrywkowego "Infinity Challenge", który od lat jest najpopularniejszą audycją telewizyjną w Korei, a w jej odcinkach pojawiały się już takie gwiazdy jak Thierry Henry czy Maria Szarapowa. W teledysku do "Gentleman" pojawia się cała obsada tego programu (oprócz już wymienionych, są to: Noh Hong Chul, Park Myung Soo, Jung Jun Ha, Gil i Jung Hyung Don), co właściwie z miejsca gwarantuje klipowi sukces na rodzimym rynku.
Ostatniego z wymienionych - Hyungdona - możecie kojarzyć też z programu "Weekly Idol", który współprowadzi z Defconnem, oraz z muzycznego duetu, który razem współtworzą (ich walentynkowe nagranie znajdziecie >>TUTAJ<<, w główną rolę w klipie wciela się Jung Jun Ha i jego niebieski dres). Poza tym Hyungdon na początku roku nagrał piosenkę "Gangbuk Dandy". Było to jedno z wyzwań w ramach programu "Infinity Challenge". Kawałek był niskobudżetową parodią "Gangnam Style"... mnie nie przekonał, ale przez krótki czas królował na koreańskich listach przebojów.
Z nowych twarzy trzeba też wspomnieć o nowej dziewczynie
Czy to wszystko wystarczy żeby przekonać publikę na całym świecie? Czy "Gentleman" będzie fenomenem na miarę "Gangnam Style"? A może pozostanie tylko przebojem kilku dni, o którym wszyscy szybko zapomną (bo przy ilości "hype'u" wokół tego kawałka, to nagranie nie może zostać niezuważone)? Jest też opcja, że "Gentleman" będzie jeszcze bardziej popularny niż "Gangnam Style", bo na dobrą sprawę robi wszystko tak samo albo nawet lepiej niż poprzednik. Bardzo trudno to wszystko dzisiaj ocenić, bo o wszystkim koniec końców zadecyduje prosta kwestia - czy piosence będzie "żarło".
Jeżeli publika chce więcej PSY'a, to pewnie nie ma siły, która by ten kawałek powstrzymała przed zdobyciem oszałamiającej popularności. Ale jeżeli świat PSY'em jest już zmęczony i chce mu już tylko dokopać za nadmiar popularność, to nie pomogłoby mu nawet nagranie czegoś na miarę "Bohemian Rhapsody" czy "Stairway to Heaven".
niedziela, 11 listopada 2012
Gain - Bloom
Ostatnie miesiące przyniosły kilka kontrowersyjnych klipów (przynajmniej wg koreańskich standardów). Najpierw we wrześniu formacja Secret powróciła w nowej ostrzejszej stylizacji z piosenką "Poison" (>>TUTAJ<<). Miesiąc później zaatakowała znana z nęcenia seksapilem HyunA ze swoim kawałkiem "Ice Cream" (>>TUTAJ<<). Jednak cała piątka dziewczyn została zamieciona pod dywan przez GaIn.
Wokalistka, której macierzystą formacją jest słynąca z kontrowersji grupa Brown Eyed Girls, poszła o krok dalej niż koleżanki z Secret czy HyunA. Podczas gdy one bawiły się dekoltami i odważniejszym tańcem, GaIn w swoim klipie umieściła scenę seksu. Skreśl, wróć - to nie tak. To brzmi jakby w jakimś teledysku do jakiejś piosenki pojawiała się nagle scena seksu.
Ujmijmy to inaczej - GaIn zrobiła piosenkę i teledysk O seksie, w którym to teledysku pojawia się także scena seksu (i nie tylko). Tylko nie ostrzcie sobie zębów na jakieś twarde porno, czy inne "full frontal nudity". Nie, ona podeszła do tematu - owszem - bezpośrednio, ale od strony raczej zaniedbywanej w popkulturze i... Odniosła sukces. Piosenka radziła sobie całkiem nieźle na listach przebojów, a za teledysk wokalistka usłyszyła chyba więcej pochwał niż słów krytyki.
Zanim poczęstuję Was klipem - jedna uwaga. Całość trwa 6 minut z haczykiem, bo teledysk ma intro. Służy ono zbudowaniu nastroju, ma swoje walory estetyczne i choć od strony melodii prezentuje podobne tematy, co piosenka, to aranżacyjnie raczej z nią kontrastuje. Jeżeli ktoś koniecznie nie chce oglądać całego intra, ale chciałby złapać jego klimat, może skoczyć gdzieś do 1:29. Około 1:59 kończy się intro teledysku i zaczyna intro do piosenki, sugerowałbym nie przewijać dalej.
Piosenka jest całkiem niezła, może nie materiał na wielki przebój, ale muzycznie trzyma poziom i słucha się jej przyjemnie. W podkładzie wykorzystano całą mnogość instrumentów, sampli i efektów, ale wszystko ze sobą współgra tworząc interesującą całość - naraz subtelną, ale i energiczną. Co najważniejsze, udało się w tym natłoku nie zgubić wokalu, który pozostaje centralnym elementem piosenki. Po prostu dobra produkcja.
Obraz jest podobny. Zdecydowany, bezpośredni, pieprzny, ale przybrany oryginalnymi pastelowymi barwami, nieco zmiękczony, wygładzony. Nawet temat seksu, choć podjęty otwarcie i bez zahamowań, przedstawiony jest raczej subtelnie. Podobnie jak piosenka, także klip podporządkowany jest tematowi przewodniemu całości.
Za wszystkim nie stoi jakaś zawiła historia. Po prostu dziewczyna przeżywa tytułowy "rozkwit", odkrywa własną seksualność i ma z tego frajdę. Choć sam pomysł może nie wywraca czaszki na lewą stronę, to trzeba przyznać, że od tej strony kwestii seksu się raczej nie podejmuje. Nie chodzi mi nawet o skoncentrowanie całości wokół kobiecej strony tego układu, a o samą, może nawet nieco przerysowaną, subtelność.
Troszkę odejdę od samego teledysku, ale zauważyłem, że feministki usiłują wyidealizować ten klip jako kobiecą kontrę na wszystkie klipy, w których kobiety są seksualnymi przedmiotami, a nie podmiotami. Niby można na upartego tak to interpretować, tylko czy kobiety nie mają swoich klipów, w których faceci są ich seksualnymi przedmiotami? Ci wszyscy buntownicy, grzeczni chłopcy, metroseksualiści i świnie-macho-mordercy z boysbandów? Nie oszukujmy się, większość prawdziwych mężczyzn nie wpada w żadną z powyższych kategorii.
Kobiety dostają swoją porcję cukierków dla oczu, ale zawsze znajdą się jakieś niezadowolone, które poczują sie seksualnie dyskryminowane i krępowane poprzez obraz Hyuny w jej lateksowym wdzianku i bąbelkowej kąpieli. Nie to żebym uważał, że jest to obraz w dobrym guście, ale rozciąganie, a może raczej zawężanie, znaczenia każdego przejawu kobiecej seksualności na ekranie do kategorii "przejaw upodlenia" lub "symbol wyzwolenia" jest nie tylko przesadne, ale i naiwne. Poprzez porównanie teledysk GaIn można odbierać jako środkowy palec wymierzony w oko Hyuny, ale szczerze wątpię, by taki był zamysł autorów.
Teledysk do "Ice Cream" Hyuny to cukierek dla męskiego oka, ale przecież choćby seksowna stylizacja GaIn i jej choreografia w "Bloom" nie ma trafiać do kobiet tylko do mężczyzn właśnie. Różnica sprowadza się do wykonania. HyunA to kicz w złym guście, klip GaIn jest w dobrym guście, choć też niepozbawiony kiczowatych akcentów. Broni się jako całość, która ma pewien sensowny i dosyć oryginalny wydźwięk.
Jeszcze na zakończenie wrócę do samego tematu kontrowersji. Zapewne zauważyliście, że klip ma 19 w czerwonym kółeczku. To oznacza, że dostał ograniczenie wiekowe ze względu na swoją zawartość. Tutaj kolejny raz do boju ruszają feministki, bo ostatni klip Hyuny takiego bana nie dostał - a jest to ban całkiem poważny, bo uniemożliwia emitowanie w telewizji poza pasmem nocnym. Sęk w tym, że oburzanie się na taki stan rzeczy jest trochę jak walka z wiatrakami.
Światem cenzury, nie tylko w Korei, rządzą pewne prawa (inna sprawa, czy są to prawa rozsądne). Pokazanie seksu = czerwone kółeczko. Sam głęboki dekolt i lateks to już tylko co najwyżej coś żółtego. Takie czasy. To, że jeden materiał jest wykonany ze smakiem, a drugi bez, nie wpływa w znaczący sposób na ocenę jego zawartości. Szerszym pytaniem, które wbrew pozorom wymaga głębszego zastanowienia przed udzieleniem odpowiedzi, jest zasadność jakiejkolwiek cenzury na tym tle, kiedy 10-latki i tak oglądają porno w internecie. Choć odnosząc sprawę wyłącznie do koreańskiej ziemi, trzeba zwrócić uwagę, że status legalny porno w Korei w ostatnich latach podlegał zmianom. Nie umiem znaleźć aktualnych informacji na ten temat, ale możliwe, że na dziś porno w Korei jest przynajmniej w pewnych aspektach nielegalne.
BONUS
Wykonanie live, warto zobaczyć dla choreografii.
Wokalistka, której macierzystą formacją jest słynąca z kontrowersji grupa Brown Eyed Girls, poszła o krok dalej niż koleżanki z Secret czy HyunA. Podczas gdy one bawiły się dekoltami i odważniejszym tańcem, GaIn w swoim klipie umieściła scenę seksu. Skreśl, wróć - to nie tak. To brzmi jakby w jakimś teledysku do jakiejś piosenki pojawiała się nagle scena seksu.
Ujmijmy to inaczej - GaIn zrobiła piosenkę i teledysk O seksie, w którym to teledysku pojawia się także scena seksu (i nie tylko). Tylko nie ostrzcie sobie zębów na jakieś twarde porno, czy inne "full frontal nudity". Nie, ona podeszła do tematu - owszem - bezpośrednio, ale od strony raczej zaniedbywanej w popkulturze i... Odniosła sukces. Piosenka radziła sobie całkiem nieźle na listach przebojów, a za teledysk wokalistka usłyszyła chyba więcej pochwał niż słów krytyki.
Zanim poczęstuję Was klipem - jedna uwaga. Całość trwa 6 minut z haczykiem, bo teledysk ma intro. Służy ono zbudowaniu nastroju, ma swoje walory estetyczne i choć od strony melodii prezentuje podobne tematy, co piosenka, to aranżacyjnie raczej z nią kontrastuje. Jeżeli ktoś koniecznie nie chce oglądać całego intra, ale chciałby złapać jego klimat, może skoczyć gdzieś do 1:29. Około 1:59 kończy się intro teledysku i zaczyna intro do piosenki, sugerowałbym nie przewijać dalej.
Piosenka jest całkiem niezła, może nie materiał na wielki przebój, ale muzycznie trzyma poziom i słucha się jej przyjemnie. W podkładzie wykorzystano całą mnogość instrumentów, sampli i efektów, ale wszystko ze sobą współgra tworząc interesującą całość - naraz subtelną, ale i energiczną. Co najważniejsze, udało się w tym natłoku nie zgubić wokalu, który pozostaje centralnym elementem piosenki. Po prostu dobra produkcja.
Obraz jest podobny. Zdecydowany, bezpośredni, pieprzny, ale przybrany oryginalnymi pastelowymi barwami, nieco zmiękczony, wygładzony. Nawet temat seksu, choć podjęty otwarcie i bez zahamowań, przedstawiony jest raczej subtelnie. Podobnie jak piosenka, także klip podporządkowany jest tematowi przewodniemu całości.
Za wszystkim nie stoi jakaś zawiła historia. Po prostu dziewczyna przeżywa tytułowy "rozkwit", odkrywa własną seksualność i ma z tego frajdę. Choć sam pomysł może nie wywraca czaszki na lewą stronę, to trzeba przyznać, że od tej strony kwestii seksu się raczej nie podejmuje. Nie chodzi mi nawet o skoncentrowanie całości wokół kobiecej strony tego układu, a o samą, może nawet nieco przerysowaną, subtelność.
Troszkę odejdę od samego teledysku, ale zauważyłem, że feministki usiłują wyidealizować ten klip jako kobiecą kontrę na wszystkie klipy, w których kobiety są seksualnymi przedmiotami, a nie podmiotami. Niby można na upartego tak to interpretować, tylko czy kobiety nie mają swoich klipów, w których faceci są ich seksualnymi przedmiotami? Ci wszyscy buntownicy, grzeczni chłopcy, metroseksualiści i świnie-macho-mordercy z boysbandów? Nie oszukujmy się, większość prawdziwych mężczyzn nie wpada w żadną z powyższych kategorii.
Kobiety dostają swoją porcję cukierków dla oczu, ale zawsze znajdą się jakieś niezadowolone, które poczują sie seksualnie dyskryminowane i krępowane poprzez obraz Hyuny w jej lateksowym wdzianku i bąbelkowej kąpieli. Nie to żebym uważał, że jest to obraz w dobrym guście, ale rozciąganie, a może raczej zawężanie, znaczenia każdego przejawu kobiecej seksualności na ekranie do kategorii "przejaw upodlenia" lub "symbol wyzwolenia" jest nie tylko przesadne, ale i naiwne. Poprzez porównanie teledysk GaIn można odbierać jako środkowy palec wymierzony w oko Hyuny, ale szczerze wątpię, by taki był zamysł autorów.
Teledysk do "Ice Cream" Hyuny to cukierek dla męskiego oka, ale przecież choćby seksowna stylizacja GaIn i jej choreografia w "Bloom" nie ma trafiać do kobiet tylko do mężczyzn właśnie. Różnica sprowadza się do wykonania. HyunA to kicz w złym guście, klip GaIn jest w dobrym guście, choć też niepozbawiony kiczowatych akcentów. Broni się jako całość, która ma pewien sensowny i dosyć oryginalny wydźwięk.
Jeszcze na zakończenie wrócę do samego tematu kontrowersji. Zapewne zauważyliście, że klip ma 19 w czerwonym kółeczku. To oznacza, że dostał ograniczenie wiekowe ze względu na swoją zawartość. Tutaj kolejny raz do boju ruszają feministki, bo ostatni klip Hyuny takiego bana nie dostał - a jest to ban całkiem poważny, bo uniemożliwia emitowanie w telewizji poza pasmem nocnym. Sęk w tym, że oburzanie się na taki stan rzeczy jest trochę jak walka z wiatrakami.
Światem cenzury, nie tylko w Korei, rządzą pewne prawa (inna sprawa, czy są to prawa rozsądne). Pokazanie seksu = czerwone kółeczko. Sam głęboki dekolt i lateks to już tylko co najwyżej coś żółtego. Takie czasy. To, że jeden materiał jest wykonany ze smakiem, a drugi bez, nie wpływa w znaczący sposób na ocenę jego zawartości. Szerszym pytaniem, które wbrew pozorom wymaga głębszego zastanowienia przed udzieleniem odpowiedzi, jest zasadność jakiejkolwiek cenzury na tym tle, kiedy 10-latki i tak oglądają porno w internecie. Choć odnosząc sprawę wyłącznie do koreańskiej ziemi, trzeba zwrócić uwagę, że status legalny porno w Korei w ostatnich latach podlegał zmianom. Nie umiem znaleźć aktualnych informacji na ten temat, ale możliwe, że na dziś porno w Korei jest przynajmniej w pewnych aspektach nielegalne.
BONUS
Wykonanie live, warto zobaczyć dla choreografii.
piątek, 2 listopada 2012
Brown Eyed Girls - Sixth Sense
Przemysł, jakim jest k-pop, funkcjonuje na pewnych określonych zasadach. Jedną z koronnych zasad przy formowaniu zespołu jest wybranie jego wizerunku, a co za tym idzie niszy, w której będzie funkcjonował. Dla formacji kobiecych popularną niszą jest aegyo - przesłodzony wizerunek grzecznych dziewczynek, w którym specjalizują się grupy takie jak np. Girls' Generation.
Pewną wariacją na temat aegyo jest grupa Orange Caramel, której cukierkowaty wizerunek przywodzi na myśl raczej lolity, a nie grzeczne dziewczynki. Macierzysta formacja Orange Caramel - After School to z kolei wzorcowy przykład koreańskiego ostrego wizerunku. Ostrego w granicach przyjętej tam konwencji. Według amerykańskich standardów to niemal zakonnice, ale w Korei Płd. często porównuje się je do Pussycat Dolls. Co trochę mnie irytuje, bo tę amerykańską grupę uważam za sabat pasztetów (z wyłączeniem Nicole Scherzinger).
Nie oszukujmy się, chociaż przyjęte konwencje z pozoru trzymają w ryzach seksualny wizerunek kobiet na scenie, to jednak i w jednej, i w drugiej stylizacji chodzi o to, by przykuwać oko męskiej części widowni. Zdarza się, że jakiś wykonawca wykroczy poza niepisane ramy tych konwencji. Dla zespołu Secret przybrana jednorazowo nieco śmielsza stylizacja oznaczała spotkanie się z falą krytyki konserwatystów. Z kolei taka HyunA z eksploatowania własnej seksualności uczyniła sens swojego scenicznego solowego istnienia, za co przez wielu została znienawidzona.
Jest jednak grupa, której podobne, a nawet śmielsze, brewerie do tej pory uchodziły na sucho. Ba, trzeba powiedzieć więcej - pomimo licznych kontrowersji, śmiałego wizerunku oraz towarzyszących plotek i nie tylko plotek - grupa ta odniosła spory sukces w mainstreamowych mediach. Zamiast stać się obiektem ciskania kamieniami, dla wielu stała się idolkami. Oczywiście mowa o formacji Brown Eyed Girls.
Jak koreański kwartet tego dokonał? Po pierwsze, silniejszych treści w wideoklipach używa przede wszystkim jako środka wyrazu artystycznego, a nie jako prymitywnego "nęcenia cycem". Po drugie, silnym obrazom towarzyszy równie silna, wyrazista muzyka, która nie próbuje chować się za plecami wideoklipu. Czego dowód znajdziecie poniżej.
Niesamowite połączenie estetyki disco z symfonicznym brzmieniem i silnymi wokalami, nie tylko nie próbuje ukryć się za mocnym i przyciągającym uwagę teledyskiem, ale w dodatku toczy z nim walkę o widza. Walka jest na tyle zażarta, że przy pierwszym obejrzeniu klip wydaje się gryźć z utworem.
Rzadko kiedy słyszy się, żeby tak przebojowa i żywiołowa piosenka naraz prezentowała równie szeroką i pełną gamę walorów muzycznych. Już sama warstwa kompozycji powinna zebrać swoją dolę oklasków, chociażby za to jak płynnie przechodzi pomiędzy spokojniejszymi budującymi napięcie segmentami zwrotek a eksplozją dźwięku w refrenie.
A to wciąż mało, bo równie ważna jest inteligencja w użyciu poszczególnych instrumentów, czy też sama wrażliwość muzyczna uwypuklona chociażby właśnie w budowaniu napięcia poprzez twarde, rytmiczne, militarnie brzmiące i budzące niepokój dźwięki. Na to wszystko nakłada się zabójczo wykorzystany wokal, który już silnej kompozycji nadaje dynamiki i mocy w brzmieniu, słowem - impetu. Jednocześnie, przy całym natłoku dźwięków atakujących nasze uszy, utwór nie popada w kakofonię.
Ale pozostaje jeszcze kwestia teledysku. Tu dopiero jest ciekawie. Już samo poruszenie wątku totalitarnych represji jest posunięciem odważnym. Pamiętajmy, że dla wielu z nas widok armatek wodnych i policyjnych kordonów kojarzy się głównie z odległymi (to już ponad 20 lat) czasami PRL-u. No chyba, że ktoś się udziela na piłkarskim młynie albo wyjazdach, wtedy takie sceny są mu nieco bliższe.
Ale nie będę tutaj pastwił się nad naszymi domorosłymi miłośnikami praktyk totalitarnych, bo na dobrą sprawę nawet bliski geograficznie relikt ustrojowy - Białoruś - nie maluje się w naszej wyobraźni w równie czarnych barwach, albo przynajmniej nie poświęcamy mu tyle uwagi, by mógł się silnie kojarzyć z takimi obrazkami.
My jednak mówimy tutaj o wideoklipie nakręconym w Korei Południowej, która od północy graniczy z szalonym totalitarnym reżimem Kim'ów. Projekty atomowe, strefy zdemilitaryzowane będące najsilniej zmilitaryzowanym skrawkiem ziemi na globie i część większego narodu cierpiąca głód i ubóstwo pod dynastią maniaków własnej wielkości. A przecież jeszcze dalej czają się Chiny.
Mało? Sama Korea Południowa długo nie była rajem na Ziemi. Najpierw 35 lat japońskiego zaboru, potem rozbiór kraju decyzją podłych, złych sowietów i szlachetnych wybawicieli spod amerykańskiego sztandaru. Tych samych wybawicieli, którzy przez kolejne 40 lat tolerowali różne formy wojskowej dyktatury, pod wieloma względami niewiele różniącej się od swojego północnego odpowiednika.
Ustawiony w takim kontekście, ten teledysk ma o wiele silniejszy wydźwięk. Tym bardziej, że nie powinien być traktowany dosłownie. Dyktator i jego podwładni są tylko metaforą na... męskiego odbiorcę tego klipu. Po jednej stronie mamy wyzwolone kobiety, które śpiewają o pożądaniu jakie odczuwają do nich mężczyźni i nieprzekraczalnej niewidocznej barierze, która nie pozwala samcom dać upustu ich żądzom.
Po drugiej stronie stoi i gapi się na nie anonimowy tłum mężczyzn bez twarzy, za każdym z tych kasków może czaić się facet, który właśnie ogląda ten klip. Każdy z nich jest anonimowym widzem, częścią tłumu, bez własnej woli i odwagi by się wyłamać, staje się częścią systemu, który zniewolił kobiety z pozostałych ujęć.
Niewola ta jest oddana w niezwykle plastyczny sposób. Gain siedzi ze związanymi dłońmi na krześle, jest zdominowana przez górujący nad nią i zamykający obraz łuk. Ponadto jest niewolnicą obrazu. Widzimy ustawiony przed nią monitor, który nieustannie pokazuje jej twarz. Może ona do woli odwracać się, uciekać ze wzrokiem, kamera cały czas podąża i koncentruje się na jej twarzy. Ku uciesze widza jej wizerunek jest brudny, zbrukany, upodlony.
JeA jest przywiązana do drewnianej konstrukcji unoszącej się na wodzie, całkowicie bezradna i zniewolona, nawet gdyby uciekła, na jej nodze jest branzoletka lokalizacyjna. Jest całkowicie oddana na łaskę i niełaskę żywiołu, ale i obserwującego ją z góry pana. Jednocześnie jej stylizacja jest najsubtelniejsza spośród wszystkich kobiet. Ma być tą bezwolną, uzależnioną od mężczyzny kobietą, która bez jego pomocy nie przetrwa.
Miryo pozornie ma daną swobodę głosu, jej wizerunek jest schludny, estetyczny - oficjalny, a wypowiedzi schowane za fasadą uprzejmości. Ale jednocześnie jej ręce pozostają związane, a mikrofony nasłuchujące każdego jej słowa same stanowią formę opresji. Cała scena sugeruje, że nie liczy się, co kobieta sama ma do powiedzenia. Ona ma być jedynie narzędziem wypowiadającym słowa, które ułożył kto inny, ku uciesze pozbawionych emblematów - anonimowych - mikrofonów.
Najciekawsza jest scena Narshy. Z pozoru zaprzecza całej idei tego klipu - to kipiący seksapilem zwierzęcy taniec, uczta dla samczego oka. Ale właśnie - trzeba zauważyć, że jej niewolą jest pomieszczenie-klatka i sam ruch. Miejsce po którym się porusza jest wybiegiem, a swoboda ruchów została jej dana tylko po to, by mogła nimi cieszyć wzrok widza. Do tego błyskające flesze, kocie ruchy, kot w teledysku i miauczenie... Catwalk to przecież angielskie określenie na wybieg dla modelek.
Same słowa refrenu sugerują, że kobiety mają do zaoferowania coś więcej niż swoją zmysłową, seksualną powierzchowność. W zamian proponują swoją muzykę, odczuwaną poprzez owy szósty - emocjonalny - zmysł, który pozwala odbierać bodźce poprzez barierę nieprzekraczalną dla tradycyjnego zestawu pięciu zmysłów związanych z cielesnym pożądaniem. Mężczyźni pod wpływem muzyki ulegają przemianie, odrzucają hełmy, zyskują twarze a z nimi własne emocje i myśli, które pozwalają im podejmować decyzje za siebie i obrócić się przeciwko dyktatorowi/systemowi.
Osobiście nie mam nic przeciwko takim feministycznym manifestom, jeśli mają one jakiś określony cel, a nie są zbiorem gorzkich żali w stylu: "Chcę mieć tak samo jak ty, tylko na innych preferencyjnych zasadach, bo ja jestem pokrzywdzona. I nie waż się mnie patronizować szowinistyczna męska szujo!".
W tym wypadku chodzi o konkret - słuchaj tego, co mam do przekazania poprzez muzykę, a nie każ mi się wygłupiać dla własnej uciechy. Co moim zdaniem, jak długo kobieta ma coś do powiedzenia (a nie "żałuję, że cię znałam, żałuję, że ci dałam"), jest bardzo słusznym podejściem, bo nie wyklucza także miejsca dla atrakcyjnych kobiet nie mających nic do powiedzenia, ale za to dobrze wyglądających.
Jedyne, co budzi moje wątpliwości, to skuteczność manifestu. Przecież na dobrą sprawę, do jego przesłania trzeba dotrzeć przebijając się najpierw przez warstwę tego, z czym teledysk zdaje się walczyć - grupę seksualnie zniewolonych kobiet ku rozkoszy oczu przeciętnego męskiego widza. Mam wrażenie, że sami twórcy teledysku zdają sobie sprawę z niskiej skuteczności swojej metody, bo przecież klip kończy się tym, że tłum anonimowych mężczyzn rzuca się na kobiety.
BONUS
Ja zakończę podobnie, dodając link do telewizyjnego występu live, który jest równie porywający.
Pewną wariacją na temat aegyo jest grupa Orange Caramel, której cukierkowaty wizerunek przywodzi na myśl raczej lolity, a nie grzeczne dziewczynki. Macierzysta formacja Orange Caramel - After School to z kolei wzorcowy przykład koreańskiego ostrego wizerunku. Ostrego w granicach przyjętej tam konwencji. Według amerykańskich standardów to niemal zakonnice, ale w Korei Płd. często porównuje się je do Pussycat Dolls. Co trochę mnie irytuje, bo tę amerykańską grupę uważam za sabat pasztetów (z wyłączeniem Nicole Scherzinger).
Nie oszukujmy się, chociaż przyjęte konwencje z pozoru trzymają w ryzach seksualny wizerunek kobiet na scenie, to jednak i w jednej, i w drugiej stylizacji chodzi o to, by przykuwać oko męskiej części widowni. Zdarza się, że jakiś wykonawca wykroczy poza niepisane ramy tych konwencji. Dla zespołu Secret przybrana jednorazowo nieco śmielsza stylizacja oznaczała spotkanie się z falą krytyki konserwatystów. Z kolei taka HyunA z eksploatowania własnej seksualności uczyniła sens swojego scenicznego solowego istnienia, za co przez wielu została znienawidzona.
Jest jednak grupa, której podobne, a nawet śmielsze, brewerie do tej pory uchodziły na sucho. Ba, trzeba powiedzieć więcej - pomimo licznych kontrowersji, śmiałego wizerunku oraz towarzyszących plotek i nie tylko plotek - grupa ta odniosła spory sukces w mainstreamowych mediach. Zamiast stać się obiektem ciskania kamieniami, dla wielu stała się idolkami. Oczywiście mowa o formacji Brown Eyed Girls.
Jak koreański kwartet tego dokonał? Po pierwsze, silniejszych treści w wideoklipach używa przede wszystkim jako środka wyrazu artystycznego, a nie jako prymitywnego "nęcenia cycem". Po drugie, silnym obrazom towarzyszy równie silna, wyrazista muzyka, która nie próbuje chować się za plecami wideoklipu. Czego dowód znajdziecie poniżej.
Niesamowite połączenie estetyki disco z symfonicznym brzmieniem i silnymi wokalami, nie tylko nie próbuje ukryć się za mocnym i przyciągającym uwagę teledyskiem, ale w dodatku toczy z nim walkę o widza. Walka jest na tyle zażarta, że przy pierwszym obejrzeniu klip wydaje się gryźć z utworem.
Rzadko kiedy słyszy się, żeby tak przebojowa i żywiołowa piosenka naraz prezentowała równie szeroką i pełną gamę walorów muzycznych. Już sama warstwa kompozycji powinna zebrać swoją dolę oklasków, chociażby za to jak płynnie przechodzi pomiędzy spokojniejszymi budującymi napięcie segmentami zwrotek a eksplozją dźwięku w refrenie.
A to wciąż mało, bo równie ważna jest inteligencja w użyciu poszczególnych instrumentów, czy też sama wrażliwość muzyczna uwypuklona chociażby właśnie w budowaniu napięcia poprzez twarde, rytmiczne, militarnie brzmiące i budzące niepokój dźwięki. Na to wszystko nakłada się zabójczo wykorzystany wokal, który już silnej kompozycji nadaje dynamiki i mocy w brzmieniu, słowem - impetu. Jednocześnie, przy całym natłoku dźwięków atakujących nasze uszy, utwór nie popada w kakofonię.
Ale pozostaje jeszcze kwestia teledysku. Tu dopiero jest ciekawie. Już samo poruszenie wątku totalitarnych represji jest posunięciem odważnym. Pamiętajmy, że dla wielu z nas widok armatek wodnych i policyjnych kordonów kojarzy się głównie z odległymi (to już ponad 20 lat) czasami PRL-u. No chyba, że ktoś się udziela na piłkarskim młynie albo wyjazdach, wtedy takie sceny są mu nieco bliższe.
Ale nie będę tutaj pastwił się nad naszymi domorosłymi miłośnikami praktyk totalitarnych, bo na dobrą sprawę nawet bliski geograficznie relikt ustrojowy - Białoruś - nie maluje się w naszej wyobraźni w równie czarnych barwach, albo przynajmniej nie poświęcamy mu tyle uwagi, by mógł się silnie kojarzyć z takimi obrazkami.
My jednak mówimy tutaj o wideoklipie nakręconym w Korei Południowej, która od północy graniczy z szalonym totalitarnym reżimem Kim'ów. Projekty atomowe, strefy zdemilitaryzowane będące najsilniej zmilitaryzowanym skrawkiem ziemi na globie i część większego narodu cierpiąca głód i ubóstwo pod dynastią maniaków własnej wielkości. A przecież jeszcze dalej czają się Chiny.
Mało? Sama Korea Południowa długo nie była rajem na Ziemi. Najpierw 35 lat japońskiego zaboru, potem rozbiór kraju decyzją podłych, złych sowietów i szlachetnych wybawicieli spod amerykańskiego sztandaru. Tych samych wybawicieli, którzy przez kolejne 40 lat tolerowali różne formy wojskowej dyktatury, pod wieloma względami niewiele różniącej się od swojego północnego odpowiednika.
Ustawiony w takim kontekście, ten teledysk ma o wiele silniejszy wydźwięk. Tym bardziej, że nie powinien być traktowany dosłownie. Dyktator i jego podwładni są tylko metaforą na... męskiego odbiorcę tego klipu. Po jednej stronie mamy wyzwolone kobiety, które śpiewają o pożądaniu jakie odczuwają do nich mężczyźni i nieprzekraczalnej niewidocznej barierze, która nie pozwala samcom dać upustu ich żądzom.
Po drugiej stronie stoi i gapi się na nie anonimowy tłum mężczyzn bez twarzy, za każdym z tych kasków może czaić się facet, który właśnie ogląda ten klip. Każdy z nich jest anonimowym widzem, częścią tłumu, bez własnej woli i odwagi by się wyłamać, staje się częścią systemu, który zniewolił kobiety z pozostałych ujęć.
Niewola ta jest oddana w niezwykle plastyczny sposób. Gain siedzi ze związanymi dłońmi na krześle, jest zdominowana przez górujący nad nią i zamykający obraz łuk. Ponadto jest niewolnicą obrazu. Widzimy ustawiony przed nią monitor, który nieustannie pokazuje jej twarz. Może ona do woli odwracać się, uciekać ze wzrokiem, kamera cały czas podąża i koncentruje się na jej twarzy. Ku uciesze widza jej wizerunek jest brudny, zbrukany, upodlony.
JeA jest przywiązana do drewnianej konstrukcji unoszącej się na wodzie, całkowicie bezradna i zniewolona, nawet gdyby uciekła, na jej nodze jest branzoletka lokalizacyjna. Jest całkowicie oddana na łaskę i niełaskę żywiołu, ale i obserwującego ją z góry pana. Jednocześnie jej stylizacja jest najsubtelniejsza spośród wszystkich kobiet. Ma być tą bezwolną, uzależnioną od mężczyzny kobietą, która bez jego pomocy nie przetrwa.
Miryo pozornie ma daną swobodę głosu, jej wizerunek jest schludny, estetyczny - oficjalny, a wypowiedzi schowane za fasadą uprzejmości. Ale jednocześnie jej ręce pozostają związane, a mikrofony nasłuchujące każdego jej słowa same stanowią formę opresji. Cała scena sugeruje, że nie liczy się, co kobieta sama ma do powiedzenia. Ona ma być jedynie narzędziem wypowiadającym słowa, które ułożył kto inny, ku uciesze pozbawionych emblematów - anonimowych - mikrofonów.
Najciekawsza jest scena Narshy. Z pozoru zaprzecza całej idei tego klipu - to kipiący seksapilem zwierzęcy taniec, uczta dla samczego oka. Ale właśnie - trzeba zauważyć, że jej niewolą jest pomieszczenie-klatka i sam ruch. Miejsce po którym się porusza jest wybiegiem, a swoboda ruchów została jej dana tylko po to, by mogła nimi cieszyć wzrok widza. Do tego błyskające flesze, kocie ruchy, kot w teledysku i miauczenie... Catwalk to przecież angielskie określenie na wybieg dla modelek.
Same słowa refrenu sugerują, że kobiety mają do zaoferowania coś więcej niż swoją zmysłową, seksualną powierzchowność. W zamian proponują swoją muzykę, odczuwaną poprzez owy szósty - emocjonalny - zmysł, który pozwala odbierać bodźce poprzez barierę nieprzekraczalną dla tradycyjnego zestawu pięciu zmysłów związanych z cielesnym pożądaniem. Mężczyźni pod wpływem muzyki ulegają przemianie, odrzucają hełmy, zyskują twarze a z nimi własne emocje i myśli, które pozwalają im podejmować decyzje za siebie i obrócić się przeciwko dyktatorowi/systemowi.
Osobiście nie mam nic przeciwko takim feministycznym manifestom, jeśli mają one jakiś określony cel, a nie są zbiorem gorzkich żali w stylu: "Chcę mieć tak samo jak ty, tylko na innych preferencyjnych zasadach, bo ja jestem pokrzywdzona. I nie waż się mnie patronizować szowinistyczna męska szujo!".
W tym wypadku chodzi o konkret - słuchaj tego, co mam do przekazania poprzez muzykę, a nie każ mi się wygłupiać dla własnej uciechy. Co moim zdaniem, jak długo kobieta ma coś do powiedzenia (a nie "żałuję, że cię znałam, żałuję, że ci dałam"), jest bardzo słusznym podejściem, bo nie wyklucza także miejsca dla atrakcyjnych kobiet nie mających nic do powiedzenia, ale za to dobrze wyglądających.
Jedyne, co budzi moje wątpliwości, to skuteczność manifestu. Przecież na dobrą sprawę, do jego przesłania trzeba dotrzeć przebijając się najpierw przez warstwę tego, z czym teledysk zdaje się walczyć - grupę seksualnie zniewolonych kobiet ku rozkoszy oczu przeciętnego męskiego widza. Mam wrażenie, że sami twórcy teledysku zdają sobie sprawę z niskiej skuteczności swojej metody, bo przecież klip kończy się tym, że tłum anonimowych mężczyzn rzuca się na kobiety.
BONUS
Ja zakończę podobnie, dodając link do telewizyjnego występu live, który jest równie porywający.
niedziela, 28 października 2012
Brown Eyed Girls - Cleansing Cream
Dzisiaj nie będzie żadnego wydumanego wstępu. Po prostu upewnijcie się, że macie cztery minuty spokoju na obejrzenie klipu poniżej.
Obejrzany? Jeśli nie, to nawet nie próbujcie czytać dalej, tylko obejrzyjcie.
Powiedzmy, że Wam wierzę. Ale od czego tu zacząć?
Zacznę od ostrzeżenia, które piszę po uprzednim popełnieniu wszystkich poniższych słów. Poniżej znajduje się tak naprawdę moja interpretacja tego, co zobaczyłem i usłyszałem. Ze sztuką (a ten teledysk wespół z piosenką uważam za formę sztuki) jest tak, że każdy powinien interpretować ją na swój własny sposób i nie istnieje coś takiego jak jedna właściwa interpretacja dzieła. Nierzadko to, co wypisują eksperci o dziełach sztuki, nie jest nawet bliskie prawdziwym intencjom autora. Nie chciałbym, żebyście pozbawili się przyjemności zinterpretowania tego utworu na własny sposób, poprzez przeczytanie mojego tekstu. Na YT jest wersja z polskimi napisami (link 3 akapity niżej).
Teraz, po nastym już obejrzeniu tego klipu, szczęka nie wisi mi już tak bezwładnie jak wczoraj, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Wciąż jednak nie jestem do końca przekonany, jak się za niego zabrać. To zdecydowanie nie jest standardowy popowy teledysk. Użyję dużych słów, ale dla mnie to dzieło sztuki.
Na dobrą sprawę można by wyciąć z teledysku piosenkę i samo video broniłoby się jako pełnoprawny film krótkometrażowy. W ogóle zwróciliście większą uwagę na piosenkę? Z pewnością nie jest zła. W jakichś fragmentach nawet wpada w ucho, ale nie dominuje. To ona wydaje się bardziej tłem dla obrazu niż obraz tłem dla niej.
Ale jednocześnie twórcy uciekli od pokusy, by w jakikolwiek sposób wpleść w całość dźwięki nienależące do utworu - związane z teledyskiem. Kiedy robi się taki klip i nie przemyca się nawet jednego drobnego brzmienia, czy to na początku, czy to na końcu nagrania, to musi to być zabieg celowy. Pytanie - czy ma on oddzielać piosenkę od teledysku, czy też może splatać obie rzeczy ze sobą?
Odpowiedź na to pytanie jest dosyć pokrętna. >>TUTAJ<< znajdziecie wersję z polskimi napisami (nie mam z nią nic wspólnego, żeby było jasne). Celowo nie umieściłem jej wcześniej, ani nie osadzam jej w tekście, żebyście najpierw obejrzeli czysty oryginał. Czytanie napisów bardzo skutecznie odrywa od chłonięcia obrazu, a na dobrą sprawę ten teledysk i tak trzeba kilka razy obejrzeć, żeby go ogarnąć.
To co z tą odpowiedzią? Ano zauważyliście zapewne, że tekst piosenki wydaje się silnie łączyć z treścią teledysku, ale fabularnie jednak pozostają niespójne. Ściana ciszy rodzielająca obraz od dźwięku tylko pogłębia to wrażenie. Ale ta sama tematyka, te same motywy przewijające się jednocześnie w tym, co dociera do naszych oczu i w tym, co dociera do naszych uszu (a przynajmniej docierałoby, gdybyśmy znali koreański), nie pozwala na rozłączenie tych dwóch warstw.
I tak ma właśnie być. Ta piosenka nie opowiada nam tego, co dzieje się na ekranie. Nie wyjaśnia nam kim dla siebie są kobiety. Z racji wieku możemy założyć, że są siostrami. W tekście piosenki podmiot liryczny (znowu używam tego terminu... tym razem na poważnie) cały czas zwraca się do kogoś "unni". Po koreańsku ten termin oznacza przede wszystkim starszą siostrę, choć jego pojemność jest większa (tak jak doskonale znanego wszystkim "oppa" - starszy brat).
W teledysku starsza kobieta jest zazdrosna o młodszą. W jej oczach siostra jest rywalką, która próbuje zasadzić się na jej mężczyznę. Patrząc nawet od strony czysto fabularnej, sprawa nie jest taka prosta, bo przecież dziewczyna wcześniej przytula się do kobiety, podczas gdy mężczyznę tylko bada dotykiem. W szafie ze szczególną lubością dotyka ubrań kobiety, nie mężczyzny. Siostra tego wszystkiego nie wie, a i widz, choć świadom wszystkiego, emocjonalnie patrzy na teledysk bardziej oczami starszej kobiety, która - słusznie czy niesłusznie - czuje się zdradzona.
Piosenka śpiewana jest raczej przez młodszą z kobiet - tak podpowiada często wypowiadane słowo "unni" i ogólna niewinność uczuć śpiewającej, bardziej pasująca do postaci dziewczyny. Jednak główny wątek utraconej miłości nijak nie przystaje do tego, co widzimy na ekranie. Osoba śpiewająca nie może być dosłownie tą niewidomą dziewczynką, która niezdarnie nakłada makijaż. Makijaż, wokół którego tak silnie obracają się słowa, w obrazie jest domeną starszej z kobiet.
Teledysk traktuje więc o nieuzasadnionym poczuciu zdrady, piosenka o niezaleczonej miłości. A o czym opowiada całość, złożenie obydwu elementów - prawdziwe dzieło, o którym mówiłem na początku? Przyjrzyjmy się jeszcze raz, tym razem bliżej, teledyskowi. Napisałem, że poczucie zdrady jest w wypadku kobiety nieuzasadnione, a przecież widzi ona jak jej siostra szuka kontaktu z jej mężczyzną.
Spójrzmy szerzej na to, co robi dziewczyna. Szuka dorosłych ubrań swojej siostry, różnych od tego, co sama nosi. Próbuje nałożyć makijaż. Interesuje się mężczyzną - ale trudno podejrzewać, by próbowała go uwieść, po prostu powoduje nią ciekawość mężczyznami. Dziewczyna dorasta - usiłuje przemienić się w kobietę.
Ale obraz staje się jeszcze bardziej gorzki, kiedy uzmysłowimy sobie jeszcze jedną rzecz. Ubrania należą do jej siostry. Mężczyzna "należy" do jej siostry. Nawet te wszystkie tusze, szminki i reszta specyfików prawdopodobnie zostały cichcem podkradzione kobiecie, bo trudno podejrzewać, żeby dziewczynka miała własne. Ona nie próbuje zająć miejsca starszej siostry - ona próbuje stać się taka jak jej siostra, można nawet powiedzieć, że metaforycznie usiłuje stać się swoją siostrą.
Za chwilę zacznę igrać z waszymi umysłami. Teraz przez moment zajmijmy się jeszcze piosenką. Wcześniej napisałem, że podmiotem lirycznym jest młodsza z kobiet, chociażby dlatego, że używa apostrofy "unni". Skłamałem, przynajmniej troszeczkę. Piosenka w dużej części śpiewana jest tym samym tonem, ale w pewnych momentach głos staje się twardszy, pojawiają się rapowane wstawki.
Ale te wstawki różnią się nie tylko brzmieniem, słowa wypowiadane przez postać są bardziej gorzkie i chłodne, nie do końca pasują do niewinnych słów zrozpaczonej dziewczyny, która nie wie, co ma robić. Czyżby to był głos owej unni, do której zwraca się dziewczyna? Tylko, że właśnie w jednym z "twardszych" fragmentów osoba śpiewająca przyznaje, że "opróżnia kolejny kieliszek". Przecież to dziewczyna proponowała spotkanie i wspólne picie. Dlaczego to owa Unni się tak spija i dlaczego brzmi tak zgorzkniale.
A co jeśli owa Unni i dziewczyna, która ją wzywa, to ta sama osoba? Terminu "unni" koreanka (koreańczyk tak się do nikogo nie zwraca) użyje, kiedy zwraca się lub mówi o starszej siostrze. Ale użyje go także w stosunku do innej starszej od siebie przyjaciółki. Patrząc szerzej - do starszej, ale bliskiej sobie kobiety. A kto może być bliższy niż swoje własne dojrzalsze ja?
Wróćmy po raz kolejny do teledysku. W pierwszych scenach obie kobiety mają pod lewym okiem resztki rozmazanego makijażu. W dodatku po obejrzeniu całego klipu wiemy, że jest to ten sam makijaż młodszej z nich. Z wyłączeniem sceny w łóżku, kobieta cały czas nosi silnie zaakcentowany makijaż, podczas gdy dziewczyna pozostaje bez niego.
Przez cały obraz rozciąga się wyraźny kontrast między obiema postaciami, który zaciera się na krańcach klipu. Wtedy obie łączy rozmazany makijaż, a wybuch emocji - dzielona rozpacz - choć nie łączy postaci, to burzy istniejącą przez resztę teledysku barierę. Potwierdza to także delikatna zmiana tonu w brzmieniu wokalu, który sytuuje się gdzieś pomiędzy tym, co wcześniej określiłem głosami niewinnej dziewczyny i oziębłej kobiety.
Bo o tym jest całe to dzieło - o transformacji dziewczyny w kobietę. Transformacji, która, patrząc z boku, zachodzi tylko w jedną stronę. Dziewczyna dorasta i wtedy zaczyna się malować, ubierać i kryć się z emocjami za tak zbudowaną maską utwardzoną zobojętnieniem. Ale to by było zbyt banalne, żeby mogło być prawdziwe.
Spójrzmy na tytuł - "Cleansing Cream". Sam tytuł sugeruje, że przemiana ta zachodzi też w drugą stronę, że maska obojętności może zostać zmyta, bo w gruncie rzeczy jest to tylko maska, która powstała tylko po to, aby coś zakryć, osłonić.
A teraz pociągnijmy wszystko dalej. Dlaczego kobieta w teledysku tak naprawdę zareagowała tak nerwowo, czemu rzuciła się na siostrę? Można by spekulować, że chce powstrzymać jej transformację w kobietę, oszczędzić jej tego i pozostawić ją niewinną jak dziecko grające w ciuciubabkę. Ale to by było zbyt piękne i zbyt naiwne - nie tłumaczyłoby takiego gniewu.
To, co naprawdę wyprowadziło kobietę z równowagi, to zachowanie jej siostry. Niezdarny makijaż. Dziewczyna chciała wyglądać jak starsza siostra, jak kobieta. Kobieta widziała w niej dziewczynę niezdarnie przebraną za kobietę - widziała siebie. Dziewczyna obnażała prawdziwą twarz kobiety przed nią samą.
Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że to kobieta przez cały czas śpiewa piosenkę, to ona zwraca się do swojego starszego ja o radę. Zwróćcie też uwagę, że na początku i końcu piosenki głos nie używa apostrofy unni, tylko zwraca się do kogoś "honey", "baby" - czyżby do swojego mężczyzny, do utraconej miłości, czy może do młodszej siostry?
Niniejszym dziękuję za uwagę i idę dostać okresu.
Obejrzany? Jeśli nie, to nawet nie próbujcie czytać dalej, tylko obejrzyjcie.
Powiedzmy, że Wam wierzę. Ale od czego tu zacząć?
Zacznę od ostrzeżenia, które piszę po uprzednim popełnieniu wszystkich poniższych słów. Poniżej znajduje się tak naprawdę moja interpretacja tego, co zobaczyłem i usłyszałem. Ze sztuką (a ten teledysk wespół z piosenką uważam za formę sztuki) jest tak, że każdy powinien interpretować ją na swój własny sposób i nie istnieje coś takiego jak jedna właściwa interpretacja dzieła. Nierzadko to, co wypisują eksperci o dziełach sztuki, nie jest nawet bliskie prawdziwym intencjom autora. Nie chciałbym, żebyście pozbawili się przyjemności zinterpretowania tego utworu na własny sposób, poprzez przeczytanie mojego tekstu. Na YT jest wersja z polskimi napisami (link 3 akapity niżej).
Teraz, po nastym już obejrzeniu tego klipu, szczęka nie wisi mi już tak bezwładnie jak wczoraj, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Wciąż jednak nie jestem do końca przekonany, jak się za niego zabrać. To zdecydowanie nie jest standardowy popowy teledysk. Użyję dużych słów, ale dla mnie to dzieło sztuki.
Na dobrą sprawę można by wyciąć z teledysku piosenkę i samo video broniłoby się jako pełnoprawny film krótkometrażowy. W ogóle zwróciliście większą uwagę na piosenkę? Z pewnością nie jest zła. W jakichś fragmentach nawet wpada w ucho, ale nie dominuje. To ona wydaje się bardziej tłem dla obrazu niż obraz tłem dla niej.
Ale jednocześnie twórcy uciekli od pokusy, by w jakikolwiek sposób wpleść w całość dźwięki nienależące do utworu - związane z teledyskiem. Kiedy robi się taki klip i nie przemyca się nawet jednego drobnego brzmienia, czy to na początku, czy to na końcu nagrania, to musi to być zabieg celowy. Pytanie - czy ma on oddzielać piosenkę od teledysku, czy też może splatać obie rzeczy ze sobą?
Odpowiedź na to pytanie jest dosyć pokrętna. >>TUTAJ<< znajdziecie wersję z polskimi napisami (nie mam z nią nic wspólnego, żeby było jasne). Celowo nie umieściłem jej wcześniej, ani nie osadzam jej w tekście, żebyście najpierw obejrzeli czysty oryginał. Czytanie napisów bardzo skutecznie odrywa od chłonięcia obrazu, a na dobrą sprawę ten teledysk i tak trzeba kilka razy obejrzeć, żeby go ogarnąć.
To co z tą odpowiedzią? Ano zauważyliście zapewne, że tekst piosenki wydaje się silnie łączyć z treścią teledysku, ale fabularnie jednak pozostają niespójne. Ściana ciszy rodzielająca obraz od dźwięku tylko pogłębia to wrażenie. Ale ta sama tematyka, te same motywy przewijające się jednocześnie w tym, co dociera do naszych oczu i w tym, co dociera do naszych uszu (a przynajmniej docierałoby, gdybyśmy znali koreański), nie pozwala na rozłączenie tych dwóch warstw.
I tak ma właśnie być. Ta piosenka nie opowiada nam tego, co dzieje się na ekranie. Nie wyjaśnia nam kim dla siebie są kobiety. Z racji wieku możemy założyć, że są siostrami. W tekście piosenki podmiot liryczny (znowu używam tego terminu... tym razem na poważnie) cały czas zwraca się do kogoś "unni". Po koreańsku ten termin oznacza przede wszystkim starszą siostrę, choć jego pojemność jest większa (tak jak doskonale znanego wszystkim "oppa" - starszy brat).
W teledysku starsza kobieta jest zazdrosna o młodszą. W jej oczach siostra jest rywalką, która próbuje zasadzić się na jej mężczyznę. Patrząc nawet od strony czysto fabularnej, sprawa nie jest taka prosta, bo przecież dziewczyna wcześniej przytula się do kobiety, podczas gdy mężczyznę tylko bada dotykiem. W szafie ze szczególną lubością dotyka ubrań kobiety, nie mężczyzny. Siostra tego wszystkiego nie wie, a i widz, choć świadom wszystkiego, emocjonalnie patrzy na teledysk bardziej oczami starszej kobiety, która - słusznie czy niesłusznie - czuje się zdradzona.
Piosenka śpiewana jest raczej przez młodszą z kobiet - tak podpowiada często wypowiadane słowo "unni" i ogólna niewinność uczuć śpiewającej, bardziej pasująca do postaci dziewczyny. Jednak główny wątek utraconej miłości nijak nie przystaje do tego, co widzimy na ekranie. Osoba śpiewająca nie może być dosłownie tą niewidomą dziewczynką, która niezdarnie nakłada makijaż. Makijaż, wokół którego tak silnie obracają się słowa, w obrazie jest domeną starszej z kobiet.
Teledysk traktuje więc o nieuzasadnionym poczuciu zdrady, piosenka o niezaleczonej miłości. A o czym opowiada całość, złożenie obydwu elementów - prawdziwe dzieło, o którym mówiłem na początku? Przyjrzyjmy się jeszcze raz, tym razem bliżej, teledyskowi. Napisałem, że poczucie zdrady jest w wypadku kobiety nieuzasadnione, a przecież widzi ona jak jej siostra szuka kontaktu z jej mężczyzną.
Spójrzmy szerzej na to, co robi dziewczyna. Szuka dorosłych ubrań swojej siostry, różnych od tego, co sama nosi. Próbuje nałożyć makijaż. Interesuje się mężczyzną - ale trudno podejrzewać, by próbowała go uwieść, po prostu powoduje nią ciekawość mężczyznami. Dziewczyna dorasta - usiłuje przemienić się w kobietę.
Ale obraz staje się jeszcze bardziej gorzki, kiedy uzmysłowimy sobie jeszcze jedną rzecz. Ubrania należą do jej siostry. Mężczyzna "należy" do jej siostry. Nawet te wszystkie tusze, szminki i reszta specyfików prawdopodobnie zostały cichcem podkradzione kobiecie, bo trudno podejrzewać, żeby dziewczynka miała własne. Ona nie próbuje zająć miejsca starszej siostry - ona próbuje stać się taka jak jej siostra, można nawet powiedzieć, że metaforycznie usiłuje stać się swoją siostrą.
Za chwilę zacznę igrać z waszymi umysłami. Teraz przez moment zajmijmy się jeszcze piosenką. Wcześniej napisałem, że podmiotem lirycznym jest młodsza z kobiet, chociażby dlatego, że używa apostrofy "unni". Skłamałem, przynajmniej troszeczkę. Piosenka w dużej części śpiewana jest tym samym tonem, ale w pewnych momentach głos staje się twardszy, pojawiają się rapowane wstawki.
Ale te wstawki różnią się nie tylko brzmieniem, słowa wypowiadane przez postać są bardziej gorzkie i chłodne, nie do końca pasują do niewinnych słów zrozpaczonej dziewczyny, która nie wie, co ma robić. Czyżby to był głos owej unni, do której zwraca się dziewczyna? Tylko, że właśnie w jednym z "twardszych" fragmentów osoba śpiewająca przyznaje, że "opróżnia kolejny kieliszek". Przecież to dziewczyna proponowała spotkanie i wspólne picie. Dlaczego to owa Unni się tak spija i dlaczego brzmi tak zgorzkniale.
A co jeśli owa Unni i dziewczyna, która ją wzywa, to ta sama osoba? Terminu "unni" koreanka (koreańczyk tak się do nikogo nie zwraca) użyje, kiedy zwraca się lub mówi o starszej siostrze. Ale użyje go także w stosunku do innej starszej od siebie przyjaciółki. Patrząc szerzej - do starszej, ale bliskiej sobie kobiety. A kto może być bliższy niż swoje własne dojrzalsze ja?
Wróćmy po raz kolejny do teledysku. W pierwszych scenach obie kobiety mają pod lewym okiem resztki rozmazanego makijażu. W dodatku po obejrzeniu całego klipu wiemy, że jest to ten sam makijaż młodszej z nich. Z wyłączeniem sceny w łóżku, kobieta cały czas nosi silnie zaakcentowany makijaż, podczas gdy dziewczyna pozostaje bez niego.
Przez cały obraz rozciąga się wyraźny kontrast między obiema postaciami, który zaciera się na krańcach klipu. Wtedy obie łączy rozmazany makijaż, a wybuch emocji - dzielona rozpacz - choć nie łączy postaci, to burzy istniejącą przez resztę teledysku barierę. Potwierdza to także delikatna zmiana tonu w brzmieniu wokalu, który sytuuje się gdzieś pomiędzy tym, co wcześniej określiłem głosami niewinnej dziewczyny i oziębłej kobiety.
Bo o tym jest całe to dzieło - o transformacji dziewczyny w kobietę. Transformacji, która, patrząc z boku, zachodzi tylko w jedną stronę. Dziewczyna dorasta i wtedy zaczyna się malować, ubierać i kryć się z emocjami za tak zbudowaną maską utwardzoną zobojętnieniem. Ale to by było zbyt banalne, żeby mogło być prawdziwe.
Spójrzmy na tytuł - "Cleansing Cream". Sam tytuł sugeruje, że przemiana ta zachodzi też w drugą stronę, że maska obojętności może zostać zmyta, bo w gruncie rzeczy jest to tylko maska, która powstała tylko po to, aby coś zakryć, osłonić.
A teraz pociągnijmy wszystko dalej. Dlaczego kobieta w teledysku tak naprawdę zareagowała tak nerwowo, czemu rzuciła się na siostrę? Można by spekulować, że chce powstrzymać jej transformację w kobietę, oszczędzić jej tego i pozostawić ją niewinną jak dziecko grające w ciuciubabkę. Ale to by było zbyt piękne i zbyt naiwne - nie tłumaczyłoby takiego gniewu.
To, co naprawdę wyprowadziło kobietę z równowagi, to zachowanie jej siostry. Niezdarny makijaż. Dziewczyna chciała wyglądać jak starsza siostra, jak kobieta. Kobieta widziała w niej dziewczynę niezdarnie przebraną za kobietę - widziała siebie. Dziewczyna obnażała prawdziwą twarz kobiety przed nią samą.
Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że to kobieta przez cały czas śpiewa piosenkę, to ona zwraca się do swojego starszego ja o radę. Zwróćcie też uwagę, że na początku i końcu piosenki głos nie używa apostrofy unni, tylko zwraca się do kogoś "honey", "baby" - czyżby do swojego mężczyzny, do utraconej miłości, czy może do młodszej siostry?
Niniejszym dziękuję za uwagę i idę dostać okresu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
