Rano odpaliłem tę piosenkę i po dwóch minutach zamknąłem okno z teledyskiem. Niby nie poczułem się zawiedziony, niby piosenka mi nie przeszkadzała, niby teledysk mnie nie odrzucił, ale dwie minuty i bez cienia rozterki nacisnąłem "krzyżyk" na karcie. A ja przecież lubię Secret.
Pewnie już to pisałem, ale Secret jest jedną z tych formacji, które sprawiły, że moje zainteresowanie kpopem nie skończyło po kilku tygodniach. W repertuarze grupy jest kilka naprawdę mocnych kompozycji o brzmieniu inspirowanym róznymi smakami retro. Przede wszystkim warto wymienić "Magic" (>>TUTAJ<<) i "Madonnę", ale zeszłoroczne "Poison" (>>TUTAJ<<) to też bardzo udany projekt, "Talk That" (>>TUTAJ<<) poparte choreografią podobnie ma swój urok, tak jak i "Love Is Move".
Sęk w tym, że żaden z tych singli nie znaczył największych sukcesów formacji, która najlepiej na listach (i sklepowych półkach) radziła sobie z "Shy Boy" i "Starlight Moonlight". Nie zrozumcie mnie źle - to wciąż fajne piosenki, wciąż słychać w nich ciekawe muzyczne inspiracje, ale takie Secret do mnie trafiało wyraźnie gorzej. W utworach wymienionych akapit wyżej podobał mi się pazur i towarzyszący dojrzały wizerunek grupy. Niestety dwie piosenki, które przyniosły formacji najwięcej sławy, to produkcje spod znaku aegyo.
Piszę niestety, bo choć "Shy Boy" i "Starlight Moonlight" to całkiem udane nagrania, to wyznaczyły one - moim zdaniem - niewłaściwy kierunek dla grupy. Wiadomo, że wytwórnia węszy za pieniędzmi, i że pójdzie tym korytarzem, z którego zapach kapuchy jest silniejszy. Ale w pogoni za zieleniną wytwórnia chyba zabrnęła za daleko, bo tegoroczne "Yoo Hoo" (>>TUTAJ<<) - jakkolwiek dziwnie chwytliwe - było przede wszystkim kiczowato pstrokate i cukierkowate do tego stopnia, że można było nabawić się próchnicy.
Jednak w wypadku "I Do I Do" to nie aegyo jest problemem. Stężenie pstrokacizny w teledysku nie jest śmiertelne, pomimo strojenia głupich min dziewczyny nie wydają się być ofiarami lobotomii ("Yoo Hoo" budziło takie podejrzenia), sama natura teledysku jest raczej sympatycznie głupkowata i tylko trochę przesadzona, ale przede wszystkim sama piosenka nie smakuje jak landrynki rozpuszczone w wodzie. Zatem dlaczego tak łatwo odpuściłem sobie to nagranie?
Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że nie ma jednego dużego powodu, jest za to cała garść pomniejszych, które można sprowadzić do wspólnego mianownika nieposiadania jasnego pomysłu na piosenkę. Przy czym to nie jest tak, że wytwórnia nie wiedziała, co robi. Jak najbardziej były tu postawione jakieś cele, jakieś założenia dla projektu. Śmiem nawet twierdzić, że zostały one wypełnione. Zabrakło jednak tego najważniejszego, jakiejś myśli przewodniej.
To może przejdźmy do konkretów. Ta piosenka wpisuje się w nurt okołświąteczny. Gdzieś tam dzwonią dzwoneczki, gdzieś tam rozbrzmi kilka nut nawiązujących do jakiegoś świątecznego standardu. Ale ktoś w wytwórni najwyraźniej zażyczył sobie, aby ta piosenka radziła sobie także poza świąteczną gorączką, żeby była pełnoprawnym singlem, który gdzieś tam smakuje trochę piernikiem i lukrecją. I tu zaczyna wyraźniej zarysowywać się problem tej piosenki, bo słychać po niej, że nie jest całym sercem świąteczna, ale nie słychać też jaka w takim razie jest.
Jest trochę świąt, trochę aegyo, trochę brzmienia kojarzącego się z "Yoo Hoo", ale to tylko posmaki. Głównym tematem wydaje się być bandowa kompozycja z uwypukloną sekcją dętą, ale... Ani ta sekcja dęta nie jest taka wypukła jakbym chciał, bo na każdym kroku wypłaszcza ją wstawka kojarząca się z czymś innym, ani wokale nie wpasowują się w tego typu brzmienie, które domaga się niższej tonacji i trochę głębszych dźwięków. Przy czym to nie wina dziewczyn, które śpiewają dobrze, tylko kompozycji i aranżacji, które przewidują dla nich właśnie takie role.
Ale największym problemem tej kompoozycji jest jej długość. Ta piosenka nie ma na siebie pomysłu, ale ma trochę życia i kilka przyjemnych dźwięków. Niestety jest rozwleczona ponad miarę, a że wydaje się brnąć donikąd, trudno się na niej skupić - wszystko, co pozytywne zaczyna tonąć w morzu obłej przeciętności. Dlatego ta piosenka w żadnym razie nie jest zła, jest nawet przyjemna, ale zarazem jest jej bardzo daleko do bycia czymś autentycznie interesującym.
Podobnie rzecz ma się z teledyskiem, który trochę przypomina "Yoo Hoo" ze względu na makijaż dziewczyn, lekko żartobliwy charakter i trochę przesadzonej gestykulacji, czy dziwny taniec z machaniem rękami. Ale jest tu też mnóstwo nieistotnych świątecznych akcentów, dodanych na zasadzie - hej, idą święta, dorzućmy choinkę. Jednocześnie główny temat teledysku usilnie stara się mnie przekonać, że oglądam kolejny-zwyczajny-wideoklip-aegyo. Jakby tego mało, w całym tym cukierkowym szaleństwie też widzę, jakąś dziwną powściągliwość, która próbuje mnie przekonać, że ten teledysk to jednak nie jest powtórka "Yoo Hoo".
Koniec końców "I Do I Do" wypada zaskakująco świątecznie - w sensie, że podobnie jak większość przedświątecznych piosenek jako wydarzenie w skali całego roku wydaje się całkiem nieistotna, natomiast od strony muzycznej nijaka i łatwa do zapomnienia. Mimo to jestem ciekaw jak poradzi sobie na listach. Czy ten eksperyment wytwórni próbującej stworzyć piosenkę możliwie uniwerslną powiedzie się i przyciągnie do piosenki różne widownie, czy też wręcz przeciwnie zawiedzie kompletnie odstraszając wszystkich absolutnym brakiem dedykacji w którymkolwiek kierunku? Tak czy inaczej pierwsze miejsce w jakimkolwiek programie będzie olbrzymim sukcesem biorąc pod uwagę, że konkurqancją jest EXO i 2NE1.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Secret. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Secret. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 grudnia 2013
środa, 1 maja 2013
Secret - Yoo Hoo
Niestety, los ani wytwórnia TS Entertainment nie przewidziały żadnych skrętów w fabule. Zgodnie z tym, co zapowiadały teasery, Secret wróciło do wizerunku przesyconego aegyo. Oczywiście z punktu widzenia słupków sprzedaży i nadzorujących ich księgowych, jest to decyzja rewelacyjna. Secret największy sukces odnosiło właśnie uprawiając tego typu twórczość i wiele wskazuje, że pomimo bardzo silnej konkurencji, i tym razem zdobędzie popularność - w niespełna dwa dni po premierze teledysk dobija do połowy miliona wyświetleń.
Nie mogę powiedzieć, że ta piosenka jest w jakiś sposób zła, jak np. 4Minute i ich nowy title-track "What's Your Name" (>>TUTAJ<<), od którego zwyczajnie rozbolała mnie głowa. Sęk w tym, że ja po prostu nie przepadam za aegyo, a to konkretne nagranie nie tylko jest klasycznym reprezentantem tego stylu - jest gatunkową sztampą właściwie bez żadnych punktów wyróżniających. Dobrze wykonaną, ale bez rewelacji, bez błysku i bez pomysłu.
Niby są jakieś przejścia, jest jakieś budowanie muzycznej narracji, ale jednocześnie ze słuchawek wieje nudą. Nawet w kulminacyjnych punktach piosenki elektroniczny podkład brzmi bardzo prosto i nieatrakcyjnie. Jest wprawdzie na jakimś poziomie chwytliwy, choćby ze względu na wyciągniętą na pierwszy plan rytmikę, ale nie jest to utwór, który dawałby powody by się w niego wsłuchiwać. Nawet wokale, które technicznie wcale nie są złe, w tej aranżacji brzmią niezwykle płasko i nijako. Chyba jedyny pozytyw to trochę pozytywnej enrgii bijącej z nagrania, o ile ktoś jest w stanie wytrzymać ładunek aegyo.
To ja już wolę SNSD, które chociaż wyznacza standardy w gatunku, albo Orange Caramel - jakkolwiek szalone i nieco kiczowate, jest przynajmniej oryginalne. Ba, wolę nawet twórczość formacji T-ara, która przy całej swojej ekstremalnej kiczowatości graniczącej z absolutnym brakiem gustu, jest na swój sposób urzekająco autentyczna także w stylizacji aegyo. A wymieniam tylko grupy, które są znane z wielu nagrań w tym stylu. Jest przecież wielu wykonawców, którzy po aegyo sięgają od święta i robią to o niebo lepiej i ciekawiej.
Nawet takie Sistar, które w zeszłym roku wylansowało wakacyjny przebój "Loving U" (>>TUTAJ<<). Klip kolorystycznie i klimatycznie bliźniaczo podobny, brzmienie też niespecjalnie odległe, ale całokształt wypada zdecydowanie atrakcyjniej w wypadku Sistar. A i tak do tamtego kawałka przekonała mnie dopiero zima, zwały śniegu za oknami i konieczność ogrzania szarych komórek jakimiś ciepłymi widokami. "Yoo Hoo" jest po prostu absolutnie obłe, bezpłciowe, pozbawione jakiejkolwiek dozy charakteru. Poza ekstremalnymi fanatykami grupy i ludźmi liczącymi pieniądze, chyba nikt by nie zwrócił uwagi, gdyby to nagranie nagle zniknęło.
Nawet teledysk nie jest w stanie tutaj pomóc, bo jakkolwiek żartobliwy, lekki i sympatyczny, jest równie sztampowy i bezjajeczny. Przy okazji debiutu T-ara N4 z "Jeon Won Diary" (>>TUTAJ<<) pisałem, że wygłupianie się przed kamerą to też sztuka i tu widać dowód, bo w wypadku z Secret wszystko jest raczej mało zgrabne i grubymi nićmi szyte - dziewczyny sprawdzają się w wyglądaniu dobrze przed kamerą, ale niekoniecznie w robieniu z siebie idiotek. A może inaczej - robią z siebie idiotki aż za dobrze. Cytując postać graną przez Roberta Downeya Jr. w pewnej komedii - "Never go full retard."
Jednak najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja lubię Secret, a raczej Secret w normalnym, nieprzesłodzonym wydaniu. "Magic" (>>TUTAJ<<) i "Madonna" to świetne piosenki w klimacie retro, z fajnym pazurem w brzmieniu. Kiedy dziewczyny jesienią wróciły z jeszcze ostrzejszym wizerunkiem i kolejnymi retro-kawałkami "Poison" (>>TUTAJ<<) i "Talk That" (>>TUTAJ<<), liczyłem, że jest to zmiana na dobre. A tu taki klops... Mam chociaż nadzieję, że następne nagranie pójdzie we właściwym kierunku.
Aha, zapomniałbym o jednej, całkiem istotnej dla fanów rzeczy. Zinger tuż przed wydaniem piosenki i mini-albumu zdecydowała, że porzuca swój pseudonim i teraz będzie występowała pod swoim prawdziwym imieniem - Hana.
POSTSCRIPTUM
Występy z Mcountdown
"Yoo Hoo" - albo w tym wykonaniu piosenka wypada lepiej, albo niestety usłyszałem ją o jeden raz za dużo. Jednak muszę przyznać, że bez tej głupkowatej teledyskowej otoczki, lepiej czuć pozytywną energię bijącą z piosenki i choreografii. Niestety dziewczyny z Secret wyglądają jak dorosłe kobiety przebrane za małe dziewczynki...
"Only You" - b-side, nie mogę powiedzieć, że zły, ale też nieszczególnie interesujący.
Nie mogę powiedzieć, że ta piosenka jest w jakiś sposób zła, jak np. 4Minute i ich nowy title-track "What's Your Name" (>>TUTAJ<<), od którego zwyczajnie rozbolała mnie głowa. Sęk w tym, że ja po prostu nie przepadam za aegyo, a to konkretne nagranie nie tylko jest klasycznym reprezentantem tego stylu - jest gatunkową sztampą właściwie bez żadnych punktów wyróżniających. Dobrze wykonaną, ale bez rewelacji, bez błysku i bez pomysłu.
Niby są jakieś przejścia, jest jakieś budowanie muzycznej narracji, ale jednocześnie ze słuchawek wieje nudą. Nawet w kulminacyjnych punktach piosenki elektroniczny podkład brzmi bardzo prosto i nieatrakcyjnie. Jest wprawdzie na jakimś poziomie chwytliwy, choćby ze względu na wyciągniętą na pierwszy plan rytmikę, ale nie jest to utwór, który dawałby powody by się w niego wsłuchiwać. Nawet wokale, które technicznie wcale nie są złe, w tej aranżacji brzmią niezwykle płasko i nijako. Chyba jedyny pozytyw to trochę pozytywnej enrgii bijącej z nagrania, o ile ktoś jest w stanie wytrzymać ładunek aegyo.
To ja już wolę SNSD, które chociaż wyznacza standardy w gatunku, albo Orange Caramel - jakkolwiek szalone i nieco kiczowate, jest przynajmniej oryginalne. Ba, wolę nawet twórczość formacji T-ara, która przy całej swojej ekstremalnej kiczowatości graniczącej z absolutnym brakiem gustu, jest na swój sposób urzekająco autentyczna także w stylizacji aegyo. A wymieniam tylko grupy, które są znane z wielu nagrań w tym stylu. Jest przecież wielu wykonawców, którzy po aegyo sięgają od święta i robią to o niebo lepiej i ciekawiej.
Nawet takie Sistar, które w zeszłym roku wylansowało wakacyjny przebój "Loving U" (>>TUTAJ<<). Klip kolorystycznie i klimatycznie bliźniaczo podobny, brzmienie też niespecjalnie odległe, ale całokształt wypada zdecydowanie atrakcyjniej w wypadku Sistar. A i tak do tamtego kawałka przekonała mnie dopiero zima, zwały śniegu za oknami i konieczność ogrzania szarych komórek jakimiś ciepłymi widokami. "Yoo Hoo" jest po prostu absolutnie obłe, bezpłciowe, pozbawione jakiejkolwiek dozy charakteru. Poza ekstremalnymi fanatykami grupy i ludźmi liczącymi pieniądze, chyba nikt by nie zwrócił uwagi, gdyby to nagranie nagle zniknęło.
Nawet teledysk nie jest w stanie tutaj pomóc, bo jakkolwiek żartobliwy, lekki i sympatyczny, jest równie sztampowy i bezjajeczny. Przy okazji debiutu T-ara N4 z "Jeon Won Diary" (>>TUTAJ<<) pisałem, że wygłupianie się przed kamerą to też sztuka i tu widać dowód, bo w wypadku z Secret wszystko jest raczej mało zgrabne i grubymi nićmi szyte - dziewczyny sprawdzają się w wyglądaniu dobrze przed kamerą, ale niekoniecznie w robieniu z siebie idiotek. A może inaczej - robią z siebie idiotki aż za dobrze. Cytując postać graną przez Roberta Downeya Jr. w pewnej komedii - "Never go full retard."
Jednak najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja lubię Secret, a raczej Secret w normalnym, nieprzesłodzonym wydaniu. "Magic" (>>TUTAJ<<) i "Madonna" to świetne piosenki w klimacie retro, z fajnym pazurem w brzmieniu. Kiedy dziewczyny jesienią wróciły z jeszcze ostrzejszym wizerunkiem i kolejnymi retro-kawałkami "Poison" (>>TUTAJ<<) i "Talk That" (>>TUTAJ<<), liczyłem, że jest to zmiana na dobre. A tu taki klops... Mam chociaż nadzieję, że następne nagranie pójdzie we właściwym kierunku.
Aha, zapomniałbym o jednej, całkiem istotnej dla fanów rzeczy. Zinger tuż przed wydaniem piosenki i mini-albumu zdecydowała, że porzuca swój pseudonim i teraz będzie występowała pod swoim prawdziwym imieniem - Hana.
POSTSCRIPTUM
Występy z Mcountdown
"Yoo Hoo" - albo w tym wykonaniu piosenka wypada lepiej, albo niestety usłyszałem ją o jeden raz za dużo. Jednak muszę przyznać, że bez tej głupkowatej teledyskowej otoczki, lepiej czuć pozytywną energię bijącą z piosenki i choreografii. Niestety dziewczyny z Secret wyglądają jak dorosłe kobiety przebrane za małe dziewczynki...
"Only You" - b-side, nie mogę powiedzieć, że zły, ale też nieszczególnie interesujący.
wtorek, 4 grudnia 2012
Secret - Talk That
Ta piosenka jest jak ciastko. Nie jak genialne, przekombinowane ciastko, które rozsadza zmysły przy pierwszym kontakcie z językiem, ale po trzecim dziękujesz, bo czujesz przesyt. Nie jest też jak ciastko, które znasz i wiesz, że jesteś w stanie spałaszować w dowolnych ilościach. Nie, to ciastko jest inne.
"Talk That" jest jak ten najgorszy rodzaj ciastka, które ląduje na Twoim talerzu na jakimś spotkaniu rodzinnym, czy innym spokojniejszym przyjęciu. Bierzesz je, bo wydaje Ci się podobne do tego, co już znasz. Nie spodziewasz się egzotyki, tylko smaku zbudowanego na ogólnie przyjętych fundamentach ponadkulturowej ciastkowości.
I mylisz się. Pierwszy kęs nie tyle jest szokiem, co delikatną niespodzianką. Coś w całości wyłamuje się z konwencji i na jakimś poziomie drażni Twoje poczucie równowagi. Poczucie tego, czym powinno być ciastko. Ale jednocześnie nie jest złe. Nie, jest całkiem jadalne. Dajesz szansę drugiemu, które na talerz wziąłeś na zapas. Oczywiście po to, żeby rozwikłać zagadkę - co w tym ciastku jest inne.
Na podobnej zasadzie konsumujesz trzecie ciastko, nie będąc wcale bliższym rozwikłania zagadki, za to całość coraz bardziej Ci smakuje. Przy piątym ciastku nawet nie pamiętasz, że coś Cię w nim dziwiło. Następny talerz jest już pełen tylko takich ciastek, wyglądasz z nim trochę jak obsługa przyjęcia, ludzie zaczynają na Ciebie dziwnie patrzeć. Kiedy przychodzisz po ostatnią transzę, żartobliwie zagaduje Cię gospodyni, rzucając coś w stylu "Widzę, że Ci zasmakowały". W odpowiedzi tylko kiwasz głową. Nie mówi się z pełnymi ustami.
W sumie spodziewałem się po Secret wędrówki po nowych rejonach muzycznych z tą piosenką. Teasery zapowiadały coś melancholijnego, oczekiwałem jakiejś balladki. Jednak to nie jest... to, czego się spodziewałem. Nie chodzi nawet o to, że piosenka jest dynamiczna i rytmiczna - takie jest brzmienie grupy, więc pójście w tym kierunku wydaje się bardziej logiczne niż klasyczna ballada. To, co przykuwa moją uwagę, to ta dziwna aranżacja.
Jak w przypadku większości piosenek Secret, podkład jest bardziej oparty na instrumentach, niż na samplach. Ale przez cały utwór w tle przewija się dziwny, elektroniczny dźwięk, ponoć inspirowany francuską sceną muzyczną. To on, w połączeniu z powtarzającym się rytmicznym akcentem w postaci słów "talk that" śpiewanych przez wokalistki, stanowi o nietypowym posmaku piosenki.
Od strony kompozycji błyszczy talent Shinsadonga Tigera. Z jednej strony piosenka ma dźwiękowy motyw przewodni i jasną konstrukcję. Z drugiej, podkład, choć utrzymany w podobnym brzmieniu, jest zróżnicowany. Wokalistki w tej wtórnej konwencji również dostały pole do zaprezentowania możliwości wokalnych, ale bez wykraczania poza ramy kompozycji i zbędnych popisów. No i przejście z bębnami do wzmocnionego finału robi wrażenie - kojarzy mi się z brzmieniem kilku piosenek grupy Muse, np. początkiem "Resistance".
Muszę też przyznać, że od pierwszego przesłuchania byłem przekonany, że poznanie słów piosenki na pewno poprawi jej ocenę w moich oczach. I tak faktycznie się stało. Nie są one w żaden sposób genialne, ale z trudną do wychwycenia gracją dopełniają piosenkę. Po prostu świetnie wpasowują się w jej brzmienie. A może raczej odwrotnie, to piosenka świetnie oddaje emocje płynące ze słów. Do tego stopnia, że nie rozumiejąc koreańskiego, podskórnie czuje się jakie jest znaczenie kolejnych wersów, a poznanie ich faktycznego znaczenia jest tylko formą upewnienia, która rozwiewa wątpliwości. Ah, ale przecież nie wiecie o czym mówię. >>TUTAJ<< wersja z angielskimi napisami.
Od strony wizualnej jestem zawiedziony... Troszeczkę, ale jednak. Dziewczyny w pewnym stopniu podtrzymały ostrzejszy wizerunek z wrześniowego klipu do "Poison" (>>TUTAJ<<), chociaż nie jestem przekonany czy rosnąca liczba odsłoniętych dekoltów na klip była właściwym kierunkiem. Nie to, żebym miał coś do tych dekoltów - patrzy się bardzo przyjemnie. Tylko mam wrażenie, że grupa daje radę i bez tego. No chyba, że szykują ekspansję na Amerykę, co z ich brzmieniem chyba jednak wiąże się z koniecznością właśnie takiego wydekoltowanego wizerunku.
Jednak w klipie o wiele bardziej drażni mnie brak oryginalności. Z jednej strony jest trochę podobieństw w stylizacji do konkurencyjnej pod względem brzmienia i terminu wydania piosenki Spica - "Lonely" (>>TUTAJ<<). Z drugiej o wiele bardziej po oczach bije zbieżność z klipem do piosenki "Because of You" formacji After School. Z "Play Ur Love" zresztą też. Dowodów wizualnych na dzisiaj brak, bo obie piosenki doczekają się prędzej czy później własnych wpisów, ale uwierzcie, że sporo kadrów jest identycznie rozplanowanych, jak te w teledyskach do tych piosenek.
Jednak to wszystko nie oznacza, że klip jest zły, po prostu w moich oczach trąci kliszą, choć wizualnie jest całkiem przystępny. Bardzo pomysłowy jest motyw wszędobylskich, staromodnych słuchawek telefonicznych. Ponadto szczególnie do gustu przypadł mi segment z czarno-białą sceną. Też z czymś mi się kojarzy, ale w tym wypadku skojarzenie jest zdecydowanie bardziej odległe, a na scenę po prostu dobrze się patrzy. Podzielających moje odczucia zachęcam do sprawdzenia bonusu na końcu tekstu.
POSTSCRIPTUM
W trakcie trwania promocji tej piosenki, doszło do bardzo nieprzyjemnego zdarzenia, które na szczęście skończyło się bez bardzo poważnych konsekwencji. 11 grudnia 2012 samochód, którym jechała cała grupa, miał poważny wypadek i dziewczyny mogą mówić o szczęściu, że wyszły z niego cało. Auto wpadło w poślizg na oblodzonej autostradzie, uderzyło w barierkę i wypadło poza drogę do głębokiego na 5 metrów rowu, przy okazji dachując.
Jieun w jednym z programów telewizyjnych zdała relację z tych wydarzeń. W wyniku wypadku straciła przytomność, kiedy ocknęła się w reakcji na wołania koleżanek, zorientowała się, że wisi do góry nogami. Dolna część jej ciała wciąż była w samochodzie, podczas gdy reszta wisiała już poza nim z twarzą tuż ponad sterczącymi odłamkami szkła. Hyosung w jakiś sposób swoją nogą przytrzymywała Jieun w samochodzie i tylko dzięki temu wokalistka nie runęła twarzą na szkło.
Koniec końców Jieun, Hyosung i Sunhwa wyszły z wypadku bez poważniejszych obrażeń i szybko mogły opuścić szpital. Gorzej miała się sytuacja Zinger, która doznała złamania lub pęknięcia żeber i stłuczenia płuc. Urazy te wymagały dłuższej hospitalizacji niż pierwotnie zakładano i choć wstępnie planowano reaktywację grupy przy okazji muzycznych show kończących rok, udział Zinger okazał się niemożliwy, a Secret występowało jako grupa trzyosobowa. Do skutku nie doszedł też drugi zapowiadany powrót Zinger, który miał mieć miejsce podczas styczniowej (15 i 16) gali rozdania Koreańskich Złotych Płyt. Zinger opuściła już szpital, ale natura odniesionych przez nią urazów uniemożliwiała jej jeszcze komfortowe występy sceniczne. Secret w pełnym składzie powróciło 31 stycznia podczas gali "22nd Seoul Music Awards".
BONUS
"Talk That" z teledyskiem w wersji tanecznej. W moim odczuciu jest to lepszy wizualnie, bardziej spójny klip, który również lepiej pasuje do tanecznej natury piosenki.
"Talk That" jest jak ten najgorszy rodzaj ciastka, które ląduje na Twoim talerzu na jakimś spotkaniu rodzinnym, czy innym spokojniejszym przyjęciu. Bierzesz je, bo wydaje Ci się podobne do tego, co już znasz. Nie spodziewasz się egzotyki, tylko smaku zbudowanego na ogólnie przyjętych fundamentach ponadkulturowej ciastkowości.
I mylisz się. Pierwszy kęs nie tyle jest szokiem, co delikatną niespodzianką. Coś w całości wyłamuje się z konwencji i na jakimś poziomie drażni Twoje poczucie równowagi. Poczucie tego, czym powinno być ciastko. Ale jednocześnie nie jest złe. Nie, jest całkiem jadalne. Dajesz szansę drugiemu, które na talerz wziąłeś na zapas. Oczywiście po to, żeby rozwikłać zagadkę - co w tym ciastku jest inne.
Na podobnej zasadzie konsumujesz trzecie ciastko, nie będąc wcale bliższym rozwikłania zagadki, za to całość coraz bardziej Ci smakuje. Przy piątym ciastku nawet nie pamiętasz, że coś Cię w nim dziwiło. Następny talerz jest już pełen tylko takich ciastek, wyglądasz z nim trochę jak obsługa przyjęcia, ludzie zaczynają na Ciebie dziwnie patrzeć. Kiedy przychodzisz po ostatnią transzę, żartobliwie zagaduje Cię gospodyni, rzucając coś w stylu "Widzę, że Ci zasmakowały". W odpowiedzi tylko kiwasz głową. Nie mówi się z pełnymi ustami.
W sumie spodziewałem się po Secret wędrówki po nowych rejonach muzycznych z tą piosenką. Teasery zapowiadały coś melancholijnego, oczekiwałem jakiejś balladki. Jednak to nie jest... to, czego się spodziewałem. Nie chodzi nawet o to, że piosenka jest dynamiczna i rytmiczna - takie jest brzmienie grupy, więc pójście w tym kierunku wydaje się bardziej logiczne niż klasyczna ballada. To, co przykuwa moją uwagę, to ta dziwna aranżacja.
Jak w przypadku większości piosenek Secret, podkład jest bardziej oparty na instrumentach, niż na samplach. Ale przez cały utwór w tle przewija się dziwny, elektroniczny dźwięk, ponoć inspirowany francuską sceną muzyczną. To on, w połączeniu z powtarzającym się rytmicznym akcentem w postaci słów "talk that" śpiewanych przez wokalistki, stanowi o nietypowym posmaku piosenki.
Od strony kompozycji błyszczy talent Shinsadonga Tigera. Z jednej strony piosenka ma dźwiękowy motyw przewodni i jasną konstrukcję. Z drugiej, podkład, choć utrzymany w podobnym brzmieniu, jest zróżnicowany. Wokalistki w tej wtórnej konwencji również dostały pole do zaprezentowania możliwości wokalnych, ale bez wykraczania poza ramy kompozycji i zbędnych popisów. No i przejście z bębnami do wzmocnionego finału robi wrażenie - kojarzy mi się z brzmieniem kilku piosenek grupy Muse, np. początkiem "Resistance".
Muszę też przyznać, że od pierwszego przesłuchania byłem przekonany, że poznanie słów piosenki na pewno poprawi jej ocenę w moich oczach. I tak faktycznie się stało. Nie są one w żaden sposób genialne, ale z trudną do wychwycenia gracją dopełniają piosenkę. Po prostu świetnie wpasowują się w jej brzmienie. A może raczej odwrotnie, to piosenka świetnie oddaje emocje płynące ze słów. Do tego stopnia, że nie rozumiejąc koreańskiego, podskórnie czuje się jakie jest znaczenie kolejnych wersów, a poznanie ich faktycznego znaczenia jest tylko formą upewnienia, która rozwiewa wątpliwości. Ah, ale przecież nie wiecie o czym mówię. >>TUTAJ<< wersja z angielskimi napisami.
Od strony wizualnej jestem zawiedziony... Troszeczkę, ale jednak. Dziewczyny w pewnym stopniu podtrzymały ostrzejszy wizerunek z wrześniowego klipu do "Poison" (>>TUTAJ<<), chociaż nie jestem przekonany czy rosnąca liczba odsłoniętych dekoltów na klip była właściwym kierunkiem. Nie to, żebym miał coś do tych dekoltów - patrzy się bardzo przyjemnie. Tylko mam wrażenie, że grupa daje radę i bez tego. No chyba, że szykują ekspansję na Amerykę, co z ich brzmieniem chyba jednak wiąże się z koniecznością właśnie takiego wydekoltowanego wizerunku.
Jednak w klipie o wiele bardziej drażni mnie brak oryginalności. Z jednej strony jest trochę podobieństw w stylizacji do konkurencyjnej pod względem brzmienia i terminu wydania piosenki Spica - "Lonely" (>>TUTAJ<<). Z drugiej o wiele bardziej po oczach bije zbieżność z klipem do piosenki "Because of You" formacji After School. Z "Play Ur Love" zresztą też. Dowodów wizualnych na dzisiaj brak, bo obie piosenki doczekają się prędzej czy później własnych wpisów, ale uwierzcie, że sporo kadrów jest identycznie rozplanowanych, jak te w teledyskach do tych piosenek.
Jednak to wszystko nie oznacza, że klip jest zły, po prostu w moich oczach trąci kliszą, choć wizualnie jest całkiem przystępny. Bardzo pomysłowy jest motyw wszędobylskich, staromodnych słuchawek telefonicznych. Ponadto szczególnie do gustu przypadł mi segment z czarno-białą sceną. Też z czymś mi się kojarzy, ale w tym wypadku skojarzenie jest zdecydowanie bardziej odległe, a na scenę po prostu dobrze się patrzy. Podzielających moje odczucia zachęcam do sprawdzenia bonusu na końcu tekstu.
POSTSCRIPTUM
W trakcie trwania promocji tej piosenki, doszło do bardzo nieprzyjemnego zdarzenia, które na szczęście skończyło się bez bardzo poważnych konsekwencji. 11 grudnia 2012 samochód, którym jechała cała grupa, miał poważny wypadek i dziewczyny mogą mówić o szczęściu, że wyszły z niego cało. Auto wpadło w poślizg na oblodzonej autostradzie, uderzyło w barierkę i wypadło poza drogę do głębokiego na 5 metrów rowu, przy okazji dachując.
Jieun w jednym z programów telewizyjnych zdała relację z tych wydarzeń. W wyniku wypadku straciła przytomność, kiedy ocknęła się w reakcji na wołania koleżanek, zorientowała się, że wisi do góry nogami. Dolna część jej ciała wciąż była w samochodzie, podczas gdy reszta wisiała już poza nim z twarzą tuż ponad sterczącymi odłamkami szkła. Hyosung w jakiś sposób swoją nogą przytrzymywała Jieun w samochodzie i tylko dzięki temu wokalistka nie runęła twarzą na szkło.
Koniec końców Jieun, Hyosung i Sunhwa wyszły z wypadku bez poważniejszych obrażeń i szybko mogły opuścić szpital. Gorzej miała się sytuacja Zinger, która doznała złamania lub pęknięcia żeber i stłuczenia płuc. Urazy te wymagały dłuższej hospitalizacji niż pierwotnie zakładano i choć wstępnie planowano reaktywację grupy przy okazji muzycznych show kończących rok, udział Zinger okazał się niemożliwy, a Secret występowało jako grupa trzyosobowa. Do skutku nie doszedł też drugi zapowiadany powrót Zinger, który miał mieć miejsce podczas styczniowej (15 i 16) gali rozdania Koreańskich Złotych Płyt. Zinger opuściła już szpital, ale natura odniesionych przez nią urazów uniemożliwiała jej jeszcze komfortowe występy sceniczne. Secret w pełnym składzie powróciło 31 stycznia podczas gali "22nd Seoul Music Awards".
BONUS
"Talk That" z teledyskiem w wersji tanecznej. W moim odczuciu jest to lepszy wizualnie, bardziej spójny klip, który również lepiej pasuje do tanecznej natury piosenki.
wtorek, 27 listopada 2012
Secret - Magic
Po próbach podboju rynku japońskiego formacja Secret powróciła do Korei. Z odświeżonym wizerunkiem i hitową piosenką "Poison" (>>TUTAJ<<), zespół znów święcił sukcesy. Postanowiono więc iść za ciosem i na 4 grudnia zaplanowano premierę nowego singla "Talk That". Jedną z ciekawszych wiadomości związanych z nową piosenką jest ujawnienie osoby kompozytora i producenta utworu - Shinsadonga Tigera.
Tak, to tylko pseudonim. Facet tak naprawdę nazywa się Lee Ho Yang, ale nie ma to znaczenia. Dla Korei to Shinsadong Tiger i jest synonimem muzycznego sukcesu. W branży nazywają go "Dłonią Midasa" - jakby mało było mu efektownych ksywek. Wypromował już wiele przebojów, niejeden zespół swoje miejsce na rynku zawdzięcza jego utworom. Stoi między innymi za przebojem "Every Night" (>>TUTAJ<<) grupy EXID. Sama formacja jest zresztą jego pomysłem.
Wokół historii powstania niektórych hitów krążą legendy związane z wpatrywaniem się w papier toaletowy, czy układaniem piosenki od zera podczas prezentowania jej zarządowi wytwórni. Oczywiście, trzeba wziąć poprawkę na to, że opowieści te padają z ust człowieka, który każe tytułować się Shinsadong Tiger.
Jednak wracając do tematu. Dla dziewczyn z grupy Secret, "Talk That" nie będzie pierwszą okazją do współpracy z utalentowanym twórcą. Na początku kariery - w 2010 roku - formacja zaśpiewała inną piosenkę jego autorstwa - "Magic" - i był to ich pierwszy prawdziwy przebój.
Nie, nie mam pojęcia, czemu dziewczyny śpiewają "mezik" zamiast "medżik". Ale poza tym utwór jest świetny. Dobra mieszanka R'n'B z brzmieniem retro. W podkładzie słychać instrumenty, a nie jakieś dziwaczne sample i wszystko ładnie współgra. Z jednej strony jest rytm, z drugiej całość fajnie się "buja".
Trochę blado na tym tle wypadają wokale. Nie to, żeby było z nimi coś nie tak - po prostu sam śpiew, choć dobry od strony warsztatu, w całej kompozycji nie zajmuje szczególnie wyeksponowanego miejsca. Raczej ma współbrzmieć z instrumentami, żadna z piosenkarek nie dostaje specjalnie pola by popisać się swoimi umiejętnościami.
Ma to swoje złe i dobre strony. Takie podporządkowanie wokalu pod kompozycję sprawia, że na dłuższą metę utwór staje się nieco wtórny i nie przykuwa już takiej uwagi jak przy pierwszym przesłuchaniu. Dla mnie jest to jednak także plusem. Choć piosenka jest żywa i zwyczajnie dobra pod względem muzycznym, to dzięki temu, że nie jest tak absorbująca, można ją sobie puścić w tle, żeby umilała lekturę czy klepanie w klawiaturę. Wiele jest bardzo dobrych kawałków, które do podobnych zadań się nie nadają.
Teledysk na swój sposób jest świetny. Choć nie ma w nim nic szczególnego, to jest po prostu bardzo dobrze wykonany i pasuje do piosenki. Chociaż przez trzy i pół minuty na ekranie widzimy tylko tańczące wokalistki, to świetny montaż, doskonała praca kamery - która cały czas jest w ruchu - i dobry dobór stylizacji sprawiają, że na całość patrzy się przyjemnie i z zainteresowaniem.
Co tu dużo kryć, czekam z niecierpliwością na nowy teledysk grupy i efekty współpracy z Tigerem, choć coś mi mówi, że tym razem dostaniemy nieco wolniejszą, może trochę bardziej liryczną piosenkę. Może to mylne przeczucie, ale jest coś takiego w obrazie wokalistki siedzącej ze spuszczoną głową w wannie (teaser), co sugeruje, że tym razem melodia nie będzie zbyt skoczna.
POSTSCRIPTUM
Tekst o "Talk That" znajdziecie >>TUTAJ<<.
Tak, to tylko pseudonim. Facet tak naprawdę nazywa się Lee Ho Yang, ale nie ma to znaczenia. Dla Korei to Shinsadong Tiger i jest synonimem muzycznego sukcesu. W branży nazywają go "Dłonią Midasa" - jakby mało było mu efektownych ksywek. Wypromował już wiele przebojów, niejeden zespół swoje miejsce na rynku zawdzięcza jego utworom. Stoi między innymi za przebojem "Every Night" (>>TUTAJ<<) grupy EXID. Sama formacja jest zresztą jego pomysłem.
Wokół historii powstania niektórych hitów krążą legendy związane z wpatrywaniem się w papier toaletowy, czy układaniem piosenki od zera podczas prezentowania jej zarządowi wytwórni. Oczywiście, trzeba wziąć poprawkę na to, że opowieści te padają z ust człowieka, który każe tytułować się Shinsadong Tiger.
Jednak wracając do tematu. Dla dziewczyn z grupy Secret, "Talk That" nie będzie pierwszą okazją do współpracy z utalentowanym twórcą. Na początku kariery - w 2010 roku - formacja zaśpiewała inną piosenkę jego autorstwa - "Magic" - i był to ich pierwszy prawdziwy przebój.
Nie, nie mam pojęcia, czemu dziewczyny śpiewają "mezik" zamiast "medżik". Ale poza tym utwór jest świetny. Dobra mieszanka R'n'B z brzmieniem retro. W podkładzie słychać instrumenty, a nie jakieś dziwaczne sample i wszystko ładnie współgra. Z jednej strony jest rytm, z drugiej całość fajnie się "buja".
Trochę blado na tym tle wypadają wokale. Nie to, żeby było z nimi coś nie tak - po prostu sam śpiew, choć dobry od strony warsztatu, w całej kompozycji nie zajmuje szczególnie wyeksponowanego miejsca. Raczej ma współbrzmieć z instrumentami, żadna z piosenkarek nie dostaje specjalnie pola by popisać się swoimi umiejętnościami.
Ma to swoje złe i dobre strony. Takie podporządkowanie wokalu pod kompozycję sprawia, że na dłuższą metę utwór staje się nieco wtórny i nie przykuwa już takiej uwagi jak przy pierwszym przesłuchaniu. Dla mnie jest to jednak także plusem. Choć piosenka jest żywa i zwyczajnie dobra pod względem muzycznym, to dzięki temu, że nie jest tak absorbująca, można ją sobie puścić w tle, żeby umilała lekturę czy klepanie w klawiaturę. Wiele jest bardzo dobrych kawałków, które do podobnych zadań się nie nadają.
Teledysk na swój sposób jest świetny. Choć nie ma w nim nic szczególnego, to jest po prostu bardzo dobrze wykonany i pasuje do piosenki. Chociaż przez trzy i pół minuty na ekranie widzimy tylko tańczące wokalistki, to świetny montaż, doskonała praca kamery - która cały czas jest w ruchu - i dobry dobór stylizacji sprawiają, że na całość patrzy się przyjemnie i z zainteresowaniem.
Co tu dużo kryć, czekam z niecierpliwością na nowy teledysk grupy i efekty współpracy z Tigerem, choć coś mi mówi, że tym razem dostaniemy nieco wolniejszą, może trochę bardziej liryczną piosenkę. Może to mylne przeczucie, ale jest coś takiego w obrazie wokalistki siedzącej ze spuszczoną głową w wannie (teaser), co sugeruje, że tym razem melodia nie będzie zbyt skoczna.
POSTSCRIPTUM
Tekst o "Talk That" znajdziecie >>TUTAJ<<.
piątek, 26 października 2012
Secret - Poison
We wcześniejszych postach pisałem o słodkim wizerunku niektórych grup. Wspomniałem też, że jest to swojego rodzaju wymogiem rynku. Przesłodzone piosenki gwarantują wysokie miejsca na listach przebojów. Dzisiaj będzie o grupie, której udało się wyrwać z szaleństwa aegyo.
W 2009 roku na koreańskim rynku zadebiutowała grupa Secret. Ich pierwsza piosenka nie była zła, ale ewidentnie nijaka. Za to kolejne to już inna historia. W 2010 roku grupa przypuściła szturm na listy przebojów piosenkami "Magic" i "Madonna". Było rytmicznie, było energicznie, było tanecznie. Dwa fajne kawałki łączące R'n'B z brzmieniem retro sprawiły, że dziewczyny wyraźnie zarysowały swój wizerunek na koreańskiej scenie muzycznej.
Niestety w następnym roku ktoś w wytwórni pomyślał, że dobrym pomysłem będzie upchnięcie retro stylistyki grupy w bardziej "słodkie" ramy. Powód prosty - poprzednie piosenki zapewniły pewien sukces muzyczny, ale grupa nie zdobyła pierwszego miejsca na żadnej z telewizyjnych list przebojów. Nowa - słodka - stylistyka sprzedała się, choć mówiło się, że grupa jest niezadowolona ze zmiany wizerunku.
Ostatni singiel z 2011 roku był już czymś w rodzaju consensusu, łącząc wciąż dosyć kolorowy wizerunek ze zdecydowanie bardziej taneczną i nieco ostrzejszą stylizacją. Następnie grupa wyruszyła na podbój Japonii i przez blisko rok w Korei słuch o niej zaginął. Secret powróciło w połowie września tego roku i...
Przypomina teraz szczutą bestię wypuszczoną z klatki.
Wróciło brzmienie R'n'B, posmak retro pozostał, a na to wszystko spadł jeszcze wizerunek kipiący seksapilem. Szczerze? Mimo wszystko piosenka jest nieco słabsza niż te z 2010 roku. W pierwszej części jest nieco chaotyczna, złożona z różnorodnych muzycznie elementów, którym brakuje dobrego spoiwa. Na siłę można by upatrywać tej funkcji w tekście piosenki, który może niezbyt zaskakujący (porównanie swojego zadurzenia do zatrucia), to jednak zgrabnie, choć niezbyt silnie, łączy utwór w pewną całość.
Co nie oznacza, że uważam, że kawałek jest słaby. Bardzo podoba mi się finał (segment od momentu włamania) z dobrym rapem (Bogowie, ja rap chwalę!) i fajnymi miniwokalizami. Dobry jest też refren, a i każdy z pozostałych fragmentów z osobna jest co najmniej solidny. Po prostu jako muzyczna całość, utwór nieco się "rozłazi".
Wypadałoby też napisać coś o teledysku. Chwila, chyba muszę go sobie jeszcze raz obejrzeć... Taaak, na teledysk patrzy się zdecydowanie przyjemnie. I nie chodzi tylko o żwawo ruszające się dziewczyny, chociaż trudno nie przyznać, że robią wrażenie. Szczególnie ta matriksowa figura z wygięciem ciała do tyłu przypadła mi do gustu.
Brawa dla realizatorów przede wszystkim za bardzo udaną, kompletną stylizację. Świetne są różnorodne i ciekawie zaprojektowane kostiumy. Jeszcze większe wrażenie robi na mnie bardzo nastrojowy wystrój wnętrz. Dobra jest kolorystyka, dodatkowo akcentowana efektownym, ale pozostającym w klimacie oświetleniem. Na to wszystko nachodzą jeszcze dobre ujęcia, montaż i filtry obrazu. Imponuje spory wysiłek, który musiał zostać włożony w nakręcenie niespełna pięciominutowego klipu.
Zostaje jeszcze kwestia warstwy fabularnej. Przyznam, że do tej pory tak jakoś nie ogarniam roli pana detektywa w tym wszystkim, ale pal to licho - inaczej Hyosung nie miałaby powodu żeby ściągać płaszcz. Poza tym, jakkolwiek zawsze i wszędzie pochwalam obecność krwi, kiedy ktoś korzysta z broni, to nie sposób nie zauważyć, że koreańskie kobiety dosyć swobodnie podchodzą do tematu wartości życia ludzkiego. Szczególnie, kiedy życie to należy do mężczyzny. Nie powiem, dostrzegam w tym pewną naukę na przyszłość.
BONUS
Grupa taneczna Waveya wykonuje cover choreografii. Przyjemnie popatrzeć :)
W 2009 roku na koreańskim rynku zadebiutowała grupa Secret. Ich pierwsza piosenka nie była zła, ale ewidentnie nijaka. Za to kolejne to już inna historia. W 2010 roku grupa przypuściła szturm na listy przebojów piosenkami "Magic" i "Madonna". Było rytmicznie, było energicznie, było tanecznie. Dwa fajne kawałki łączące R'n'B z brzmieniem retro sprawiły, że dziewczyny wyraźnie zarysowały swój wizerunek na koreańskiej scenie muzycznej.
Niestety w następnym roku ktoś w wytwórni pomyślał, że dobrym pomysłem będzie upchnięcie retro stylistyki grupy w bardziej "słodkie" ramy. Powód prosty - poprzednie piosenki zapewniły pewien sukces muzyczny, ale grupa nie zdobyła pierwszego miejsca na żadnej z telewizyjnych list przebojów. Nowa - słodka - stylistyka sprzedała się, choć mówiło się, że grupa jest niezadowolona ze zmiany wizerunku.
Ostatni singiel z 2011 roku był już czymś w rodzaju consensusu, łącząc wciąż dosyć kolorowy wizerunek ze zdecydowanie bardziej taneczną i nieco ostrzejszą stylizacją. Następnie grupa wyruszyła na podbój Japonii i przez blisko rok w Korei słuch o niej zaginął. Secret powróciło w połowie września tego roku i...
Przypomina teraz szczutą bestię wypuszczoną z klatki.
Wróciło brzmienie R'n'B, posmak retro pozostał, a na to wszystko spadł jeszcze wizerunek kipiący seksapilem. Szczerze? Mimo wszystko piosenka jest nieco słabsza niż te z 2010 roku. W pierwszej części jest nieco chaotyczna, złożona z różnorodnych muzycznie elementów, którym brakuje dobrego spoiwa. Na siłę można by upatrywać tej funkcji w tekście piosenki, który może niezbyt zaskakujący (porównanie swojego zadurzenia do zatrucia), to jednak zgrabnie, choć niezbyt silnie, łączy utwór w pewną całość.
Co nie oznacza, że uważam, że kawałek jest słaby. Bardzo podoba mi się finał (segment od momentu włamania) z dobrym rapem (Bogowie, ja rap chwalę!) i fajnymi miniwokalizami. Dobry jest też refren, a i każdy z pozostałych fragmentów z osobna jest co najmniej solidny. Po prostu jako muzyczna całość, utwór nieco się "rozłazi".
Wypadałoby też napisać coś o teledysku. Chwila, chyba muszę go sobie jeszcze raz obejrzeć... Taaak, na teledysk patrzy się zdecydowanie przyjemnie. I nie chodzi tylko o żwawo ruszające się dziewczyny, chociaż trudno nie przyznać, że robią wrażenie. Szczególnie ta matriksowa figura z wygięciem ciała do tyłu przypadła mi do gustu.
Brawa dla realizatorów przede wszystkim za bardzo udaną, kompletną stylizację. Świetne są różnorodne i ciekawie zaprojektowane kostiumy. Jeszcze większe wrażenie robi na mnie bardzo nastrojowy wystrój wnętrz. Dobra jest kolorystyka, dodatkowo akcentowana efektownym, ale pozostającym w klimacie oświetleniem. Na to wszystko nachodzą jeszcze dobre ujęcia, montaż i filtry obrazu. Imponuje spory wysiłek, który musiał zostać włożony w nakręcenie niespełna pięciominutowego klipu.
Zostaje jeszcze kwestia warstwy fabularnej. Przyznam, że do tej pory tak jakoś nie ogarniam roli pana detektywa w tym wszystkim, ale pal to licho - inaczej Hyosung nie miałaby powodu żeby ściągać płaszcz. Poza tym, jakkolwiek zawsze i wszędzie pochwalam obecność krwi, kiedy ktoś korzysta z broni, to nie sposób nie zauważyć, że koreańskie kobiety dosyć swobodnie podchodzą do tematu wartości życia ludzkiego. Szczególnie, kiedy życie to należy do mężczyzny. Nie powiem, dostrzegam w tym pewną naukę na przyszłość.
BONUS
Grupa taneczna Waveya wykonuje cover choreografii. Przyjemnie popatrzeć :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)