wtorek, 12 lutego 2013

B.A.P - One Shot + Punch + Coma

Okej, poddaję się. Do tej pory omijałem temat boysbandów szerokim łukiem, nawet pomimo tego, że i z tego nurtu wychodzą ciekawe nagrania i teledyski. Tym razem nie mogę przemilczeć tej premiery - i to z wielu powodów. Zacznijmy jednak po kolei. Bohaterowie dzisiejszego tekstu to grupa utworzona w zeszłym roku przez TS Entertainment, wytwórnię która stoi także za żeńską formacją Secret. To oznacza, że mają bardzo poważne zaplecze produkcyjne i finansowe, co od samego początku było widać po ich teledyskach kręconych ze sporym rozmachem.

Grupa została utworzona przede wszystkim wokół postaci Bang Yong Guka - lidera B.A.P, całkiem niezłego rapera o surowo brzmiącym głosie. Drugą ważną postacią grupy jest Zelo. Młokos, ale również dobrze radzący sobie z rapowaniem, w dodatku uzupełniający styl Yongguka. Ponadto wśród czterech bardziej dla mnie anonimowych członków zespołu czai się przynajmniej jeden dobry wokalista. Siłą rzeczy z takim trzonem, formacja skłania się muzycznie w kierunku hip-hopu przemieszanego nieco z R'n'B a nawet lekko rockowym brzmieniem.

Z założenia jest to jednak wciąż boysband, co pociąga za sobą pewne konsekwencje tak pozytywne, jak i negatywne. Pozytywem jest np. koreański "wymóg" posiadania choreografii. B.A.P często łączy niezwykle mocne brzmienie z równie wyrazistym tańcem i - jako show - całość wygląda rewelacyjnie. Szczególnie poparte produkcyjnym zapleczem, na jakie nie mogą liczyć twórcy spoza mainstreamu. Minusem jest za to ogólne spłycanie końcowego produktu - tak muzyczne, jak i tekstowe, by trafiać do szerszej publiki. Choć mimo to B.A.P jest jedną z bardziej strawnych muzycznie grup męskich.

Grupa od czasu debiutu z piosenką "Warrior" jest niezwykle aktywna. W zeszłym roku wydała 7 singlowych piosenek, w tym roku "One Shot" jest już drugą taką produkcją. Ale nie to jest najdziwniejszą rzeczą towarzyszącą B.A.P. Najdziwniejszy jest... Matoki. Matoki to kreskówkowy królik, który w różnych wizualnych formach towarzyszy grupie od samego początku.

To już chyba dość wiedzy na temat B.A.P, pora zająć się dzisiejszym teledyskiem. Tak naprawdę nie jest to klip do piosenki, a raczej materiał promujący singiel / minialbum. Tak, główną piosenką towarzyszącą obrazowi jest tytułowy "One Shot", ale klip otwiera się fragmentem piosenki "Punch", a zamyka częścią "Coma". Postarajcie się przetrwać początkową pozerkę i boysbandowy wizerunek, bo z czasem jest tego mniej, a całość jest co najmniej ciekawa.



Zacznijmy od teledysku. Jaki jest ten teledysk? Efekciarski? Na pewno. Efektowny? Tak. Głupawy? Momentami. Kosztowny? Cholernie! Produkcja tego siedmiominutowego klipu pochłonęła blisko milion dolarów (USD), kręcono go na 10 planach zdjęciowych, a ten gigantyczny królik - Matoki - nie jest efektem pracy grafików. Tak, Koreańczycy zrobili gigantycznego czarnego królika ważącego blisko pół tony. Bo to jest królik na miarę naszych możliwości!

Co do głupot, to chodzi mi przede wszystkim o scenę napadu na furgonetkę z kasą, chociaż kwota okupu też wydaje się być niczego sobie. Jak to jest, że w filmach ludzie prowadzący takie furgonetki zawsze wysiadają z nich z byle powodu? Nigdy nie przychodzi im do głowy, że to jest właśnie część napadu, przed którym mają chronić przewożony ładunek? No i jest jeszcze scena z czołgiem. Nie mam nic do czołgu, nawet pomimo podejrzeń, że widziałem go już przemalowanego na różowo w teledysku innej grupy. Chodzi o jeden detal. W którejś ze scen pojawia się cyfrowo dodany lens flare na lufie, mający imitować odblask. Odblask na matowej, zardzewiałej lufie - genialne.

A jednak muszę przyznać, że całość jest efektowna, zrealizowana z rozmachem i pomimo tych drobnych głupot, zwyczajnie robi wrażenie. Wygląda jak kino akcji z prawdziwego zdarzenia, wprawdzie głupawe kino akcji, ale takie też, a może przede wszystkim, się kręci. No i o ile wstęp na jachcie wydaje się całkowicie zbyteczny, o tyle alternatywne zakończenie klipu to bardz fajne posunięcie. O wizerunku grupy nie będę się rozwodził, bo to nie moje terytorium, odniosę się tylko do tańca, a konkretniej do solowych popisów Zelo. Możliwe, że odbywają się one przy wsparciu sznurków, ale nie jest to przesądzone. Ten myk ze wstawaniem do tyłu jest popisowym numerem innej grupy i oni robią to z całą pewnością bez sznurków.

Zanim przejdę do piosenki, wrzucę ją jeszcze raz, w wersji albumowej.



Zacznę od tego, że jeśli idzie o teledysk, utwór świetnie współbrzmi z obrazem. Coś w tym nagraniu po prostu brzmi filmowo. Od strony czysto muzycznej jest bardzo dobrze, aż zaskakująco dobrze. Podkład jest świetnie wyprodukowany, zróżnicowany, pełen ciekawych akcentów - nie tylko muzycznych ale i dźwiękowych. Zwrotki mają bardzo wyraźny posmak gangsta rapu, ale formacja może sobie na to pozwolić dysponując charakterystycznie brzmiącymi raperami. Refreny są za to zdecydowanie bardziej melodyjne, poparte instrumentami smyczkowymi. Jednak najmocniejszym punktem piosenki jest haczyk z podłożonym w tle chórem. Niby prosty, oczywisty zabieg, a natychmiast nadaje piosence rozmachu. No i budzi skojarzenie z "Gangsta's Paradise".

Ale wiecie, co jest w tej piosence najciekawsze. Pomimo rozlicznych wstawek po "angielskiemu", tekst tej piosenki jest dobry. Powiem więcej, jak na boysbandowy pop udający hip-hop, to nawet bardzo dobry. Może nie jest to poezja śpiewana, ale tekst jest silny, wyrazisty, świetnie komponuje się z brzmieniem utworu i nie jest "o dupie Maryni". Tłumaczenie na angielski znajdziecie >>TUTAJ<<.

A uwierzycie mi, kiedy powiem, że pozostałe dwie piosenki, których fragmenty umieszcono w teledysku, są porównywalnie dobre? Są.



"Punch" brzmieniowo jest utrzymany w podobnym stylu, co "One Shot", choć gatunkowo to bardziej R'n'B. Dużo tu energii, choć niektóre elektroniczne dźwięki nie współgrają ze mną i nawet delikatnie mnie drażnią, ale nie na tyle, by zaburzać pozytywne odczucia płynące ze słuchania całości. Raperzy też dostali tu pole do popisu, szczególnie Zelo, który w "One Shot" nie ma chyba żadnej okazji do popisania się szybkim wypluwaniem słów. Tekst piosenki też jest ułożony w podobnym klimacie, co ten od "One Shot", choć z trochę innej perspektywy. Tłumaczenie >>TUTAJ<<.



"Coma" to także utwór podlany podobnym sosem brzmieniowym, jednak jego koncepcja jest już inna. Jest to miłosna balladka średniego tempa, przemieszana z rapowanymi zwrotkami. Refren nie robi na mnie dużego wrażenia, tym bardziej, że melodia trafia w bardzo podobne dźwięki, co inna piosenka z tej wytwórni i nie uważam, żeby był to przypadek, raczej oszczędność. Za to rap znów jest świetnie sprzedany, przynajmniej jeśli idzie o samo brzmienie głosów. Co do żeńskiego głosu, to jest to najprawdopodobniej Jieun z Secret (nota bene to właśnie jej kolaboracja z Yonggukiem miała podobną melodię). Kompozycja jest ciut prostsza, jednak wciąż bogactwo użytych dźwięków jest spore i składa się na atrakcyjność tego nagrania. Tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.

Na zakończenie dodam, że na kompakcie znalazły się jeszcze inne piosenki, ale one już tak pozytywnego wrażenia na mnie nie zrobiły. A co, nie może być tak, że będę tylko laurki wystawiał.

niedziela, 10 lutego 2013

Orange Caramel - Shanghai Romance

Dawno nie było tutaj czegoś pozytywnie zakręconego. Ostatniego tekstu nie liczę, bo pomimo walorów humorystycznych, jest to tak naprawdę bardzo smutna i przejmująca pioasenka o ludzkim nieszczęściu, samotności i w ogóle. Mnie chodzi o coś z ewidentnym pozytywnym ładunkiem. Cóż, w takich sytuacjach nieocenione okazuje się Orange Caramel.

O formacji pisałem już sporo, ale tak dla przypomnienia - Orange Caramel to podgrupa formacji After School, jednak prezentująca zupełnie inny wizerunek. Podczas gdy After School to grupa bardzo serio, Orange Caramel wypełnia niszę aegyo, w dodatku mocno inspirując się japońskim podejściem do tematu i ciężko inwestując w kostiumy, które podchodzą nieco pod cosplay. Singlowe piosenki są niezmiennie naładowane pozytywną energią i dynamiką, co w połączeniu z wizerunkiem grupy, zyskało jej przydomek "Happy Virus".

Ponadto wytwórnia często przedstawia Orange Caramel jako grupę międzynarodową, zorientowaną na podbój rynków azjatyckich. Stąd też pomysł na tytuły piosenek nawiązujące do miast regionu, jak "Bangkok City" czy "Shanghai Romance". Ja dzisiaj postawię na ten drugi utwór, bo choć nie był tak dużym przebojem jak "Bangkok City", to jakoś bardziej do mnie trafia.



Zanim o piosence, najpierw trochę o teledysku. Rozumiem, że może się komuś nie podobać, ale mnie mieszanka lat 60-tych z chińską stylizacją po prostu rozbraja. Pal licho dekoracje i plany, to tak naprawdę tylko tło. Kostiumy! Kostiumy są genialne. Kuse sukienki żywcem wyjęte sprzed pół wieku, peruki i hełmo-peruki imitujące uczesania z epoki, stroje upstrzone błyszczącymi cekinami... Nawet buty są genialne!

Ale najbardziej podoba mi się sekwencja przy samolocie. Lata 60-te siłą rzeczy człowiekowi tak młodemu jak ja, kojarzą się przede wszystkim z Jamesem Bondem. A samolot i dziewczyny przy nim tylko potęgują to skojarzenie, bo... No cóż, bo Pussy Galore i jej Latający Cyrk, czyli "Goldfinger" - najlepszy Bond wszechczasów (i nawet nie próbujcie się spierać). Tak, dobrze przeczytaliście, postać w filmie (i powieści) naprawdę nazywała się Pussy Galore. Co więcej, do czasu poznania Bonda, była zadeklarowaną lesbijką. Koronny dowód na to, że bardziej liczą się włosy na klacie niż na głowie.

Wracając do kostiumów... Co z tego, że to sieciówki? Co z tego, że błękitny materiał ma nadruk z królikami (swoją drogą byłem pionierem w tej dziedzinie, w głebokich latach 90-tych zaprojektowałem koszulę z podobnie porozrzucanymi  zwierzątkami i w nagrodę Pan Tik-Tak przysłał mi klocki Lego - true story)? Fason tych ciuchów i ich zestawienie z czarnymi elementami jest... Bajeczny? To chyba najlepsze słowo.

Ale jeżeli myślicie, że na tym szafa dziewczyn z Orange Caramel się kończy, to jesteście w grubym błędzie.



O ile poprzednie stylizacje budziły u mnie jedynie filmowe skojarzenia, tu inspiracja jest oczywista. Nie, nie "Kill Bill", Tarantino jedynie czerpał z tego samego źródła. Żółty dres z czarnym paskiem powinien się Wam jednoznacznie kojarzyć z osobą Bruce'a Lee, który taki strój nosił w swoim ostatnim filmie (w każdym razie ostatnim, który kręcono przed jego śmiercią, losy filmów z panem BL bywają bardzo zawiłe) - "The Game of Death" z 1972 roku.

Ale to wciąż nie koniec...



Kontynuujemy ścieżkę sztuk walki. Nawet jeżeli nie graliście w żadną część "Street Fightera", postać Chun Li powinniście kojarzyć choćby z widzenia. Jest głęboce zakorzeniona w popkulturze gier wideo, ponieważ była pierwszą żeńśką postacią w grach z gatunku "fighting" (albo "naparzanki", jeśli ktoś woli bardziej swojskie nazewnictwo), nad którą gracz mógł przejąć kontrolę.



Tym razem wersja na Halloween, choć motywy przewodnie, jeśli idzie o fason ciuchów, pozostają te same. Ponieważ jest to mniej szalona wersja, to mam trochę miejsca, żeby napisać coś o piosence.

Primo - wykonania live. Nie wiem, kto to wymyślił, żeby mieszać Lizzy śpiewanie na żywo z playbackiem, ale powinien zrewidować swoje poglądy po pierwszej próbie. To nie działa i to w żadnym z powyższych wykonań. Inna sprawa, że Raina też mnie trochę zawodzi, bo to jest akurat piosenkarka z niezłymi warunkami. Wersja teledyskowa daje radę, jeżeli nie przeszkadza Wam konwencja. Wersje live też są niezłe, ale wersje TV, nie wiedzieć czemu, muzycznie leżą.

Secundo - jeżeli się zastanawialiście, piosenka nie jest po chińsku. Jest po koreańsku. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<, chociaż niczego szczególnego się nie spodziewajcie, Orange Caramel nie ma za zadanie tworzyć sztuki tylko dostarczać nieco lekkiej rozrywki i w moim odczuciu z tej roli świetnie się wywiązuje.

A propos rozrywki, to tak na zakończenie, nieco rozrywki kosztem Lizzy i Nany. Słuchawka to całkiem przydatna sprawa, kiedy wykonujesz piosenkę z podkładem, szczególnie jeżeli jest to playback (nawet stopniowany jak tutaj). Konsternacja, kiedy okazuje się, że nie mogą założyć słuchawek ze względu na peruki (Raina miała wtedy krótkie włosy, więc peruki nie potrzebowała) - bezcenne. Ale i tak dały radę.


piątek, 8 lutego 2013

Hyungdon & Daejun - Meet Me

Tak, zbliża się ten straszny czas dla wszystkich samotnych - Walentynki. Jakby bycie samotnym nie było dostatecznie frustrujące, specjalnie wymyślono dodatkowy dzień, by tych wszystkich ludzi dodatkowo pognębić. Dzień, w którym zakochane pary rządzą światem. Są wszędzie - w knajpach, kawiarniach, pubach, na ulicach, w autobusach, tramwajach i dorożkach - publicznie demonstrując swoje uczucia. Okropność!

Ale w Japonii i Korei jest jeszcze gorzej. Tam Walentynki są rozbite na dwa dni! 14 lutego, w tradycyjne Walentynki, w Japonii to kobiety zwykły obdarowywać mężczyzn drobnymi upominkami, przeważnie pod postacią słodyczy. Mechanizm działał tylko w jedną stronę i japońscy cukiernicy widzieli w tym sporo niewykorzystanego potencjału. Dlatego wymyślili tak zwany "Biały Dzień" - okazję do rewanżu dla obdarowanych w walentynki mężczyzn.

Od tamtej pory w Japonii i kilku innych krajach regionu, w tym w Korei, leżącego kopie się dwukrotnie. Najpierw 14 lutego, a następnie miesiąc później - 14 marca. Oczywiście te daty to tylko apogeum nikczemego procederu. W międzyczasie dochodzi do innych aktów przemocy psychicznej na i tak już zmaltretowanych przez los osobnikach. W mediach pełno jest gadki-szmatki na powiązane tematy, wystawy sklepowe są upstrzone stosownymi dekoracjami, w kinach następuje zalew głupich filmów, których nikt przy zdrowych zmysłach nie chce oglądać, a scenę muzyczną dominują piosenki o miłości... Okej, dominują bardziej niż zwykle.

Hola, hola, basta! - powiedział koreański duet komiczno-muzyczny złożony z Hyungdona i Daejuna (znanego również pod pseudonimem Defconn). Obaj panowie na co dzień prowadzą muzyczny talk-show "Weekly Idol", ale po zeszłorocznym debiucie scenicznym, tym razem postanowili zabrać muzyczny głos w obronie ciemiężonych singli, osób społecznie wyalienowanych lub zwyczajnie brzydkich. Jako bliski znajomy jednej z takich osób, serdecznie im za to dziękuję!

Ostrzeżenie: Poniżej znajdziecie azjatycki humor!
Przypomnienie: Włączcie napisy!


środa, 6 lutego 2013

Kang Minhee - It's You

Miesiąc temu Kang Minhee, która do tej pory znana była z występów w grupie Miss $, stworzyła duet z raperem Verbal Jint, proponując bardzo sympatyczny, relaksujący noworoczny kawałek pt. "Good Start".  Teledysk znajdziecie >>TUTAJ<<, ja tylko zaznaczę, że wokal Minhee był zdecydowanie jednym z mocniejszych punktów piosenki.

Nawet w tak skromnej próbce było słychać zarówno wokalne możliwości, jak i muzyczne czucie u wokalistki. Ciepła barwa, dobra siła i spory zasięg jeśli idzie o sprzedawanie emocji swoim śpiewem. Natychmiast powędrowała w mojej głowie pod zakładkę "wypatrywać". No i wypatrywać nie musiałem długo, bo wczoraj Kang Minhee powróciła, tym razem solo.



Powiem tak - piosenka przypadła mi do gustu, choć dostrzegam, że jest nieszczególnie oryginalna. Chwilę podrążę ten temat, bo szczególnie porównanie z zeszłorocznym hitem Ailee pt. "Heaven" (>>TUTAJ<<) jest ciekawe. Oba utwory są podobnie skonstruowanymi balladkami średniego tempa, które nie dłużą się jak zwykłe ballady, ale jednocześnie pozostawiają dość miejsca do popisu wokalistkom. Ponadto w obydwu piosenkach zastosowano podobne sztuczki. Otwarcie gołymi klawiszami, które dopiero po pewnym czasie zostają poparte prostym, ale silnym beatem i dodatkowymi dźwiękami. Podobne zwielokrotnienia głosu, czy na przemian opadająca i rosnąca linia wokalu. W "Heaven" ten zabieg rozsiany jest po całym utworze, podczas gdy w "It'sYou" najbardziej wyraźny jest w trakcie mostu przed finałem od 2:40 do zupełnego wyciszenia w 3:05.

Przy czym trzeba zaznaczyć, że pomimo podobnej kontrukcji, brzmienie obydwu piosenek jest różne nie tylko z powodu różnych wokalistek je wykonujących. Jeżeli zagłębić się w detale, wokal w obydwu piosenkach przebiega wyraźnie inaczej. Heaven jest "pofalowane" na całej długości, stawiając mocno na kontrast pomiędzy siłą spokojniejszych i mocniejszych partii, podczas gdy odczuwalny rytm pozostaje bez zmian. "It's You" jest wyraźnie bardziej subtelne dźwiękowo, kontrast w sile nut jest mniejszy, a i najeżenie tymi najmocniejszymi dźwiękami wyraźnie mniejsze. Natomiast "It's You" tworzy wrażenie przyśpieszania poprzez naprzemienne wyciąganie i szatkowanie dźwięków, szczególnie zauważalne na przykładzie tytułowej linii, która raz śpiewana jest jako wyciągnięte "It's Youuuuuuu", a raz jako rozdzielone "It's You-u-u-u-u-u".

Koniec końców mam wrażenie, że zeszłoroczna piosenka Ailee była bardziej przebojowa, co nie oznacza, że piosenka Minhee jest gorsza. Mnie słucha się jej bardzo przyjemnie, ale niestety, nawet pomimo umiarkowanego sukcesu "Good Start", nie widzę możliwości, by solowy debiut Minhee był równie udany, co ten Ailee. Nie chodzi nawet o piosenkę, a o zaplecze medialne. Ailee jeszcze przed debiutem miała sporo sceny dla siebie, w dodatku dostała bardzo solidny teledysk.

Teledysk do "It's You" to ciekawy pomysł, którego ktoś nie umiał rozwinąć. To nie pierwszy raz, kiedy klip do piosenki przedstawia osobę idącą ulicą, bodaj najbardziej znanym przykładem podobnego nagrania jest wideoklip do "Bitter Sweet Symphony" zespołu The Verve. Sęk w tym, że tam coś się działo, bohaterowie wchodzili w interakcję z otoczeniem, nawet pomimo tego, że pozostawali na nie obojętni. No i widz był ciekawy - do czego to wszystko zmierza.

W tym wypadku w klipie dzieje się niewiele, by nie powiedzieć "nic". Brak jakiejkolwiek akcji twórcy spróbowali nadrobić rozmnożonymi do granic przyzwoitości efektami - przeplot, redukcja kolorów, szmery bajery imitujace jakieś UI i zakłócenia, nieczym nieuzasadniony ruch kamery, a nawet opady, które zbyt łatwo zidentyfikować jako dodane cyfrowo, choćby dlatego, że dzieją się tylko bezpośrednio przed kamerą. Może nie przeszkadza to w odbiorze piosenki, ale ciekawe może być co najwyzej przy pierwszym przesłuchaniu.

Podoba mi się w całym tym klipie jedna rzecz. Pomysł, żeby piosenka o tytule "It's You" była śpiewana wprost do kamery - jak do osoby. Znalezienie tłumaczenia tej piosenki wciąż jest problematyczne. >>TUTAJ<< znalazłem teledysk z wtopionymi napisami, które w moim odczuciu raczej nie są doskonałe, ale można chociaz trochę załapać z klimatu piosenki. Ufając temu tłumaczeniu wynikałoby, że wokalistka śpiewa do mężczyzny, z którym nie jest, co tylko poprawia moje notowania dla pomysłu z kamerą, która naraz jest odbiorcą bardzo spersonifikowanym, ale także fizycznie nieobecnym.

Niestety tak skonstruowany teledysk był skazany na bycie nudnym. Gdybym ja stał za kręceniem tego klipu, poświęciłbym nieco symboliki tego pomysłu na rzecz czegoś ciekawszego. Na przykład odbiorcę można uczynić fizycznie obecnym, wciąż pokazując wszystko jego oczami. Wokalistka zamiast iść przed nim, szłaby gdzieś obok w tłumie, rzucając ukradkowe spojrzenia albo nawet wtapiając wzrok w bohatera i śpiewając. Mając dwóch fizycznych bohaterów, można by pokusić się o jakieś interakcje, wydarzenia. Ba, ja nawet rozdzieliłbym wizję między dwoje bohaterów, raz pokazując sytuację z jej perspektywy, raz z jego. Tak, wiem, że przy niewprawnym wykonaniu, urok tego pomysłu szybko by prysł, a nawet przy najlepszym wykonaniu gdzieś zapalałaby się lampka ostrzegawcza z napisem "to niepokojące" i druga z napisem "stalking". No ale cóż poradzę, że takie pomysły do mnie właśnie pasują. Może zabiłbym subtelność, może nie - na pewno byłoby ciekawiej.

A tak - dobra piosenka z pomysłowym, ale mało zajmującym teledyskiem może przepaść gdzieś w zalewie innych produkcji. Mam nadzieję, że się mylę i martwię się o to nagranie na zapas, ale trochę mi szkoda dobrego utworu i dobrej wokalistki.

wtorek, 5 lutego 2013

Bae Chi Gi - Shower of Tears (feat. Jiwon / Ailee / Shin Bora)

Miało dzisiaj być o premierowej solowej piosence Kang Min Hee, ale się rozmyśliłem. Piosenka jest bardzo udana muzycznie, ale chcę się przyjrzeć tekstowi, a w internecie nie ma jeszcze tłumaczenia. Pewnie i tak bym coś o niej napisał, ale tak się złożyło, że odgrzebałem wczoraj styczniową perełkę, którą jakimś cudem wcześniej przegapiłem.

Na wstępie przyznam, że i piosenka, i teledysk strasznie mi się podobają, ale zacznę od wymienienia jednego poważnego problemu, który mam z tym utworem. Piosenkę wykonuje duet Bae Chi Gi (złożony z Moo-woonga i swojsko brzmiącego Taka), któremu towarzyszy wokalistka. Wytwórnia w tytule teledysku sugeruje, że jest to Ailee, która faktycznie czasami wykonuje tę piosenkę wraz z Bae Chi Gi, co nawet dalej zaprezentuję. Jednak w teledysku nie pojawia się ani ona, ani nawet jej głos. Dziewczyną występującą i śpiewającą w klipie jest Jiwon z formacji Spica. Rozumiem, że Ailee jest aktualnie na topie, ale dla mnie to bardzo brzydkie posunięcie w stosunku do Jiwon.

Koniec narzekania, pora na piosenkę.



Jest mi zwyczajnie wstyd, że dopiero teraz zauważyłem to nagranie. Choć piosenka jest raczej depresyjna, to słucha się jej znakomicie. Częścią sukcesu jest na pewno prosty, minimalistyczny podkład, który na dobrą sprawę składa się z gitary i lekkiego beatu, które w dodatku w sekwencjach rapu schodzą głęboko w tło dźwiękowe. A jednak, pomimo tej drugoplanowości, głównej gitarowej melodii nie można odmówić ani uroku, ani tego, że zapada w pamięć. W szczególności dotyczy to refrenu, gdzie gitara zostaje wsparta, a raczej sama wspiera, piękny, silny i melodyjny żeński wokal, który wespół z rozbrzmiewającymi tu i ówdzie dźwiękami harmonii, wieńczy retro stylizację tego kawałka.

Będąc przy temacie stylizacji, na chwilę zostawię muzykę, do której jeszcze powrócę, a skoncentruję się na obrazie, bo on też świetnie wpasowuje się w tę koncepcję. Koreańskie teledyski zdążyły mnie już przyzwyczaić do wszelkiej maści retro-rekwizytów używanych czasem nawet bez wyraźnego powodu. Jednak tutaj twórcy klipu dali prawdziwy popis - meble, tapety, telewizor, telefon, ożywione kinowe plakaty - wszystko jest doskonałe - nie w wiernym odtwarzaniu jakichś konkretnych realiów, a tworzeniu jawnego złudzenia starości.

Jakby tego było mało, twórcy uciekają się do wielu mniej i bardziej wyszukanych sztuczek wizualnych, by wzmocnić efekt. Świadome tworzenie bariery sztuczności obrazu poprzez odpowiednie filtry to dziś standard i prościzna. Wypranie kolorów i dodanie szumów tak, by film przypominał coś starego to nie sztuka. Jednak zastosowanie współgrających z tą konwencją oświetlenia i ujęć już nie wszystkim udaje się tak dobrze, jak autorom tego teledysku - choćby w scenach z karaoke.

Jednak najbardziej urzeka mnie scena z filiżanką, gdzie pomniejszony wokalista jest w ewidentny sposób doklejony w starym stylu do większego obrazu. W ten sposób naraz jest i nie jest jego częścią, kłócąc się nie tylko z większym sobą, ale także z obrazem-wspomnieniem, co w kontekście treści piosenki jest bardzo fajnym akcentem. W ogóle ujęcia bardzo dobrze służą oddaniu nastroju samotności i żalu, który towarzyszy temu utworowi.

Zanim wrócę do piosenki, obiecana wersja z Ailee. Od razu zaznaczę, że nie będę porównywał obydwu wokalistek, bo choć ich wykonania w oczywisty sposób nieco się różnią, to dla całości kompozycji nie ma to większego znaczenia, bo obie świetnie wywiązują się ze swojego zadania. Wyższość którejś z wersji zależy wyłącznie od osobistych preferencji.



Wracając do muzyki. To niesamowite, jak zgrabnie utwór rapowany wpleciono w tak nietypowe dla tego gatunku brzmienie. Sednem sukcesu są tutaj emocje. Piosenka z grubsza traktuje o żalu po rozstaniu, ale jest to żal, który skierowany jest także, jeśli nie przede wszystkim, w kierunku osoby śpiewającej. Cały tekst znajdziecie >>TUTAJ<<. Słowa piosenki, nie są może wybitne, ale dobrze wpasowują się w wymowę utworu.

Jednak o ładunku emocjonalnym w tym wypadku decyduje bardziej sposób przekazywania tych słów, niż samo ich znaczenie. Męska część piosenki koncentruje się na silniejszej części odczucia żalu - na tym wszystkim, co prowadzi do wewnętrznego niepokoju, a nawet gniewu, podczas gdy żeński wokal przedstawia tę bardziej melancholijną stronę żalu. Zestawione razem, te dwie warstwy piosenki wzajemnie się uzupełniają i potęgują końcowe wrażenie, tworząc brzmienie, które łatwo zapamiętać nie tylko ze względu na wygrywane w utworze nuty.

BONUS
Bae Chi Gi ostatnio zaczęło wykonywać ten utwór z jeszcze inną wokalistką. Tym razem jest to Shin Bora, która znana jest bardziej jako... telewizyjny komik.



No i dla kompletu dodam też wersję telewizyjną z udziałem Jiwon.


poniedziałek, 4 lutego 2013

Shin Cho-i - Bad (Berlin OST)

Dzisiaj coś nietypowego. Normalnie piosenki soundtrackowe mnie nie interesują - to muzyczne chałtury, nierzadko niepowiązane z twórczością artysty, stworzone jedynie dla połączenia kolejnego znanego nazwiska z tytułem filmu. Tym razem jest nieco inaczej. Wokalistka (tak, tę piosenkę śpiewa kobieta), która wykonuje ten utwór to debiutantka, uczestniczka telewizyjnego show "The Voice of Korea".

Co oprócz artystki jest takiego wyjątkowego w tym nagraniu? Właściwie wszystko. Piosenki świetnie się słucha, na klip, będący przedłużonym trailerem filmu, świetnie się patrzy. A i tak wspomniane "wszystko" schodzi na drugi plan wobec niezwykłej barwy głosu Shin Cho-i.



Może to po prostu mój rodzaj kina, ale ja po obejrzeniu tych dwóch minut migawek, chciałbym ten obraz zobaczyć na dużym ekranie bez konieczności kosztownego przelotu do Korei. Oczywiście jest to tylko rozbudowany zwiastun filmu, ale te kilka scenek dało mi przedsmak filmu wypełnionego akcją. Nieco przesadzone sceny walki, strzelaniny, pościgi - to prawie wszystko, co powinien mieć klasowy film z pogranicza kina akcji i szpiegowskiego thrillera. Ale to, co przykuwa moje oko to doskonałe zdjęcia, których nie powstydziłyby się produkcje rodem z Hollywoodu. Ta kamera żyje, podąża za kluczowymi detalami, nadaje tonu poszczególnym scenom i decyduje o tym, że całość jest efektowna. No i szersze plany przepięknie akcentują berlińską zabudowę.

Pocieszam się tym, że film w lutym trafi do dystrybucji także w USA (pod tytułem "The Berlin File"), więc prędzej czy później, takimi czy innymi kanałami będzie dostępny w wersji zrozumiałej dla kogoś nie władającego koreańskim. Przy pomyślnych wiatrach może nawet zawita do polskich kin, choćby na jakimś festiwalu.

O piosence napisałem na razie niewiele, a to dlatego, że całość jest nieco dłuższa niż dwie minuty zaprezentowane powyżej.



Dla mnie najlepszym wyznacznikiem jakości jest to, że słucham tego kawałka raz za razem, bez znudzenia, nie potrzebując do tego towarzystwa żadnego wideoklipu. Kompozycja nie jest może oszałamiająca, ale świetnie oddaje nastrój napięcia i narastającego gniewu, nie będąc przy tym nadmiernie ciężką dla uszu. Brzmienie zmierza raczej w kierunku ścieżek dźwiękowych podobnych produkcji zachodniego pochodzenia. Można dosłyszeć nieco podobieństw do nut towarzyszących przygodom Jamesa Bonda i Ethana Hawke'a (Mission Impossible), ale nie dość, by piosenka nie brzmiała oryginalnie. Bardzo podoba mi się, że na ogólną rytmiczną ramę nałożonych jest wiele różnorodnych akcentów wygrywanych na dość szerokiej gamie instrumentów. Przez to utwór może być bardzo zmienny i ciekawy bez oddalania się od motywu przewodniego.

Nie mogę też nie wspomnieć o wyjątkowym, głębokim, lekko ochrypłym głosie Shin Cho-i. Tak naprawdę to on nadaje charakteru tej piosence. Podoba mi się też to, że przy takich parametrach głosu wokalistki, muzycznie utrzymano się z dala od stylistyki kojarzonej z Adele, stawiając nawet na rap. Uniknięto w ten sposób niepotrzebnych porównań. Na zakończenie dodam jeszcze, że tekst piosenki też należy do tych raczej dobrych, jego tłumaczenie można znaleźć >>TUTAJ<<, choć chyba ogranicza się ono do wersji dwuminutowej.

POSTSCRIPTUM
To jeszcze wykonanie live.



BONUS
Shin Cho-i podczas przesłuchania w "The Voice of Korea".


piątek, 1 lutego 2013

Kanon Pachelbela w wersjach gitarowych

Dzisiaj coś z zupełnie innej beczki. >>TUTAJ<< na koniec tekstu pojawił się link do wersji "unplugged" piosenki "I Love You" w wykonaniu 2NE1. Formację w tym wykonaniu wsparł gitarzysta Jung Sungha, który od lat publikuje na YT własne gitarowe wykonania popularnych utworów. Wśród nich znalazł się Kanon Pachelbela.

Na temat oryginalnego utworu nie będę się wymądrzał - nie czuję się na siłach. Ale jakieś minimum informacji sprzedam, mam nadzieję, że niczego nie pokręcę. Johann Pachelbel to niemiecki kompozytor żyjący i tworzący w XVII i XVIII wieku, co dziejowo upycha go w epokę baroku. Jego najbardziej znanym utworem jest Kanon D-dur rozpisany na trio skrzypcowe i basso continuo, które dziś przeważnie pojawia się pod postacią wiolonczeli.

Nie wierzę, żebyście nie znali tego utworu, choć możliwe, że nie kojarzycie go z nazwą. Nawet jeśli go znacie, warto go sobie przypomnieć, bo jest wspaniały i ponadczasowy.



Obraz w tym klipie pochodzi z anime Neon Genesis Evangelion. Jakoś tak mi już chyba zostanie, że serial ten będzie kojarzył mi się z tym utworem i na odwrót. Zostawmy jednak NGE, które gorąco polecam (m.in. ze względu na muzykę) wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli. Obraz obrazem, ale zaprezentowane powyżej wykonanie przede wszystkim trafia do mnie muzycznie.

Wklepując w wyszukiwarkę odpowiednie słowa, zaleje Was potop innych wykonań i aranżacji, to powyżej to jedynie przykład dla niezorientowanych. Od kiedy ktoś w XX wieku odkopał zapomniane arcydzieło niemieckiego kompozytora, utwór ten inspirował muzyków na całym świecie i leżał u podstaw wielu nagrań, także popowych. Jednak to mnie dzisiaj nie interesuje. Dziś chcę tylko zaprezentować kilka ciekawych i dosyć zróżnicowanych gitarowych aranżacji tej kompozycji.



Na dobry początek zapowiedziany we wstępie Jung Sungha. Strasznie przypadło mi do gustu to wykonanie. Naraz dźwięki wydobywające się z instrumentu nie pozostawiają wątpliwości, że jest on gitarą, a jednocześnie kompozycja i sposób jej wykonania tworzą złudzenie, jakby artysta grał na czymś innym. Całość ma przepyszny sielankowo-kołysankowy posmak... Zgadzacie się? To co powiecie na następne nagranie?

BTW Zauważyliście psa na nagraniu powyżej?



Tym razem wykonawcą jest Per-Olov Kindgren. Dźwięki są jeszcze subtelniejsze, jeszcze mniej gitarowe. Gdyby ktoś, kogo darzę szacunkiem w tej dziedzinie, zaczął wmawiać mi, że to nie jest gitara, pewnie bym uwierzył. To fascynujące, jak ten sam utwór zagrany na "tym samym" instrumencie, ale w wykonaniu innego artysty, może inaczej brzmieć. Oczywiście, jest to truizm, a jednak takie zestawienia zawsze imponują. Więc pójdźmy dalej tym tropem i oddajmy głos ekspertowi od nietuzinkowych gitarowych aranżacji.



Igora Presnyakova zna pewnie każdy miłośnik internetowej muzyki, a jeśli nie zna, czym prędzej powinien nadrabiać zaległości. Mógłbym silić się na jakieś argumenty, ale najlepszy macie chyba powyżej. Wcześniejsze aranżacje próbowały raczej odtworzyć oryginalnego ducha utworu na nowym instrumencie. Presnyakov poszedł w innym kierunku, całkiem innym. Kompozycji z XVII wieku nadał lekko blusowego i silnie gitarowego charakteru. To wciąż kanon Pachelbela, a jednak całkiem odmieniony.



W tym tekście nie mogło zabraknąć wersji elektrycznej. Takową popełnił także Jung Sungha, ale jest to jedynie wykonanie tej samej aranżacji, którą widzicie powyżej. Powyższy klip to nagranie w wykonaniu innego koreańskiego gitarzysty Lim Jeong-Hyuna, lepiej znanego pod pseudonimem Funtwo. To właśnie on rozpropagował aranżację znaną jako Canon Rock. Ciekawe, że ze wszystkich, to właśnie ta brzmi najbardziej pogodnie.

Napisałem rozpropagował, bo za stworzeniem tej aranżacji stoi kto inny - tajwański artysta Jerry Chang, znany jako JerryC. Swoją drogą to ciekawe, że niemiecki kompozytor najwięcej muzycznej miłości otrzymuje z drugiego krańca globu. Na zakończenie JerryC w towarzystwie japońskich gitarzystów, jeżeli zabrnęliście tak daleko, koniecznie nie przegapcie ostatniego nagrania.