Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ga-Yoon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ga-Yoon. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 marca 2014

4Minute - 오늘 뭐해 / Whatcha Doin' Today

K-pop to przemysł. Rozrywkowy, bo rozrywkowy, ale wciąż przemysł. Ostatnio łatwo o tym zapomnieć, bo a to ktoś wypuści rewelacyjny teledysk, a to ktoś pobawi się muzyką i skleci coś naprawdę ciekawego. Jednak prędzej czy później za sprawą magicznych słów na "p" - popyt i podaż - zostaję brutalnie sprowadzony na ziemię.

Od jakiegoś roku mistrzyniami w tej dziedzinie są dziewczyny z 4Minute. Nie mogę powiedzieć, że mam coś przeciwko tej formacji, w jej dorobku jest kilka naprawdę fajnych piosenek. Jednak zeszłoroczne "What's Your Name?" (>>TUTAJ<<) było tak słabe, że od oglądania teledysku bolała mnie głowa - naprawdę, odczuwałem fizyczny ból patrząc na klip i słuchając utworu. Niestety dla mnie - bo myślę, że sama grupa za bardzo nie rozpacza - kawałek okazał się dużym hitem.

Nie chodzi o to, że ze względu na osobiste doświadczenia z piosenką chciałbym pozbawić 4Minute sławy i chwały - nic z tych rzeczy. Chodzi znów o magiczne słówka na "p". - Spodobało się? No to damy wam więcej - zdają się mówić szefowie Cube Entertainment, bo nie dość, że latem dziewczyny pytały jeszcze publikę "Is It Poppin'?" (>>TUTAJ<<), to teraz powracają z nową zagadką "Whatcha Doin' Today". I wszystkie te piosenki i teledyski są sklecone na jedno kopyto, odlane z tej samej formy. Atak klonów.



Głowa mnie nie boli, więc aż tak źle jak przed rokiem nie jest. ale czy jest dobrze? Niestety, do tego daleko. Trochę dziwna sprawa, bo koniec końców piosenka jest przeciętna, ale w żadnym razie nie tragiczna - zdecydowanie ma swoje pozytywne momenty i ogólnie widzę na jakiej podstawie może punktować na plus. Teledysk natomiast jest zdecydowanie zrobiony z pomysłem, widać co twórcy chcieli osiągnąć i trzeba przyznać, że z grubsza im wyszło. Sęk w tym, że mimo to w moim odczuciu ten klip jest zwyczajnie brzydki, a momentami nawet wizualnie wulgarny, co zresztą jest głębszym problemem Cube Entertainment.

Nie mam pojęcia dlaczego ludzie z CE uparli się, żeby ładować Hyunę w takie szmatławe stylizacje, szczególnie kiedy sama dziewczyna, według obiegowej opinii, prywatnie jest absolutnym zaprzeczeniem takiego wizerunku. Ale nie tylko o Hyunę tutaj chodzi - te wszystkie sedesy, kucania, postękiwania i wypinania - to po prostu jest bardzo, bardzo niskie. I może bym to wszystko wybaczył, bo widywałem gorsze rzeczy w teledyskach, gdyby nie szersza wizualna otoczka.

Rozumiem, że ten lateks i te dzikie kolory są częścią żartobliwej stylizacji, ale dla mnie wygląda to jak plama oleju pływająca w brudnej kałuży. Niby widać wszystkie kolory tęczy, a jednak pierwszą reakcją jest u mnie wstręt. Może byłoby inaczej, gdyby teledysk nie wyglądał tak tanio - z ekranu zieje gipsem i kartonem. Samo wykonanie z czysto filmowego punktu widzenia też nie jest najlepsze, jakieś takie zimne i szkolne - poprawne, ale pozbawione wyczucia i polotu.

Przyznam z lekką nutką zażenowania, że są tu momenty, które mnie autentycznie śmieszą, szczególnie na początku i końcu klipu - w żadnym razie nie wszystkie gagi do mnie trafiają, ale niektórym się udaje. Sęk w tym, że w środku teledysku i tak zieje wyrwa, w której absolutnie nic się nie dzieje - jest po prostu brzydko i nudno.

Co do piosenki, to jej najjaśniejszym punktem są zdecydowanie refreny, które momentami są przyjemnie melodyjne, a w całości są po prostu bardzo chwytliwe. Następnym mocnym punktem tej piosenki jest tekst, który nie jest może skomplikowany, ale jest pozytywny i rozumiem jak ludzie mogą chcieć słuchać takiej żartobliwej, pozytywnej piosenki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.

Tekst jest akurat sporym plusem, który sprawia, że nawet teledysk okazuje się ciutek bardziej strawny, jednak trzeba też przyznać, że poza wymienionymi pozytywami, sama piosenka nie ma już wiele więcej do zaoferowania. Sporym problemem jest wokalna strona zwrotek - momentami nie są one ani śpiewane, ani rapowane - są po prostu gadane, wyklepane jak na szkolnej ceremonii, nie tylko bez pomysłu, ale nawet bez nuty charyzmy w głosie (Jihyun!).

Od strony czysto muzycznej jest to ten sam pomysł, co w wypadku dwóch poprzednich singli grupy, tylko delikatnie zmieniono opakowanie. Tym razem sporą rolę odgrywają dęte sample, które nawet zgrabnie akcentują humorystyczny charaketr projektu. Sęk w tym, że ten muzyczny pomysł to od początku nie moja bajka i choć prawdopodobnie jest to najlepsza spośród trzech kompozycji, to wciąż, nie na tyle dobra, żebym widział powód, żeby jej w ogóle słuchać.

Ku mojej rozpaczy piosenka już odniosła sukces, zaliczając all-kill na listach przebojów i zapewne całkiem nieźle poradzi sobie także w programach telewizyjnych, nawet pomimo silnej konkurencji. Ponownie nie chodzi mi o to, by źle życzyć samemu 4Minute. Po prostu publika nagradza projekt, który moim zdaniem jest słaby, a to z kolei oznacza, że najprawdopodobniej w najbliższym czasie Cube Entertainment nie zmieni swojej polityki wobec 4Minute i będę dostawał jeszcze więcej takich nagrań. A tego nie chcę.

sobota, 6 lipca 2013

4Minute - Is It Poppin'?

Nie wiem jak to się stało, ale poprzednie nagranie 4Minute - "What's Your Name?" (>>TUTAJ<<) stało się calkiem sporym przebojem, przez kilka tygodni królując przynajmniej na telewizyjnych listach przebojów. Ta piosenka była zwyczajnie słaba, może chwytliwa, ale przede wszystkim słaba. Co ciekawe, towarzyszący jej maxi-singiel był załadowany znacznie lepszymi nagraniami, które do tej pory potrafią zagościć w moich słuchawkach. Zainteresowanych zawartością maxi-singla odsyłam >>TUTAJ<<.

Tak czy inaczej, wytwórnia zdecydowała się iść za ciosem i ledwo dziewczyny zamknęły jedne promocje, powróciły na sceny z nową piosenką - "Is It Poppin'?". Dobry tydzień zabierałem się do tej piosenki, bo choć jest wyraźnie lepsza od poprzedniego nagrania, to jakoś nie potrafi mnie przekonać. Wpada w tak nielubiany przeze mnie nurt nagrań wakacyjnych. W dodatku ma niewielkie szanse na zaistnienie, bo z jednej strony Sistar jeszcze nie zakończyło promocji swojego albumu (>>TUTAJ<<), a z drugiej strony zbliża się długo wyczekiwany comeback 2NE1.



Prawdopodobnie w najbliższych akapitach będę strasznie psioczył na to nagranie, chociaż w gruncie rzeczy wcale mi nie przeszkadza. Zacznijmy od brzmienia. Za piosenką znów stoi Brave Brothers i to poniekąd słychać, bo z jednej strony pobrzmiewają tu jeszcze echa dźwięków "What's Your Name?" - choć o niebo lepiej wykorzystanych - a z drugiej strony piosenka niewytłumaczalnie ma w sobie coś z kawałka After School RED "In The Night Sky". Choć tu znów mam wrażenie, że bezpośrednie porównanie wypadałoby na korzyść nowej piosenki 4Minute.

Czy wspominałem już, że niedobrze mi się robi na widok kolorów, które chwilowo dominują w modzie? Na pewno o tym pisałem, ale napiszę jeszcze raz. Nie mogę patrzeć na te wszystkie oczojebne, pstrokate odcienie. Dlatego z niejaką ulgą, a nawet delikatnym niedowierzaniem przyjmuję, że chociaż w tym teledysku udało się te kolory nieco okiełznać.

Muszę też przyznać, że w ogóle całkiem zgrabnie wystylizowano wszystkie dziewczyny. Na szczególną uwagę zasługuje jednak HyunA, która w tych ciemnych włosach i z kadrami prezentującymi jej spojrzenie spode łba wygląda rewelacyjnie - drapieżnie, seksownie, ale w żadnym razie nie w wulgarny sposób. A to w jej przypadku wcale nie jest stałą, bo nie dość, że dziewczyna ma nietypową urodę i nie każda stylizacja jej pasuje, to w ostatnim czasie wytwórnia w jej wypadku stawiała na dość szmatławy wizerunek.

W ogóle przyjęta stylizacja jest nieco zaskakująca w świetle ostatnich trendów. W strojach dominuje zestawienie bieli i granatu, znienawidzone przeze mnie kolorki ograniczają się raczej do dodatków, przy tym ilość wykorzystanych barw wydaje się jakoś rozsądnie zredukowana. Jakby tego było mało, dziewczyny z 4Minute są bardziej ubrane niż rozebrane - nawet jakoś szczególnie nie prężą ciał. Oczywiście jest trochę golizny, ale nie ze strony samych wokalistek. Zaskakująco jest to głównie męska golizna... A feee, -5 punktów.

Najśmieszniejsze jest jednak dla mnie to, że dziewczyny nie uniknęły kontrowersji. Ba, one dostały telewizyjnego i radiowego bana od sieci KBS! Powód? W piosence pojawia się słowo "dupa". Tu warto może napomknąć o czym są słowa tej piosenki. Ano o dziewczynie, która próbuje dodzwonić się w środku nocy do swojego chłopaka, który imprezuje bez niej. Wszystko w celu aby wygrać mecz aby powiedzieć mu żeby ruszył dupę do domu. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.

Byłbym nawet w stanie to wszystko kupić, gdyby słowa trochę lepiej wiązały się z teledyskiem. A tak ani wokalistki nie wyglądają na szczególnie przejęte, ani na horyzoncie nie widać żadnego konkretnego wcielenia naszego głównego antagonisty. Wręcz przeciwnie, to dziewczyny dobrze się bawią. I na dodatek jeszcze ten nieszczęsny pożar. Nie jest on może aż tak losowy jak wysyp zombie w poprzednim teledysku, ale jakichś poważniejszych powiązań przyczynowo-skutkowych lepiej się tu nie dopatrywać. Ot gorąca impreza, więc aż dach się zajął. Właściwie jedynym poważniejszym nawiązaniem do tekstu piosenki jest kilka gestów wykonywanych przez dziewczyny i telefon pojawiający się na początku teledysku.

Wracając jeszcze na moment do piosenki. W zasadzie mam do niej jedno konstruktywne zatrzeżenie. Kiepsko wykorzystuje głosy 2Yoon czyli Gayoon i Jiyoon. To dwa wiodące wokale tej formacji, ale w tej piosence nie dostają za bardzo miejsca żeby to pokazać. Trochę to pachnie równaniem w dół. Natomiast podoba mi się ten lekko wodny klimat podkładu, dodatkowo uwypuklony dzięki samplowi dźwięku... No właśnie, czego to właściwie jest dźwięk? Otwieranej puszki? W każdym razie brzmi orzeźwiająco.

BONUS
4Minute - "Is It Poppin'?" @ Music Core 06.07.2013


sobota, 27 kwietnia 2013

4Minute - Whatever + Domino + Gimme That

No tak, wczoraj zacząłem od narzekania na zalew nowych tematów, a dzisiaj zamiast ruszyć któryś z nich, dalej drążę wątek 4Minute. Dlaczego? Przez własną parszywą dociekliwość... Pomimo tego, że nie jestem żadnym fanboyem 4Minute i ich muzyka do tej pory nieszczególnie do mnie trafiała, rozmiar muzycznej klęski jaką jest ich nowy title-track "What's Your Name?" zmusił mnie do dalszego grzebania w tym temacie.

W głowie nie mieściło mi się, że ktoś mógł wybrać tak słabe nagranie na utwór promujący mini-album, tym bardziej, że piosenka "Whatever" wykonana przy okazji comebacku na antenie programu Music Bank zabrzmiała w moich uszach o niebo lepiej. Postanowiłem więc przejrzeć całe wydawnictwo - nie jest tego znowu tak dużo, raptem 4 piosenki, z czego dwie już wymieniłem. W każdym razie, pod pewnymi względami zaglądanie na ten krążek było moim błędem.

Zamiast dostać jakąś rozsądną odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, które najzwięźlej można sformułować jako  "DLA-CZE-GO?", zostałem zdzielony przez łeb rzeczywistością. Ktoś w Cube Entertainment albo jest idiotą, albo jest sabotażystą - tak czy inaczej powinien ponieść konsekwencje swoich decyzji, które przeczą wszelkiej logice. Otóż na title-track albumu wybrano najsłabszą piosenkę na płycie. Mało tego, jest to jedyna zła piosenka na całym wydawnictwie, podczas gdy pozostałe piosenki są co najmniej dobre.

Na początek wróćmy jeszcze na moment do "What's Your Name?". Wczoraj napisałem, że gdyby nie ten dziwny zapętlony dźwięk, który przyprawiał mnie o ból głowy, piosenka pewnie byłaby strawna. Myliłem się i to podwójnie. Jak się okazuje to dopiero połączenie irytującego dźwięku z paskudnymi kolorami teledysku rozsadza mi czaszkę. Samo audio o dziwo jestem w stanie przetrwać. Moja druga pomyłka tyczy się strawności tego nagrania, które teraz mogłem na spokojnie ocenić. Cóż, ta piosenka - nawet kiedy nie próbuje mnie bezpośrednio zabić - jest śmiertelnie nudna i monotonna. Jestem skłonny uwierzyć, że to właśnie ta piosenka służy za kuranty w domu Śmierci. Albo jest przynajmniej ustawiona jako dzwonek w telefonie.

Dobra, koniec pastwienia się. Mikołajowi skończyły się rózgi, teraz będzie rozdawał dzieciom granaty i choroby weneryczne prezenty i miłość. Zaczynamy od "Whatever".



Można nie lubić takich muzycznych klimatów, ale trzeba przyznać, że w swoim rodzaju jest to świetne nagranie - z kilkoma ciekawymi elementami, chwytliwym refrenem, od którego już nie mogę się uwolnić, i niezłym pomysłem na całość kompozycji. Oczywiście po uszach bije szybki beat z drugiej części piosenki, który nie może się nie kojarzyć z tegorocznym hitem "I Got A Boy" (>>TUTAJ<<) foramcji Girls' Generation. Jednak mam wrażenie, że 4Minute robi zdecydowanie lepszy użytek z tego elementu.

Motywem przewodnim jest pewne rodzielenie podkładu i wokalu, bo obie części tej piosenki żyją osobnym życiem, choć wydają się komponować. Jest to zabieg jak najbardziej celowy, bo elektroniczne dźwięki w zwrotkach mają służyć jedynie za luźny podkład pod słowa stylizowane na rapowy freestyle. Z kolei każde powtórzenie refrenu odbywa się w zmienionej aranżacji, przy czym ostatnia wersja jest złożeniem dwóch pierwszych. Rozdzielenie głosów i akompaniamentu jest dodatkowo wzmocnione produkcyjnie. Nie wiem jak dokładnie osiągnięto ten efekt, ale w piosence słychać cieniutką warstwę buforowej ciszy pomiędzy obydwoma wątkami piosenki. Strasznie podoba mi się ten zabieg, ale i tak nie tak bardzo jak chórki wplecione w refrenowe tło.

Ta piosenka śmiało zasługuje na to, żeby promować krążek. Szczególnie jeśli zajrzycie do poprzedniego wpisu (>>TUTAJ<<) i obejrzycie występ telewizyjny, gdzie dziewczyny prezentują kawał ciekawej choreografii do tej piosenki. Wciąż mam odobinę nadziei, że "What's Your Name?" to tylko taka piosenka na rozgrzewkę, która dalej w trakcie promocji zostanie zastąpiona przez "Whatever"... albo "Domino".



Kolejne bardzo dobre, przebojowe nagranie z pomysłem. Tym razem motywem przewodnim jest zabawa dynamiką, przy nieustannym utrzymaniu mocy w brzmieniu poprzez silny, instrumentalny, lekko rockowy beat. Mam nieco odległe skojarzenie z taką starą, starą piosenką brytyjskiego girls bandu Girls Aloud zatytułowaną "Sound Of The Underground". W sumie nie wiem skąd to porównanie, bo ogólnie rzecz biorąc są to dwie całkiem różne piosenki, ale w obydwu produkcjach czuję podobny klimat.

Sama piosenka otwiera się dużym budowaniem energii, która zostaje umiejętnie przyduszona prostym przejściem. Następująca po nim zwrotka jest już nieco wytłumiona, ale moc nie znika całkowicie, bo przeradza się w zwiększoną dynamikę tej sekcji. Jednocześnie, w miarę rozwoju zwrotki, wokal też zaczyna narastać. Potem wchodzimy w most przed refrenem, piosenka zwalnia, ale znów rośnie moc brzmienia. Jeszcze krótkie przejście i jesteśmy w refrenie, który znów jest dynamiczny, a przy tym niezwykle płynny w porównaniu do reszty piosenki, przez co świetnie rozładowuje zebraną do tej pory energię. Przy czym sam refren kończy się znów sekcją budującą napięcie i wkręcającą słuchacza w piosenkę.

Dalej utwór bazuje na podobnych zabiegach, wciąż utrzymując uwagę słuchacza. Warto też zwrócić uwagę na dosyć szeroką gamę zastosowanych dźwięków. Oprócz wspomnianego beatu i wszelakiej maści elektronicznych efektów, słychać też drobne akcenty na gitarze elektrycznej. Jednak kluczowe w całej kompozycji są fantastycznie brzmiące, surowe, nieco folkowe skrzypce, które dają kawałkowi turbodoładowanie w okolicach refrenów.

Zostało jeszcze "Gimme That".



Ta piosenkanie nie ma dla mnie tego czegoś, co słyszę w dwóch nagraniach powyżej, bo cały pomysł na nią sprowadza się do świetnego wykonania pewnej standardowej koncepcji. Niemniej jednak jest to wciąż bardzo dobra piosenka, znów opatrzona dobrym refrenem i ciekawym haczykiem z fajnym zejściem w dół po dźwiękach. Ta piosenka to rap + elektronika + łatwo wyczuwalny rytm i okazjonalne bujanko. Natomiast jeszcze raz podkreślę, że jest to wszystko bardzo dobrze wykonane, przede wszystkim zróżnicowane w obrębie jednej estetyki, przez co - w przeciwieństwie do "What's Your Name?" - nie nudzi.

A propos nudzenia, to chyba wypada kończyć. Wciąż nie mam pojęcia, co dokładnie próbowali osiągnąć ludzie z Cube Entertainment dokonując wyboru title-tracku do nowego wydawnictwa. Mam tylko nadzieję, że jeszcze się zreflektują, bo marnują naprawdę dobre nagrania kosztem promowania chłamu, który w dodatku usilnie stara się naśladować wygląd i brzmienie innych wykonawców, styl 4Minute pozostawiając gdzieś w głębokim tle.

piątek, 26 kwietnia 2013

4Minute - What's Your Name? (이름이 뭐예요?)

No tak, jak przez cały kwiecień działo się niewiele, tak teraz nagle branża dostała głupawki i sam nie wiem o czym pisać. Tylko tej nocy pokazano premierowo kilka teledysków dużych grup, a następne dni przyniosą kolejne. W dodatku zaczyna się sezon na hallyu* i koreańscy wykonawcy będą dawali koncerty we wszelkich zakątkach globu. Np. Mnet właśnie umieścił w sieci nagranie ze specjalnego koncertu z cyklu Global Mcountdown, który dopiero co odbył się na Tajwanie. A to dopiero początek.

* Hallyu, lub inaczej Korean Wave, to zjawisko popularności koreańskiej popkultury poza granicami tego kraju. Hallyu początkowo dotykało kraje regionu, ale zaczyna rozprzestrzeniać się coraz bardziej, a stacje telewizyjne i wytwórnie muzyczne robią wiele, by temu zjawisku pomóc organizując specjalne sceny, koncerty i spotkania z fanami w różnych krajach. Ostatnio popularnym kierunkiem jest Ameryka Południowa, która w tym roku ma doczekać się kilku takich wydarzeń.

W każdym razie nie chce mi się i nie mam czasu płodzić kilku tekstów dziennie, więc siłą rzeczy musiałem wybrać jakiegoś bohatera dzisiejszego wpisu. Padło nie tyle na bohatera, co na piątkę bohaterek, choć z góry muszę zaznaczyć, że najnowsza odsłona 4Minute nieszczególnie przypadła mi do gustu. A przecież po teaserach obniżyłem nieco oczekiwania.



Mam do tej piosenki całą furę zastrzeżeń, a jednak tylko jedno z nich decyduje o tym, że ta piosenka ląduje u mnie po niewłaśiwej stronie skali. Mam wrażenie, że gdyby nie to, całość byłaby całkiem strawna. Przeszkodą nie do przebrnięcia jest dla mnie podkład, a raczej ten zapętlony elektroniczny dźwięk, który stanowi jego dominującą część. Nie dość, że sam dźwięk nie jest szczególnie pomysłowy, to jeszcze strasznie, ale to strasznie męczy uszy.

Co z tego, że melodyjny most przed refrenem śpiewany przez Ga-yoon jest autentycznie przyjemny. Co z tego, że w końcówce utworu pojawia się bardzo ciekawe i pomysłowe elektroniczne przejście. Co z tego, że przy swojej monotonii i prostocie piosenka jest nawet chwytliwa. To wszystko nie może mieć dla mnie najmniejszego znaczenia, skoro od tego cholernego, przewodniego dźwięku łeb mi pęka i chcę ściągnąć słuchawki.

Drugie zastrzeżenie, które akurat nie gra większej roli w odbiorze tego utworu to stylizacja. Widać olbrzymie inspiracje wyglądem i brzmieniem SNSD z ich styczniowego powrotu z piosenką "I Got A Boy" (>>TUTAJ<<). Jakkolwiek strasznie to zabrzmi, wolę Girls' Generation. Nie to żebym miał coś do tej formacji, ale "I Got A Boy" nie przypadło mi do gustu. A jednak tamta piosenka miała tylko swoje problemy wplecione w całkiem niezłe nagranie, podczas gdy piosenkę 4Minute odbieram jako pozytywy wplecione w jeden gigantyczny, fundamentalny problem.

Chociaż muszę też przyznać, że od strony wizerunku 4Minute z tą stylizacją poradziło sobie zdecydowanie lepiej. Ciuchy mają w sobie zdecydowanie więcej charakteru i zdecydowanie mniej różu. No i co tu dużo kryć, taki wizerunek to zdecydowanie bajka 4Minute, podczas gdy SNSD wyglądało w tym jak w garnitrurze po ojcu. Jeśli miałbym mieć jakieś zastrzeżenia co do to do wyglądu So-Hyun. W tej fryzurze i ciuchach wygląda jak pięcioletnie dziecko, które wpadło w złe towarzystwo i teraz nie myje zębów przed snem. Nie wiem czy to jakieś celowe zagranie pod wielbicieli aegyo, ale dla mnie nie działa.

Oczywiście na drugim biegunie jest HyunA, której wizerunek wydaje się być coraz ostrzejszy. Chociaż muszę przyznać, że chyba pierwszy raz autentycznie kupuję to, co z nią zrobiono. Wcześniej widziałem jakiś niespójności, tu wszystko do siebie pasuje. Inna sprawa, że jej strój i taniec już stał się przyczyną nowych zmarszczek u obrońców moralności (których szczerze powiedziawszy nawet nie krytykuję, niech robią swoje, bo jednak racji trochę mają).

Inną bolączką tego nagrania, choć znów nie tak poważną by przesądzać o czymkolwiek, jest teledysk, który momentami jest zwyczajnie brzydki i męczy oczy. Nie chodzi o stroje czy wizerunek 4Minute, tylko scenografię. Kolory chwilami domagają się żebym poszedł do kuchni po nóż i wyszedł na miasto mordować. Sen psychopaty, w dodatku o marnym zmyśle estetycznym. Oczywiście nie tyczy się to całości, ale chociażby różowe sceny wydają sie koszmarne. Oczojebna zieleń też momentami daje w kość.

W dodatku cały klip wygląda jak nieślubne dziecko wspomnianego wcześniej "I Got A Boy" SNSD, "So Cool" Sistar i "Ice Cream" (>>TUTAJ<<) Hyuny (zresztą brzmieniowe podobieństwa w piosence też słychać). Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że za całą czwórką teledysków stoją ci sami ludzie. No i jeszcze motyw z zombie. W zeszłym roku T-ara wypuściła do piosenki "Lovey-dovey" klip w wersji "zombie". Pomysł był baaardzo podobny, ale wtedy raz, że wydawał się świeższy; dwa, że został nieco lepiej wykonany; trzy, że był motywem przewodnim klipu, a nie wtf-em atakującym jak czołg - znienacka.

Ale najgorsze jest to, że 4Minute na nowym wydawnictwie zostawiło piosenkę lepszą. "Whatever", które zaprezentowano przy okazji comebacku na antenie Music Bank, jest pod każdym względem lepsze. Ma więcej charakteru, nie drażni uszu, wydaje się mieć ciekawszą choreografię i brzmieniowo jest bardziej w klimacie 4Minute, choć w pewnym momencie znów kłania się koleżankom z SNSD i ich "I Got A Boy". Mam wrażenie, że właśnie ta usilna próba skopiowania Girls' Generation jest tym, co zadecydowało o wyborze title-tracku nowego mini-albumu.



POSTSCRIPTUM
Wiedziony dociekliwością postanowiłemprzejrzeć pozostałe nagrania z mini-albumu i okazuje się, że wszystkie są zdecydowanie lepsze od "What's Your Name". Więcej na ten temat >>TUTAJ<<.

POSTSCRIPTUM 2
W trakcie trwania promocji dla piosenki "What's Your Name?", przez pewien okres (ponad tydzień) 4Minute występowało bez Hyuny. Powodem jej absencji było... przepracowanie. Ale nie rozumiany z punktu widzenia przeciętnego europejczyka. Hyuna przepracowała się do tego stopnia, że dostała poważnej gorączki, a jej organizm uległ wyraźnemu odwodnieniu. Sytuacja była na tyle poważna, że wokalistka wymagała kilkudniowej hospitalizacji, a wytwórnia nie naciskała na jej powrót, choć jej absencja wypadła w gorącym okresie plenerowych występów, w tym w tegorocznej edycji "Dream Concert", który po raz kolejny wypełnił seulski stadion Sangam, arenę półfinału MŚ w piłce nożnej 2002 (sprzedano ponad 45 000 wejściówek, pełna pojemność trybun obiektu to ponad 66 000, ale trzeba pamiętać, że nie można sprzedawać biletów na miejsca za sceną).

Co ciekawe, piosenka zimno odebrana przez krytyków świetnie radzi sobie na listach przebojów, tydzień za tygodniem utrzymując się na pierwszych miejscach w telewizyjnych audycjach.

niedziela, 20 stycznia 2013

2Yoon - 24/7

Pod koniec zeszłego roku Cube Entertainment ogłosiło utworzenie dwuosobowej podgrupy formacji 4Minute złożonej z Gayoon i Jiyoon. Nie kombinowano z nazwą i nowy twór nazwano po prostu 2Yoon. W pierwszej chwili nawet sporo obiecywałem sobie po ich debiucie, obie wokalistki to najlepsze głosy w 4Minute. Ale potem gruchnęła kolejna wiadomość - debiutanckie nagranie będzie w konwencji "country western dance pop".

Nie miałem pojęcia, co to dokładnie znaczy, ale zabrzmiało groźnie. Oczekiwania zostały zredukowane o jakieś 80%, procedury bezpieczeństwa związane z ograniczaniem rozczarowania wdrożono. A potem nadszedł teaser teledysku. Teaser, na który nie byłem gotowy. Wy bądźcie. Zło jest blisko.



Gdyby to był vlog, przez kilkanaście sekund robiłbym dziwne miny pełne przerażenia i cierpienia, jednocześnie próbując wyartykułować z siebie jakiekolwiek słowo, przy tym bezradnie i bezładnie gestykulując. Na szczęście nie będę robił vloga, bo prędzej czy później wyglądałby jak video powyżej. W każdym razie debiutu 2Yoon przestałem wypatrywać, zacząłem się go obawiać. Ale jak przyszło co do czego, to i tak obejrzałem. Ciekawskie ze mnie bydlę, nic nie poradzę.



Zgodnie z przewidywaniami, dziewczyny pokazały, że potrafią śpiewać, ale wszystko inne jest w najlepszym wypadku dziwne. Nie najgorszy tekst (który możecie znaleźć przetłumaczony na angielski >>TUTAJ<<) został naszpikowany jakimiś bezsensownymi frazami po angielsku, które brzmią jak wetknięte na siłę i całkowicie zaburzają przebieg piosenki. W dodatku motywy "get down" i "boom-clap" w identycznej lub łudząco podobnej formie pojawiały się w piosenkach B.A.P (lub jakiegoś innego boysbandu, ale że ja w miarę dobrze kojarzę tylko B.A.P, to na nich właśnie postawię).

Enigmatyczny "country western dance pop" okazał się być innym określeniem na elektroniczny chaos/hałas poparty wstawkami na banjo. Nawet do wykorzystania wokalu muszę się przyczepić, bo choć niektóre linie są przyjemne do ucha, to kompozycyjnie popis wokalny Gayoon pasuje do tej piosenki jak Gullwing do zjazdu pickupów.

Chyba najgorsza jest jednak strona wizualna. Stylizacja na dziki zachód - okej, ale dalej jest jeszcze stylizacja stylizacji. Dostajemy beztrosko podrygujące rodziny z dziećmi, pijanego wujka na maszynie do rodeo, ale kolorystycznie ten plan wygląda raczej jak przygotowany pod jakąś live-action adaptację przygód Scooby-doo. No i te stroje... Ja wiem, że trzeba zareklamować ciuchy z sieciówek, ale Myszka Miki? Naprawdę? Dlaczego nie przebrali kogoś za Statuę Wolności?

Ta piosenka i ten klip mają jeden wspólny mianownik, który na dłuższą metę czyni całość mało atrakcyjną. Mianowicie ani piosenka, ani teledysk, pomimo bardzo, bardzo usilnych starań (a może właśnie ze względu na nie) nie są ciekawe. Piosenka upstrzona jakimiś niepotrzebnymi wtrąceniami wcale nie jest przez nie bardziej atrakcyjna. Uproszczony do bólu, ale za to hałaśliwy podkład nie jest wcale bardziej chwytliwy. Bo sama piosenka śpiewana przez wokalistki wcale nie jest taka zła. Choć nie lubię country, to uważam, że gdyby miała bardziej wystylizowany instrumentalny podkład, pewnie byłaby o wiele ciekawsza. No i przydałby się jej inny teledysk, bo ten dla mnie to porażka. Usilnie próbuje być sympatyczny, ale kolorystycznie jest straszny - w obydwu tego słowa znaczeniach.

niedziela, 30 grudnia 2012

Mystic White - Mermaid vs Dazzling Red - This Person

Okej, powiedziałem A, pora powiedzieć B. W poprzednim wpisie przedstawiłem grupę Dazzling Red i jej kawałek "This Person", kto nie czytał, a ma zamiar przebrnąć przez dzisiejszy tekst, odsyłam >>TUTAJ<<. Teraz pora na konkurencję w postaci Mystic White i porównanie obydwu występów.

Zarówno Mystic White, jak i Dazzling Red, są częścią większego projektu nazwanego "The Color Of K-Pop", który z grubsza wyjaśniłem właśnie przy okazji poprzedniego wpisu. W skład Mystic White wchodzą Jiyoung (KARA), Bora (Sistar), Lizzy (After School / Orange Caramel), Sunhwa (Secret) oraz Gayoon (4Minute). W porównaniu do Dazzling Red, zestawienie grupy wydaje się nieco bardziej drugoplanowe, co nie oznacza, że wylądowały tu anonimy czy złe wokalistki. Paradoksalnie przemówi to na korzyść grupy, ale o tym później.

Zacznijmy od samej piosenki. Nie wiem kto jest jej producentem i nie chce mi się tej informacji szukać. Z pewnością jest to jakaś tuza koreańskiego rynku, marką nie ustępująca Brave Brothers czy Shinsadongowi Tigerowi (może to nawet on, ale raczej nie), którzy także brali udział w tym projekcie. Kto by to nie był, podołał zadaniu, bo pomimo kilku zastrzeżeń, piosenka wyszła niezła, szczególnie chwytliwy jest refren. Niestety momentami atakują mnie połączone siły koreańskiego-angielskiego i aegyo, ale czego innego spodziewać się po piosence zatytułowanej "Syrenka" (albo nawet "Królewna syrenek").



Zaskakująco, piosenka nie jest o syrence. Syrenka to tylko niezłe porównanie powtarzające się w refrenie "przyjdź po mnie, zanim jak królewna syrenek stanę się falami". Niestety tekst ten ląduje gdzieś pomiędzy "kiss me, oh kiss me" i "I know you know love me you know I know kiss me", które to słowa, nawet po zaaplikowaniu rozsądnej interpunkcji, brzmią jak brednie kogoś tuż przed, tuż po albo będącego właśnie w trakcie lobotomii.

Co gorsza, głupie słowa są dodatkowo akcentowane przez bardziej banalne brzmienie tych segmentów. Cóż - aegyo. Ale jeżeli przecierpieć azjatycką, wielkooką słodycz, piosenka jest naprawdę niezła. Całość już od pierwszych dźwięków pachnie morzem, świetna jest wstawka na saksofonie pod koniec piosenki i poprzedzające ją przejście, a refren może nie nazbyt skomplikowany, ale szalenie chwytliwy, nie pozwala piosence utonąć, nieważne jak zła byłaby jej reszta.

Ale te nagrania to dopiero połowa historii. Podczas tegorocznego "SBS Gayo Daejun" grupy zaprezentowały się na żywo i cóż, w moim odczuciu Mystic White wypadło zdecydowanie najlepiej. Dynamic Black dało chyba nieco lepsze show, ale zdecydowanie gorzej mi się ich słuchało. Tymczasem u Mystic White zadziałało niemal wszystko.



Wejście dziewczyny miały spektakularne, do tego w trakcie piosenki też fajnie wykorzystano system platform. Całość wykończyło przejście na frontową część sceny, a prosta piosenka brzmiała bardzo podobnie do wersji studyjnej. Do tego dochodzi sympatyczny, naładowany pozytywną energią wizerunek grupy, z Lizzy na czele, który pozwalał przymknąć oko na wszelkie drobne nieporadności. Połączenie uroku i subtelnej zmysłowości, dodatkowo zaakcentowane bardzo dobrymi, dopasowanymi kostiumami, które dość wyraźnie różniły się między sobą detalami, jednak utrzymane były w jednorodnej stylizacji. Wszystko zlewało się w spójną, może nie porywającą, ale pozytywną całość.

A jak poradziło sobie Dazzling Red, które w moim odczuciu piosenkę ma zdecydowanie lepszą? No cóż, może nie kiepsko, ale zdecydowanie poniżej oczekiwań.



Zacznijmy od intra. Segment wideo jest dobry - fajnie pomyślany, klimatycznie zrealizowany i co najwyżej ciutek za długi. No i realizatorzy nie podarowali sobie przyjemności wyeksponowania nóg Nany, które to nogi są zresztą źródłem pewnych kłopotów, o czym dalej. Sęk w tym, że intro sceniczne tak dobre już nie jest. Mało zajmujące, za długie i zwiastujące największy problem całego występu - absolutny brak scenicznej chemii pomiędzy wokalistkami.

Ten utwór to energetyczna bomba, ale żeby ją detonować na scenie, trzeba najpierw zebrać sporo energii w jednym miejscu. Tymczasem cały występ został przeprowadzony tak, że tę energię tłumił i rozpraszał. Coś szwankowało z audio, prawdopodobnie playback, i w piosenkę wdzierał się wyraźny metaliczny pogłos. Przez sporą część występu dziewczyny były rozproszone po scenie, zamiast stać jak najbliżej siebie. Zamiast ze sobą współdziałąć, co narzuca sam sposób podziału wersów między wokalistki, każda stała gdzieś tam sama, klepiąc swoją partię, nie patrząc na resztę.

Rozumiem, że to był jeden z powodów, dla których wokalistki tak chętnie rozdzielano.

Kadr z materiałów zakulisowych via allkpop.com

Wspominałem przed chwilą o nogach Nany. Ona, oprócz bycia piosenkarką, jest także modelką - koleżanki nie. W After School i Orange Caramel nie ma z tym problemu, bo tam celowo dobrano wysokie dziewczyny, ale w Dazzling Red większość ma do niej 7 cm straty, a Hyosung z dobre 10, jak nie więcej. Na scenie było to strasznie widać, szczególnie że w przeciwieństwie do Mystic White, Dazzling Red wystąpiło w takich samych sukienkach, które różnie leżały na poszczególnych wokalistkach.

Następna sprawa to choreografia. Tutaj bym nie winił nikogo, bo "The Color Of K-Pop" to projekt poboczny, składy zespołów ustalono miesiąc temu, a przecież to nie wyglądało tak, że grupy spędziły cały miniony miesiąc na wspólnych treningach. KARA aktualnie wciąż promuje album "KARA's solo collection" (więcej o nim >>TUTAJ<<), Orange Caramel promowało drugi japoński singiel (>>TUTAJ<<) i przedświąteczne nagranie w ramach Happy Pledis (>>TUTAJ<<), a Secret... Secret miało promować singiel "Talk That", ale miało wypadek samochodowy i na scenę wróciło dopiero w ostatnich dniach. Skończyło się niegroźnie, ale Zinger wciąż nie może uczestniczyć w występach, bo doznała urazu żeber (więcej na ten temat w >>TUTAJ<<) .

Wobec takiej sytuacji, czasu na przygotowania było niewiele, więc i choreografia musiała być siłą rzeczy minimalistyczna, a i to wiązało się z pewnymi niedopracowaniami. Żywa piosenka Dazzling Red potrzebowała dobrej choreografii, podczas gdy skromne pląsania Mystic White były wystarczające do ich utworu. W dodatku Mystic White mogło salwować się przebitkami na twarze dobrze wystylizowanych wokalistek, podczas gdy w Dazzling Red ta stylizacja wypaliła w stu procentach tylko w wypadku Hyorin.

W dodatku oba zespoły to na dobrą sprawę zlepki indywidualności. Mystic White przypadło w udziale więcej postaci drugoplanowych, przez co nie miało się wrażenia, że wokalistki pogryzą się o miejsce przed kamerą i powodowało, że łatwiej było kupić ten przyjazny wizerunek. W wypadku Dazzling Red Hyorin i HyunA wyraźnie dominują pod względem popularności w swoich macierzystych formacjach, Nana z oczywistych względów skupia dużo uwagi, a Hyosung jest liderką Secret. To tylko potęgowało odczucie bariery między wokalistkami.

Teraz jestem tylko ciekaw, czy na tym projekt zostanie zamknięty, czy jednak ktoś zrobi klipy do tych piosenek? Jeżeli to już koniec, to w moich oczach, pomimo tego, że to Dazzling Red ma lepszą piosenkę, to Mystic White wygrało rywalizację. No tak, są jeszcze grupy męskie, ale one w ogóle mnie nie porwały, choć trzeba przyznać, że show dały przyzwoite. Dla ciekawych.

Dramatic Blue



Dynamic Black



Swoją drogą, wytłumaczy mi ktoś, dlaczego to zawsze Londyn jest w ruinach? To taki nowożytny Rzym. Że Big Ben się wali, to znak końca czasu, upadku człowieka? Amfiteatr Flawiuszów w dwadzieścia wieków od powstania można nazwać ruderą, a jednak ludzkość ma się całkiem nieźle.


wtorek, 18 grudnia 2012

4Minute - Love Tension

Dzisiaj krótko i znowu po japońsku. Tym razem na przykładzie grupy 4Minute, która latem wydała swój siódmy japoński singiel. Na płycie znalazły się dwie piosenki - japońska wersja "Volume Up" i premierowe nagranie pod postacią mocno elektronicznego "Love Tension".

Hm, w gruncie rzeczy nie ma się co tu rozpisywać. Piosenka ani nie była jakimś wielkim przebojem, ani nie ma w niej nic innego, co w jakiś szczególny sposób by ją wyróżniało. Po prostu przesłuchałem ją chyba o jeden raz za dużo i teraz nie potrafię usunąć sobie refrenu z głowy.



Jak napisałem - nic nadzwyczajnego, ale refren wkręca się w głowę lepiej niż wiertarka w rękach pijanego teścia. Co z tego, że całość na kilometr trąci banałem, skoro doskonała produkcja pompuje ten utwór pozytywną energią. To niesamowite, ale w tym wypadku jestem nawet w stanie pochwalić elektroniczny podkład, momentami mocno zalatujący dubstepem. Nie jest pretensjonalny, nie wypycha się przed wokal, a jego bardziej charakterystyczne fragmenty wyskakują głównie między wersami piosenki, służąc bardziej za muzyczny akcent niż tło. Do tego gama zastosowanych dźwięków jest bardzo szeroka, co dodatkowo dodaje piosence życia.

Od strony teledysku, widać, że był klecony raczej niskim nakładem sił. A jednocześnie jego minimalistyczna estetyka trafia do mnie. Tak proste efekty komputerowe w bardziej złożonym klipie pewnie raziłyby w oczy, tu tymczasem są wręcz ciekawym urozmaiceniem. Nie jestem maniakiem Audi, więc autem nie będę się jarał.

Mogę się za to jarać kostiumami, bo jestem wielkim fanem zgrabnych kobiet w biało-czarnych uniformach (bez zresztą też). Ba, więcej - patrząc na ten klip uważam, że świat był o wiele ciekawszy, kiedy był jeszcze czarno-biały i ludzkość popełniła wielki błąd wprowadzając inne kolory. Granatowo-beżowe wdzianka też nieźle tu wypadają, ale zdecydowanie więcej w tym zasługi figur noszących je wokalistek.

Co jeszcze dobrego mogę powiedzieć o tej piosence? Segment tańca So-Hyun zdecydowanie FTW.


I tym pozytywnym akcentem zakończę na dziś.

niedziela, 2 grudnia 2012

4Minute - Volume Up

No tak, parę dni nie miałem weny - albo ujmując prościej - nie chciało mi się pisać, to teraz nie wiem za co się złapać. Jest kilka klipów, które wypadałoby przedstawić przed końcem roku, póki choćby rocznikowo są aktualne, z drugiej strony zaczyna się kolejna fala nowości. Jeszcze chwilę temu zastanawiałem się, czy nie zmienić planów i nie wrzucić tutaj kawałka, który wyskoczył kilkadziesiąt minut wcześniej.

Jednak nagranie Nell chwilę sobie poczeka (na Świętego Nigdy). Jedna rzecz, że chciałbym zobaczyć tłumaczenie słów piosenki. Druga rzecz, że o "Volume Up" po prostu muszę napisać. Nie chodzi nawet o piosenkę - chodzi o teledysk. Może nie niesie on ze sobą ładunku znaczeniowego, ale wizualnie i produkcyjnie to istne cacuszko.

Oglądając klip zastanawiałem się tylko - gdzie oni znaleźli takie lokacje w Korei? A może gdzieś polecieli w plener? Nie, to by była za daleka eskapada. Green screen to zdecydowanie nie jest... Czyżby to wszystko zostało zbudowane specjalnie na potrzeby teledysku?! Pogrzebałem w internecie i okazuje się, że - tak, całość została nakręcona na planie, którego budowa kosztowała, bagatela, 132 538 USD.

Śmiem twierdzić, że gdyby kręcić te sceny w plenerze, efekt byłby gorszy. Od projektu przestrzennego, do wykańczających całość detali - twórcy mieli pełną kontrolę nad scenografią. Całość jest dzięki temu niewiarygodnie, jak na tak specyficzną stylizację, spójna, a przy tym niesamowicie plastyczna. Niby nie ma tu "wodotrysków", ale klip to cukierek dla oka.



Tak, motywem przewodnim są wampiry, ale nie te zmierzchowe - błyskoczące i ogólnie szajsowate. Nie, to są te prawdziwe wampiry - trochę gotyckie, trochę dekadenckie, trochę egzotyczne i niezmiennie seksualnie wyzywające. Zresztą teledysk można podzielić na trzy segmenty stylizacji, oparte właśnie na powyższych hasłach.

Pierwszy segment - gotycki - pewnie obroniłby się sam, bez uzupełnienia pozostałymi dwoma. Kostiumy są wspaniałe - czarne z krwistoczerwonymi akcentami, naraz minimalistyczne od strony fasonu, ale i zdobne; zakrywające, ale i zwiewne. Wrażenie robi choreografia, szczególnie tancerki wychylające się zza Hyuny, a potem oplatające ją w namiętnym uścisku.

Ale w tym segmencie i tak najważniejsza jest niewiarygodna scenografia. Takiego pleneru twórcy nigdzie by nie znaleźli! Gotyckie, podziemne ruiny z taką ilością przestrzeni może jeszcze gdzieś by uświadczyli, ale tak naprawdę kluczem do sukcesu jest tutaj niesamowite oświetlenie. Ta dziura w suficie, zakratowana, strzelista brama centralnie za plecami piosenkarek i lejący się z nich zółto-pomarańczowy blask, równie dobrze mogący pochodzić od zachodzącego słońca, jak i od pożogi. I na to wszystko jeszcze dodatek czerwonego światła od boku. Summa summarum dostajemy coś niezmiernie efektownego, ale nie efekciarskiego.

Strasznie podoba mi się plan "egzotyczny", czyli ten z holem wykładanym drewnem. Dlaczego egzotyczny? Spójrzcie w głąb sceny, centralna jej część inspirowana jest środkowym wschodem, szeroko rozumianą Persją. Architektoniczne kształty, użyta kolorystyka i do tego kolorowe kostiumy grupy z dominującymi kolorami niebieskim i złotym.

Jeżeli ktoś grał w "Baldur's Gate 2", od razu powinno mu zaświtać w głowie wizualne skojarzenie z wampirami w tamtej grze. Faktem jest, że podania o istotach wampiropodobnych krążą w tamtej części świata od zarania dziejów. Z mezopotamskich mitów znalazły nawet drogę do Starego Testamentu, gdzie pojawiają się w osobie Lilith, czy też Lamii, pierwszej żony Adama.

Zachodnia fikcja często dopatruje się korzeni wampiryzmu właśnie w tej części świata. Co do tego segmentu mam jeszcze jedną obserwację - oświetlenie, a raczej umiejscowienie źródeł oświetlenia - jest identyczne jak w scenie gotyckiej. Za wokalistkami mamy rożświetloną bramę, czy też okno, a także spod sufitu pada na nie podobne światło. To pomaga utrzymać wizualną spójność przy przejściach pomiędzy scenografiami.

Ostatnią stylizację nazwałem dekadencką, chociaż nawet bardziej pasowałoby tu hasło "filmowa". Główna inspiracja to ewidentnie "Dracula" Coppoli. Mieszanka wiktoriańskiego, może nawet imperialnego, stylu w wystroju wnętrz z bardzo śmiałymi, dekadenckimi kostiumami piosenkarek. Kiedy na początku teledysku HyunA przechodzi przez drzwi, do pomieszczenia wraz z nią wlewa się trochę zimnego nocnego oparu z ogrodu. Jest w tym wszystkim taki teatralny posmak, podobny do tego z "Draculi".

Na jakimś poziomie, wizualnie ten ciemny, wykładany drewnem korytarz, te zimne, beznamiętne miny statystów i ich stonowany ubiór - to wszystko przypomina mi "Wywiad z wampirem", a konkretniej segment rozgrywany we Francji. No i Gayoon z wężem. Natychmiast mam przed oczami kultową scenę z "Od zmierzchu do świtu" z udziałem Salmy Hayek.

Całość jest wyśmienicie wymieszana i zmontowana na potrzeby teledysku. Kiedy ma być wolniej, kadry są pełniejsze, kiedy piosenka przyśpiesza, kamera zaczyna szaleć i na dokładkę zostajemy zalani falą nie tyle kadrów, co intensywnie przeplatanych migawek. Wszystko doskonale współgra z muzyką i mam tylko jeden zarzut...

Piosenka mogłaby być lepsza. Nie jest zła, motyw przewodni na saksofonie jest świetny, chociaż mam wrażenie, jakbym już go gdzieś słyszał. Nawet do segmentów "o-o-o-o-o" jestem w stanie się przyzwyczaić. Ale refren nie "zabija" tak jak powinien. Jest ładny, melodyjny, w jakiejś części chwytliwy, ale brakuje mu zęba, brakuje charyzmy. Przejście ze zwrotki do refrenu sugeruje, że za chwilę nastąpi eksplozja energii, a ja tej eksplozji jakoś nie słyszę.

Pastwić sie na pewno nie będę, piosenka nabiła ponad 13 mln wyświetleń na YT i dużo pozytywnych głosów, więc kim ja jestem, żeby się kłócić? Nawet jeżeli większość wejść nabiła HyunA (tak, to ta od "Gangnam Style"). Tym razem nie mam nic przeciwko. Przyznam nawet, że o ile jej solowa twórczość do mnie nie trafia, to nie mogę jej odmówić świetnej prezencji.

Rozpisałem się o tym teledysku, a tymczasem piosenka doczekała się jeszcze jednego klipu. Na potrzeby jednego z koreańskich programów satyrycznych nakręcono... Wersję hinduską.

BONUS
Wersja hinduska ;)