Co ma wisieć, nie utonie. Najpierw SM Entertainment odwlekało premierę teledysku, potem ja odwlekałem spłodzenie tego wpisu, w końcu dopadło mnie przeziębienie i wysłało z dala od klawiatury - ale w końcu mój tekst o powrocie SNSD powstaje. Sukces jest - nieomal - kompletny.
Muszę przyznać, że nawet pomimo płuc co rusz próbujących wyskoczyć mi przez gardło, jestem dzisiaj w całkiem niezłym humorze. Pogoda za oknem jest, cóż, pogodna i nie przeszkadza mi nawet fakt, że póki co mogę ją obserwować tylko przez okno właśnie. Może nawet sprawi to, że spojrzę na piosenkę życzliwszym okiem, niż gdybym zabrał się za nią zaraz po premierze teledysku, kiedy byłem nią dosyć rozczarowany.
Ale zanim przejdziemy do moich poglądów na temat "Mr.Mr.", trochę podbudowy. Girls' Generation (często skracane jako SNSD, wyjaśnienie >>TUTAJ<<) to bez wątpienia największa marka na koreańskim rynku muzycznym, w dodatku należąca do bez wątpienia największej stajni, wspomnianego już SM Entertainment. Dziewczyny mają już nie tyle fanów, co nawet fanatyków, a ich pozycja na rynku od dawna wydaje się niezagrożona.
Jest jednak jedna rzecz, która wciąż może zdetronizować SNSD - jest nią czas. Oczywiście długofalowo każdego z nas czas zdetronizuje, nawet kilku panów z północnej części z Półwyspu Koreańskiego się o tym przekonało, a przecież tacy byli boscy i niezwyciężeni. Mnie jednak chodzi tu o zdecydowanie krótszy przedział czasu - kwestię 2 lat, nie więcej. Ponownie - przemijanie popularności popowych grup też wydaje się czymś normalnym. A jednak w wypadku Girls' Generation scenariusz nie jest do końca typowy i wydaje się, że od pewnego czasu wytwórnia próbuje mu zapobiec.
O co chodzi? Przyjrzyjmy się samej nazwie zespołu, bo tam kryje się odpowiedź. Girls' Generation. Cóż, ja kobietom w metryki nie zaglądam, ale nie da się ukryć, że Girls' Generation jest coraz mniej "girls'". I nie ma w tym nic złego, dziewczyny po prostu dojrzewają, zamieniają się w kobiety, całkiem to wszystko naturalne. W dodatku póki co godzą to z utrzymywaniem swojego dosyć niewinnego wizerunku. Ale są pewne granice.
Nawet jeżeli dziewczyny będą trzymały dycyplinę i nie dadzą pretekstu, by zniszczyć swój obecny wizerunek, który - nie oszukujmy się - pomaga im zarabiać pieniądze, to w końcu sami ludzie zaczną nagminnie wytykać, że to grupa dorosłych kobiet, które udają nastolatki. W tym roku 2/3 składu dobije do ćwierćwiecza (według zachodniej rachuby). To jest ten moment, kiedy grupa powinna intensywnie szukać dojrzalszego wizerunku.
I po prawdzie szuka go już od pewnego czasu - w taki czy inny sposób. Niestety nikt w wytwórni nie jest skłonny zaryzykować i choć gdzieś tam czuć powiew zmian, to jest to jedynie kosmetyka, a sedno koniec końców ląduje na powrót w różowej stylistyce. Tak było do tej pory. Teasery sugerowały jednak, że w końcu może się coś zmienić. "Mr.Mr." wyglądało na projekt posunięty w zdecydowanie ostrzejszym kierunku. Co z tego wyszło?
Niby poczyniono pewne kroki w dobrym kierunku, ale transformacja jest wciąż ewidentnie niekompletna - czyli wychodziłoby, że staramy się jak nigdy, wychodzi jak zawsze. Sęk w tym, że jakoś schodzi to na drugi plan wobec faktu, że "Mr.Mr." po prostu nie wydaje się szczególnie istotnym nagraniem w dorobku grupy. To dobra piosenka, ale czy jest w niej coś wyjątkowego? Nie bardzo. Chyba nawet wytwórnia zdawała sobie z tego sprawę, akcentując, że to pierwszy raz, kiedy SNSD będzie... dzieliło scenę z męskimi tancerzami. Trochę desperacka próba znalezienia czegoś ciekawego we własnym projekcie.
W moim odczuciu nawet zeszłoroczne "I Got A Boy" (>>TUTAJ<<) miało większe znaczenie niż "Mr.Mr.". Tak, zeszłoroczny hit grupy był dosyć chaotyczny - tak muzycznie, jak i wizerunkowo - nie wszystko było w nim udane - i tak, "Mr.Mr." słucha mi się zdecydowanie przyjemniej. A jednak "I Got A Boy" było dosyć śmiałą próbą fuzji popu z czymś na kształt numeru musicalowego. "Mr.Mr." to po prostu solidna piosenka, która powierzona innej formacji prawdopodobnie nawet nie zrobiłaby większej kariery na listach przebojów.
Miałem być pozytywnie nastawiony, ale nie mogę jednak ukryć, że spora część mojego pierwotnego rozczarowania ma źródło w samej piosence. Pod koniec zeszłego roku Girls' Generation wydało album w Japonii i piosenki, które zwiastowały jego nadejście - "Galaxy Supernova" (>>TUTAJ<<) oraz "My Oh My" (>>TUTAJ<<) były naprawdę udane. Nie niezłe, nie solidne - dobre, autentycznie dobre, przebojowe, ciekawe, rozpoznawalne, kojarzące się z wizerunkiem Girls' Generation, ale wcale nie przesłodzone. Były dowodem na to, że w grupę da się - bez wysiłku i zbędnego kombinowania - tchnąć nowe życie.
"Mr.Mr." - nawiązując do teledysku - pachnie troszkę próbą reanimacji trupa. Niby przepuszczono przez petenta trochę napięcia, co by się ruszał żwawiej, ale zapach unosi się wybitnie wczorajszy. Piosenka pomimo zwrotek obiecujących coś ciekawego, klimatycznego i innego od dotychczasowego reopertuaru grupy, w refrenach rozpływa się w banale. Ta piosenka jest po prostu nieoczekiwanie cukierkowata, jakby w ostatniej chwili komuś znowu drgnęła ręka jak u doktora Strangelove. Doktor "heilował" bez potrzeby, a ludzie z SM odruchowo dodają za dużo "cukru, słodkości i różnych śliczności", podczas gdy SNSD raczej potrzebuje teraz więcej związku X, a już na pewno potrzebuje go ta piosenka.
Kwestia decyzji podejmowanych przez wytwórnię dotyczy także naturalnie teledysku, jednak w tym względzie jest ostatnio znacznie więcej szumu i domysłów. Normalnym jest, że wytwórnia decyduje jak wygląda teledysk ich wykonawcy, ale krąży plotka, że teledysk SNSD został zmieniony po nakręceniu. Faktem jest, że teledysk kręcono dwukrotnie, po tym jak część oryginalnego materiału w wyniku awarii sprzętowej wyparowała z dysków. Podobno powtórzono niektóre ujęcia, ale nie brak ludzi, którzy spekulują, że teledysk nie spodobał się w wytwórni i go zmieniono.
Inna sprawa, ze cały cykl promocyjny dla "Mr.Mr." wygląda bardzo dziwnie, szczególnie jeżeli zestawi się go z faktem, że kilka dni później album wydała inna żeńska super grupa - 2NE1 i ona też odwlekała tak prezentację teledysku, jak i wejście na sceny telewizyjnych programów. Patrząc z boku wyglądało to trochę tak, jakby SM chciało, by SNSD prezentowało się jak najbliżej konkurencji, podczas gdy 2NE1 uciekało przed rynkowym starciem. Jest to o tyle dziwne, że wątpię, by demografie fanów obu formacji nakładały się.
Wracając do teledysku to niestety, choć z początku zapowiada się interesująco, to szybko okazuje się kolejnym nudnym klipem spod znaku SM Entertainment. Niby coś się tam dzieje, niby dziewczyny planują przeszczepić facetowi cekinowe serce, ale ani wykonanie pomysłu nie jest jakieś piorunujące, ani sam pomysł nie powala i zdaje się powoli, ale sumiennie brnąć donikąd. Sekwencje taneczne byłyby może jakimś urozmaiceniem, gdyby nie to, że nikt nawet nie próbował wpleść ich w projekt, tylko wrzucono je między sceny.
Podoba mi się kolorystyka obrazu, przejawiająca się tak w scenografii, jak i w stylizacjach dziewczyn - nawet ten nieszczęsny róż tym razem okazuje się jadalny. Mocnym punktem klipu są liczne filtry obrazu, które dodają trochę uroku dosyć banalnie nakręconym scenom. Tak - jest tu całkiem sporo detali, kilka fajnych kadrów, ale nie mają one najmniejszego znaczenia, w dodatku rozpływają się w strumieniu przebitek na twarze poszczególnych dziewczyn i nie mają większego wpływu na to jak odbieram ten klip.
Choreografia to dla mnie - póki co, bo może dziewczyny jeszczesię poprawią w trakcie trwania promocji - mieszany pakiet. Sam układ jest fajny, ma kilka bardzo dobrych, charakterystycznych sekwencji, ale pomiędzy tymi popisowymi momentami wydaje się zdecydowanie tracić tak na pmyśle jak i na jakości wykonania. Brawurowe momenty dziewczyny sprzedają bez problemu, ale przy mniej znaczących pląsach wyraźnie tracą zdecydowanie i energię w ruchach, a ten układ chyba z założenia ma być męski i pełen zdecydowania. Podoba mi się natomiast, że SM ma zamiar ciągnąć motyw prowadzonej kamery a'la "Growl" (>>TUTAJ<<) EXO.
Zanim skończę, chciałem jescze wrócić na moment do piosenki. Otóż ma ona jeszcze jeden problem. Dziewięć głosów. Czasem dziewięć dziewczyn w zespole pomaga piosence i staje się jej atutem, czasem pozostaje niezauważone, ale w wypadku "Mr.Mr." kompozycja jest dosyć szarpana i gadana, a częste zmiany śpiewającej osoby nie pomagają jej w utrzymywaniu płynności. To akurat element, który fanom w żadnym razie nie będzie przeszkadzał, ale dla osoby patrzącej z boku ma wpływ na odbiór piosenki.
Co ciekawe na płycie jest piosenka, która w moim odczuciu jest znacznie lepsza od "Mr.Mr.". W dodatku w jej wypadku liczność zespołu działa na korzyść kompozycji. Co więcej, grupa wykonuje ten kawałek w programach telewizyjnych.
Dlaczego więc SM Entertainment postawiło na "Mr.Mr." a nie na "Wait A Minute"? Prawdopodobnie chodzi o to, o czym pisałem na wstępie - o ucieczkę od dotychczasowego wizerunku grupy. chociaż moim zdaniem bez wysiłku można było "Wait A Minute" zaaranżować troszkę bardziej serio, opakować troszkę bardziej dojrzale i wypadłoby całkiem konkretnie.
Moim zdaniem SM Entertainment już od dłuższego czasu zabiera się za transformację SNSD od złej strony. Raz po raz próbuje wcisnąć grupę w zupełnie nowe rejony sceny tak od strony muzycznej, jak i wizerunkowej, ale koniec końców i tak ucieka przed pełną przemianą, desperacko lukrując i malując na różowo wszystko w zasięgu wzroku. W efekcie wszystkie te próby zmiany wizerunku wydają się jeszcze bardziej cukrowe i dziewczęce niż naprawdę są.
Tymczasem droga do dojrzałości Girls' Generation powinna być zupełnie inna. Dziewczyny powinny cały czas robić to, co robią najlepiej, trzymać się repertuaru dopasowanego do swoich głosów i natury grupy, tylko stopniowo zmieniać aranżacje piosenek na nieco bardziej poważne i stylizacje na bardziej gustowne. Bez tego coraz częściej będziemy oglądali z ich strony takie potworki jak "Mr.Mr." - niby piosenkę całkiem udaną, sympatyczną i do pewnego stopnia przebojową, a jednak rozczarowującą, niekompletną, miałką i nieistotną.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yuri. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yuri. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 marca 2014
środa, 6 listopada 2013
Girls' Generation - My Oh My
Sporo mówi się o tym, że kpop - kiedy tylko zdrapać mu z wierzchu tę kolorową farbę - to tak naprawdę pot, krew i łzy, nieprzespane noce, wielogodzinne treningi przerywane mini-tournee po stacjach telewizyjnych, rozgłośniach radiowych i planach zdjęciowych. Szczególnie okrutne mają być losy debiutantów, którzy siłą rzeczy najwięcej mają do nauczenia, najwięcej godzin poświęcają lekcjom tańca i śpiewu, a jednocześnie nikt nie jest w stanie zagwarantować im, że ta praca przyniesie wymierne korzyści, bo żeby się dorobić na kpop-ie, trzeba zostać gwiazdą. Przynajmniej tak to wygląda od strony wykonawców.
Cóż, mnie to akurat nie przejmuje, wręcz przeciwnie - uważam, że to słuszny kierunek. Jak ktoś ma to parcie na szkło, ma ambicję zostać idolem, a nie urodził się z jakimś niebywałym talentem - sądzę, że to całkiem w porządku, by musiał na swoją popularność zwyczajnie zapracować. A że nagrody na końcu drogi znacznie przewyższają to, czego można dorobić się na kasie w markecie, to tylko sprawiedliwe, że i trud włożony w dojście do sukcesu jest do niego proporcjonalny.
Jak duży sukces możesz osiągnąć poprzez kpop? Jak w ogóle mierzyć sukces, nie przeliczając go na pieniądze? Proponuję skalę skopanych tyłków. Justin Bieber, One Direction, Miley Cyrus, Selena Gomez, no i Lady Gaga - wszystko w jeden wieczór, w dodatku w kategorii, w której taki Bieber czy One Direction są naprawdę asami - popularność.
W niedzielny wieczór rozdano pierwsze w historii nagrody muzyczne Youtube, a najważniejsza statuetka - teledysk roku - powędrowała w ręce jak zwykle uroczej Tiffany z koreańskiej grupy Girls' Generation. Choć kategoria nazywa się teledysk roku, nie o jakość samego klipu tutaj chodzi. Jak już wyżej zaznaczyłem, chodzi tu o popularność, bo statuetkę przyznano na bazie odsłon klipu w portalu oraz jakiegoś dodatkowego głosowania użytkowników. Dlatego też wypisując konkurencję SNSD (SNSD i GG to to samo, wyjaśnienie >>TUTAJ<<) najpierw wymieniłem disneyowskich idoli amerykańskiej (i nie tylko amerykańskiej) młodzieży, a dopiero potem Lady Gagę.
Ujawnię się - mieszkam w Łodzi. Niedawno w miejscowej Atlas Arenie mieliśmy Biebera, a wraz z nim miasto najechały jego psychofanki. To sprawia, że skala fenomenu Biebera trochę bardziej do mnie dotarła - co innego czytać w internecie o rozhisteryzowanych tłumach ludzi gdzieś hen, hen za oceanem, co innego zobaczyć te tłumy we własnym mieście. A jednak dziewięć dziewczyn z Korei rozłożyło biednego Kanadyjczyka na łopatki. Szacun.
Nie oglądałem tej gali, więc informacja dotarła do mnie w formie nagłówka dostrzeżonego na jakimś portalu i przyznam, że mnie zaskoczyła. Przede wszystkim dlatego, że w moich oczach "I Got a Boy" nie jest szczególnie udanym nagraniem (więcej >>TUTAJ<<), na dodatek wiem, że nie jestem w tym poglądzie odosobniony. Tym bardziej jestem zaskoczony, że w zaprezentowanych fragmentach SNSD wywarło na mnie znacznie lepsze wrażenie niż większość konkurencji. Swoją drogą, zauważyliście, że reklamy, które SM Entertainment wtapia w swoje teledyski na YT, przekradły się na antenę gali?
Dobra, ale ten tekst miał być o czymś innym. Na początku wspominałem o nawale pracy spadającym na barki wykonawców w kpopie, pośrednio wspomniała też o tym Tiffany, tłumacząc nieobecność koleżanek z grupy. Girls' Generation pod koniec roku jest zdecydowanie zapracowane. Głównie za sprawą rynku japońskiego, choć w kółko krąży plotka, że jeszcze w tym roku SNSD (lub TTS - trzyosobowa podgrupa) wróci także na koreańskie sceny.
Dziewczyny całkiem niedawno wydały w Japonii singiel "Galaxy Supernova" (>>TUTAJ<<), a w poniedziałek zaprezentowały kolejny klip, tym razem do piosenki "My Oh My", która jest bezpośrednią zapowiedzią trzeciego pełnego albumu studyjnego dedykowanego na rynek japoński. Tytuł wydawnictwa póki co nie został ujawniony, ale wiadomo, że na sklepowe półki trafi ono w grudniu.
Girls' Generation chyba wraca na właściwe tory. Był taki okres, że nagrania tej grupy albo były przeciętne, albo coś w nich nie do końca działało. "Galaxy Supernova" była dla mnie pierwszą od dłuższego czasu piosenką tej formacji, która wydawała się w stu procentach przebojowa, lekka i chwytliwa, bez żadnych dodatkowych zastrzeżeń, gwiazdek i drobnego druku. "My oh My" muzycznie jest jeszcze lepsze.
Linia wokalu to po prostu kawał dobrej kompozycji. Z jednej strony strasznie to proste i leciutkie, a haczykowe "my oh my" natychmiast zapada w pamięć. Z drugiej strony piosenka w refrenach robi się nadspodziewanie mocna, zostawiając dużo przestrzeni lepszym głosom formacji, by pokazały swoje walory. Refren jest dla mnie po prostu rewelacyjny, bo każdy może go powtórzyć a jednocześnie powierzony dobremu głosowi, brzmi niezmiernie efektownie. I tu leży sedno atrakcyjności tej piosenki - jest niesamowicie efektowna, ale i przystępna, bo wszystkie fajerwerki wydobywane są wprost z kompozycji, niemal bez wysiłku, nic nie wydaje się tutaj wymuszone.
W dodatku zwrotki też nie brzmią źle. Brak im takiego błysku, ale to akurat nic złego, bo przez to piosenka nie jest pretensjonalna, daje słuchaczowi momenty wytchnienia i pozwala na trochę zróżnicowania. To nie jednostajna, męcząca inwazja wysokich dźwięków i wokalnych popisów. Przy czym nie jest też tak, że zwrotkom brakuje melodii czy mocy - po prostu nie są one aż tak intensywne jak refreny.
Podkład to kolejny kawał dobrej roboty. W uszy rzucają się przede wszystkim fragmenty grane na klawiszach, które nadają całości tego stempla rozpoznawalności, ale nie mniej ważne są gitary i perkusja, które budują cały klimat utworu. Co ważne, sam podkład, jakkolwiek rozpoznawalny i zauważalny, jest tak zgrabnie poprowadzony, że w żadnym momencie nie zaczyna rywalizować z dziewczynami o ucho słuchacza. Niby są w nim jakieś smaczki, jakieś drobne odejścia od głownego tematu, ale nic, co odrywałoby słuchacza od wokali.
Minusem jest dla mnie tekst piosenki - głównie ze względu na ilość angielskich wtrąceń. Niby widziałem już trochę anime, słyszałem trochę i koreańskiego, i japońskiego popu, a jednak wciąż nie mogę powstrzymać uśmieszku, kiedy słyszę te wszystkie niekoniecznie dopasowane frazy. Zawsze uszami wyobraźni zaczynam wtedy słyszeć "Let's Fighting Love" (>>TUTAJ<<) z jednego z odcinków "South Park". Tłumaczenie tekstu "My oh My" znajdziecie >>TUTAJ<<.
Słabszą stroną projektu jest też teledysk. Pół biedy z oczojebnym różem - to SNSD, więc trzeba być na to gotowym - taka konwencja. Gorzej z samymi planami. Od biedy ta pozłacana dekoracja trzyma poziom, cała reszta wypada raczej ubogo, szczególnie knajpka ze stolikami jak w szkolnej stołówce. Oczywiście dziewczyny wypadają bardzo korzystnie, ale po tylu latach współpracy ze stylistami porażką wytwórni byłoby, gdyby którejś dobrano wizerunek, w którym wyglądałaby źle. Podobają mi się czarno-złote stroje, ale muszą jednak ustąpić miejsca stylizacji z finałowego segmentu z instrumentami - tam dziewczyny wypadają zdecydowanie najlepiej.
Coś jeszcze? Może jakieś krótkie podsumowanie. Piosenka strasznie przypadła mi do gustu, trochę gorzej z teledyskiem, który wydaje mi się przygotowany zaskakująco niskim kosztem, spodziewałem się czegoś lepszego. Choć możliwe, że nie jest to główny teledysk związany z nowym albumem, a jedynie klip pre-releasowy. Teraz pozostaje tylko czekać na album i przypatrywać się ruchom na koreańskiej scenie. Czy plotki mają w sobie ziarnko prawdy i faktycznie SNSD domknie już i tak napięty muzyczny harmonogram dwóch ostatnich miesięcy tego roku? A może wytwórnia szykuje niespodziankę i wyda wreszcie anglojęzyczny album formacji? Po niedzielnym sukcesie moment wydaje się idealny.
Cóż, mnie to akurat nie przejmuje, wręcz przeciwnie - uważam, że to słuszny kierunek. Jak ktoś ma to parcie na szkło, ma ambicję zostać idolem, a nie urodził się z jakimś niebywałym talentem - sądzę, że to całkiem w porządku, by musiał na swoją popularność zwyczajnie zapracować. A że nagrody na końcu drogi znacznie przewyższają to, czego można dorobić się na kasie w markecie, to tylko sprawiedliwe, że i trud włożony w dojście do sukcesu jest do niego proporcjonalny.
Jak duży sukces możesz osiągnąć poprzez kpop? Jak w ogóle mierzyć sukces, nie przeliczając go na pieniądze? Proponuję skalę skopanych tyłków. Justin Bieber, One Direction, Miley Cyrus, Selena Gomez, no i Lady Gaga - wszystko w jeden wieczór, w dodatku w kategorii, w której taki Bieber czy One Direction są naprawdę asami - popularność.
W niedzielny wieczór rozdano pierwsze w historii nagrody muzyczne Youtube, a najważniejsza statuetka - teledysk roku - powędrowała w ręce jak zwykle uroczej Tiffany z koreańskiej grupy Girls' Generation. Choć kategoria nazywa się teledysk roku, nie o jakość samego klipu tutaj chodzi. Jak już wyżej zaznaczyłem, chodzi tu o popularność, bo statuetkę przyznano na bazie odsłon klipu w portalu oraz jakiegoś dodatkowego głosowania użytkowników. Dlatego też wypisując konkurencję SNSD (SNSD i GG to to samo, wyjaśnienie >>TUTAJ<<) najpierw wymieniłem disneyowskich idoli amerykańskiej (i nie tylko amerykańskiej) młodzieży, a dopiero potem Lady Gagę.
Ujawnię się - mieszkam w Łodzi. Niedawno w miejscowej Atlas Arenie mieliśmy Biebera, a wraz z nim miasto najechały jego psychofanki. To sprawia, że skala fenomenu Biebera trochę bardziej do mnie dotarła - co innego czytać w internecie o rozhisteryzowanych tłumach ludzi gdzieś hen, hen za oceanem, co innego zobaczyć te tłumy we własnym mieście. A jednak dziewięć dziewczyn z Korei rozłożyło biednego Kanadyjczyka na łopatki. Szacun.
Nie oglądałem tej gali, więc informacja dotarła do mnie w formie nagłówka dostrzeżonego na jakimś portalu i przyznam, że mnie zaskoczyła. Przede wszystkim dlatego, że w moich oczach "I Got a Boy" nie jest szczególnie udanym nagraniem (więcej >>TUTAJ<<), na dodatek wiem, że nie jestem w tym poglądzie odosobniony. Tym bardziej jestem zaskoczony, że w zaprezentowanych fragmentach SNSD wywarło na mnie znacznie lepsze wrażenie niż większość konkurencji. Swoją drogą, zauważyliście, że reklamy, które SM Entertainment wtapia w swoje teledyski na YT, przekradły się na antenę gali?
Dobra, ale ten tekst miał być o czymś innym. Na początku wspominałem o nawale pracy spadającym na barki wykonawców w kpopie, pośrednio wspomniała też o tym Tiffany, tłumacząc nieobecność koleżanek z grupy. Girls' Generation pod koniec roku jest zdecydowanie zapracowane. Głównie za sprawą rynku japońskiego, choć w kółko krąży plotka, że jeszcze w tym roku SNSD (lub TTS - trzyosobowa podgrupa) wróci także na koreańskie sceny.
Dziewczyny całkiem niedawno wydały w Japonii singiel "Galaxy Supernova" (>>TUTAJ<<), a w poniedziałek zaprezentowały kolejny klip, tym razem do piosenki "My Oh My", która jest bezpośrednią zapowiedzią trzeciego pełnego albumu studyjnego dedykowanego na rynek japoński. Tytuł wydawnictwa póki co nie został ujawniony, ale wiadomo, że na sklepowe półki trafi ono w grudniu.
Girls' Generation chyba wraca na właściwe tory. Był taki okres, że nagrania tej grupy albo były przeciętne, albo coś w nich nie do końca działało. "Galaxy Supernova" była dla mnie pierwszą od dłuższego czasu piosenką tej formacji, która wydawała się w stu procentach przebojowa, lekka i chwytliwa, bez żadnych dodatkowych zastrzeżeń, gwiazdek i drobnego druku. "My oh My" muzycznie jest jeszcze lepsze.
Linia wokalu to po prostu kawał dobrej kompozycji. Z jednej strony strasznie to proste i leciutkie, a haczykowe "my oh my" natychmiast zapada w pamięć. Z drugiej strony piosenka w refrenach robi się nadspodziewanie mocna, zostawiając dużo przestrzeni lepszym głosom formacji, by pokazały swoje walory. Refren jest dla mnie po prostu rewelacyjny, bo każdy może go powtórzyć a jednocześnie powierzony dobremu głosowi, brzmi niezmiernie efektownie. I tu leży sedno atrakcyjności tej piosenki - jest niesamowicie efektowna, ale i przystępna, bo wszystkie fajerwerki wydobywane są wprost z kompozycji, niemal bez wysiłku, nic nie wydaje się tutaj wymuszone.
W dodatku zwrotki też nie brzmią źle. Brak im takiego błysku, ale to akurat nic złego, bo przez to piosenka nie jest pretensjonalna, daje słuchaczowi momenty wytchnienia i pozwala na trochę zróżnicowania. To nie jednostajna, męcząca inwazja wysokich dźwięków i wokalnych popisów. Przy czym nie jest też tak, że zwrotkom brakuje melodii czy mocy - po prostu nie są one aż tak intensywne jak refreny.
Podkład to kolejny kawał dobrej roboty. W uszy rzucają się przede wszystkim fragmenty grane na klawiszach, które nadają całości tego stempla rozpoznawalności, ale nie mniej ważne są gitary i perkusja, które budują cały klimat utworu. Co ważne, sam podkład, jakkolwiek rozpoznawalny i zauważalny, jest tak zgrabnie poprowadzony, że w żadnym momencie nie zaczyna rywalizować z dziewczynami o ucho słuchacza. Niby są w nim jakieś smaczki, jakieś drobne odejścia od głownego tematu, ale nic, co odrywałoby słuchacza od wokali.
Minusem jest dla mnie tekst piosenki - głównie ze względu na ilość angielskich wtrąceń. Niby widziałem już trochę anime, słyszałem trochę i koreańskiego, i japońskiego popu, a jednak wciąż nie mogę powstrzymać uśmieszku, kiedy słyszę te wszystkie niekoniecznie dopasowane frazy. Zawsze uszami wyobraźni zaczynam wtedy słyszeć "Let's Fighting Love" (>>TUTAJ<<) z jednego z odcinków "South Park". Tłumaczenie tekstu "My oh My" znajdziecie >>TUTAJ<<.
Słabszą stroną projektu jest też teledysk. Pół biedy z oczojebnym różem - to SNSD, więc trzeba być na to gotowym - taka konwencja. Gorzej z samymi planami. Od biedy ta pozłacana dekoracja trzyma poziom, cała reszta wypada raczej ubogo, szczególnie knajpka ze stolikami jak w szkolnej stołówce. Oczywiście dziewczyny wypadają bardzo korzystnie, ale po tylu latach współpracy ze stylistami porażką wytwórni byłoby, gdyby którejś dobrano wizerunek, w którym wyglądałaby źle. Podobają mi się czarno-złote stroje, ale muszą jednak ustąpić miejsca stylizacji z finałowego segmentu z instrumentami - tam dziewczyny wypadają zdecydowanie najlepiej.
Coś jeszcze? Może jakieś krótkie podsumowanie. Piosenka strasznie przypadła mi do gustu, trochę gorzej z teledyskiem, który wydaje mi się przygotowany zaskakująco niskim kosztem, spodziewałem się czegoś lepszego. Choć możliwe, że nie jest to główny teledysk związany z nowym albumem, a jedynie klip pre-releasowy. Teraz pozostaje tylko czekać na album i przypatrywać się ruchom na koreańskiej scenie. Czy plotki mają w sobie ziarnko prawdy i faktycznie SNSD domknie już i tak napięty muzyczny harmonogram dwóch ostatnich miesięcy tego roku? A może wytwórnia szykuje niespodziankę i wyda wreszcie anglojęzyczny album formacji? Po niedzielnym sukcesie moment wydaje się idealny.
piątek, 6 września 2013
Girls' Generation - Galaxy Supernova
SNSD powraca z nową piosenką! Ale spokojnie, wstrzymajcie druk, odłóżcie telefony, darujcie sobie duszenie kota i wszelkie inne przejawy ekscytacji. To wcale nie oznacza, że Girls' Generation dołączy do wrześniowego zalewu comebacków koreańskich gwiazd. "Galaxy Supernova" to całkiem nowy singiel grupy, ale japoński.
Zanim zajmę się samą piosenką, odpowiem na jedno kluczowe pytanie, które zapewne wielu fanom, fankom i zwykłym ludziom, którzy wcześniej zetknęli się z SNSD, nie pozwala skoncentrować się na niczym innym. Odpowiedź brzmi: "Nie wiem".
Jeżeli nie wiecie jak brzmi pytanie, spieszę wyjaśnić - "Czy ta piosenka jest reklamą produktów Samsunga?". Skąd pomysł, że to może być reklama - zapytacie - oczywiście pomijając tytuł? Ano stąd, że dziewczyny już wcześniej zrobiły coś podobnego dla konkurencji, nagrywając piosenkę "Chocolate Love" dla innego koreańskiego czebola z branży elektronicznej - LG.
Uprzedzę trochę fakty. W teledysku nie ma na dobrą sprawę nic, co sugerowałoby bezpośrednio jakiś związek z produktami Samsunga, ale... Na początku klipu pojawia się napis "Galaxy Supernova", w którym litera "A" jest wystylizowana w ten sam charakterystyczny sposób, co w logo koreańskiego koncernu. Poza tym... Poza tym po prostu popatrzcie
(Koniecznie odtwarzajcie w wyższej rozdzielczości, inaczej jakiś piksel może Wam wybić oko!)
Czasy się zmieniają, zmienia się też marketing. Kilka lat wstecz dziewczyny śpiewały strasznie dobrą piosenkę, przy okazji w kilku kadrach przytulając telefony od LG, ale to nie oznacza, że przy następnym podejściu temat trzeba potraktować w identyczny sposób. Wręcz przeciwnie, teraz ludzie sami zadają sobie pytanie, czy to czasem nie jest reklama. Jednocześnie nowy singiel bije rekordy sprzedaży... Choć premierę będzie miał dopiero 18 września.
"Hype" buduje się sam, teraz wystarczy, że w dniu premiery singla ktoś zręcznie ogłosi, że to faktycznie jest reklama. Kto wie, może okaże się, że np. zastosowane w teledysku wyświetlacze dostarczyła wiadoma firma? A powiedzmy sobie szczerze - teledyskowy boks zrobiony z ekranów to coś, co najwygodniej stworzyć przy współpracy z jakąś firmą z branży. Raz, że sprzęt nie jest tani, dwa, że dla dobrej synchronizacji musi być odpowiednio połączony i wsparty oprogramowaniem.
Reklama, krypto reklama, czy dziwny zbieg okoliczności - nieważne. Ważne, że dla mnie to jedno z bardziej udanych nagrań SNSD - w ogóle. Może to nagranie nie jest tak subtelne jak np. "Chocolate Love", ale uważam, że to nawet lepiej. W ostatnim czasie SNSD miało problem z przekombinowanymi, udziwnionymi na siłę nagraniami - jak "Flower Power" (>>TUTAJ<<) czy "I Got A Boy" (>>TUTAJ<<).
"Galaxy Supernova" to powrót do korzeni. Prosta, ale - nomen omen - kosmicznie chwytliwa kompozycja. Takie "Gee" (>>TUTAJ<<) w wersji 2.0. W dodatku dziewczynom udało się całkiem niezauważalnie odrzucić aegyo, które od samego debiutu ciągnęło się za nimi - czy tego chciały, czy nie.
I tak sobie myślę... Szalenie chwytliwa kompozycja, brak aegyo, potencjalne towarzystwo marki uznanej na świecie i powszechnie kojarzonej z Koreą, a do tego... Te różnokolorowe spodnie, które szalenie ułatwiają rozróżnienie dziewczyn. Czy czasem nie jest tak, że "Galaxy Supernova" wkrótce doczeka się także wersji anglojęzycznej? Dość głośno plotkowało się, że w tym roku dziewczyny wypuszczą anglojęzyczny album dedykowany na rynek amerykański. "Gee" mogłoby tam dziewczyn nie uciągnąć - "Galaxy Supernova" zdecydowanie prędzej.
To takie moje spekulacje, ale uważam, że z tą piosenką i tym teledyskiem dziewczyny miałyby szansę zaistnieć. I obraz, i dźwięk wypadają tu prosto, ale efektownie. Całość wydaje mi się całkiem przystępna dla zachodniego odbiorcy, a jednak zachowuje swój kpopowy charakter i jest wciąż reprezentatywna dla tego gatunku. Jedynym słabym punktem wydaje się być tutaj tekst (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<), ale on byłby przecież i tak inny.
Kończąc z gdybaniami i kończąc tekst w ogóle dodam jeszcze, że powyżej możecie zobaczyć wersję taneczną teledysku. Wersji normalnej SM Entertainment jeszcze oficjalnie nie udostępniło i znając specyfikę japońskiego rynku prędko nie udostępni (tam teledyski lądują na płytach z singlami, więc w interesie wydawcy nie leży udostępnianie ich za darmo w sieci). Jednak po sieci krążą już nieautoryzowane uploady i... W sumie różnica jest znikoma, w wersji "normalnej" jest trochę przebitek na pojedyncze dziewczyny, ale większość teledysku pozostaje bez zmian.
Zanim zajmę się samą piosenką, odpowiem na jedno kluczowe pytanie, które zapewne wielu fanom, fankom i zwykłym ludziom, którzy wcześniej zetknęli się z SNSD, nie pozwala skoncentrować się na niczym innym. Odpowiedź brzmi: "Nie wiem".
Jeżeli nie wiecie jak brzmi pytanie, spieszę wyjaśnić - "Czy ta piosenka jest reklamą produktów Samsunga?". Skąd pomysł, że to może być reklama - zapytacie - oczywiście pomijając tytuł? Ano stąd, że dziewczyny już wcześniej zrobiły coś podobnego dla konkurencji, nagrywając piosenkę "Chocolate Love" dla innego koreańskiego czebola z branży elektronicznej - LG.
Uprzedzę trochę fakty. W teledysku nie ma na dobrą sprawę nic, co sugerowałoby bezpośrednio jakiś związek z produktami Samsunga, ale... Na początku klipu pojawia się napis "Galaxy Supernova", w którym litera "A" jest wystylizowana w ten sam charakterystyczny sposób, co w logo koreańskiego koncernu. Poza tym... Poza tym po prostu popatrzcie
(Koniecznie odtwarzajcie w wyższej rozdzielczości, inaczej jakiś piksel może Wam wybić oko!)
Czasy się zmieniają, zmienia się też marketing. Kilka lat wstecz dziewczyny śpiewały strasznie dobrą piosenkę, przy okazji w kilku kadrach przytulając telefony od LG, ale to nie oznacza, że przy następnym podejściu temat trzeba potraktować w identyczny sposób. Wręcz przeciwnie, teraz ludzie sami zadają sobie pytanie, czy to czasem nie jest reklama. Jednocześnie nowy singiel bije rekordy sprzedaży... Choć premierę będzie miał dopiero 18 września.
"Hype" buduje się sam, teraz wystarczy, że w dniu premiery singla ktoś zręcznie ogłosi, że to faktycznie jest reklama. Kto wie, może okaże się, że np. zastosowane w teledysku wyświetlacze dostarczyła wiadoma firma? A powiedzmy sobie szczerze - teledyskowy boks zrobiony z ekranów to coś, co najwygodniej stworzyć przy współpracy z jakąś firmą z branży. Raz, że sprzęt nie jest tani, dwa, że dla dobrej synchronizacji musi być odpowiednio połączony i wsparty oprogramowaniem.
Reklama, krypto reklama, czy dziwny zbieg okoliczności - nieważne. Ważne, że dla mnie to jedno z bardziej udanych nagrań SNSD - w ogóle. Może to nagranie nie jest tak subtelne jak np. "Chocolate Love", ale uważam, że to nawet lepiej. W ostatnim czasie SNSD miało problem z przekombinowanymi, udziwnionymi na siłę nagraniami - jak "Flower Power" (>>TUTAJ<<) czy "I Got A Boy" (>>TUTAJ<<).
"Galaxy Supernova" to powrót do korzeni. Prosta, ale - nomen omen - kosmicznie chwytliwa kompozycja. Takie "Gee" (>>TUTAJ<<) w wersji 2.0. W dodatku dziewczynom udało się całkiem niezauważalnie odrzucić aegyo, które od samego debiutu ciągnęło się za nimi - czy tego chciały, czy nie.
I tak sobie myślę... Szalenie chwytliwa kompozycja, brak aegyo, potencjalne towarzystwo marki uznanej na świecie i powszechnie kojarzonej z Koreą, a do tego... Te różnokolorowe spodnie, które szalenie ułatwiają rozróżnienie dziewczyn. Czy czasem nie jest tak, że "Galaxy Supernova" wkrótce doczeka się także wersji anglojęzycznej? Dość głośno plotkowało się, że w tym roku dziewczyny wypuszczą anglojęzyczny album dedykowany na rynek amerykański. "Gee" mogłoby tam dziewczyn nie uciągnąć - "Galaxy Supernova" zdecydowanie prędzej.
To takie moje spekulacje, ale uważam, że z tą piosenką i tym teledyskiem dziewczyny miałyby szansę zaistnieć. I obraz, i dźwięk wypadają tu prosto, ale efektownie. Całość wydaje mi się całkiem przystępna dla zachodniego odbiorcy, a jednak zachowuje swój kpopowy charakter i jest wciąż reprezentatywna dla tego gatunku. Jedynym słabym punktem wydaje się być tutaj tekst (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<), ale on byłby przecież i tak inny.
Kończąc z gdybaniami i kończąc tekst w ogóle dodam jeszcze, że powyżej możecie zobaczyć wersję taneczną teledysku. Wersji normalnej SM Entertainment jeszcze oficjalnie nie udostępniło i znając specyfikę japońskiego rynku prędko nie udostępni (tam teledyski lądują na płytach z singlami, więc w interesie wydawcy nie leży udostępnianie ich za darmo w sieci). Jednak po sieci krążą już nieautoryzowane uploady i... W sumie różnica jest znikoma, w wersji "normalnej" jest trochę przebitek na pojedyncze dziewczyny, ale większość teledysku pozostaje bez zmian.
czwartek, 3 stycznia 2013
Girls' Generation - I Got A Boy
Przed świętami pisałem >>TUTAJ<< o nowym nagraniu SNSD pt. "Dancing Queen", a już trzeba zabierać się za następny kawałek formacji. Jednak zanim wyżalę się na "I Got A Boy", małe postscriptum (to zabawne, ale po polsku to jedno słowo), bo przy okazji promowania premierowego nagrania, dziewczyny rzuciły także nieco światła na "Dancing Queen".
Najbardziej nie mogłem ogarnąć dlaczego w kilka lat po premierze "Mercy" Duffy, SNSD zdecydowało się wypuścić cover tej piosenki, w którym jedynym wkładem grupy jest dodanie stylizacji aegyo w oczywisty sposób nawiązującej do hitu formacji pt. "Gee". Otóż, jak się okazuje, dawno, dawno temu to "Dancing Queen" miało być jednym z pierwszych singli SNSD, jednak w pewnym momencie wytwórnia zrezygnowała z tego pomysłu i zamiast tego postawiła na "Gee". Choć wciąż muzycznie ten "cover" wydaje się nieuzasadniony, to z takim tłem historycznym nieco łatwiej go kupuję.
No dobrze, a co z nowym nagraniem i zapowiadanym nowym obliczem Girls' Generation? Cóż, w skrócie "I Got A Boy" brzmi tak jak wygląda, a wygląda tak jak brzmi. Głośno, krzykliwie i chaotycznie, ale jednocześnie momentami efektownie, przez co nie mogę tego nazwać klapą. Rozczarowaniem jak najbardziej - nawet nie dlatego, że coś sobie obiecywałem po nowym nagraniu SNSD, po prostu "I Got A Boy" cuchnie niewykorzystanym potencjałem bardziej niż trzytygodniowy trup w wersalce w upalne popołudnie.
Zaczyna się strasznie. Najpierw jakiś typ w skórze skrada się do drzwi i chyba oczekuje, że ktoś mu otworzy, tymczasem za drzwiami czai się zgraja dziewcząt po lobotomii i chyba obawia się jakiegoś gangbangu. Jest taka bajka o kózkach i wilku przebierającym się za ich matkę, klimat sceny podobny.
No ale ok, to tylko fatalne intro, które prawdopodobnie jest tylko pretekstem do reklamowania perfum. Co dalej? Dalej jest fragment pozerskiego pseudorapu i kiedy już zaczynałem piosenkę spisywać na straty, wchodzi ten niesamowity, potężny beat podparty klawiszami. Jest tak dobry, że w gruncie rzeczy słabą piosenkę wyciąga na szerokie wody przeciętności. Nawet pomimo tego, że za każdym razem, kiedy beat zaczyna się rozkręcać, piosenka robi wszystko, by go zmarnować.
Wszystko, co jest wplecione pomiędzy segmenty z przewodnim beatem, jest co najwyżej przeciętne, no może refren jest fragmentami całkiem niezły. W okolicach 3:40 rodzi się nawet nadzieja, że piosenka od tego momentu pójdzie w innym - ciekawszym kierunku, ale jakieś 20 sekund później rezygnuje z tego pomysłu, przez co całość wydaje się tylko jeszcze bardziej chaotyczna i rozrzucona.
I to samo jest ze stroną wizualną. Choreografia jest naprawdę fajna - energiczna i dopasowana do podkładu, ale na tym pozytywy się kończą. Do tego stylizacja to koszmar wczesnych lat 90-tych podniesiony do potęgi LSD. Jasne dżinsy, panterki i dodatki w całym oczojebnym spectrum. Jeszcze pół biedy, kiedy dziewczyny kadrowane są z osobna, ale ujęcia grupowe to inwazja chaosu.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Girls' Generation zaczyna się nie tyle starzeć, co dorastać. Sporo dziewczyn ma na karku już 23 wiosny i coraz bliższy jest dzień, kiedy będą musiały zarzucić aegyo, żeby nie wyglądać śmiesznie. "I Got A Boy" miało być krokiem w kierunku zmiany wizerunku. Nie dość, że od strony muzycznej jest to krok raczej skromny, choć sądząc po oglądalności klipu, raczej nie fałszywy, to od strony wizerunku to raczej człapanie w miejscu.
To już japońskim nagraniom grupy towarzyszył ostrzejszy, czy też dojrzalszy wizerunek. SNSD w "I Got A Boy" wygląda jak banda rozkapryszonych nastolatek, co rozsiane po klipie akcenty aegyo tylko uwypuklają. To już klip TTS był lepszym posunięciem.
I szczerze? W ogóle bym się tym wszystkim nie przejmował, bo już przyzwyczaiłem się, że Girls' Generation to przeważnie nie moja bajka, a dziewczyny zwyczajnie się marnują. Ale tym razem irytuje mnie zmarnowany kawał dobrego podkładu, bo przy odrobinie pomyślunku z tego beatu można było wyciągnąć kawał piosenki. Chociaż z drugiej strony rozumiem wytwórnię. Dziewczyny i tak w 3 dni przebiły 10 mln wyświetleń na YT.
Najbardziej nie mogłem ogarnąć dlaczego w kilka lat po premierze "Mercy" Duffy, SNSD zdecydowało się wypuścić cover tej piosenki, w którym jedynym wkładem grupy jest dodanie stylizacji aegyo w oczywisty sposób nawiązującej do hitu formacji pt. "Gee". Otóż, jak się okazuje, dawno, dawno temu to "Dancing Queen" miało być jednym z pierwszych singli SNSD, jednak w pewnym momencie wytwórnia zrezygnowała z tego pomysłu i zamiast tego postawiła na "Gee". Choć wciąż muzycznie ten "cover" wydaje się nieuzasadniony, to z takim tłem historycznym nieco łatwiej go kupuję.
No dobrze, a co z nowym nagraniem i zapowiadanym nowym obliczem Girls' Generation? Cóż, w skrócie "I Got A Boy" brzmi tak jak wygląda, a wygląda tak jak brzmi. Głośno, krzykliwie i chaotycznie, ale jednocześnie momentami efektownie, przez co nie mogę tego nazwać klapą. Rozczarowaniem jak najbardziej - nawet nie dlatego, że coś sobie obiecywałem po nowym nagraniu SNSD, po prostu "I Got A Boy" cuchnie niewykorzystanym potencjałem bardziej niż trzytygodniowy trup w wersalce w upalne popołudnie.
Zaczyna się strasznie. Najpierw jakiś typ w skórze skrada się do drzwi i chyba oczekuje, że ktoś mu otworzy, tymczasem za drzwiami czai się zgraja dziewcząt po lobotomii i chyba obawia się jakiegoś gangbangu. Jest taka bajka o kózkach i wilku przebierającym się za ich matkę, klimat sceny podobny.
No ale ok, to tylko fatalne intro, które prawdopodobnie jest tylko pretekstem do reklamowania perfum. Co dalej? Dalej jest fragment pozerskiego pseudorapu i kiedy już zaczynałem piosenkę spisywać na straty, wchodzi ten niesamowity, potężny beat podparty klawiszami. Jest tak dobry, że w gruncie rzeczy słabą piosenkę wyciąga na szerokie wody przeciętności. Nawet pomimo tego, że za każdym razem, kiedy beat zaczyna się rozkręcać, piosenka robi wszystko, by go zmarnować.
Wszystko, co jest wplecione pomiędzy segmenty z przewodnim beatem, jest co najwyżej przeciętne, no może refren jest fragmentami całkiem niezły. W okolicach 3:40 rodzi się nawet nadzieja, że piosenka od tego momentu pójdzie w innym - ciekawszym kierunku, ale jakieś 20 sekund później rezygnuje z tego pomysłu, przez co całość wydaje się tylko jeszcze bardziej chaotyczna i rozrzucona.
I to samo jest ze stroną wizualną. Choreografia jest naprawdę fajna - energiczna i dopasowana do podkładu, ale na tym pozytywy się kończą. Do tego stylizacja to koszmar wczesnych lat 90-tych podniesiony do potęgi LSD. Jasne dżinsy, panterki i dodatki w całym oczojebnym spectrum. Jeszcze pół biedy, kiedy dziewczyny kadrowane są z osobna, ale ujęcia grupowe to inwazja chaosu.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Girls' Generation zaczyna się nie tyle starzeć, co dorastać. Sporo dziewczyn ma na karku już 23 wiosny i coraz bliższy jest dzień, kiedy będą musiały zarzucić aegyo, żeby nie wyglądać śmiesznie. "I Got A Boy" miało być krokiem w kierunku zmiany wizerunku. Nie dość, że od strony muzycznej jest to krok raczej skromny, choć sądząc po oglądalności klipu, raczej nie fałszywy, to od strony wizerunku to raczej człapanie w miejscu.
To już japońskim nagraniom grupy towarzyszył ostrzejszy, czy też dojrzalszy wizerunek. SNSD w "I Got A Boy" wygląda jak banda rozkapryszonych nastolatek, co rozsiane po klipie akcenty aegyo tylko uwypuklają. To już klip TTS był lepszym posunięciem.
I szczerze? W ogóle bym się tym wszystkim nie przejmował, bo już przyzwyczaiłem się, że Girls' Generation to przeważnie nie moja bajka, a dziewczyny zwyczajnie się marnują. Ale tym razem irytuje mnie zmarnowany kawał dobrego podkładu, bo przy odrobinie pomyślunku z tego beatu można było wyciągnąć kawał piosenki. Chociaż z drugiej strony rozumiem wytwórnię. Dziewczyny i tak w 3 dni przebiły 10 mln wyświetleń na YT.
niedziela, 23 grudnia 2012
Girls' Generation - Dancing Queen
Pierwszego stycznia Girls' Generation wyda swój czwarty album pt. "I Got A Boy". Mnie to szczególnie nie grzeje, bo choć uważam, że w formacji tkwi spory potencjał, chociażby ze względu na umiejętności wokalne przynajmniej części dziewczyn, to jednak nijak nie mogę się przebić przez ścianę aegyo, którą grupa się obwarowała.
Piosenka i teledysk, które mają być przedsmakiem nowego albumu, zrobiły niewiele, by zmienić mój punkt widzenia. Moja pierwsza reakcja na ten klip? "PO CO?" Pierwsze przesłuchanie z mojej strony to mieszanka niezrozumienia i "hejtu". Dałem piosence poleżeć i teraz patrzę na nią trochę inaczej i choć jestem w stanie pogodzić się z jej istnieniem i nawet nie wrzucać na nią bez przyczyny, to wciąż nie rozumiem "PO CO?"
Żeby nie było, piosenka sama w sobie jest dobra, nawet bardzo dobra. Ale trudno żeby było inaczej, to w końcu "Mercy" Duffy. Nie nazwałbym tego nawet coverem, a raczej koreańskim wykonaniem, bo poza tekstem i rozpisaniem na 9 partii głosowych, różnice w aranżacji są w zasadzie znikome. Oryginał i wersję SNSD różni tylko jeden zasadniczy czynnik. To cholerne aegyo.
Może się rozpędzam, bo jak się uspokoję, to muszę przyznać, że nawet przyjemnie się na to patrzy, szczególnie na "reklamę jeansów". Jest w tym jakaś pozytywna energia i chociaż wszystko trąci disneyowskim fałszem, to jest to ta sama formuła, która sprawiła, że szalone "Gee" się sprawdziło.
Właściwie chyba zaczynam podejrzewać, po co ten klip powstał. On jest aż za bardzo podobny do flagowego dla grupy "Gee", żeby to był przypadek. Mam wrażenie, że SNSD próbuje sprzedać się na zachodzie godząc znaną zachodnią piosenkę ze swoją stylizacją.
Tylko wciąż nie widzę w tym sensu.
Ta wersja jest po koreańsku, ale ma w różnych miejscach wtrącone angielskie słowa, które jednoznacznie wskazują, że od strony lirycznej mamy do czynienia z czymś nowym. Co więcej, żyjemy w dobie internetu. Nie ma problemu, żeby znaleźć przetłumaczoną wersję klipu z napisami i potwierdzić swoje obawy. Od strony tekstu jest po prostu słabiutko.
I znów pytam się po co to powstało? Muzycznie to wykonanie stara się być bliskie oryginałowi, ale jednocześnie wszystkim innym - słowami, teledyskiem, wizerunkiem grupy - usilnie próbuje zabić klimat oryginalnego utworu. Jeszcze żeby to była naprawdę stara piosenka. Ja wiem, że czas leci, że to już dobre 5 lat, ale ta piosenka wciąż przemyka w radiostacjach w oryginalnym wykonaniu. Jaki jest sens wykonywania jej w tak zbliżonej do oryginału wersji?
Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, bo na koreańskich "instant listach" (cogodzinne internetowe notowania) utwór wdziera się na pierwsze miejsca.
Piosenka i teledysk, które mają być przedsmakiem nowego albumu, zrobiły niewiele, by zmienić mój punkt widzenia. Moja pierwsza reakcja na ten klip? "PO CO?" Pierwsze przesłuchanie z mojej strony to mieszanka niezrozumienia i "hejtu". Dałem piosence poleżeć i teraz patrzę na nią trochę inaczej i choć jestem w stanie pogodzić się z jej istnieniem i nawet nie wrzucać na nią bez przyczyny, to wciąż nie rozumiem "PO CO?"
Żeby nie było, piosenka sama w sobie jest dobra, nawet bardzo dobra. Ale trudno żeby było inaczej, to w końcu "Mercy" Duffy. Nie nazwałbym tego nawet coverem, a raczej koreańskim wykonaniem, bo poza tekstem i rozpisaniem na 9 partii głosowych, różnice w aranżacji są w zasadzie znikome. Oryginał i wersję SNSD różni tylko jeden zasadniczy czynnik. To cholerne aegyo.
Może się rozpędzam, bo jak się uspokoję, to muszę przyznać, że nawet przyjemnie się na to patrzy, szczególnie na "reklamę jeansów". Jest w tym jakaś pozytywna energia i chociaż wszystko trąci disneyowskim fałszem, to jest to ta sama formuła, która sprawiła, że szalone "Gee" się sprawdziło.
Właściwie chyba zaczynam podejrzewać, po co ten klip powstał. On jest aż za bardzo podobny do flagowego dla grupy "Gee", żeby to był przypadek. Mam wrażenie, że SNSD próbuje sprzedać się na zachodzie godząc znaną zachodnią piosenkę ze swoją stylizacją.
Tylko wciąż nie widzę w tym sensu.
Ta wersja jest po koreańsku, ale ma w różnych miejscach wtrącone angielskie słowa, które jednoznacznie wskazują, że od strony lirycznej mamy do czynienia z czymś nowym. Co więcej, żyjemy w dobie internetu. Nie ma problemu, żeby znaleźć przetłumaczoną wersję klipu z napisami i potwierdzić swoje obawy. Od strony tekstu jest po prostu słabiutko.
I znów pytam się po co to powstało? Muzycznie to wykonanie stara się być bliskie oryginałowi, ale jednocześnie wszystkim innym - słowami, teledyskiem, wizerunkiem grupy - usilnie próbuje zabić klimat oryginalnego utworu. Jeszcze żeby to była naprawdę stara piosenka. Ja wiem, że czas leci, że to już dobre 5 lat, ale ta piosenka wciąż przemyka w radiostacjach w oryginalnym wykonaniu. Jaki jest sens wykonywania jej w tak zbliżonej do oryginału wersji?
Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, bo na koreańskich "instant listach" (cogodzinne internetowe notowania) utwór wdziera się na pierwsze miejsca.
czwartek, 8 listopada 2012
Girls' Generation - Flower Power vs KARA - Electric Boy
Korea znów szturmuje Japonię. Girls' Generation 21 listopada wypuści swój szósty japoński singiel. Już przebojowym drugim singlem z piosenką "Gee" (>>TUTAJ<<) dziewczyny z SNSD (jak często skraca się koreańską nazwę grupy) wyrobiły sobie bardzo silną pozycję na japońskim rynku.
Utwór pod tytułem "Flower Power" ma za zadanie przygotować grunt pod prawdziwą inwazję, bo dwa tygodnie po singlu na rynek Kraju Kwitnącej Wiśni ma trafić drugi studyjny album formacji. Oczywiście piosence towarzyszy teledysk, który w internecie pojawił się ze sporym wyprzedzeniem. Tydzień po premierze klip ma już 6 milionów wyświetleń na YT.
Blisko 20 sekund ciszy, a potem... Rozczarowanie. Nie jakieś gigantyczne, nie jest to klapa na całej linii, ale wiele rzeczy, zarówno w samej piosence jak i w klipie, nie zadziałało. Co jest fajne? Na pewno refren jest chwytliwy, a że pada w nim dziwaczne zestawienie słów, tym łatwiej go zapamiętać. Sęk w tym, że piosenka trwa ~3:20. Pojedynczy refren to 25 sekund. Razy trzy - daje nam ~1:30 - przy załóżeniu, że finałowy refren jest dłuższy.
Powołując się na Potęgę Posępnej Matematyki wyliczyłem, że reszta piosenki trwa jakieś 2 minuty. Dwie nudne, niespójne minuty - bardziej przegadane niż wyśpiewane. Zacznijmy od tego, że większość wokali jest obrobiona cyfrowo, co sprawia, że dziewczyny brzmią bardzo podobnie. Jaki jest sens posiadania w zespole dziewięciu wokalistek i rozdzielania im indywidualnych partii, kiedy na koniec i tak ktoś usiądzie za konsoletą i zleje to w jedną nierozpoznawalną papkę?
Zwrotki też mają swoje pozytywne momenty, jednak tym razem to tylko kropla miodu w beczce dziegciu. Cały utwór jest po prostu źle zaprojektowany. Ktoś chciał połączyć dwa różne wizerunki - jeden ostry, drugi słodki. I strasznie spaprał swoją robotę. Zamiast stworzyć spójną, wypośrodkowaną, ale wyrazistą całość, powkładał w teledysk i piosenkę trochę z jednego ekstremum, trochę z drugiego i efekty widzimy.
Dziewczyny w czarnych obcisłych skórach przywołujących na myśl motocyklowe kombinezony robią miny jak małe, upośledzone umysłowo dziewczynki i wypluwają słowa jak landrynki w rytm mocnego dyskotekowego brzmienia. Z drugiej strony ubierając zabarwione fetyszyzmem i bezguściem wdzianka stewardess, usiłują prezentować wcale niebanalną choreografię.
Problemem nie jest sama schizofreniczna wizja. Również wykonanie pozostawia momentami sporo do życzenia. Choreografia jest intensywnie nijaka, a segment, w którym dziewczyny tworzą szereg, to jakiś koszmar. W szeregi to się może bawić After School, bo tam najniższa Raina ma 166 cm wzrostu, a najwyższa Nana 171 cm. Ustawianie mierzącej ~170 cm Sooyoung "głowa-w-głowę" obok kilkanaście centymetrów niższych koleżanek, wygląda pokracznie. Jak już koniecznie mają być w rzędzie, to trzeba było chociaż ułożyć dziewczyny według wzrostu, jak na początku klipu.
Co ciekawe, "Flower Power" miało debiutować w Japonii tydzień wcześniej - 14 listopada. Oficjalnym powodem przesunięcia są problemy produkcyjne. Gdybym wierzył w tę wersję, powiedziałbym, że piosence poświęcono albo zbyt dużo, albo zbyt mało czasu. Wydaje mi się jednak, że prawdziwa przyczyna zmiany terminu wydania singla jest inna.
Ten powód to konkurencja. Miesiąc wcześniej - 17 października - swój siódmy japoński singiel wydała inna koreańska grupa - KARA. Japoński rynek mógłby mieć problemy z przyswojeniem naraz dwóch koreańskich przebojów. W dodatku KARA ze swoim singlem "Electric Boy" miała fory, bo startowała wcześniej i zdążyła już wypracować sobie bardzo silną pozycję.
W ostatnim notowaniu japońskiego Mnetu "Electric Boy" jest pierwszy. Na cotygodniowej liście najlepiej sprzedających się singli wg Oricon płyta dopiero teraz spadła z 2. na 13. miejsce - za sprawą fali nowych, japońskich wydawnictw, które zalały rynek w minionym tygodniu (dotychczasowy lider zanotował identyczny spadek z 1. na 12. miejsce).
Wydawca SNSD zapewne woli upewnić się, że przebój KARA zejdzie z topowych miejsc, zanim singiel Girls' Generation trafi do sprzedaży. Nie chodzi o to, że obie formacje pochodzą z Korei, a rynek japoński faworyzuje lokalnych twórców. Nie chodzi nawet o to, że twórczość obydwu zespołów wycelowana jest w podobną grupę odbiorców. Podstawowy powód jest prosty - obie piosenki pod wieloma względami są bardzo podobne, ale "Electric Boy" wydaje się lepszy.
Jeszcze zanim wrzucę klip, muszę coś zaznaczyć. Rynek japoński od koreańskiego różni się jedną istotną kwestią - podejściem do YT. Koreańczycy wrzucają tam niemal wszystko, włącznie z występami live i materiałami zakulisowymi. Japończycy rzadko kiedy wrzucają cokolwiek - "teaser" piosenki to z ich strony spory ukłon w stronę świata. Kiedy koreańska grupa promuje singiel w Japonii, jej podejście do YT w dużym stopniu zależy od japońskiego wydawcy. "Electric Boy" prezentuje podejście "japońskie". Znalezienie rozsądnej pełnej wersji jest więc nieoczywiste. Nawet tu mam wątpliwości, czy obietnica 1080p jest spełniona.
Może w porównaniu do SNSD brzmienie wydaje się proste, dziecinne, banalne - ale o to chodzi. To ma być przebój, więc jest przebojowo. Nikt nie kombinował, zrobiono prosty, ale wpadający w ucho, naraz rytmiczny i melodyjny refren, który składa się na większość piosenki. Do tego niezwykle prosty, narastający, a potem malejący haczyk piosenki i nienadwyrężające cierpliwości słuchacza zwrotki. No i głosy dziewczyn można odróżnić, nawet jeśli wokalnie niczym nie imponują.
Wizualnie też wszystko jest lepsze. Tak, estetyka jest porównywalnie kiczowata do tych srebrnych kostiumów SNSD, ale przynajmniej jest spójna. Kostiumy pasują do piosenki, pasują do naumyślnie kiczowatego wystroju sceny. Nawet odcień różu zastosowany w strojach wydaje się o niebo bardziej gustowny od tego, co zaproponowało Girls' Generation.
Na jakimś poziomie, chociażby ze względu na dobór kolorów, jest cukierkowo, ale na swój sposób także ostro. Zarówno piosenka, jak i teledysk, mają wmieszaną tę odrobinę pazura, w którą mierzyło SNSD, ale zawiodło. Przy czym słowo klucz to "wmieszaną". Nie doklejoną, nie upchniętą na siłę, a właśnie wmieszaną
Akcentów aegyo jest może nawet więcej niż u konkurencji, ale tutaj nie biją one aż tak po uszach i oczach, bo nie mają z czym kontrastować. No i choreografia działa też poza refrenem, czego o klipie Girls' Generation nie można powiedzieć.
Zbierając to wszystko razem, zwycięzca tego starcia może być tylko jeden - KARA. Sęk w tym, że piosenka SNSD też nie jest zła i choć zarzucam jej nijakość, dłużyzny i niejednorodność, to refren daje radę na tyle, że w głowę wbił mi się chyba nawet intensywniej niż ten z "Electric Boy". KARA zdobyła już to, po co do Japonii przybyła, jej od sukcesu SNSD raczej nie ubędzie. Pytanie - czy dziewczynom z Girls' Generation uda się przetrwać lub nawet uniknąć porównań do rodaczek?
PS
Teledysk do "Electric Boy" w wersji "dance" różni się od oryginału tylko tym, że nie ma blisko minutowego, nieistotnego wstępu z wybieraniem piosenki z szafy grającej, która jest częścią scenografii.
Utwór pod tytułem "Flower Power" ma za zadanie przygotować grunt pod prawdziwą inwazję, bo dwa tygodnie po singlu na rynek Kraju Kwitnącej Wiśni ma trafić drugi studyjny album formacji. Oczywiście piosence towarzyszy teledysk, który w internecie pojawił się ze sporym wyprzedzeniem. Tydzień po premierze klip ma już 6 milionów wyświetleń na YT.
Blisko 20 sekund ciszy, a potem... Rozczarowanie. Nie jakieś gigantyczne, nie jest to klapa na całej linii, ale wiele rzeczy, zarówno w samej piosence jak i w klipie, nie zadziałało. Co jest fajne? Na pewno refren jest chwytliwy, a że pada w nim dziwaczne zestawienie słów, tym łatwiej go zapamiętać. Sęk w tym, że piosenka trwa ~3:20. Pojedynczy refren to 25 sekund. Razy trzy - daje nam ~1:30 - przy załóżeniu, że finałowy refren jest dłuższy.
Powołując się na Potęgę Posępnej Matematyki wyliczyłem, że reszta piosenki trwa jakieś 2 minuty. Dwie nudne, niespójne minuty - bardziej przegadane niż wyśpiewane. Zacznijmy od tego, że większość wokali jest obrobiona cyfrowo, co sprawia, że dziewczyny brzmią bardzo podobnie. Jaki jest sens posiadania w zespole dziewięciu wokalistek i rozdzielania im indywidualnych partii, kiedy na koniec i tak ktoś usiądzie za konsoletą i zleje to w jedną nierozpoznawalną papkę?
Zwrotki też mają swoje pozytywne momenty, jednak tym razem to tylko kropla miodu w beczce dziegciu. Cały utwór jest po prostu źle zaprojektowany. Ktoś chciał połączyć dwa różne wizerunki - jeden ostry, drugi słodki. I strasznie spaprał swoją robotę. Zamiast stworzyć spójną, wypośrodkowaną, ale wyrazistą całość, powkładał w teledysk i piosenkę trochę z jednego ekstremum, trochę z drugiego i efekty widzimy.
Dziewczyny w czarnych obcisłych skórach przywołujących na myśl motocyklowe kombinezony robią miny jak małe, upośledzone umysłowo dziewczynki i wypluwają słowa jak landrynki w rytm mocnego dyskotekowego brzmienia. Z drugiej strony ubierając zabarwione fetyszyzmem i bezguściem wdzianka stewardess, usiłują prezentować wcale niebanalną choreografię.
Problemem nie jest sama schizofreniczna wizja. Również wykonanie pozostawia momentami sporo do życzenia. Choreografia jest intensywnie nijaka, a segment, w którym dziewczyny tworzą szereg, to jakiś koszmar. W szeregi to się może bawić After School, bo tam najniższa Raina ma 166 cm wzrostu, a najwyższa Nana 171 cm. Ustawianie mierzącej ~170 cm Sooyoung "głowa-w-głowę" obok kilkanaście centymetrów niższych koleżanek, wygląda pokracznie. Jak już koniecznie mają być w rzędzie, to trzeba było chociaż ułożyć dziewczyny według wzrostu, jak na początku klipu.
Co ciekawe, "Flower Power" miało debiutować w Japonii tydzień wcześniej - 14 listopada. Oficjalnym powodem przesunięcia są problemy produkcyjne. Gdybym wierzył w tę wersję, powiedziałbym, że piosence poświęcono albo zbyt dużo, albo zbyt mało czasu. Wydaje mi się jednak, że prawdziwa przyczyna zmiany terminu wydania singla jest inna.
Ten powód to konkurencja. Miesiąc wcześniej - 17 października - swój siódmy japoński singiel wydała inna koreańska grupa - KARA. Japoński rynek mógłby mieć problemy z przyswojeniem naraz dwóch koreańskich przebojów. W dodatku KARA ze swoim singlem "Electric Boy" miała fory, bo startowała wcześniej i zdążyła już wypracować sobie bardzo silną pozycję.
W ostatnim notowaniu japońskiego Mnetu "Electric Boy" jest pierwszy. Na cotygodniowej liście najlepiej sprzedających się singli wg Oricon płyta dopiero teraz spadła z 2. na 13. miejsce - za sprawą fali nowych, japońskich wydawnictw, które zalały rynek w minionym tygodniu (dotychczasowy lider zanotował identyczny spadek z 1. na 12. miejsce).
Wydawca SNSD zapewne woli upewnić się, że przebój KARA zejdzie z topowych miejsc, zanim singiel Girls' Generation trafi do sprzedaży. Nie chodzi o to, że obie formacje pochodzą z Korei, a rynek japoński faworyzuje lokalnych twórców. Nie chodzi nawet o to, że twórczość obydwu zespołów wycelowana jest w podobną grupę odbiorców. Podstawowy powód jest prosty - obie piosenki pod wieloma względami są bardzo podobne, ale "Electric Boy" wydaje się lepszy.
Jeszcze zanim wrzucę klip, muszę coś zaznaczyć. Rynek japoński od koreańskiego różni się jedną istotną kwestią - podejściem do YT. Koreańczycy wrzucają tam niemal wszystko, włącznie z występami live i materiałami zakulisowymi. Japończycy rzadko kiedy wrzucają cokolwiek - "teaser" piosenki to z ich strony spory ukłon w stronę świata. Kiedy koreańska grupa promuje singiel w Japonii, jej podejście do YT w dużym stopniu zależy od japońskiego wydawcy. "Electric Boy" prezentuje podejście "japońskie". Znalezienie rozsądnej pełnej wersji jest więc nieoczywiste. Nawet tu mam wątpliwości, czy obietnica 1080p jest spełniona.
Może w porównaniu do SNSD brzmienie wydaje się proste, dziecinne, banalne - ale o to chodzi. To ma być przebój, więc jest przebojowo. Nikt nie kombinował, zrobiono prosty, ale wpadający w ucho, naraz rytmiczny i melodyjny refren, który składa się na większość piosenki. Do tego niezwykle prosty, narastający, a potem malejący haczyk piosenki i nienadwyrężające cierpliwości słuchacza zwrotki. No i głosy dziewczyn można odróżnić, nawet jeśli wokalnie niczym nie imponują.
Wizualnie też wszystko jest lepsze. Tak, estetyka jest porównywalnie kiczowata do tych srebrnych kostiumów SNSD, ale przynajmniej jest spójna. Kostiumy pasują do piosenki, pasują do naumyślnie kiczowatego wystroju sceny. Nawet odcień różu zastosowany w strojach wydaje się o niebo bardziej gustowny od tego, co zaproponowało Girls' Generation.
Na jakimś poziomie, chociażby ze względu na dobór kolorów, jest cukierkowo, ale na swój sposób także ostro. Zarówno piosenka, jak i teledysk, mają wmieszaną tę odrobinę pazura, w którą mierzyło SNSD, ale zawiodło. Przy czym słowo klucz to "wmieszaną". Nie doklejoną, nie upchniętą na siłę, a właśnie wmieszaną
Akcentów aegyo jest może nawet więcej niż u konkurencji, ale tutaj nie biją one aż tak po uszach i oczach, bo nie mają z czym kontrastować. No i choreografia działa też poza refrenem, czego o klipie Girls' Generation nie można powiedzieć.
Zbierając to wszystko razem, zwycięzca tego starcia może być tylko jeden - KARA. Sęk w tym, że piosenka SNSD też nie jest zła i choć zarzucam jej nijakość, dłużyzny i niejednorodność, to refren daje radę na tyle, że w głowę wbił mi się chyba nawet intensywniej niż ten z "Electric Boy". KARA zdobyła już to, po co do Japonii przybyła, jej od sukcesu SNSD raczej nie ubędzie. Pytanie - czy dziewczynom z Girls' Generation uda się przetrwać lub nawet uniknąć porównań do rodaczek?
PS
Teledysk do "Electric Boy" w wersji "dance" różni się od oryginału tylko tym, że nie ma blisko minutowego, nieistotnego wstępu z wybieraniem piosenki z szafy grającej, która jest częścią scenografii.
poniedziałek, 22 października 2012
Girls' Generation - Gee
Do tej pory pokazywałem bardziej pikantną stronę k-popu. Dzisiaj przyszła pora na jego słodką odmianę. Chociaż słowo "słodka" chyba nie oddaje dobrze tego, co za chwilę zobaczycie. Pozostawia zbyt wiele pola do interpretacji.
Weźmy taki cukier. Cukier jest słodki. Ale przecież cukier ma formę bardzo eleganckich białych kryształków, które dodatkowo można zbić w jeszcze bardziej estetyczne kostki, które to nasz lokaj na nasze polecenie może specjalnymi szczypczykami wybierać z bogato zdobionej cukiernicy i delikatnie upuszczać w naszych pięknie wykończonych filiżankach z najlepszej porcelany. Wtedy my, łaskawie i z wielką wrodzoną gracją, możemy podnieść owe naczynia do ust i, obowiązkowo z odgiętym paluszkiem, raczyć się słodko zabarwionym naparem.
Jak taki obraz ma się do tej siejącej grozę koreańskiej słodyczy? No, nie bardzo.
Zmodyfikujmy naszą scenę. Spójrzmy prawdzie w oczy, zwykły z nas plebs i lokaja nie mamy. Jesteśmy na kawce czy herbatce u jakiejś średnio odległej rodziny. Na tyle odległej, by nie móc swobodnie przełamywać konwenansów. Na tyle bliskiej, by nie móc odmówić w obawie o urazę czyichś uczuć (a co, jesteśmy z tych delikatnych).
Całe spotkanie od strony kulinarnej bardzo wnikliwie nadzoruje nestorka rodu, która nie tylko uważa, że filiżanka herbaty bez co najmniej trzech łyżek cukru nie jest dość słodka, ale także dba, by z naszego talerzyka nigdy nie znikały wszelkiej maści słodkie wypieki. W dodatku dla tej kobiety nie istnieje pojęcie sprzeciwu. Jeśli gestapo miało sekretarki, to ona prawdopodobnie była jedną z nich. Całe spotkanie rozgrywa się w do bólu ciepłej scenerii starych mebli i serwisów chowanych specjalnie na takie okazje.
I jak? Ten obraz jest... Przesłodzony. Ale to jeszcze nie to.
Załóżmy więc, że jesteśmy z tych tolerancyjnych typów, które to typy doszukują się w kobietach ukrytego, wewnętrznego piękna (czyt. nie przeszkadza nam, że dupa jest durna, póki ma wszystko na swoim miejscu). A nasz obiekt chwilowych westchnień wewnętrznie jest wyjątkowo bogaty. Aż trudno ogarnąć ogrom emocji, które muszą targać dorosłą kobietą, która non-stop zachowuje się jak nastolatka na okresie na koncercie Biebera. Nic dziwnego, że nasza luba próbuje wylać z siebie te wszystkie emocje i uporczywie usiłuje zostać artystką.
Ponieważ jesteśmy wytrwali i wiemy, czego chcemy, prędzej czy później trafiamy do jej gniazdka. Już od progu atakują nas ściany pobazgrane kolorami, których nawet nie potrafimy nazwać. Siadamy na... Meblach? Tak nam się przynajmniej wydaje. Gdzieś po podłodze przebiega coś futrzastego z różową kokardą. Jeżeli nie wabi się "Dzwoneczek", będziemy zawiedzeni.
Gospodyni wraca do nas z jakimiś kolorowymi kubkami. Kubki malowała chyba sama, ale płyn w środku wydaje się podejrzanie normalny, prawdopodobnie to jakiś instant. Instant, nie instant - słodkie to to nie jest. Sięgamy do cukiernicy, by odkryć, że ktoś zastąpił cukier pudrowymi cukierkami - "Hi,hi,hi! Bo tak jest fajniej!". Z szacunku do własnej osoby zrywamy z tą kobietą wszelką znajomość. Po pierwszej nocy.
Tak, teraz jesteście chyba gotowi.
Przyznam, że nawet trochę szkoda mi tych dziewczyn. Przynajmniej część z nich ma solidne głosy i śpiewać potrafi, a to jest ich największy przebój. Ale taka jest właśnie cena sukcesu na tamtym rynku. Na tego typu cukierkowate utwory po prostu jest zapotrzebowanie. Dość powiedzieć, że ten konkretny klip ma blisko 90 milionów wyświetleń na YT. "Gangnam Style" ma wprawdzie sześć razy tyle (edit: skąd miałem wiedzieć, że kilka miesięcy później przebije miliard?), ale niemniej jednak liczba jest imponująca.
Zresztą 90 milionów oznacza, że gdyby klip oglądali wyłącznie mieszkańcy Korei Południowej, w przybliżeniu każdy obywatel (wliczając noworodki i mocno posuniętych wiekowo seniorów), musiałby wyświetlić to konkretne nagranie dwa razy.
Oczywiście matematyka bierze w łeb, bo utwór spotkał się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem w Japonii, gdzie ukazał się jako drugi singiel grupy i... Pobił większość rekordów tamtejszej fonografii jeśli idzie o zagraniczne grupy żeńskie, m.in. dostając się na drugie miejsce listy sprzedaży.
Sam kawałek, przy całej swojej szalonej estetyce, jest całkiem chwytliwy i nie mogę powiedzieć, że mi się nie podoba. Bardzo możliwe, że gdyby 3 lata temu portale społecznościowe odgrywały tak dużą rolę, jak teraz, zrobiłby nieco większą karierę, tak jak robi to teraz wspomniany już "Gangnam Style". Z drugiej strony należy zauważyć, że to nie jest niespotykany rodzaj twórczości w Korei, a nawet patrząc szerzej w Azji. Styl ten ogólnie określa się mianem aegyo, a "Gee" jest jego bardzo reprezentatywnym i całkiem strawnym przykładem. Jeśli ta stylizacja Wam nie odpowiada, muszę lojalnie uprzedzić, że w internecie czai się tego więcej i to w znacznie bardziej zwyrodniałych formach.
Na zakończenie ciekawostka. Zespół nazywa się Girls' Generation, jednak w internecie często spotkacie się z nazwą SNSD. To skrót od koreańskiej nazwy 소녀시대 (rom. Sonyo Shidae).
POSTSCRIPTUM
Na najnowszym, czwartym już, albumie formacji pojawiła się piosenka "Dancing Queen". Piosenka ta wraz z teledyskiem mocno nawiązującym do klipu "Gee" była elementem promocji płyty przed premierą. Jak się później okazało, "Dancing Queen" przez długi czas miało ukazać się zamiast "Gee". Jednak ze względu na komplikacje natury prawnej, do wypuszczenia "Dancing Queen" w tamtym czasie dojść nie mogło i piosenkę zastąpiono "Gee". Moim zdaniem z pożytkiem dla grupy. Więcej o "Dancing Queen" piszę >>TUTAJ<<.
BONUS
Weźmy taki cukier. Cukier jest słodki. Ale przecież cukier ma formę bardzo eleganckich białych kryształków, które dodatkowo można zbić w jeszcze bardziej estetyczne kostki, które to nasz lokaj na nasze polecenie może specjalnymi szczypczykami wybierać z bogato zdobionej cukiernicy i delikatnie upuszczać w naszych pięknie wykończonych filiżankach z najlepszej porcelany. Wtedy my, łaskawie i z wielką wrodzoną gracją, możemy podnieść owe naczynia do ust i, obowiązkowo z odgiętym paluszkiem, raczyć się słodko zabarwionym naparem.
Jak taki obraz ma się do tej siejącej grozę koreańskiej słodyczy? No, nie bardzo.
Zmodyfikujmy naszą scenę. Spójrzmy prawdzie w oczy, zwykły z nas plebs i lokaja nie mamy. Jesteśmy na kawce czy herbatce u jakiejś średnio odległej rodziny. Na tyle odległej, by nie móc swobodnie przełamywać konwenansów. Na tyle bliskiej, by nie móc odmówić w obawie o urazę czyichś uczuć (a co, jesteśmy z tych delikatnych).
Całe spotkanie od strony kulinarnej bardzo wnikliwie nadzoruje nestorka rodu, która nie tylko uważa, że filiżanka herbaty bez co najmniej trzech łyżek cukru nie jest dość słodka, ale także dba, by z naszego talerzyka nigdy nie znikały wszelkiej maści słodkie wypieki. W dodatku dla tej kobiety nie istnieje pojęcie sprzeciwu. Jeśli gestapo miało sekretarki, to ona prawdopodobnie była jedną z nich. Całe spotkanie rozgrywa się w do bólu ciepłej scenerii starych mebli i serwisów chowanych specjalnie na takie okazje.
I jak? Ten obraz jest... Przesłodzony. Ale to jeszcze nie to.
Załóżmy więc, że jesteśmy z tych tolerancyjnych typów, które to typy doszukują się w kobietach ukrytego, wewnętrznego piękna (czyt. nie przeszkadza nam, że dupa jest durna, póki ma wszystko na swoim miejscu). A nasz obiekt chwilowych westchnień wewnętrznie jest wyjątkowo bogaty. Aż trudno ogarnąć ogrom emocji, które muszą targać dorosłą kobietą, która non-stop zachowuje się jak nastolatka na okresie na koncercie Biebera. Nic dziwnego, że nasza luba próbuje wylać z siebie te wszystkie emocje i uporczywie usiłuje zostać artystką.
Ponieważ jesteśmy wytrwali i wiemy, czego chcemy, prędzej czy później trafiamy do jej gniazdka. Już od progu atakują nas ściany pobazgrane kolorami, których nawet nie potrafimy nazwać. Siadamy na... Meblach? Tak nam się przynajmniej wydaje. Gdzieś po podłodze przebiega coś futrzastego z różową kokardą. Jeżeli nie wabi się "Dzwoneczek", będziemy zawiedzeni.
Gospodyni wraca do nas z jakimiś kolorowymi kubkami. Kubki malowała chyba sama, ale płyn w środku wydaje się podejrzanie normalny, prawdopodobnie to jakiś instant. Instant, nie instant - słodkie to to nie jest. Sięgamy do cukiernicy, by odkryć, że ktoś zastąpił cukier pudrowymi cukierkami - "Hi,hi,hi! Bo tak jest fajniej!". Z szacunku do własnej osoby zrywamy z tą kobietą wszelką znajomość. Po pierwszej nocy.
Tak, teraz jesteście chyba gotowi.
Przyznam, że nawet trochę szkoda mi tych dziewczyn. Przynajmniej część z nich ma solidne głosy i śpiewać potrafi, a to jest ich największy przebój. Ale taka jest właśnie cena sukcesu na tamtym rynku. Na tego typu cukierkowate utwory po prostu jest zapotrzebowanie. Dość powiedzieć, że ten konkretny klip ma blisko 90 milionów wyświetleń na YT. "Gangnam Style" ma wprawdzie sześć razy tyle (edit: skąd miałem wiedzieć, że kilka miesięcy później przebije miliard?), ale niemniej jednak liczba jest imponująca.
Zresztą 90 milionów oznacza, że gdyby klip oglądali wyłącznie mieszkańcy Korei Południowej, w przybliżeniu każdy obywatel (wliczając noworodki i mocno posuniętych wiekowo seniorów), musiałby wyświetlić to konkretne nagranie dwa razy.
Oczywiście matematyka bierze w łeb, bo utwór spotkał się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem w Japonii, gdzie ukazał się jako drugi singiel grupy i... Pobił większość rekordów tamtejszej fonografii jeśli idzie o zagraniczne grupy żeńskie, m.in. dostając się na drugie miejsce listy sprzedaży.
Sam kawałek, przy całej swojej szalonej estetyce, jest całkiem chwytliwy i nie mogę powiedzieć, że mi się nie podoba. Bardzo możliwe, że gdyby 3 lata temu portale społecznościowe odgrywały tak dużą rolę, jak teraz, zrobiłby nieco większą karierę, tak jak robi to teraz wspomniany już "Gangnam Style". Z drugiej strony należy zauważyć, że to nie jest niespotykany rodzaj twórczości w Korei, a nawet patrząc szerzej w Azji. Styl ten ogólnie określa się mianem aegyo, a "Gee" jest jego bardzo reprezentatywnym i całkiem strawnym przykładem. Jeśli ta stylizacja Wam nie odpowiada, muszę lojalnie uprzedzić, że w internecie czai się tego więcej i to w znacznie bardziej zwyrodniałych formach.
Na zakończenie ciekawostka. Zespół nazywa się Girls' Generation, jednak w internecie często spotkacie się z nazwą SNSD. To skrót od koreańskiej nazwy 소녀시대 (rom. Sonyo Shidae).
POSTSCRIPTUM
Na najnowszym, czwartym już, albumie formacji pojawiła się piosenka "Dancing Queen". Piosenka ta wraz z teledyskiem mocno nawiązującym do klipu "Gee" była elementem promocji płyty przed premierą. Jak się później okazało, "Dancing Queen" przez długi czas miało ukazać się zamiast "Gee". Jednak ze względu na komplikacje natury prawnej, do wypuszczenia "Dancing Queen" w tamtym czasie dojść nie mogło i piosenkę zastąpiono "Gee". Moim zdaniem z pożytkiem dla grupy. Więcej o "Dancing Queen" piszę >>TUTAJ<<.
BONUS
zuo
Subskrybuj:
Posty (Atom)