Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boram. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boram. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

T-ara - 나 어떡해 / What Should I Do + 1977 기억 안나 / 1977 Do You Know Me

Hm, przyznaję, że jestem trochę zaskoczony. Wszystkie zapowiedzi sugerowały, że T-ara i ich wytwórnia Core Contents Media wracają do swoich dawnych praktyk. A jednak, niby jest retro, niby jest długi teledysk, ale podejście wydaje się nieco inne. Jedynym starym elementem wydaje się muzyczny zestaw obowiązkowy - kawałek w stylu disco + ballada.

Do tej pory CCM miało w zasadzie dwa pomysły na T-ara. Pomysł pierwszy - przebrać dziewczyny w retro fatałaszki odpowiednie dla epoki, na którą stylizowany był kawałek i niech się wygłupiają przed kamerą. Pomysł drugi to nie tyle teledysk, co krótkometrażowy film fabularny opatrzony nową piosenką/piosenkami zespołu - często ciętymi i przerywanymi dialogiem, gdzie muzyka jest raczej tłem dla filmu. Tego typu produkcje potrafiły trwać nawet po kilkanaście minut. Czasami tworzono też coś na pograniczu tych dwóch koncepcji, jak np. teledysk do "Roly-Poly" (>>TUTAJ<<).

Tegoroczne teledyski do "Number Nine" (>>TUTAJ<<), "Because I Know" (>>TUTAJ<<) wyłamywały się z tego standardu, ale nie myślałem, że będzie to zmiana na dłużej. Tymczasem nowe piosenki T-ara promujące repackage poprzedniego mini-albumu, znów wydają się odchodzić od dotychczasowej polityki wytwórni. Podobnie jak w wypadku "Number Nine" - plenerowy teledysk jest bardzo krótki i wydaje się nakręcony małym nakładem sił. W dodatku promuje piosenkę "1977 기억 안나", która nie jest w tym wypadku title-trackiem, czy - jak wolicie - daniem głównym.

Jeszcze dziwniej wygląda sprawa z teledyskiem studyjnym. Klip ten jest dosyć długi (blisko 7 minut), ale bardziej koncentruje się na tańcu i samych piosenkach, niż na przedstawieniu jakiejś fabuły. Właśnie decyzja o wstawieniu dwóch piosenek w całości w jeden teledysk wydaje się dziwna. Choćby z racji tego, że żeby dostać się do "나 어떡해" trzeba najpierw przetrwać przez intro w postaci trzech minut "1977 기억 안나". To już na wstępie odhaczam jako minus klipu, który w moim odczuciu powinien być dostępny także w wersji rozdzielonej, tym bardziej, że łączenie tych dwóch segmentów ma sens, ale nie jest konieczne.



Bardzo podoba mi się pomysł na ten teledysk - trochę mniej pewne decyzje, które podjęto przy realizacji, które osłabiają efekt końcowy. Przyjęta konwencja wydaje się jasna - musical. Spotlighty wyróżniające dziewczyny gdy zaczynają śpiewać, wielkie sceny taneczne i wyczuwalna sztuczność dekoracji opatrzone lekką dozą przesady od samych dziewczyn jasno wskazuje, że akcjie teledysku nie należy wyjmować poza kontekst sceny.

Sęk w tym, że przy kilku pierwszych wyświetleniach wcale nie miałem takiego poczucia. Jasne, wiedziałem, o co chodzi, ale obraz kiepsko mnie wciągał w swoją atmosferę. Wiem nawet czemu. Po prostu kamera jest cały czas za głęboko w scenie. Powinna przy kilku planach ogólnych cofnąć się kilka metrów wstecz, żeby widz przed ekranem poczuł się jak na widowni. Oczywiście nie chodzi o to, żeby cały teledysk nakręcić w ten sposób, ot kilka przebitek, które podkreśliłyby charakter, osadziły widza w jakimś miejscu.

Drugą poprawką byłaby kurtyna. Ja rozumiem, że tak było o wiele prościej, bo przecież teledysk nie był kręcony na prawdziwej scenie teatralnej - plan jest na to zbyt głęboki. Jednak jak na możliwości kpopowych teledysków rusztowanie z kurtyną nie powinno być w żadnym razie ekstremalnym wydatkiem.

Różnica byłaby kolosalna, bo fizyczna kurtyna dodałaby poczucia więzi pomiędzy dwoma segmentami. Wersja cyfrowa wypada jako nachalny i dosyć tandetny spójnik łączący dwa elementy, które mogłyby żyć oddzielnymi żywotami. Nota bene, przypomniał mi się rewelacyjny teledysk do "The Grasshopper Song" (>>TUTAJ<<) formacji Sunny Hill, w którym zainwestowano w porządną, greenscreenową kurtynę i moim zdaniem inwestycja się spłaciła.

Te dwa małe dodatki mogły sprawić, że nie zwróciłbym uwagi na inny poważny problem tego teledysku. Bez nich problem ten kłuje w oczy. Chodzi o scenografię. Skoro mamy sporo montażu, skoro mamy dość zwyczajnie nakręcone wnętrza, skoro nikt nie dba o wciągnięcie widza w teatralny fotel - to nie ma dobrego powodu, by te scenografie były tak proste, tak ubogie, tak, cóż, tanie.

Naprawdę, trochę dykty może udawać wiele rzeczy - ale może to robić efektownie, a może robić to tak jak widzimy powyżej. W ostatnim czasie na podobne uliczno-musicalowe koncepty porwała się Lee Hi przy okazji debiutu z "1,2,3,4" (>>TUTAJ<<) a także - a może przede wszystkim - Girls' Generation przy okazji "I Got A Boy" (>>TUTAJ<<). Swoją drogą w pierwszej chwili trudno uciec od wrażenia, że ktoś w CCM mocno inspirował się klipem SNSD. Tak czy inaczej, przepaść w jakości dekoracji jest piorunująca, a jednak tamte klipy też mają w sobie ten  klimat sceny-studia.



Wersja gdzieś pomiędzy tym występem a tym, co widzimy w teledysku, całkowicie by mnie zadowoliła, przynajmniej od strony wizualnej, bo od strony dźwięku niestety mamy playback i to na dodatek jakiś taki głuchy. Zanim przejdę do samych piosenek jeszcze kilka słów poświęcę stylizacjom samych dziewczyn. W teledysku mniejsze lub większe zarzuty miałem do wszystkich dziewczyn z wyłączeniem Boram i Soyeon. Przy okazji występów widać, że mankamenty w większości wyeliminowano, szczególnie tyczy się to Eunjung, która w tej fryzurze wygląda o niebo lepiej.



Zacznijmy "나 어떡해", bo to ciekawsza z propozycji. Nie wiem czy lepsza - obie przypadły mi do gustu - ale na pewno ciekawsza. Przy okazji "Number Nine" pisałem, że T-ara to specyficzna grupa, której twórczość jest bardzo chwytliwa, ale też trochę kiczowata. Cóż, ""나 어떡해" jak na standardy tej formacji kiczowate nie jest w ogóle. Powiem więcej, to bardzo solidny kawałek kompozycji. Może to dlatego, że do pewnego stopnia opiera się na innej piosence, ale o tym później.

Na razie chcę jeszcze kilka słów poświęcić samemu podejściu wytwórni do tego nagrania. Wcześniej przepis na T-ara był następujący - wybrać epokę i napisać piosenkę w stylu z tamtej epoki, lekko unowocześnioną - to była recepta na nostalgiczny sukces, ale także źródło kiczu. Tym razem odwrócono tok rozumowania i nagrano bardzo nowoczesną piosenkę, która korzysta z wstawek kojarzących się z brzmieniem retro - zabieg podobny jak w przypadku debiutu T-ara N4 z "Jeon Won Diary" (>>TUTAJ<<).

Moim zdaniem to lepsze podejście. Kawałek jest żywy, interesujący i urozmaicony dźwiękowo. Podkład jest po prostu jego bardzo mocną stroną. Kawałek ten jest też chwytliwy i z przyjemnością się do niego wraca, choć muszę też przyznać, że nie wkręca się aż tak bardzo w głowę jak niektóre poprzednie produkcje grupy.

Jednak źródła tej "słabości" upatrywałbym raczej w braku aż tak charakterystycznego haczyka wokalnego, jak we wcześniejszych hitach. "Na ottokhe" nie może pełnić tej roli, bo zdecydowano się wtopić je głębiej w tekst piosenki. Z kolei "Do you know me?" po prostu nie jest strzałem w dziesiątkę. Mam takie wrażenie, że ktoś próbował popłynąć na fali sukcesu 4Minute z ich "What's Your Name?" (>>TUTAJ<<), tylko nie zauważył, że tam te słowa padają znacznie, znacznie częściej. A tak przy okazji, czy jestem jedyną osobą, której w tej piosence przestały przeszkadzać wtrącenia po angielsku? Z początku trochę mnie drażniły, ale teraz jakoś ich notowania poszły u mnie w górę.



To też jest bardzo dobra piosenka - może nie materiał na przebój, może nie kawałek, o którym będzie pamiętało się latami, ale wciąż bardzo solidne nagranie. Podoba mi się jak bardzo płynnie przechodzi od subtelności do silnych emocjonalnych wybuchów i na powrót staje się subtelna. Duża w tym zasługa wokali, bo akompaniament jest tylko bardzo subtelnym tłem - jak najbardziej spełnia swoje zadania, ale nie daje powodów, by rzucić się w uszy.

Warto wspomnieć, że teksty obydwu piosenek są do siebie bardzo, bardzo podobne, a jednak ich odbiór ze względu na muzykę jest całkiem różny. Angielskie tłumaczenie "나 어떡해" znajdziecie >>TUTAJ<<, a "1977 기억 안나" >>TUTAJ<<.

O samym teledysku nie będę pisał zbyt wiele - jak na swój niski budżet jest nawet zgrabny. Bardziej zastanawia mnie to, że został on nakręcony najprawdopodobniej przy okazji tegorocznej wizyty grupy w Chinach, czyli jeszcze przed wydaniem "Number Nine". To z kolei sugeruje, że piosenka i cały koncept były gotowe jeszcze przed wypuszczeniem oryginalnego albumu. Inaczej rzecz ujmując wytwórnia już wtedy wiedziała, że wyda repackage.

Jednak najciekawszym elementem tego teledysku jest segment go otwierający. Bo widzicie, obie piosenki nawiązują do przeboju, który w 1977 wygrał koreański przegląd piosenki studenckiej - "나 어떡해" w wykonaniu Sand Pebbles. Nie wiem, na ile teksty obydwu utworów są zbliżone, bo nie znalazłem angielskiego tłumaczenia oryginału, jednak sposób w jaki piosenki T-ara nawiązują do oryginału jest dosyć ciekawy. Z jednej strony sporo tutaj oczywistych podobieństw, z drugiej strony dość różnicy by żadnej z piosenek dziewczyn nie móc nazwać pełnym coverem.



A teaz czymś się pochwalę, ale też do czegoś się przyznam. Z początku byłem rozczarowany tym, co zrobiono z tą piosenką. Tak, znałem ją zanim ludzie z CCM zaczęli przy niej majstrować. Jakiś czas temu Ailee wykonała rewelacyjny cover tego nagrania na antenie "Immortal Song" i... Cóż, starcie z Ailee trudno wygrać, podobnie jak starcie z coverami z "IS", więc chyba siłą rzeczy T-ara stała na straconej pozycji.



Tak, zdecydowanie to porównanie było ciosem poniżej pasa. Ale od premiery piosenki T-ara trochę czasu już minęło i dzięki wrodzonemu lenistwu zdążyłem ochłonąć, a tym samym notowania grupy poszły w górę. "나 어떡해" w wykonaniu szóstki Koreanek z pewnością nie będzie przebojem takim jak oryginał ich starszych kolegów, który towarzyszył całemu pokoleniu studentów w trakcie strajków przeciwko dyktaturze (temat dyktatury i strajków poruszyłem trochę przy okazji >>TEGO<< wpisu), jednak to wciąż udane, ciekawe nagrania, które w dodatku mogą zwiastować delikatną zmianę w obliczu formacji, pójście bardziej w kierunku tego, co zaprezentowano przy okazji "Jeon Won Diary". Kto wie, może mówimy o całkiem istotnej piosence w dyskografii wciąż niezwykle popularnej grupy?

czwartek, 17 października 2013

T-ara - 느낌 아니까 / Beacuse I Know + Number Nine MV ver. 2

Core Contents Media, oni są nieprzewidywalni nawet w tym jak bardzo są przewidywalni. Druga wersja teledysku do "Number Nine" miała pojawić się 18.10, tymczasem w ostatniej chwili ktoś w CCM zmienił zdanie i stwierdził, że nie - lepiej wypuścić ją dzień wcześniej. Ale to nie jedyne zaskoczenie związane z tym klipem.



Wczorajszy wpis poświęcony piosence "Number Nine" (>>TUTAJ<<) kończyłem słowami :
Wizualnie teledysk wypada atrakcyjnie ze względu na dziewczyny, choć cała reszta jest raczej mało efektowna, ale to jest akurat zrozumiałe - ta wersja nie jest daniem głównym.
Jak się okazuje, pierwszy teledysk chyba jednak jest daniem głównym. Do tej pory nie mogę wyjść z szoku. CCM słynie z długich, fabularnych teledysków, więc miałem prawo spodziewać się, że klip kręcony w dość egzotycznym plenerze będzie reprezentantem tego gatunku. Tymczasem dostaliśmy nagranie, które nie dość, że jest krótsze niż sama piosenka, to jeszcze sztucznie wydłużone poprzez wstawienie kadrów z pierwszego teledysku, czy też delikatny slow-motion użyty w większości scen.

Co do samego teledysku osadzonego powyżej, to podoba mi się zestawienie tej dziwnej elektroniki z kadrami Jeep'ów pędzących przez pustkowie. Reszta materiału już nie tak bardzo. Niby dziewczyny w większości fajnie oddają emocje twarzami, ale obraz troszeczkę sypie się nie z ich winy. Po prostu ktoś postanowił, że mają wyglądać nie tylko lirycznie, ale także seksownie, co w niektórych kadrach psuje efekt i wygląda niespójnie. Także slow-motion nieco drażni moje oczy, a cała stylizacja klipu wypada jakoś dziwnie. Aż zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest celowa zagrywka.

Od samego początku w "Number Nine" wszystkich zastanawia sam tytuł nagrania i to dlaczego jest on regularnie powtarzany w piosence. Niektórzy - w tym ja - liczyli, że druga wersja klipu coś w tej kwestii wyjaśni. Tymczasem ten teledysk jest nawet bardziej tajemniczy. Przedstawia sceny, które wyraźnie dzieją się po jakimś bliżej niesprecyzowanym wydarzeniu, ale jednocześnie - poza samym nastrojem i emocjami - obraz nie zdradza ani co mogło się wydarzyć przed nim, ani jaki może być ciąg dalszy. Jeżeli właśnie to chcieli osiągnąć twórcy - skupić się na tym momencie "pomiędzy" i towarzyszących mu emocjach - to brawo, bo im się udało.

CCM wybrało się do byłego ZSRR po to, by nakręcić w przybliżeniu 2 minuty materiału. Wciąż nie jestem w stanie uwierzyć w to, co piszę i podskórnie mam nadzieję, że wytwórnia po prostu drażni się z fanami i gdzieś w odwodzie trzyma kilkunastominutową wersję klipu. Moja nadzieja jest o tyle silniejsza, że wraz z "Number Nine" T-ara promuje piosenkę "느낌 아니까", którą można by włączyć do dłuższego teledysku, tym bardziej, że oryginalny klip do tej piosenki jest dosyć skromny.



Wizualnie nie dzieje się tu zbyt wiele. Można wspomnieć o tym, że klip dzieli plan z segmentem otwierającym oryginalny teledysk do "Number Nine" i na upartego można też wysnuć wniosek, że przez to obie piosenki są dwiema częściami większej narracji. Co prawda pomiędzy piosenkami zieje pustka, którą należałoby zapełnić swoją wyobraźnią - lub inną piosenką - ale nie zmienia to faktu, że takie połączenie jest możliwe.

To, na co ja chciałem zwrócić uwagę w tym klipie, to stroje. Szczerze powiedziawszy nie mam do nich przekonania. Nie zrozumcie mnie źle - dziewczyny wyglądają w nich dobrze, ale nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że są to koszule nocne. Może to kwestia tego błękitnego, "księżycowego" światła, ale nie umiem uwolnić się od tego skojarzenia. A szereg dziewczyn stojących przed mikrofonami i śpiewających w koszulach nocnych jest dla mnie widokiem dziwnym... Choć nie powiem, że niepożądanym ;)



Okej, to chyba jednak nie są koszule nocne, no chyba, że kupione w seks-shopie. Materiał wydaje się za gruby. Chociaż wciąż krój, kolorystyka i te koronkowe wykończenia wydają mi się dziwne. Całkiem możliwe, że to po prostu jedna z wielu różnic kulturowych między spojrzeniem Polaka i Koreańczyka. Albo po prostu kamera nie lubi tych kiecek, przynajmniej w takim oświetleniu.

Sam tekst nie narzuca takiej pościelowej stylizacji, więc muszę założyć, że jest ona efektem mojej osobistej optyki (no chyba, że macie podobne skojarzenia :P ). Jeszcze zanim o samym tekście, wyjaśnię może kwestię tytułu. Piosenka ma jeden, koreański tytuł "느낌 아니까". Tytuły angielskie wydają się nieoficjalne. Na potrzeby programów muzycznych jak MCountdown przetłumaczono to jako "Because I Know" i biorąc pod uwagę tłumaczenie całego tekstu, ta fraza może być dobrym wyborem, choć sam tłumacz sugeruje inny tytuł, więc nie wiem, który wariant jest tłumaczeniem wiernym.

Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Ja też poświęcę kilka słów tekstowi piosenki, bo choć brak w nim jakiegoś literackiego błysku, to uważam, że jest całkiem niezły. Tekst jest dosyć bezpośredni i na swój sposób codzienny, odwołujący się do - jakby na to nie patrzeć - pospolitych przeżyć, z którymi wiele osób może się jakoś utożsamiać. Ale nie ma tu nic ani ordynarnego, ani pretensjonalnego, a sam wydźwięk tekstu bardzo zgrabnie komponuje się z muzyką, co jest dużym atutem tego nagrania.

Piosenka, pomimo swojej lekkości, ma trochę ładunku emocjonalnego. Jest w niej trochę subtelności, trochę niepewności, wyczekiwania, nadziei. Nie jest to w żadnym razie przytłaczający zalew uczuć, ale to dobrze - dzięki temu piosenka nie robi się kiczowata ani pompatyczna, za to wciąż wytwarza nieco nastroju. Kompozycja jest wręcz prosta, ale w tym chyba leży jej siła, bo ta prostota pozwala utrzymać bardzo przywoite tempo pomimo przyjętej konwencji ballady.

Ta sama treść ubrana w jakąś powolną, efektowną wokalnie balladę byłaby pretensjonalnie banalna. Tymczasem w takiej formie ta piosenka jest nad wyraz strawna - nie próbuje być niczym więcej niż jest, a jednocześnie w żaden sposób nie rani moich odczuć estetycznych. Co prawda trudno mi też wskazać jakiś jeden wyraźny atut tego nagrania, ale nie zmienia to faktu, że całokształt moich odczuć jest zdecydowanie pozytywny.

Czy jest to piosenka godna własnego teledysku i cyklu promocyjnego - nie wiem. Jednak biorąc pod uwagę sytuację T-ara, uważam, że to akurat słuszna decyzja. Formacja od dobrego roku starała się przeczekać lawinę "hejtu" w ojczyźnie (pisałem o tym choćby >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<) i mam wrażenie, że w końcu jej się udało. Teledyski nie mają już tak wielu kciuków w dół, ludzie nie poświęcają już tak wiele uwagi tamtej sprawie, temat się wyczerpał. Oczywiście od czasu do czasu ktoś i tak im to będzie jeszcze wypominał, ale sytuacja wydaje się opanowana.

Dlatego też uważam, że wytwórnia dobrze robi wydając od razu dwie piosenki promujące mini-album, bo jest to swojego rodzaju ukłon w stronę fanów, którzy od formacji się nie odwrócili. Oni na pełnoprawny powrót T-ara czekali dobry rok i coś im się od życia należy.

środa, 16 października 2013

T-ara - Number Nine

W anglojęzycznym slangu ukuto ciekawy termin - guilty pleasure. Przyjemność, przeważnie drobna, na którą pozwalamy sobie pomimo towarzyszącego poczucia winy. Na przykład okazjonalne ciastko może być "guilty pleasure" dla osoby starającej się trzymać dietę. Dziś jednak częściej terminu używa się w stosunku do szeroko pojmowanej twórczości (film, telewizja, muzyka, książki). Twórczości, która powszechnie cieszy się złą estymą lub kojarzy się z niską jakością - horrory klasy B, programy telewizyjne w stylu "Rozmów w toku", sensacyjne czytadła w stylu Dana Browna itd.

Dla mnie od samego początku przygody z K-popem T-ara jest synonimem guilty pleasure. Ich najbardziej znane piosenki zawsze mają w sobie coś niewybaczalnie tandetnego - czy, jeśli wolicie, kiczowatego - trącącego wyczynami rodzimych disco-polowców - porównanie tym bardziej samonarzucające się, że dziewczyny wykonują głównie disco i to w stylizacji retro. A jednak coś mnie ciągnie do tych piosenek i nie chodzi tylko o to, że na dziewczyny bardzo fajnie się patrzy. Jest w tym wszystkim jakiś niewytłyumaczalny urok, który sprawia, że każda kolejna piosenka tej formacji jest wręcz uzależniająca.

"Number Nine" to nie wyjątek.



Nie zrozumcie mnie źle - to w żadnym razie nie jest disco-polo. Dziewczyny za dobrze śpiewają... No przynajmniej w większości. Kompozycja też jest zanadto złożona jak na królów remizowych parkietów. A jednak podkład użyty w zwrotce mnie po prostu zabija, brzmi jak 5-latek męczący dwa klawisze na nowo zakupionym syntezatorze. Ale to nie jest najpoważniejszy zarzut pod adresem tego nagrania.

Bardziej męczy mnie sam pomysł i jego wdrożenie. Jeżeli czytacie mojego bloga regularnie (zdziwiłbym się gdyby ktoś taki był :P ), to wiecie, że agencja stojąca za tą grupą - Core Contents Media - nieustannie dostarcza mi rozrywki. Ich działalność to temat rzeka, teraz skupię się na jednym aspekcie - na stylach muzycznych. W CCM znają dwa - retro-disco i ballada. "Number Nine" z początku brzmi jak upiorna kombinacja obydwu.

Piosenka otwiera się bardzo atrakcyjnym i obiecującym intrem, a potem zdziela słuchacza jakąś ubogą techniawą. Ten fragment wypada nieco lepiej w klubowej wersji piosenki, która jest dołączona do najnowszego wydawnictwa grupy. Choć jest to zmiana kosmetyczna, dotycząca jedynie brzmienia samej elektronicznej wstawki, to jest to zmiana na plus - nowy elektroniczny temat ma znacznie silniejsze brzmienie i wypada znacznie bardziej charakterystycznie. Mimo to wciąż jest sporym zaskoczeniem dla słuchacza.

Co gorsza, w obydwu wersjach po elektronicznym haczyku następuje zwrotka, a to może dla niektórych być dość, żeby zamknąć okienko z klipem. Ja za pierwszym razem wytrwałem tylko ze względu na to, że to T-ara. Spodziewałem się czegoś szokująco kiczowatego, więc nie mogłem czuć się aż tak bardzo zaskoczony.

Jeżeli wymiękliście przed refrenem, ale jakimś cudem czytacie dalej moje wypociny, to wróćcie do tej piosenki. Warto, bo w refrenie zaczyna robić się ciekawie. Kompozycja robi się nieprzyzwoicie chwytliwa, choć prosta. Dzieje się tak z kilku względów. Jednym jest linia wokali, która ma łatwo wyczuwalną, wyraźną melodię, która wydaje się bardzo naturalna - to coś na kształt muzycznej frazy, którą każdy zna i jest w stanie w myślach dopowiedzieć do końca, słysząc zaledwie kilka pierwszych dźwięków.

Drugi atut to nastrojowość. O ile zwrotki są dość miałkie pod każdym względem, to po nich następuje wyraźne ożywienie i rozpoczyna się muzyczne budowanie napięcia. No i co tu dużo kryć, muzycznie to jest całkiem zgrabne opowiadanko, pomimo tego, że zbudowane bardzo prostymi środkami. Jest trochę podbudowy w postaci narastających dźwięków, jest skuteczne wyzwolenie energii w punkcie kulminacyjnym, jest nawet skromny denouement - stosując nomenklaturę dramaturgów, czyli po naszemu rozwiązanie akcji.

Powyższy akapit tyczy się samej muzyki, nie słów piosenki, bo o nich dopiero za chwilę. Teraz chciałbym jeszcze przez moment skupić się na dźwiękach. Poza okropną zwrotką i zaskakującym wprowadzeniem tanecznego haczyka, cała reszta piosenki to bardzo dobra aranżacja i produkcja. Świetnym pomysłem jest zestawienie akustycznej gitary z rozproszonym, tanecznym beatem i elektronicznymi zapełniaczami tła. Jednak mnie najbardziej do gustu przypada ten przedziwny efekt, którego nie umiem nawet nazwać, wypełnia on podkład w moście prowadzącym do refrenu, czyli w segmencie, w którym wysamplowany głos powtarza słowa "Number Nine".

Nie, jeszcze nie pora na zajęcie się słowami piosenki. Najpierw o teledysku i układzie tanecznym. Klip, który widzicie powyżej to koreański, standard, czyli konwencja tanecznego boksu poszerzonego o solowe ujęcia. O ile dekoracje same w sobie wypadają blado, nie są żadną atrakcją, to klimatycznie dobrze wpisują się w ten obraz - na pewno nie zawadzają, a to chyba najważniejsze, bo ten klip powstał głównie po to by pokazać jak dziewczyny z T-ara wdzięczą się do kamer i tańczą.

Jeżeli idzie o wdzięczenie, to jestem na kolanach, to jest chyba lepsze niż ich teledysk do "I Go Crazy Because of You". To wręcz nieprawdopodobne jak seksowny teledysk udało się nakręcić nie tylko nie epatując golizną, ale nawet niespecjalnie siląc się na jakieś bardzo eksponujące stroje czy pozy. Tak, kamera tu i ówdzie nie omieszka zaakcentować jakiegoś apetycznego tyłka, ale w żadnym razie nie ma tu nic gorszącego. Tym bardziej, że znamienitą część roboty dziewczyny wykonują mimiką. W tym względzie są po prostu powalające, choć trzeba też podkreślić pracę całej ekipy filmowej, która przygotowała i wyedytowała te zdjęcia.



Nawet więcej ich ręki widać w sekwencjach tanecznych, które w teledysku wypadają zauważalnie lepiej niż na żywo. Nie chodzi nawet o to, że w teledysku dziewczyny miały więcej dubli i po prostu zatańczyły lepiej, czy, że ukryto nieporządane szczegóły. Po prostu zręczna praca kamery i kilka tricków z klatkażem, czy filtrami obrazu jest w stanie wydobyć z tej choreografii coś ekstra. Choć paradoksalnie na żywo, nawet pomimo drobnych niedoróbek jak brak werwy przy przejściach, lepiej czuję więź piosenki z układem. Możliwe, że to kwestia tego, że teledysk częstuje nas jedynie urywkami całości, a może to po prostu te lasery przy techniawie.

Nie mogę też przemilczeć świetnych kostiumów, które składają się tak na całkiem udane występy, jak i na urok teledysku. Szczególnie w klipie są wartością dodaną. Oczywiście, spieprzyć kombinację czerni i bieli niezwykle trudno, ale tutaj stroje robią coś na plus. wpisują się w klimat utworu, podkreślają sylwetki dziewczyn, nęcą męskie oko, ale jednocześnie w żaden sposób nie są nazbyt odsłaniające.

Dobra, pora zająć się słowami piosenki. Właściwie niewiele tu mam do napisania, utwór brzmi jak rozpaczliwe wołanie do utraconej, idealnej miłości i jedynym wyróżnikiem jest tutaj nieco enigmatyczna formuła "Number Nine", którą używają dziewczyny, kiedy zwracają się do adresata. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Ale...

Może się jeszcze zdarzyć, że to tytułowe "Number Nine" okaże się czymś więcej i po cichu liczę na coś ciekawego. Otóż, jeszcze zanim CCM oficjalnie się do tego przyznało, wiedziałem, że to nie będzie jedyny teledysk do tej piosenki. Wystarczy prześledzić wcześniejszą działalność wytwórni - oni byliby bardzo nieszczęśliwi, gdyby do piosenki wypuścili tylko jeden wideoklip. Mam wrażenie, że oni i tak już są nieszczęśliwi, bo znów stworzyli coś, co trwa krócej niż pięć minut. Ale to nie wszystko...



Nikt przy zdrowych zmysłach nie leci do byłego ZSRR żeby nakręcić 50 sekundowy zwiastun. Widząc klimat tego nagrania i wiedząc, że mówimy o CCM, spodziewam się absolutnie wszystkiego. Z popromiennymi mutantami włącznie. W tym roku CCM nakręciło teledysk o masakrze w Gwangju opatrując go piosenką, która pasowała jak pięść do nosa (>>TUTAJ<<), w zeszłym roku T-ara promowała piosenkę "Lovey Dovey", której teledysk nosił tytuł "Lovey Dovey Zombie" i chyba nie muszę tłumaczyć, co tam się działo - zombie tańczące disco.

A najdziwniejsze jest to, że te wszystkie klipy, jakkolwiek śmieszne wydają się ich koncepcje, koniec końców należy uznać za udane. Tutaj też spodziewam się przynajmniej czegoś niezłego. Jeżeli tak będzie, to klip prawdopodobnie doczeka się odrębnego wpisu. Premiera 18.10, czyli w zasadzie jutro. O czymś zapomniałem? A, dziewczyny równocześnie występują z drugą piosenką, która też ma teledysk i która prawdopodobnie zostanie także wpleciona w klip do "Number Nine". W dzisiejszym wpisie już się nią nie zajmę, ale z pewnością jeszcze do niej wrócę, możliwe, że w odrębnym tekście.

Zbierając to, co do tej pory napisałem o "Number Nine". Dla mnie to kawał przeboju, nawet jeżeli niektóre części piosenki uważam za obciachowe. Taki styl T-ara i nic na to nie poradzę, choć muszę też przyznać, że tym razem było całkiem blisko zaliczenia czyściutkiego rzutu za trzy punkty. W uszy gryzie mnie tak naprawdę tylko podkład w zwrotce, to dosłownie urywek całości. No może ten felerny haczyk też można było zręczniej wprowadzić. Ale poza tym to nagranie jest naprawdę udane i jak rzadko co wywołuje syndrom jeszcze jednego odtworzenia, szczególnie w połączeniu z klipem. Wizualnie teledysk wypada atrakcyjnie ze względu na dziewczyny, choć cała reszta jest raczej mało efektowna, ale to jest akurat zrozumiałe - ta wersja nie jest daniem głównym.

wtorek, 6 sierpnia 2013

CCM Artists - Painkiller + Bikini

CCM jest dziwne, chyba już to pisałem. Cóż, nie moja wina, że wytwórnia usilnie próbuje o tym przypominać na każdym kroku. Core Contents Media ma pod swoimi skrzydłami dość potencjału muzycznego, a do niedawna także wizerunkowego, by być bardzo poważnym graczem na rynku. Tymczasem oni po prostu lubią być dziwni.

Zacznijmy może od tego, że znajdujące się w tytule tego wpisu CCM Artists to mój wymysł. Po prostu gdybym przedstawił wykonawców tak, jak robi to wytwórnia, to nie starczyłoby mi miejsca. W wypadku piosenki "Bikini" musiałbym napisać "T-ara with Davichi feat. Skull".

Jeszcze lepiej jest w wypadku "Painkillera" wypuszczonego jakieś dwa miesiące temu. Tam nawet CCM stawia na skrót myślowy pisząc "T-ara & The SeeYa & 5Dolls & SPEED". Jest to skrót myślowy dlatego, że w projekcie brali udział pojedynczy członkowie formacji. Gdyby było inaczej, mielibyśmy do czynienia z całkiem pokaźnym chórkiem na ponad 20 gardeł. W sumie... To mogłoby być ciekawe. Swoją drogą, bawi mnie, że 2 miesiące temu 5Dolls nazywało się jeszcze 5Dolls, a teraz nazywa się już F-ve Dolls.

Oczywiście wszyscy artyści sa zrzeszeni pod skrzydłami tejże wytwórni. No dobra, prawie wszyscy, etatowy wykonawca reggae - Skull - chyba jest zaproszony z zewnątrz. Mało tego, wszystkie twarze w teledyskach to też ludzie spod szyldu CCM, co więcej - to nie są artyści wykonujący piosenki. Próbowaliście kiedyś wsypać do jednej miski mleka resztki płatków ze wszystkich opakowań znalezionych w kuchni? Szefowie CCM chyba nie dość, że próbowali to jeszcze im zasmakowało.

Ku mojemu zaskoczeniu, mnie też zasmakowało. Oba nagrania od strony muzycznej, jak i wzualnej, prezentują się całkiem znośnie. Może nawet zdecydowałbym się na silniejszą pochwałę, gdyby nie rozsiane tu i ówdzie zarzuty do różnych mniej i bardziej istotnych kwestii.

Omawianie klipów zacznę od tego starszego, który czekał na mnie od początku czerwca. "Painkiller" to ciekawa produkcja, nieco w klimacie tegorocznego hitu Bae Chi Gi - "Shower Of Tears" (>>TUTAJ<<). Dwóch raperów - w tych rolach Taewoon i Sungmin z grupy SPEED - popartych żeńskimi wokalami prowadzącymi melodię, głównie w refrenie. W tych rolach Soyeon z T-ara, Eunkyo z 5Dolls F-ve Dolls i przede wszystkim Yoojin z The SeeYa. Jednak i tak całe show kradnie Jiyeon z T-ara, która wciela się w bohaterkę klipu.

Aha, to typowy teledysk CCM, więc bądźcie gotowi na to, że trwa blisko 7 minut.



Najsłabszym elementem tego nagrania jest nie tyle może kompozycja, co aranżacja. Ktoś bardzo starał się dodać temu tego przykurzonego posmaku starości, jak w nagraniu Bae Chi Gi. Niestety efekt końcowy jest dosyć kiczowaty, pomimo tego, że w podkładzie dzieją się autentycznie fajne rzeczy i pobrzmiewają intrygujące, dopasowane do koncepcji dźwięki.

Na szczęście dla piosenki podkład nie jest tu na pierwszym planie, bo przesłaniają go wokale. I trzeba przyznać, że jest czym przesłaniać, bo do żadnego z głosów nie można mieć zastrzeżeń, a kilka partii wypada bardzo przyjemnie. Szczególnie podoba mi się głos Taewoona, ale to już chyba trwałe zboczenie, bo nie tyczy się tej jednej piosenki - gość ma świetną barwę i wie jak z niej korzystać, w dodatku sprawdza się i w rapie, i w melodii.

Mocnym punktem jest też tekst i dopasowany do niego teledysk. Właściwie nie ma tu co się rozwodzić na temat pomysłu. Rozstanie to choroba, a szukanie złudnego oparcia w drugiej osobie jest odpowiednikiem znieczulaczy, od których można się uzależnić, stracić kontakt z rzeczywistością i zwyczajnie się struć. Niebanalne, ale głównie ze względu na opakowanie, które ładnie sprzedaje tę treść.

Tu nie mogę nie wspomnieć szerzej o Jiyeon. Co tu dużo kryć, dziewczyna jest ładna i to w ten niebanalny sposób - jej uroda ma w sobie coś nietypowego, niepospolitego. Buzia dziewczyny po prostu zapada w pamięć. Ale nawet ważniejsze jest to, że niezwykle zręcznie radzi sobie przed kamerą. Nasze rodzime, telenowelowe Bory Tucholskie mogłyby się od niej uczyć jak grać samą mimiką twarzy.

Jiyeon pierwotnie chciała zostać aktorką i nawet poczyniła w tym kierunku jakieś przygotowania, a jako celebrytce udało się jej podłapać kilka poważniejszych i mniej poważnych ról, ale mimo to w pierwszym rzędzie pozostaje ona piosenkarką/tancerką, co nie stawia naszego rodzimego drewna w najlepszym świetle.

Może coś jeszcze miałem napisać, ale zaczynam zasypiać nad klawiaturą, więc przejdę do drugiej piosenki. To dopiero dziwadło. CCM stwierdziło, że to nie jest dobry moment na powrót T-ara na koreański rynek. W sumie to dobrego momentu nie ma już od roku. Najpierw awantura z Hwayoung, a teraz odejście Areum. Do wątku Areum jeszcze się odniosę, bo to ciekawa sprawa w świetle tych wszystkich decyzji CCM, na razie zainteresowanych odsyłam >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<, gdzie wyjaśniałem obie sprawy.

Tak czy inaczej pieniążki trzeba zarabiać, więc CCM wpadło na szatański pomysł nagrania nowej piosenki T-ara. Tylko takiej, w której T-ara będzie bardzo, bardzo mało. Serio, to nagranie jest reklamowane jako piosenka T-ara, podczas gdy lwia część to Davichi i Skull. Co więcej, T-ara nie ma w planach promować tego utworu, a w teledysku pojawiają się dziewczyny... z The SeeYa i Gangkiz (jeszcze jedna żeńska grupa pod skrzydłami CCM).



Piosenka zaczyna się jak kolejny, nudny, wakacyjny "przebój", ale gdzieś tak po półtorej minuty zmienia się w coś autentycznie ciekawego. Przejście od zwrotki do refrenu świetnie wykorzystuje głos Skulla, natomiast refreny to już działka Davichi. A że Haeri i Minkyung potrafią śpiewać jak mało kto na rynku, to potrafią wywindować tę wtórną kompozycję do rangi czegoś autentycznie interesującego.

Sęk w tym, że po pierwszym refrenie mamy już tylko kolejne refreny i jedną zwrotkę w wykonaniu Skulla, co oznacza, że poza otwarciem nagrania, T-ara właściwie nie pojawia się w swojej piosence. Jest tam coś w zamknięciu, ale to całkiem nieistotny szczególik wobec tego, że ta piosenka bardziej wydaje się nagraniem Davichi i Skulla niż T-ara.

Jeżeli CCM chciało zrobić z tej piosenki test, swoisty papierek lakmusowy opinii publicznej, to zawiodło na całej linii. Fani Davichi są zawiedzeni, że muszą przetrwać przez nudną wstawkę T-ara, fani T-ara są zawiedzeni, że ich zespołu prawie nie ma w tej piosence. No i na dodatek wierne grono hejterów grupy natychmiast przypełzło ciskać kamieniami. Efekt? Prawie 30% negatywnych opinii na YT. Pod w gruncie rzeczy udaną piosenką i udanym teledyskiem. Może nie jest to nic pomysłowego, ani tym bardziej oryginalnego, ale patrzy się i słucha przyjemnie. A jednak odbiór publiki wydaje się fatalny.

Obiecałem jeszcze poruszyć temat Areum. Jeżeli czytaliście teksty, do których Was odesłałem, wiecie, że dziewczyna opuściła tak T-ara, jak i T-ara N4. Definitywnie i nieodwołalnie. Ma już nawet nie promować piosenki "Countryside Life" (>>TUTAJ<<), która - chyba - powoli i mozolnie, ale jednak zmierza w kierunku debiutu za oceanem.

I tu uderza mnie jedna, prosta obserwacja. CCM nieustannie miesza swoich artystów na potrzeby kolejnych projektów - Taewoon uczestniczył w debiutach tak The SeeYa, jak i T-ara N4. I to nie tylko od strony nagrań, ale także w występach. Yeonkyung ma teraz występować naraz w The SeeYa i w F-ve Dolls. A jednak Areum okazuje się tak zajęta, że nawet na potrzeby tej jednej piosenki nie będzie mogła współpracować z grupą, do której należała przez rok.

Przepraszam, ale mnie to wszystko zwyczajnie śmierdzi i w tej sytuacji trudno mi uwierzyć, że nie było tarć na linii oryginalny składa T-ara - nowicjuszka Areum. Tam po prostu musiało się coś wydarzyć, choć niekoniecznie to samo, co w wypadku Hwayoung.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

F-ve Dolls - Soulmate #1 + T-ara - Roly Poly + T-ara - Round and Round

Hm. Chyba powinienem Was uprzedzić, ale nie bardzo wiem jak to zrobić. Dzisiejszy wpis będzie nietypowy nie tyle ze względu na formułę, nawet nie ze względu na bohaterki, a ze względu na stojącą za nimi wytwórnię. CCM czyli Core Contents Media - możliwe, że już nie raz to pisałem, ale powtórzę się jeszcze raz. CCM jest dziwne.

CCM to chyba najpoważniejszy spośród średnich graczy na koreańskim rynku. Gdyby był zręczniej zarządzany, możliwe, że dobijałby do poziomu pierwszej trójki. A tak wokół wytwórni i jej formacji cały czas unosi się smród gnijącego ciała. Kilka tygodni temu całkiem głośną sprawą było odejście Areum z flagowego produktu CCM - żeńskiej grupy T-ara, więcej o tej sprawie napisałem >>TUTAJ<<.

Samo odejście Areum może nie byłoby takim dużym wydarzeniem, gdyby nie to, że rok temu grupę, w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach opuściła Hwayoung (wyjaśnienia w linku powyżej). Na przestrzeni roku zespół pożegnał drugą z dodanych do oryginalnego składu dziewczyn i nie trzeba być Holmesem, żeby wysnuć w tej sytuacji pewne wnioski. W skrócie, T-ara znowu wydaje się spalona przed koreańską publicznością.

Ale jeżeli myślicie, że manipulacje składem i dziwne historie dotyczą tylko T-ara, to jesteście w błędzie. W CCM wszystko wydaje się stać na głowie. Np. w 2011 roku zadebiutowała żeńska formacja 5Dolls, która wchodziła w skład dziwnego, mieszanego projektu Co-ed School (w którym uczestniczą / uczestniczyli także członkowie SPEED). 5Dolls świata, ani nawet Korei, nie zawojowało, ale nie poradziło sobie też jakoś bardzo źle. Ot przywoity debiut. A jednak w 2012 roku dziewczyny zniknęły z radarów.

Bodaj tego samego dnia, w którym ogłoszono odejście Areum z T-ara i T-ara N4, oficjalnie potwierdzono także powrót 5Dolls... Tylko tak nie do końca. Dziewczyny wracają w przemeblowanym składzie, w dodatku jest ich szóstka, a nie piątka. Przy okazji zmieniono także nazwę grupy. Nie, grupa nie nazywa się 6Dolls, nazywa się F-ve Dolls.

Sama natura roszad personalnych też jest ciekawa. W czasie, kiedy grupa pozostawała nieaktywna, ze składu odpadły dwie dziewczyny, ale za to stopniowo włączano trzy nowe. Brzmi standardowo? Cóż, w momencie wypuszczenia teaserów okazało się, że dwóch z tych trzech dziewczyn nie ma już w składzie, zamiast tego są dwie inne. W sumie nie wiadomo ani kiedy, ani dlaczego ich poprzedniczki wyleciały.

Podsumujmy zatem - zespół nazywał się 5Dolls, bo miał w składzie 5 dziewczyn. Potem zaczęto mieszać składem, grupa przytyła o jedną wokalistkę, zmieniono też nazwę, ale przy okazji zmiany nazwy nikt nie wpadł na pomysł, by zmienić liczebnik na bardziej adekwatny. O czymś zapomniałem? A, prawda, jeden z najnowszych nabytków został dodany w trybie trącącym desperacją. Chyba komuś bardzo zależało, żeby była szóstka dziewczyn, bo skład domknięto wokalistką z grupy The SeeYa - Yeonkyung, która od teraz będzie występowała w dwóch zespołach naraz.

No i jeszcze jeden personalny smaczek. W F-ve Dolls występuje też niejaka Hyoyoung. Hyoyoung, Hwayoung... Brzmi podobnie, nie? Wprawdzie to tylko imiona, ale trop jest dobry, bo nazwiska też są te same. Więcej, daty urodzin także się zgadzają! Nie, Hyoyoung i Hwayoung to nie ta sama osoba, ale zbieżność nie jest też przypadkowa. Hyoyoung to siostra bliźniaczka wykopanej z T-ara Hwayoung.

Trochę to pokręcone, a dopiero dochodzę do teledysków...



Całkiem przyjemna piosenka, szczególnie, kiedy da się jej szansę. Jestem pies na retro, szczególnie, kiedy nawiązuje do lat 60-tych, więc siłą rzeczy dziewczyny punktują i podkładem piosenki, i strojami, i całym teledyskiem, który jest nawet pomysłowy, a przede wszystkim solidnie wykonany. Sama piosenka, szczególnie od strony wokali, na kolana nie powala - nie jest zła, nawet w jakimś stopniu chwytliwa, ale nie dośc dobra, by nie utonąć w natłoku innych premier.

W gruncie rzeczy niewiele byłoby tu do pisania, gdyby nie jedna sprawa... Ja ten teledysk już kiedyś widziałem. Nie chodzi o fabułę, nie chodzi nawet o konkretną stylizację, ale pewien pomysł na klip. Retro, filtry obrazu, miny dziewczyn i te grupowe sceny w okularach przeciwsłonecznych. Ośmielicie się zgadywać, kto wylansował przebój z bardzo podobnym teledyskiem?

Zanim zabrniecie dalej, ostrzegę. Zanim T-ara została znienawidzona w Korei, była szalenie popularna i to nie bez przyczyny. Piosenki tej formacji w żadnym razie nie należą do wyrafinowanych, ale wkręcają się w mózg łatwiej niż śrubokręt w rękach psychopaty. Zostaliście ostrzeżeni.



Jeszcze tu jesteście? Nie będę rozwodził się nad tym teledyskiem i piosenką - to w pewnym sensie żart... Chociaż trzeba zaznaczyć, że cała popularność T-ary opierała się właśnie na kombinacji prościutkich, ale chwytliwych piosenek, ciekawych układów tanecznych i tego przedziwnego, lekko głupkowatego wizerunku, który dziewczyny niezwykle zgrabnie sprzedają.

Mógłbym tu rzucić komentarz, co do podobieństwa dwóch koncepcji, ale mam wrażenie, że każda zbyt silnie sformułowana opinia byłaby przedwczesna. Sytuacja T-ary jest na pewno nieciekawa i wytwórnia najwyraźniej próbuje wskrzesić dawno pogrzebany projekt, by wypełnić powstałą lukę.

A jednak nie stawiałbym jeszcze krzyżyka przy T-arze. Dawny blask tej grupy jest zbyt kuszący, by CCM tak po prostu odpuściło dalsze próby odbudowania ich wizerunku. Tworzenie im sztucznej konkurencji nie wydaje się najlepszym pomysłem, ale kto wie, może CCM chce zmienić wizerunek T-ara? Z jednej strony te głupkowate miny to żywioł tej grupy, z drugiej strony ten sympatyczny wizerunek coraz mniej pasuje do bandy wyrastających kobiet o zszarganej reputacji.

Ciekawszą kwestią wydaje mi się eniogmatyczne "PART 2" w nazwie klipu. Czy ja już wspominałem, że CCM jest dziwne? Bo jest. Oni mają takie drobne zboczenie na punkcie teledysków, które każe im nagrywać całe godziny klipów do piosenek. Teledysk to nie teledysk, jeżeli trwa krócej niż 5 minut, a najlepiej żeby trwał ponad 10. I żeby był w kilku wersjach. Poważnie, któryś z klipów T-ary ma ponad 15 minut! "PART 1" teledysku do "Roly Poly", czyli jego pełna wersja, trwa niewiele mniej, bo blisko 13 minut. Skoro nie macie nic lepszego do roboty...



Mało Wam? Naprawdę prosicie się o nieszczęście. W otchłaniach internetu czyha jeszcze jeden klip T-ara w stylizacji retro - również uderzająco podobny, przynajmniej pod pewnymi względami, do powrotu F-ve Dolls. Ale uprzedzam, że poniższy klip odpalacie na własną odpowiedzialność. Nagranie nie ląduje nawet w oficjalnych dyskografiach grupy, to podobno jakiś cover nagrany na potrzeby zewnętrznego projektu. Przemyślcie, czy naprawdę chcecie to kliknąć.



Celowo dałem wersję z nieoficjalnego kanału, bo ma lepsze audio :) Ale jeżeli koniecznie chcecie coś z oficjalnych źródeł, to służę uprzejmie, piosenka naturalnie ma alternatywny teledysk, w końcu to CCM.



A przecież ostrzegałem :) Jeżeli zabrnęliście aż tutaj, to albo jesteście niezwykle odporni, albo... Już znacie te klipy. W każdym razie, na zakończenie

BONUS
Dowód niezwykłej popularności, jaką niegdyś cieszyła się T-ara.