Nie będę udawał eksperta, o tercecie Phantom usłyszałem na dobrą sprawę przed tygodniem. Tzn. na pewno wcześniej ta nazwa już mi w kontekście koreańskiej sceny mignęła, ale z niczym konkretnym ich nie kojarzyłem. Cóż, im chyba też doskwiera anonimowość, bo wypuszczona dzisiaj, alternatywna wersja teledysku do "New Era" na pewno nie przejdzie bez echa.
Zanim o teledyskach, najpierw kilka zdań poświęcę samym wykonawcom. Właściwie to nie wiem jak ich zakwalifikować. Trzech gości zebranych przez wytwórnię - nosi to znamiona boys-bandu. Z drugiej strony działają pod skrzydłami Brand New Music - stajni Verbal Jinta, co popycha ich raczej w kierunku alternatywnego, czy jak kto woli miękkiego, hip-hopu. Sami przedstawiają się jako wykonawcy trans hip-hopu, cokolwiek to znaczy.
Grupa jeszcze przed debiutem nie uciekała przed kontrowersjami. Z publicznością przywitała się piosenką, która była kompilacją tekstów usuniętych przez cenzurę z utworów innych wykonawców. Natomiast ich debiutanckie nagranie nosi tytuł "Dziura w twojej głowie", a teledysk do niego przedstawia faceta najpierw strzelającego w łeb swojej dziewczynie, a potem sobie. Wcześniej swoje nadejście grupa zapowiedziała takim oto coverem "The Boys" grupy Girls' Generation.
Nie mogłem powstrzymać się przed wrzuceniem tego filmiku, bo uważam, że chłopakom udało się wyciągnąć z tej kompozycji o wiele więcej niż ich bardziej znanym koleżankom. Ale pora chyba przejść do tematu dzisiejszego wpisu czyli teledysków do "New Era". Pierwszy klip ukazał się kilka dni temu i już sam w sobie przykuwał uwagę.
To dosyć śmiały teledysk, szczególnie jak na koreańskie standardy. Musiało skończyć się ograniczeniem wiekowym 18+. Tak, teledysk jest naładowany miękką erotyką, ale ładnie nakręconą i uzasadnioną poprzez klimat oraz słowa piosenki. Skoro zdecydowano się kręcić teledysk do tej piosenki, to opcje były tylko dwie. Albo to, co widzimy powyżej, albo innuendo rozciągnięte na 4 minuty. Jednak żeby nie wiem jak dowcipne obrazy zaserwowali filmowcy, czterominutowe innuendo zawsze okaże się męczące i koniec końców bardziej wulgarne niż trochę ładnie wykadrowanych ciał.
I gdyby na tym kończyła się historia, to myślę, że wszystko byłoby całkiem OK. Jednak powyższy klip ma drugą wersję, która przesuwa granicę ciutek dalej. Wystarczająco, by podnieść pytanie, czy jednak aby nie za daleko.
Nie mogę powiedzieć, że źle mi się na to patrzy. Nie mogę powiedzieć, że klip mi się nie podoba. Jako osoba dorosła, nie mogę nawet powiedzieć, że czuję się zgorszony. Udawanie, że seksu nie ma, jest po prostu śmieszne. Uważam, że obraz jest teraz - za przeproszeniem - pełniejszy i
zwyczajnie bardziej plastyczny. Ujmując rzecz najprościej jak się da - bardziej mi się podoba. A jednak nie mogę powiedzieć, że pochwalam decyzję wytwórni.
Sprawa sprowadza się do tego, że pierwsza wersja klipu pokazała, że można było się obejść bez tego rodzaju golizny. Nie chodzi o to, że uważam, że nie ma miejsca dla nagości w teledyskach, a tym bardziej w filmie. Miejsce jak najbardziej jest, natomiast nie jest to równoznaczne z przyzwoleniem na masowe wykorzystywanie.
Ten klip jest dobrze nakręcony, zmysłowo eksponuje piękno ludzkiego, a raczej kobiecego ciała. Piosenka też jest sympatyczna, szczególnie dźwiękowo, trochę mniej od strony tekstu, który jest rozczarowująco płytki - tak po kostki. Sęk w tym, że to w żadnym razie nie jest sztuka, nic w podobie. Natomiast jest to kultura masowa.
Kiedy sztuka posługuje się nagością, to zawsze w jakimś celu. Nawet jeżeli celem będzie jedynie pokazanie piękna ludzkiego ciała, to w sztuce zawsze będzie to coś więcej niż umiejętne wykadrowanie kilku fotek. Czy będzie to próba pokazania wyidealizowanej, niemal boskiej wizji istoty ludzkiej, czy też wręcz przeciwnie - jak najbardziej przyziemnej i prawdziwej, będzie istniał powód dla pokazania nagości, jakaś forma myśli czy też emocji, która przyświeca artyście w trakcie pracy nad dziełem.
W kulturze masowej też istnieje uzasadnienie dla pokazywanych obrazów. Jednak jest ono przeważnie bardzo prymitywne i najczęściej sprowadza się do liczenia pieniędzy, czy też jakichś innych słupków, które w ten czy inny sposób stają się miarą sukcesu. Kultura masowa jest środkiem dla zyskiwania władzy, wpływów, bogacenia się, a nawet kształtowania myśli innych ludzi. Wykorzystywanie z jednej strony piękna wrodzonego w człowieka, z drugiej jego prymitywnych, zwierzęcych przymiotów, by się bogacić czy zdobywać wpływy, zawsze było postrzegane jako coś niskiego.
Oczywiście, można podnieść argument, że na dłuższą metę cała popkultura, nie będąca równocześnie sztuką, sprowadza się właśnie do takiego działania, a różnicą jest nie zamysł stojący za działaniami, a sam ich rozmach. I to z grubsza jest prawdą. Jednak wypieranie się przez człowieka swojej zwierzęcej natury zawsze będzie mniejszym lub większym aktem hipokryzji, podobnie jak wypieranie się ambicji, chęci zwiększania swojej własnej wartości, rangi - pojmowanej nierzadko bardzo indywidualnie.
Co za tym idzie, podobny wyzysk zawsze w historii ludzkości miał miejsce i zapewne będzie mieć miejsce nadal. Kluczowe dla społeczeństwa jest, by w pogoni za własnym zyskiem nie stać się nadmiernie chciwym, by nie posunąć się za daleko i ludzi wyzyskiwanych doszczętnie nie przemienić w bestie lub bydło. Dlatego istotne jest stawianie pewnych granic, stwarzanie choćby pozorów przyzwoitości.
Dlatego właśnie ważne jest podnoszenie sprzeciwu przy takich obrazkach jak teledysk powyżej. Z pozoru nieszkodliwych, nawet miłych dla oka, przynajmniej tego męskiego. Bo trzeba pomyśleć też w ten sposób, jeżeli za pierwszym razem wyrazi się aprobatę dla takich działań, to niechybnie znajdą się naśladowcy, próbujący tego samego. Prędzej czy później doprowadzi to do sukcesu takiego projektu i jeszcze większej rzeszy naśladowców.
Nim się obejrzymy coś, na co przymykaliśmy oko, staje się normą, z której znów ktoś będzie próbował się wyłamać, próbując przesunąc granicę jeszcze dalej. To nie hipoteza, to zjawisko dzieje się na naszych oczach w światowej i nawet konserwatywnej, koreańskiej kulturze masowej. Porównanie obyczajowości w produkcjach mainstreamowych z ostatnich dekad, a nawet lat, jest tego najlepszym dowodem.
Ufff, wyplułem to z siebie, choć nie wiem, czy kogokolwiek to interesuje. Tak czy inaczej - przyznaję się, goły teledysk do "New Era" czysto wizualnie spodobał mi się. Podobnie piosenka, choć nie mogę przemilczeć faktu, że najbardziej podoba mi się w tym projekcie kompozycja a także wokal Navi, podczas gdy sam tercet Phantom pozostaje mi dość obojętny. Jednak, pomimo tych pozytywnych odczuć, uważam, że golizna w tym teledysku jest zwyczajnym nadużyciem i niską próbą zwrócenia na siebie uwagi.
PS Nie dotykam tematu uprzedmiotowienia kobiety w tym klipie (prawie w ogóle nie widać twarzy). Po pierwsze, pewnie ktoś się tym zajmie. Po drugie - zapewne ze względu na moją szowinistyczną samczą naturę - nie widzę tutaj powodu do czepiania się.
poniedziałek, 18 listopada 2013
niedziela, 17 listopada 2013
Davichi - The Letter
Ze sporym poślizgiem piszę o tej piosence, szczególnie biorąc pod uwagę, że czekałem na nią z pewną niecierpliwością. Pora się usprawiedliwić. Mniej istotnym z dwóch powodów jest fakt, że w tym tygodniu w kpopie trochę się działo i miałem o czym pisać czy nad czym się zastanawiać (teledysk do "DOOM DADA" T.O.P wciąż rozgryzam). Istotniejszym powodem było jednak to, że list od Davichi trochę mnie rozczarował.
W pierwszej kolejności wypuszczono teledysk w wersji "dramatycznej" i chyba właśnie on najbardziej odrzucił mnie od tego nagrania. Czekałem więc na teledysk z wokalistkami i on też mnie zawiódł. Sama piosenka też nie rzuciła mnie na kolana - więc trochę o Davichi zapomniałem, inne rzeczy wydawały się priorytetowe.
Sęk w tym, że ja ostatnio albo kładę się spać bardzo późno, albo wstaję bardzo wcześnie. Do czego zmierzam? Oglądam teledyski zaraz po tym jak ukażą się na YT, co wbrew pozorom ma swoje wady. LOEN przeważnie dodaje napisy z kilkugodzinnym opóźnieniem, a tłumaczenia na innych stronach też pojawiają się często z opóźnieniem. W dodatku czasem przeczytanie tekstu to nie to samo co zestawienie go na żywo z teledyskiem.
Teledysk "dramatyczny" z napisami obejrzałem dopiero przed chwilą i przyznaję, że trochę zmieniło to moje spojrzenie.
Przywykłem do tego, że Koreańczycy kręcą te swoje dramatyczne, a raczej melodramatyczne teledyski - i nie zawsze są one dobrym odzwierciedleniem piosenki. Nie znając słów zakładałem, że to kolejny taki przypadek, że to kolejny obraz-wyciskacz-łez i piosenka o kopaniu ziemniaków - jak w "Supermanie" Norazo (>>TUTAJ<<).
Ten teledysk pozbawiony słów piosenki to dokładnie to, co amerykanie określiliby mianem "cheesy". Miałem wrażenie, że ktoś bardzo, bardzo stara się, żeby wycisnąć ze mnie jeśli nie łzy, to jakiś ludzki odruch, tymczasem ja w spokoju jadłem sobie śniadanie (czy też kolację - nie wiem, nie pamiętam), bo dla jakiegoś wzruszenia nie widziałem dobrego powodu. Wręcz przeciwnie, czułem, że ktoś próbuje mnie na te emocje zwyczajnie naciągnąć.
Znając tekst piosenki odbieram to inaczej. Faktycznie coś do mnie trafia. Nie jest to może najlepszy klip tego typu, jaki widziałem, ale trzyma poziom, ma kilka ładnych detali, dobrą pracę kamery i fajne zgranie z tekstem właśnie. To znamienne, że widząc tekst widzę też połączenie piosenki z obrazem, jednak słysząc samą muzykę, obraz i dźwięk wydawały mi się całkiem rozłączne. To także uświadomiło mi to, co już wcześniej podejrzewałem - jak dużym problemem jest tutaj sam utwór. Jednak tym zajmę się na samym końcu.
Czekałem na tę wersję teledysku. Celowo wstrzymywałem się z podjęciem tematu, żeby zobaczyć tę wersję, bo to tylko kilka dni, a liczyłem, że będzie lepiej pasowała do piosenki. Liczyłem, że rozwinięty zostanie pomysł z okładki singla, utrzymanej w wykontrastowanej, czarno-białej estetyce z obiema wokalistkami wystylizowanymi na bliźniaczą modłę. Liczyłem, że dostanę w obrazie jakąś treść, jakiś klimat.
Nie dostałem. Powyższy klip wygląda dla mnie jak wysuszone zwłoki. To kiedyś był człowiek, ale ktoś wyssał z niego wszystko, co najważniejsze - teraz to pusta materia. O co mi chodzi? Obraz od strony czysto wizualnej jest podobny jak dwie krople wody do tegorocznego teledysku do "Be Warmed" (>>TUTAJ<<) tej samej grupy. Sęk w tym, że jest całkiem pozbawiony życia, ducha, tych wszystkich drobiazgów, jak i filmowych fundamentów, które powodowały, że tamten klip był rewelacyjny, podczas gdy ten... Ten po prostu jest. Niby nie przeszkadza, ale na dobrą sprawę nie daje jakiegoś poważnego powodu, by go oglądać.
No dobra, wszyscy wiemy, dlaczego powstał ten teledysk. Powód widać na youtubowej stop-klatce - wytwórnia chciała pokazać dziewczyny, przede wszystkim Min Kyung. Wokalistki pojawiły się w klipie do "Be Warmed" i publice się spodobało, więc CCM postanowiło iść za ciosem. Tym bardziej, że był to dla nich pretekst, żeby zrobić jeszcze jeden teledysk, dokręcić kilka minut filmowego materiału - oni mają na tym punkcie obsesję, i tak się ostatnio jakoś kontrolują. Sęk w tym, że Davichi to nie T-ara czy After School, one za dużo na ekranie - poza staniem i wpatrywaniem się w kamerę - nie zrobią, a twórcy nie mieli na ten klip żadnego innego pomysłu.
Fajny pomysł na scenę, faktycznie to przejście pomiędzy zwrotkami ma w sobie coś z pozytywki, ale szczerze powiedziawszy uważam, że znów wytwórnia zawiodła. Zawiodła w tym sensie, że nie wycisnęła maksimum potencjału z tego pomysłu. Davichi mogło mieć rewelacyjne sceny przy okazji promowania tej piosenki - wystarczyło wystawić dziewczyny na zewnątrz poytywki, a na kółko wsadzić parę taneczną. To ostatnio modne w Korei, "Dancing9" przyniosło świetne, wyraziste występy par, Sunmi oparła niedawno swój układ do "24 hours" (>>TUTAJ<<) na segmentach tańczonych w parach. Ale przede wszystkim taki baletowy taniec po prostu pasuje do tej piosenki.
Właśnie, miałem ponarzekać na muzykę, więc do dzieła. Do dziewczyn nie mam żadnych zastrzeżeń - jak zwykle robią swoje, pokazują duży zasięg i solidną interpretację. Problemem jest podkład i w ogóle kompozycja. To się powinno nazywać nie "List" a "Kolejna Piosenka Davichi". Poważnie, dziewczyny wydały w tym roku album, przesłuchałem go nie raz i nie dwa, ale gdyby ktoś zaczął mi teraz wmawiać, że ta piosenka na nim była to... Dobra nie uwierzyłbym, ale zmierzałem do tego, że jest cholernie podobna do nagrań tam umieszczonych i na ich tle niespecjalnie wyróżnia się nawet jakością. A kiedy singiel nie wyróżnia się na tle średnio rozpoznawalnych b-side'ów - to źle.
Konkretyzując zarzuty. Ta kompozycja przede wszystkim nie jest dostatecznie smutna. Ten pozytywkowy segment jest nieco enigmatyczny i smakowicie wciągający, ale wszystko, co dzieje się tuż za nim, jest raczej słabe, gdyby nie łamiące się głosy wokalistek powiedziałbym nawet, że wesołe czy pogodne, bo jeżeli jakikolwiek nastrój promieniuje z akompaniamentu w zwrotkach, to jest to niewinność, nic więcej. I okej, to by się dało jeszcze jakoś wytłumaczyć, gdyby refreny dokładały do tego dodatkowe emocje.
Niestety, refreny skupiają się na tym, by mieć rozmach, a nie ładunek emocjonalny. Co więcej, ten rozmach też kompozytorowi wyszedł tak na poł gwizdka, bo poza smyczkami instrumentarium wydaje się całkiem przypadkowe i nieprzemyślane. Taki zapełniacz dla ukrycia dziur, jak szpachla w warsztacie samochodowym.
Jednak najbardziej nie mogę przeboleć w tym wszystkim tego, że ta poztywkowa wstawka, którą otwiera się piosenka i która przewija się przez cały utwór, zapowiadała ciekawe, nastrojowe nagranie, tymczasem nie tylko sam motyw muzyczny, ale nawet jego klimat nie znajdują absolutnie żadnego przedłużenia, nie mówiąc o rozwinięciu, w dalszej części nagrania.
Podsumowując, to nie jest tak, że to jest zła piosenka - wciąż słucha się jej całkiem przyjemnie, przede wszystkim ze względu na wokale. Jednakże jest to nagranie - dla mnie - strasznie rozczarowujące. Liczyłem, że Davichi spuentuje bardzo udany rok wzbogacając tegoroczną galerię oblicz o jeszcze jedno ciekawe wcielenie. Tymczasem dostałem odgrzewany kotlet, trochę na zasadzie "żryjta, co dali". Jeżeli wytwórnia nie miała czegoś naprawdę ciekawego, wcale nie musiała silić się na jeszcze jedno wydawnictwo - grupa zrobiła (i zapewne zarobiła) w tym roku naprawdę dużo.
W pierwszej kolejności wypuszczono teledysk w wersji "dramatycznej" i chyba właśnie on najbardziej odrzucił mnie od tego nagrania. Czekałem więc na teledysk z wokalistkami i on też mnie zawiódł. Sama piosenka też nie rzuciła mnie na kolana - więc trochę o Davichi zapomniałem, inne rzeczy wydawały się priorytetowe.
Sęk w tym, że ja ostatnio albo kładę się spać bardzo późno, albo wstaję bardzo wcześnie. Do czego zmierzam? Oglądam teledyski zaraz po tym jak ukażą się na YT, co wbrew pozorom ma swoje wady. LOEN przeważnie dodaje napisy z kilkugodzinnym opóźnieniem, a tłumaczenia na innych stronach też pojawiają się często z opóźnieniem. W dodatku czasem przeczytanie tekstu to nie to samo co zestawienie go na żywo z teledyskiem.
Teledysk "dramatyczny" z napisami obejrzałem dopiero przed chwilą i przyznaję, że trochę zmieniło to moje spojrzenie.
Przywykłem do tego, że Koreańczycy kręcą te swoje dramatyczne, a raczej melodramatyczne teledyski - i nie zawsze są one dobrym odzwierciedleniem piosenki. Nie znając słów zakładałem, że to kolejny taki przypadek, że to kolejny obraz-wyciskacz-łez i piosenka o kopaniu ziemniaków - jak w "Supermanie" Norazo (>>TUTAJ<<).
Ten teledysk pozbawiony słów piosenki to dokładnie to, co amerykanie określiliby mianem "cheesy". Miałem wrażenie, że ktoś bardzo, bardzo stara się, żeby wycisnąć ze mnie jeśli nie łzy, to jakiś ludzki odruch, tymczasem ja w spokoju jadłem sobie śniadanie (czy też kolację - nie wiem, nie pamiętam), bo dla jakiegoś wzruszenia nie widziałem dobrego powodu. Wręcz przeciwnie, czułem, że ktoś próbuje mnie na te emocje zwyczajnie naciągnąć.
Znając tekst piosenki odbieram to inaczej. Faktycznie coś do mnie trafia. Nie jest to może najlepszy klip tego typu, jaki widziałem, ale trzyma poziom, ma kilka ładnych detali, dobrą pracę kamery i fajne zgranie z tekstem właśnie. To znamienne, że widząc tekst widzę też połączenie piosenki z obrazem, jednak słysząc samą muzykę, obraz i dźwięk wydawały mi się całkiem rozłączne. To także uświadomiło mi to, co już wcześniej podejrzewałem - jak dużym problemem jest tutaj sam utwór. Jednak tym zajmę się na samym końcu.
Czekałem na tę wersję teledysku. Celowo wstrzymywałem się z podjęciem tematu, żeby zobaczyć tę wersję, bo to tylko kilka dni, a liczyłem, że będzie lepiej pasowała do piosenki. Liczyłem, że rozwinięty zostanie pomysł z okładki singla, utrzymanej w wykontrastowanej, czarno-białej estetyce z obiema wokalistkami wystylizowanymi na bliźniaczą modłę. Liczyłem, że dostanę w obrazie jakąś treść, jakiś klimat.
Nie dostałem. Powyższy klip wygląda dla mnie jak wysuszone zwłoki. To kiedyś był człowiek, ale ktoś wyssał z niego wszystko, co najważniejsze - teraz to pusta materia. O co mi chodzi? Obraz od strony czysto wizualnej jest podobny jak dwie krople wody do tegorocznego teledysku do "Be Warmed" (>>TUTAJ<<) tej samej grupy. Sęk w tym, że jest całkiem pozbawiony życia, ducha, tych wszystkich drobiazgów, jak i filmowych fundamentów, które powodowały, że tamten klip był rewelacyjny, podczas gdy ten... Ten po prostu jest. Niby nie przeszkadza, ale na dobrą sprawę nie daje jakiegoś poważnego powodu, by go oglądać.
No dobra, wszyscy wiemy, dlaczego powstał ten teledysk. Powód widać na youtubowej stop-klatce - wytwórnia chciała pokazać dziewczyny, przede wszystkim Min Kyung. Wokalistki pojawiły się w klipie do "Be Warmed" i publice się spodobało, więc CCM postanowiło iść za ciosem. Tym bardziej, że był to dla nich pretekst, żeby zrobić jeszcze jeden teledysk, dokręcić kilka minut filmowego materiału - oni mają na tym punkcie obsesję, i tak się ostatnio jakoś kontrolują. Sęk w tym, że Davichi to nie T-ara czy After School, one za dużo na ekranie - poza staniem i wpatrywaniem się w kamerę - nie zrobią, a twórcy nie mieli na ten klip żadnego innego pomysłu.
Fajny pomysł na scenę, faktycznie to przejście pomiędzy zwrotkami ma w sobie coś z pozytywki, ale szczerze powiedziawszy uważam, że znów wytwórnia zawiodła. Zawiodła w tym sensie, że nie wycisnęła maksimum potencjału z tego pomysłu. Davichi mogło mieć rewelacyjne sceny przy okazji promowania tej piosenki - wystarczyło wystawić dziewczyny na zewnątrz poytywki, a na kółko wsadzić parę taneczną. To ostatnio modne w Korei, "Dancing9" przyniosło świetne, wyraziste występy par, Sunmi oparła niedawno swój układ do "24 hours" (>>TUTAJ<<) na segmentach tańczonych w parach. Ale przede wszystkim taki baletowy taniec po prostu pasuje do tej piosenki.
Właśnie, miałem ponarzekać na muzykę, więc do dzieła. Do dziewczyn nie mam żadnych zastrzeżeń - jak zwykle robią swoje, pokazują duży zasięg i solidną interpretację. Problemem jest podkład i w ogóle kompozycja. To się powinno nazywać nie "List" a "Kolejna Piosenka Davichi". Poważnie, dziewczyny wydały w tym roku album, przesłuchałem go nie raz i nie dwa, ale gdyby ktoś zaczął mi teraz wmawiać, że ta piosenka na nim była to... Dobra nie uwierzyłbym, ale zmierzałem do tego, że jest cholernie podobna do nagrań tam umieszczonych i na ich tle niespecjalnie wyróżnia się nawet jakością. A kiedy singiel nie wyróżnia się na tle średnio rozpoznawalnych b-side'ów - to źle.
Konkretyzując zarzuty. Ta kompozycja przede wszystkim nie jest dostatecznie smutna. Ten pozytywkowy segment jest nieco enigmatyczny i smakowicie wciągający, ale wszystko, co dzieje się tuż za nim, jest raczej słabe, gdyby nie łamiące się głosy wokalistek powiedziałbym nawet, że wesołe czy pogodne, bo jeżeli jakikolwiek nastrój promieniuje z akompaniamentu w zwrotkach, to jest to niewinność, nic więcej. I okej, to by się dało jeszcze jakoś wytłumaczyć, gdyby refreny dokładały do tego dodatkowe emocje.
Niestety, refreny skupiają się na tym, by mieć rozmach, a nie ładunek emocjonalny. Co więcej, ten rozmach też kompozytorowi wyszedł tak na poł gwizdka, bo poza smyczkami instrumentarium wydaje się całkiem przypadkowe i nieprzemyślane. Taki zapełniacz dla ukrycia dziur, jak szpachla w warsztacie samochodowym.
Jednak najbardziej nie mogę przeboleć w tym wszystkim tego, że ta poztywkowa wstawka, którą otwiera się piosenka i która przewija się przez cały utwór, zapowiadała ciekawe, nastrojowe nagranie, tymczasem nie tylko sam motyw muzyczny, ale nawet jego klimat nie znajdują absolutnie żadnego przedłużenia, nie mówiąc o rozwinięciu, w dalszej części nagrania.
Podsumowując, to nie jest tak, że to jest zła piosenka - wciąż słucha się jej całkiem przyjemnie, przede wszystkim ze względu na wokale. Jednakże jest to nagranie - dla mnie - strasznie rozczarowujące. Liczyłem, że Davichi spuentuje bardzo udany rok wzbogacając tegoroczną galerię oblicz o jeszcze jedno ciekawe wcielenie. Tymczasem dostałem odgrzewany kotlet, trochę na zasadzie "żryjta, co dali". Jeżeli wytwórnia nie miała czegoś naprawdę ciekawego, wcale nie musiała silić się na jeszcze jedno wydawnictwo - grupa zrobiła (i zapewne zarobiła) w tym roku naprawdę dużo.
Lim Kim - Goodbye 20
Mamy już drugą połowę listopada, nieubłaganie zbliża się pora tegorocznych podsumowań. W moich prywatnych rankingach rywalizacja w poszczególnych kategoriach wciąż pozostaje sprawą otwartą, bo albo wybór jest trudny, albo wciąż może się jeszcze wydarzyć coś, co zmieni moje spojrzenie. Wyjątek jest jeden - debiut roku.
Choć czas na właściwy tekst podsumowujący jeszcze nadejdzie, to wiem, że w tej kategorii nikt nie prześcignie Lim Kim. To po prostu niemożliwe. Tegoroczna debiutantka wydała już dwa udane mini-albumy "A Voice" - promowany piosenkami "Colorring" (>>TUTAJ<<) i "All Right" (>>TUTAJ<<) - oraz "Her Voice" - promowany poprzez "Rain" (>>TUTAJ<<) i "Voice" (>>TUTAJ<<). Szczególnie drugie wydawnictwo jest godne polecenia ze względu na niezwykle dojrzałe brzmienie, świetnie akcentujące niebywałą subtelność głosu wokalistki.
Ale na tym nie koniec, bo zaraz po zakończeniu prac nad "Her Voice", Lim Kim powróciła do studia nagraniowego. Kilka godzin temu ujawniono efekty jej starań, bo do dystrybucji elektronicznej trafił pierwszy pełny album piosenkarki zatytułowany "Goodbye 20". Ponieważ nie miałem jednak jeszcze okazji zapoznać się z całością, dzisiejszy wpis poświęcony będzie jedynie piosence pod tym samym tytułem, która promuje wydawnictwo.
Chyba nie ja jeden zauważyłem, że muzycznie Kim Ye Rim powoli dryfowała w kierunku mielizny. Słuchało się jej do tej pory wspaniale, ale jej nagrania wydawały się już nieco monotematyczne - niemal wszystkie dotychczasowe piosenki to dosyć spokojne, wyciszone kompozycje - bodaj jedynym wyjątkiem na przestrzeni dwóch mini-albumów było "Colorring".
Co więcej, jakkolwiek stylowo by nie wypadało brzmienie Lim Kim, to trzeba przyznać, że jej dotychczasowa twórczość wydawała się dosyć niszowa. "Rain" to wspaniała kompozycja, przy której można się po prostu rozpłynąć w fotelu, ale najpierw trzeba lubić takie łagodne, jazzujące granie. Dla mainstreamowego odbiorcy "Rain" może być - niestety - zwyczajnie nudny. A to i tak nic przy title-trackach "All Right" i "Voice", które nawet mnie wydawały się ciutek przekombinowane.
I dlatego właśnie dostaliśmy "Goodbye 20" - nie tylko mainstreamowe do bólu, ale także treściowo wycelowane w rówieśników piosenkarki. I wcale mi to nie przeszkadza. Nie tylko dlatego, że to jak najbardziej słuszna decyzja z marketingowego punktu widzenia, która pozwoli Ye Rim dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Raczej dlatego, że to po prostu bardzo dobra piosenka, której przyjemnie się słucha.
Oczywiście lwia część sukcesu to zasługa samej piosenkarki i jej wspaniałego głosu - miękkiego, leciutkiego, ale też niepospolicie barwnego. Właśnie to jak ta barwa przebija się w pojedynczych dźwiękach, jak wokalistka pozwala im wybrzmiewać, jest jednym z jej największych atutów. Tym przyjemniej posłuchać, jak swoje atuty sprzedaje w prostszej, ale melodyjnej i dynamicznej kompozycji.
Trzeba też przyznać, że sam utwór został napisany z głową - po raz kolejny słychać, że autor wiedział, co jest atutem Lim Kim. Pomimo dość żwawego tempa, pomiędzy poszczególnymi frazami jest miejsce, by wokalistka pokazała swoje walory, a sam refren właściwie na całej długości eksponuje barwę wokalistki. Ponadto cały akompaniament jest tak napisany, by w żadnym momencie nie wskakiwać przed wokal, a jednak być dostrzegalnym.
Dzieje się tak głównie ze względu na małą liczbę wątków w podkładzie, co nie przeszkadza w tworzeniu tła dla wokalu, ale pomaga w wyodrębnieniu pojedynczych dźwięków, bo podkład nie walczy sam ze sobą. Najlepszym przykładem takiego podejścia jest marszowa perkusja towarzysząca drugiej zwrotce - charakterystyczna, budująca nastrój, ale jednak nie wyskakująca przed szereg.
Patrząc szerzej, sam pomysł na brzmienie tego utwory jest po prostu dobry. Oparcie tego nagrania o wszelakiej maści gitary i perkusję nadaje całości nawet nie tyle pogody ducha, co takiej lekkości, młodzieżowego roztargnienia. Siłą jest też kontrast, bo o ile refreny są żywe, emocjonalne, o tyle w zwrotkach czuć znacznie więcej dyscypliny. To takie muzyczne lustro dla treści wyśpiewywanych przez wokal, który w zwrotkach sucho wymienia wszystko, co przyniosło wejście w "magiczny" wiek lat 20-stu, podczas gdy refren jest emocjonalnym podsumowaniem rozczarowania płynącego z własnej naiwności. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.
Kolorowy teledysk, którym opatrzono piosenkę, przypadł mi do gustu. Nie jest to może 10 na 10 - coś, co zapamiętam na lata, ale zdecydowanie spełnia swoją funkcję, pasuje do brzmienia piosenki i
jest miłe dla oka. Bardzo podoba mi się czystość kolorów i przejrzystość zastosowanych planów, połączona ze statyczną kamerą i ostrym montażem. Ten sposób kręcenia, w połączeniu z lekko przypadkową i abstrakcyjną treścią kolejnych kadrów, bardzo przypomina mi klip do "Can't Stop" Red Hot Chili Peppers.
Bardzo fajnym efektem są kolorowe passe-partout otaczające sporą część ujęć, przez to oglądając klip ma się wrażenie, że tak naprawdę patrzy się na jakiś album ze zdjęciami z przeszłości. Jest to o tyle ciekawe, że pozwala starszym widzom łatwiej połączyć się z tym obrazem na zasadzie przerzucania retrospekcji na swoją własną osobę. Natomiast jeżeli miałbym się czegoś czepiać, to tych kolorowych, kolażowych scen z koleżankami - do mnie po prostu w ogóle nie trafiają.
Pierwszy rok scenicznej działalności Lim Kim był udany przede wszystkim muzycznie. "Goodbye 20" to jawna próba trafienia do szerszej publiczności, ale próba sama w sobie niepozbawiona muzycznego uroku i dodatkowo oznaczona stemplem jakości Lim Kim. Czy jest to dość, by zawojować serca publiki i sięgnąć po pierwsze miejsca na listach przebojów? Trudne pytanie, dużo zależy od konkurencji i chwilowego zapotrzebowania na takie właśnie granie. Ja w każdym razie jestem na tak.
Choć czas na właściwy tekst podsumowujący jeszcze nadejdzie, to wiem, że w tej kategorii nikt nie prześcignie Lim Kim. To po prostu niemożliwe. Tegoroczna debiutantka wydała już dwa udane mini-albumy "A Voice" - promowany piosenkami "Colorring" (>>TUTAJ<<) i "All Right" (>>TUTAJ<<) - oraz "Her Voice" - promowany poprzez "Rain" (>>TUTAJ<<) i "Voice" (>>TUTAJ<<). Szczególnie drugie wydawnictwo jest godne polecenia ze względu na niezwykle dojrzałe brzmienie, świetnie akcentujące niebywałą subtelność głosu wokalistki.
Ale na tym nie koniec, bo zaraz po zakończeniu prac nad "Her Voice", Lim Kim powróciła do studia nagraniowego. Kilka godzin temu ujawniono efekty jej starań, bo do dystrybucji elektronicznej trafił pierwszy pełny album piosenkarki zatytułowany "Goodbye 20". Ponieważ nie miałem jednak jeszcze okazji zapoznać się z całością, dzisiejszy wpis poświęcony będzie jedynie piosence pod tym samym tytułem, która promuje wydawnictwo.
Chyba nie ja jeden zauważyłem, że muzycznie Kim Ye Rim powoli dryfowała w kierunku mielizny. Słuchało się jej do tej pory wspaniale, ale jej nagrania wydawały się już nieco monotematyczne - niemal wszystkie dotychczasowe piosenki to dosyć spokojne, wyciszone kompozycje - bodaj jedynym wyjątkiem na przestrzeni dwóch mini-albumów było "Colorring".
Co więcej, jakkolwiek stylowo by nie wypadało brzmienie Lim Kim, to trzeba przyznać, że jej dotychczasowa twórczość wydawała się dosyć niszowa. "Rain" to wspaniała kompozycja, przy której można się po prostu rozpłynąć w fotelu, ale najpierw trzeba lubić takie łagodne, jazzujące granie. Dla mainstreamowego odbiorcy "Rain" może być - niestety - zwyczajnie nudny. A to i tak nic przy title-trackach "All Right" i "Voice", które nawet mnie wydawały się ciutek przekombinowane.
I dlatego właśnie dostaliśmy "Goodbye 20" - nie tylko mainstreamowe do bólu, ale także treściowo wycelowane w rówieśników piosenkarki. I wcale mi to nie przeszkadza. Nie tylko dlatego, że to jak najbardziej słuszna decyzja z marketingowego punktu widzenia, która pozwoli Ye Rim dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Raczej dlatego, że to po prostu bardzo dobra piosenka, której przyjemnie się słucha.
Oczywiście lwia część sukcesu to zasługa samej piosenkarki i jej wspaniałego głosu - miękkiego, leciutkiego, ale też niepospolicie barwnego. Właśnie to jak ta barwa przebija się w pojedynczych dźwiękach, jak wokalistka pozwala im wybrzmiewać, jest jednym z jej największych atutów. Tym przyjemniej posłuchać, jak swoje atuty sprzedaje w prostszej, ale melodyjnej i dynamicznej kompozycji.
Trzeba też przyznać, że sam utwór został napisany z głową - po raz kolejny słychać, że autor wiedział, co jest atutem Lim Kim. Pomimo dość żwawego tempa, pomiędzy poszczególnymi frazami jest miejsce, by wokalistka pokazała swoje walory, a sam refren właściwie na całej długości eksponuje barwę wokalistki. Ponadto cały akompaniament jest tak napisany, by w żadnym momencie nie wskakiwać przed wokal, a jednak być dostrzegalnym.
Dzieje się tak głównie ze względu na małą liczbę wątków w podkładzie, co nie przeszkadza w tworzeniu tła dla wokalu, ale pomaga w wyodrębnieniu pojedynczych dźwięków, bo podkład nie walczy sam ze sobą. Najlepszym przykładem takiego podejścia jest marszowa perkusja towarzysząca drugiej zwrotce - charakterystyczna, budująca nastrój, ale jednak nie wyskakująca przed szereg.
Patrząc szerzej, sam pomysł na brzmienie tego utwory jest po prostu dobry. Oparcie tego nagrania o wszelakiej maści gitary i perkusję nadaje całości nawet nie tyle pogody ducha, co takiej lekkości, młodzieżowego roztargnienia. Siłą jest też kontrast, bo o ile refreny są żywe, emocjonalne, o tyle w zwrotkach czuć znacznie więcej dyscypliny. To takie muzyczne lustro dla treści wyśpiewywanych przez wokal, który w zwrotkach sucho wymienia wszystko, co przyniosło wejście w "magiczny" wiek lat 20-stu, podczas gdy refren jest emocjonalnym podsumowaniem rozczarowania płynącego z własnej naiwności. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.
Kolorowy teledysk, którym opatrzono piosenkę, przypadł mi do gustu. Nie jest to może 10 na 10 - coś, co zapamiętam na lata, ale zdecydowanie spełnia swoją funkcję, pasuje do brzmienia piosenki i
jest miłe dla oka. Bardzo podoba mi się czystość kolorów i przejrzystość zastosowanych planów, połączona ze statyczną kamerą i ostrym montażem. Ten sposób kręcenia, w połączeniu z lekko przypadkową i abstrakcyjną treścią kolejnych kadrów, bardzo przypomina mi klip do "Can't Stop" Red Hot Chili Peppers.
Bardzo fajnym efektem są kolorowe passe-partout otaczające sporą część ujęć, przez to oglądając klip ma się wrażenie, że tak naprawdę patrzy się na jakiś album ze zdjęciami z przeszłości. Jest to o tyle ciekawe, że pozwala starszym widzom łatwiej połączyć się z tym obrazem na zasadzie przerzucania retrospekcji na swoją własną osobę. Natomiast jeżeli miałbym się czegoś czepiać, to tych kolorowych, kolażowych scen z koleżankami - do mnie po prostu w ogóle nie trafiają.
Pierwszy rok scenicznej działalności Lim Kim był udany przede wszystkim muzycznie. "Goodbye 20" to jawna próba trafienia do szerszej publiczności, ale próba sama w sobie niepozbawiona muzycznego uroku i dodatkowo oznaczona stemplem jakości Lim Kim. Czy jest to dość, by zawojować serca publiki i sięgnąć po pierwsze miejsca na listach przebojów? Trudne pytanie, dużo zależy od konkurencji i chwilowego zapotrzebowania na takie właśnie granie. Ja w każdym razie jestem na tak.
czwartek, 14 listopada 2013
G-Dragon - Who You? + Crooked + Nilliria (feat. Missy Elliott) + R.O.D. (feat. Lydia Paek)
"G-Dragon - studium szaleństwa". Brzmi poważnie, nie? Może nawet naukowo. Cóż, ten tekst naukowy raczej nie będzie, wątpię nawet, żeby był szczególnie poważny. Jednak patrząc na teledysk do "Who You?" trudno nie zadać sobie pytania - kim właściwie jest G-Dragon? I nie chodzi o to, żeby w odpowiedzi dostać w twarz mniej lub bardziej upakowanym kawałkiem biografii.
Za chwilę zobaczycie teledysk, który na swój sposób jest genialny, ale i trochę przerażający za jednym zamachem - i to w zasadzie z dokładnie tego samego powodu. To z jednej strony prezent dla fanów i to jeden z fajniejszych, jakie widziałem. Z drugiej strony... Każdy, kto nie jest fanem GD, zobaczy tu coś co najmniej dziwnego, jeśli nie niepokojącego.
Jak lepiej podziękować fanom, niż przygotowując specjalny plan zdjęciowy, wpuszczając ich z ich sprzętem, a potem montując teledysk z materiałów, które nakręcili? Ja wiem, pomysł nie w stu procentach świeży. Już robiono takie rzeczy, ale raczej na koncertach - przy okazji występu. Tutaj mamy do czynienia z czymś przygotowanym specjalnie dla fanów.
Jednak to, co rzuca się w moje giaurowe oczy, to sama budowa planu. Z jednej strony te szyby są integralną częścią pomysłu - czynią ten obraz oryginalnym, wyróżniającym się, rozpoznawalnym. Z drugiej strony... Byliście kiedyś w zoo? Klatki z prętami to już przeżytek. Nie dość, że nieestetyczne i budzące złe skojarzenia - no bo jak to tak, chcemy oglądać szczęśliwe, brykające zwierzątka, a kiedy obserwujemy je przez kraty, łatwo pomyśleć, że zwierzątka może wcale takie szczęśliwe nie są - to jeszcze przeszkadzają w robieniu zdjęć.
Musicie przyznać, że sama budowa planu zdjęciowego, ale także to, w jaki spośob G-Dragon z niego korzysta, przypomina trochę wybieg dla zwierząt. Ale jeżeli odwrócimy perspektywę, wcale nie robi się przyjemniej. Jeden, dość niepozorny facet i cienka warstwa pleksi, która oddziela go od tłumu napalonych fanek (i chyba nawet fanów) we wszelkich kształtach i rozmiarach. Jeżeli przypomnicie sobie świetny teledysk do "Coup d'Etat" (>>TUTAJ<<), to była tam łudząco podobna (na poziomie znaczeniowym, nie wizualnym) scena z GD uwięzionym w budce kasjera i fankami przyciskającymi się do szyb.
Co do samych fanek, to zaskoczył mnie trochę rozstrzał. To stado wcale nie składa się z samych słabych sztuk, a jeżeli prześledzić napisy końcowe to okaże się, że pomiędzy niektórymi osobami jest prawdziwa różnica pokoleń (przy każdym nazwisku jest podany też rok urodzenia). Patrząc na ten klip, można by dojść do wniosku, że G-Dragon to taki koreański Bieber. Tłumy fanek, trochę niewinna poza, jakieś dziecinne zabawki, różowa kurtka na wieszaku...
Sądzę, że są osoby gotowe rozszarpać człowieka żywcem za to porównanie - co, paradoksalnie, wskazywałoby na jego słuszność. Tak czy inaczej, pewne podobieństwa między obiema postaciami istnieją, ale wstawianie jakichkolwiek znaków równości, czy choćby przybliżeń, wydaje się tutaj nie na miejscu.
Weźmy nawet pod uwagę tę piosenkę. Nie jestem fanem wokalu tego gościa, wolę kiedy rapuje, ale sam kawałek jest na swój sposób przyjemnie lekki, chwytliwy i zgrabnie ułożony... Tak się składa, że współkomponował go sam wokalista - tak jak większość piosenek na nowym albumie. Tekst to w stu procentach jego dzieło, a muszę przyznać, że pomimo stężenia wszelkich "baby", "ooh" i "love you", jako całość okazuje się zaskakująco strawny i dobrze napisany. Ostatnia zwrotka wywołała nawet uśmiech na mojej twarzy. Zresztą przekonajcie się sami, >>TUTAJ<< znajdziecie angielskie tłumaczenie.
Wystarczy odczepić się od teledysku do "Who You?" i nagle podobieństw do Biebera robi się drastycznie mniej. Tak, to wciąż jest piosenka o miłości, o facecie, któremu odbija, bo rzuciła go dziewczyna (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<). Ale wyobrażacie sobie Biebera jako punka? I to takiego zmierzającego ku słownikowej definicji? Bo ja nie bardzo. A jak sięgniemy głębiej do jego dyskografii, to na poprzednim EP G-Dragona znajdziemy piosenkę zatytułowaną "Ta suka" (napisałem po polsku, jakbyście się zastanawiali). Tak, GD to raczej dziwna mieszanka wizerunków.
Teledysk to - jak zwykle w wypadku YG Entertainment - kawał dobrej roboty - fura energii (niekoniecznie pod postacią węgla) sprzedana za pomocą dobrze dobranych kadrów i zręcznego montażu. Ale klip na znaczeniu zyskuje dopiero w połączeniu z muzyką. A ta jest przyjemnie wyspiarska - zdecydowanie nie undergroundowa, nie tak surowa jak prawdziwy londyński punk, ale śmiało mogąca konkurować z popowymi dewiacjami tego gatunku.
Moja wiedza o hip hopie jest raczej skromna. Ot kilka flagowych nazwisk zza Oceanu. To oczywiście oznacza, że nawet ja wiem kim jest Missy Elliott. Chociaż, żeby było inaczej, musiałbym chyba nazywać ten gatunek "hop hipem" i wymachiwać drewnianą laską na wszystko, co porusza się po chodniku tempem szybszym niż żółw z depresją i zaparciem.
Dodajmy, że wersja tego utworu z udziałem amerykańskiej gwiazdy zagościła także na albumie GD, więc nie jest to jakiś jednorazowy wyskok wymyślony przez ludzi w garniturach podczas jakiegoś rautu. Sam kawałek dość luźno nawiązuje do koreańskiej pieśni ludowej i przyznam, że zwyczajnie wpadł mi w ucho, przynajmniej w tej wersji. Tekst znajdziecie >>TUTAJ<<.
Tak czy inaczej porównanie do Biebera zaczyna chwiać się w posadach, wystarczy jedno poważniejsze chuchnięcie ze strony wilka i całość zamieni się w drzazgi. Ostatnim gwoździem, który trzyma konstrukcję jest fenomen popularności - wspólny dla obydwu wykonawców. Widać stojącą za wykonawcami rękę producentów i menadżerów.
Oczywiście, dziś G-Dragon wydaje się znacznie bardziej niezależny, ma większy wpływ na to, co wykonuje, ale także na to, co tworzy, a nawet na to, jaki wizerunek sprzedaje. Sęk w tym, że on i znienawidzony przez mężczyzn pod wszystkimi szerokościami geograficznymi Kanadyjczyk są w dość różnych momentach kariery.
Obaj debiutowali jako nastolatkowie, ale Bieber to jeszcze dzieciak, w przyszłym roku stuknie mu dwudziestka, w Stanach nie mógłby kupić butelki piwa. GD to mój rówieśnik, co nie czyni go może jeszcze starym dziadem, ale zegar nieubłaganie odmierza nam pozostałe jeszcze dni młodości. Poza tym w przyszłym roku GD będzie mógł powiedzieć, że pół życia spędził na scenie.
To już ostatni klip w tym tekście. Zamieszczam go z dwóch względów. Pierwszym jest uzmysłowienie kim jest GD dla kpopu. Ta efektowna scena powstała na potrzeby tylko tego jednego nagrania w programie telewizyjnym. Ta piosenka to jeden z wielu utworów z ostatniego albumu wokalisty. A mimo to postarano się i przygotowano coś cholernie efektownego i na pewno nie taniego.
G-Dragon to najpopularniejszy kpopowy wykonawca na świecie. Jeszcze przed wydaniem tego albumu koreańskie ministerstwo kultury, które dba także o interesy kpopu, zleciło badanie w różnych zakątkach świata. Jednym z pytań było - wskaż swojego ulubionego kpopowego wykonawcę. W krajach, gdzie GD nie zajął pierwszego miejsca, wygrywała jego macierzysta formacja - Big Bang. Od tej reguły było zaledwie kilka wyjątków. Dziś G-Dragon jest niekwestionowanym królem kpopu.
Drugi powód to sama piosenka - moje ulubione nagranie z tego albumu. Oryginalny muzycznie pomysł, oparcie mainstreamowego, popowego nagrania o dubstepowy podkład z chórkami przywodzącym na myśl gospel. Do tego wyrazisty rap podparty fajnym tekstem (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<) i melodyjny, piekielnie chwytliwy refren. Oczywiście tekst i muzyka znów wyszły spod ręki samego GD.
Daleki jestem od wielbienia twórczości G-Dragona, sama płyta jako całość nie jest dość ciekawa, żeby zagrzać miejsce na mojej playliście. Jednak niesprawiedliwe byłoby okradanie gościa z całości zasług tylko dlatego, że ma trochę psychofanek rozsianych po całym globie, gotowych w każdej chwili chwycić za broń i z jego piosenkami na ustach, przelewać krew w imię kpopowej rewolucji.
Zmierzam do tego, że to wciąż rozwijający się i coraz bardziej obiecujący wykonawca, który za parę lat może nawet uwolni się od bycia ikoną mas i zacznie wypluwać z siebie twory nie tylko wyraziste, czy ponadprzeciętne, ale wybitne. Natomiast to, że ma stada nastoletnich fanek? Cóż, nawet najbardziej niszowa rockowa kapela, kiedy odnosi sukces, musi nauczyć się radzić sobie z taką publiką i niejedna niszowa kapela podążyła w kierunku odwrotnym - na muzyczne dno - manipulowana i mamiona przez menadżerów i pieniądze.
Za chwilę zobaczycie teledysk, który na swój sposób jest genialny, ale i trochę przerażający za jednym zamachem - i to w zasadzie z dokładnie tego samego powodu. To z jednej strony prezent dla fanów i to jeden z fajniejszych, jakie widziałem. Z drugiej strony... Każdy, kto nie jest fanem GD, zobaczy tu coś co najmniej dziwnego, jeśli nie niepokojącego.
Jak lepiej podziękować fanom, niż przygotowując specjalny plan zdjęciowy, wpuszczając ich z ich sprzętem, a potem montując teledysk z materiałów, które nakręcili? Ja wiem, pomysł nie w stu procentach świeży. Już robiono takie rzeczy, ale raczej na koncertach - przy okazji występu. Tutaj mamy do czynienia z czymś przygotowanym specjalnie dla fanów.
Jednak to, co rzuca się w moje giaurowe oczy, to sama budowa planu. Z jednej strony te szyby są integralną częścią pomysłu - czynią ten obraz oryginalnym, wyróżniającym się, rozpoznawalnym. Z drugiej strony... Byliście kiedyś w zoo? Klatki z prętami to już przeżytek. Nie dość, że nieestetyczne i budzące złe skojarzenia - no bo jak to tak, chcemy oglądać szczęśliwe, brykające zwierzątka, a kiedy obserwujemy je przez kraty, łatwo pomyśleć, że zwierzątka może wcale takie szczęśliwe nie są - to jeszcze przeszkadzają w robieniu zdjęć.
Musicie przyznać, że sama budowa planu zdjęciowego, ale także to, w jaki spośob G-Dragon z niego korzysta, przypomina trochę wybieg dla zwierząt. Ale jeżeli odwrócimy perspektywę, wcale nie robi się przyjemniej. Jeden, dość niepozorny facet i cienka warstwa pleksi, która oddziela go od tłumu napalonych fanek (i chyba nawet fanów) we wszelkich kształtach i rozmiarach. Jeżeli przypomnicie sobie świetny teledysk do "Coup d'Etat" (>>TUTAJ<<), to była tam łudząco podobna (na poziomie znaczeniowym, nie wizualnym) scena z GD uwięzionym w budce kasjera i fankami przyciskającymi się do szyb.
Co do samych fanek, to zaskoczył mnie trochę rozstrzał. To stado wcale nie składa się z samych słabych sztuk, a jeżeli prześledzić napisy końcowe to okaże się, że pomiędzy niektórymi osobami jest prawdziwa różnica pokoleń (przy każdym nazwisku jest podany też rok urodzenia). Patrząc na ten klip, można by dojść do wniosku, że G-Dragon to taki koreański Bieber. Tłumy fanek, trochę niewinna poza, jakieś dziecinne zabawki, różowa kurtka na wieszaku...
Sądzę, że są osoby gotowe rozszarpać człowieka żywcem za to porównanie - co, paradoksalnie, wskazywałoby na jego słuszność. Tak czy inaczej, pewne podobieństwa między obiema postaciami istnieją, ale wstawianie jakichkolwiek znaków równości, czy choćby przybliżeń, wydaje się tutaj nie na miejscu.
Weźmy nawet pod uwagę tę piosenkę. Nie jestem fanem wokalu tego gościa, wolę kiedy rapuje, ale sam kawałek jest na swój sposób przyjemnie lekki, chwytliwy i zgrabnie ułożony... Tak się składa, że współkomponował go sam wokalista - tak jak większość piosenek na nowym albumie. Tekst to w stu procentach jego dzieło, a muszę przyznać, że pomimo stężenia wszelkich "baby", "ooh" i "love you", jako całość okazuje się zaskakująco strawny i dobrze napisany. Ostatnia zwrotka wywołała nawet uśmiech na mojej twarzy. Zresztą przekonajcie się sami, >>TUTAJ<< znajdziecie angielskie tłumaczenie.
Wystarczy odczepić się od teledysku do "Who You?" i nagle podobieństw do Biebera robi się drastycznie mniej. Tak, to wciąż jest piosenka o miłości, o facecie, któremu odbija, bo rzuciła go dziewczyna (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<). Ale wyobrażacie sobie Biebera jako punka? I to takiego zmierzającego ku słownikowej definicji? Bo ja nie bardzo. A jak sięgniemy głębiej do jego dyskografii, to na poprzednim EP G-Dragona znajdziemy piosenkę zatytułowaną "Ta suka" (napisałem po polsku, jakbyście się zastanawiali). Tak, GD to raczej dziwna mieszanka wizerunków.
Teledysk to - jak zwykle w wypadku YG Entertainment - kawał dobrej roboty - fura energii (niekoniecznie pod postacią węgla) sprzedana za pomocą dobrze dobranych kadrów i zręcznego montażu. Ale klip na znaczeniu zyskuje dopiero w połączeniu z muzyką. A ta jest przyjemnie wyspiarska - zdecydowanie nie undergroundowa, nie tak surowa jak prawdziwy londyński punk, ale śmiało mogąca konkurować z popowymi dewiacjami tego gatunku.
Moja wiedza o hip hopie jest raczej skromna. Ot kilka flagowych nazwisk zza Oceanu. To oczywiście oznacza, że nawet ja wiem kim jest Missy Elliott. Chociaż, żeby było inaczej, musiałbym chyba nazywać ten gatunek "hop hipem" i wymachiwać drewnianą laską na wszystko, co porusza się po chodniku tempem szybszym niż żółw z depresją i zaparciem.
Dodajmy, że wersja tego utworu z udziałem amerykańskiej gwiazdy zagościła także na albumie GD, więc nie jest to jakiś jednorazowy wyskok wymyślony przez ludzi w garniturach podczas jakiegoś rautu. Sam kawałek dość luźno nawiązuje do koreańskiej pieśni ludowej i przyznam, że zwyczajnie wpadł mi w ucho, przynajmniej w tej wersji. Tekst znajdziecie >>TUTAJ<<.
Tak czy inaczej porównanie do Biebera zaczyna chwiać się w posadach, wystarczy jedno poważniejsze chuchnięcie ze strony wilka i całość zamieni się w drzazgi. Ostatnim gwoździem, który trzyma konstrukcję jest fenomen popularności - wspólny dla obydwu wykonawców. Widać stojącą za wykonawcami rękę producentów i menadżerów.
Oczywiście, dziś G-Dragon wydaje się znacznie bardziej niezależny, ma większy wpływ na to, co wykonuje, ale także na to, co tworzy, a nawet na to, jaki wizerunek sprzedaje. Sęk w tym, że on i znienawidzony przez mężczyzn pod wszystkimi szerokościami geograficznymi Kanadyjczyk są w dość różnych momentach kariery.
Obaj debiutowali jako nastolatkowie, ale Bieber to jeszcze dzieciak, w przyszłym roku stuknie mu dwudziestka, w Stanach nie mógłby kupić butelki piwa. GD to mój rówieśnik, co nie czyni go może jeszcze starym dziadem, ale zegar nieubłaganie odmierza nam pozostałe jeszcze dni młodości. Poza tym w przyszłym roku GD będzie mógł powiedzieć, że pół życia spędził na scenie.
To już ostatni klip w tym tekście. Zamieszczam go z dwóch względów. Pierwszym jest uzmysłowienie kim jest GD dla kpopu. Ta efektowna scena powstała na potrzeby tylko tego jednego nagrania w programie telewizyjnym. Ta piosenka to jeden z wielu utworów z ostatniego albumu wokalisty. A mimo to postarano się i przygotowano coś cholernie efektownego i na pewno nie taniego.
G-Dragon to najpopularniejszy kpopowy wykonawca na świecie. Jeszcze przed wydaniem tego albumu koreańskie ministerstwo kultury, które dba także o interesy kpopu, zleciło badanie w różnych zakątkach świata. Jednym z pytań było - wskaż swojego ulubionego kpopowego wykonawcę. W krajach, gdzie GD nie zajął pierwszego miejsca, wygrywała jego macierzysta formacja - Big Bang. Od tej reguły było zaledwie kilka wyjątków. Dziś G-Dragon jest niekwestionowanym królem kpopu.
Drugi powód to sama piosenka - moje ulubione nagranie z tego albumu. Oryginalny muzycznie pomysł, oparcie mainstreamowego, popowego nagrania o dubstepowy podkład z chórkami przywodzącym na myśl gospel. Do tego wyrazisty rap podparty fajnym tekstem (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<) i melodyjny, piekielnie chwytliwy refren. Oczywiście tekst i muzyka znów wyszły spod ręki samego GD.
Daleki jestem od wielbienia twórczości G-Dragona, sama płyta jako całość nie jest dość ciekawa, żeby zagrzać miejsce na mojej playliście. Jednak niesprawiedliwe byłoby okradanie gościa z całości zasług tylko dlatego, że ma trochę psychofanek rozsianych po całym globie, gotowych w każdej chwili chwycić za broń i z jego piosenkami na ustach, przelewać krew w imię kpopowej rewolucji.
Zmierzam do tego, że to wciąż rozwijający się i coraz bardziej obiecujący wykonawca, który za parę lat może nawet uwolni się od bycia ikoną mas i zacznie wypluwać z siebie twory nie tylko wyraziste, czy ponadprzeciętne, ale wybitne. Natomiast to, że ma stada nastoletnich fanek? Cóż, nawet najbardziej niszowa rockowa kapela, kiedy odnosi sukces, musi nauczyć się radzić sobie z taką publiką i niejedna niszowa kapela podążyła w kierunku odwrotnym - na muzyczne dno - manipulowana i mamiona przez menadżerów i pieniądze.
Spica - Painkiller
Gdybym miał wskazać najlepszy - niekoniecznie mój ulubiony, ale najlepszy wokalnie - girls band w Korei, raczej nie zastanawiałbym się długo. Odpowiedź nasuwa się sama - Spica. Formacja liczy sobie pięć dziewczyn i każda śpiewa na tyle dobrze, że jest gotowa, by odnieść sukces jako solistka.
Sęk w tym, że branża nie działa w ten sposób - to, że dobrze śpiewasz, to wciąż za mało. Przy tak bogatym rynku musisz się wyróżniać, musisz przykuwać uwagę, najlepiej żebyś w momencie debiutu już miał rzeszę fanów. Dlatego nowe zespoły często budowane są w oparciu o uczestników muzycznych talent show, czy też wykonawców działających na Youtubie.
Na dobrą sprawę sama idea zespołu - czy to żeńskiego, czy to męskiego - też sprowadza się do promocji pojedynczych wykonawców. Niektórzy przyjmują to za następny szczebel na drabinie kariery, inni za kolejne sito odsiewające ziarno od plew. Bo o ile w mniejszych grupach wszyscy członkowi mogą łudzić się, że będą mieli jeszcze jakieś życie sceniczne po rozpadzie formacji, o tyle jestem przekonany, że niektórzy członkowie nawet tak popularnych, ale też bardzo licznych grup, jak SNSD i EXO, po prostu przepadną - przynajmniej jeśli idzie o występy na estradzie.
W sumie to moje błądzenie palcami po klawiaturze brnie trochę donikąd. Za tym tekstem nie stoi żadna głębsza myśl, nie jest to też żadna podbudowa pod dalsze przemyślenia. Ot, niedawno Youtube przypomniał mi zeszłoroczne nagranie Spici pod tytułem "Painkiller" i od tamtej pory nie mogę się od niego oderwać. Po części dlatego, że jest po prostu bardzo dobre, po części dlatego, bo odczuwam ciśnienie, żeby podzielić się nim ze wszystkimi, którzy go jeszcze nie słyszeli.
Zew jest na tyle silny, że pomimo wysypu aktualnych tematów, nie potrafiłem sobie odpuścić tego tekstu. Nie łudzę się, że w ten sposób spopularyzuję twórczość grupy, ale - hej, to przecież mój blog. I do what I want - jakby powiedział pewien grubokościsty chłopiec w czerwonej kurteczce.
Niedawno pisałem >>TUTAJ<< o "Hush" Miss A, że to nie minimalistyczna kompozycja, a muzyczny pustostan. Prawdziwego, pozytywnie rozumianego minimalizmu możecie posłuchać powyżej. Potężny, bardzo wyraźnie zarysowany beat, do tego prosty, jednowątkowy akompaniament częściami klawiszowy, częściami elektroniczny - i to w zasadzie wszystko. No, oczywiście rolę pierwszoplanową grają wokale, ale też dosyć gołe - mało przeprodukowane. Mimo to piosenka jest różnorodna brzmieniowo, buduje nastrój, a nawet na swój sposób ma w sobie rozmach.
To tak, jakby ktoś miał wątpliwości, jak dziewczyny radzą sobie na żywo. Prym wiodą oczywiście Bohyung i Boa. Pierwsza to niedoszła członkini 2NE1, niedawno zadebiutowała solo z piosenką "Crazy Girl" (>>TUTAJ<< - warto zerknąć, bo to bardzo solidny kawałek opatrzony mocnym teledyskiem). Druga ma nieszczęście przedstawiać się tak samo jak najpopularniejsza solistka w Korei i jedna z większych muzycznych gwiazd tamtej części świata - BoA. Ale Boa ze Spici też nie powinna wstydzić się swojego CV, przed włączeniem do grupy pracowała dla Sweetune, m.in. będąc wokalną mentorką dla członków grup KARA, Infinite i Rainbow.
We wstępie wspominałem o budowaniu zespołów w oparciu o uczestników muzycznych talent show. W wypadku Spica trudno mówić o opieraniu formacji o Narae, ale dziewczyna właśnie w ten sposób utorowała sobie drogę do angażu przez B2M Entertainment. W tej piosence nie ma aż tak dużej roli, ale to kolejny niezły głos, a jeżeli ktoś chce się jej przyjrzeć, polecam podlinkowany wyżej teledysk do "Crazy Girl". Pewnym zaskoczeniem może być natomiast Juhyun, czyli wielkooka dziewczyna, która w ostatnich nagraniach formacji pełni rolę raperki. W "Painkiller" pokazuje, że ze śpiewem radzi sobie nie gorzej niż koleżanki.
Trochę w cieniu pozostaje natomiast Jiwon. Dziewczyna ma problem tego rodzaju, że nie do końca pasuje do brzmienia koleżanek - ma inną tonację i mniej mocy, co utrudnia jej przebicie się ze swoim głosem. A szkoda, bo technicznie wcale nie jest słabsza, w dodatku ma bardzo ciekawą barwę. To nie przypadek, że była jedną z wokalistek promujących wraz z Bae Chi Gi ich tegoroczny przebój "Shower of Tears" (>>TUTAJ<<). Na dodatek to kolejna ładna buzia, więc załapała się też do teledysku.
Z ciekawostek, warto wspomnieć, że Jiwon to kolejna "pechowa dziewczyna". Najpierw miała debiutować w grupie Five Girls z Uee (After School), Hyosung (liderka Secret), Yubin (Wonder Girls) i G.NA (solistka). Na jej nieszczęście, wytwórnia stojąca za projektem okazała się całkiem niepoważna i splajtowała jeszcze przed debiutem. Potem Jiwon była w oryginalnym składzie T-ara, ale odpadła tuż przed debiutem, oficjalnie ze względu na muzyczne niedopasowanie - szkoda, bo moim zdaniem jednak by pasowała.
Napisałem już chyba wszystko, co miałem do napisania, bo nie ma większego sensu rozwodzić się na temat wizerunku grupy. Dziewczyny zdążyły go już kilka razy zmienić i wcale nie zdziwiłbym się gdyby przy okazji kolejnego powrotu zaliczyły jeszcze inną stylizację. To chyba najsłabszy punkt tej grupy - poza wyrazistymi wokalami, brak tu jakiegoś znaku rozpoznawczego, a jak napisałem we wstępie - nie tylko o wokale w popie chodzi. Cóż, pozostaje trzymać kciuki za dziewczyny, żeby osiągnęły sukces na miarę swoich talentów.
Sęk w tym, że branża nie działa w ten sposób - to, że dobrze śpiewasz, to wciąż za mało. Przy tak bogatym rynku musisz się wyróżniać, musisz przykuwać uwagę, najlepiej żebyś w momencie debiutu już miał rzeszę fanów. Dlatego nowe zespoły często budowane są w oparciu o uczestników muzycznych talent show, czy też wykonawców działających na Youtubie.
Na dobrą sprawę sama idea zespołu - czy to żeńskiego, czy to męskiego - też sprowadza się do promocji pojedynczych wykonawców. Niektórzy przyjmują to za następny szczebel na drabinie kariery, inni za kolejne sito odsiewające ziarno od plew. Bo o ile w mniejszych grupach wszyscy członkowi mogą łudzić się, że będą mieli jeszcze jakieś życie sceniczne po rozpadzie formacji, o tyle jestem przekonany, że niektórzy członkowie nawet tak popularnych, ale też bardzo licznych grup, jak SNSD i EXO, po prostu przepadną - przynajmniej jeśli idzie o występy na estradzie.
W sumie to moje błądzenie palcami po klawiaturze brnie trochę donikąd. Za tym tekstem nie stoi żadna głębsza myśl, nie jest to też żadna podbudowa pod dalsze przemyślenia. Ot, niedawno Youtube przypomniał mi zeszłoroczne nagranie Spici pod tytułem "Painkiller" i od tamtej pory nie mogę się od niego oderwać. Po części dlatego, że jest po prostu bardzo dobre, po części dlatego, bo odczuwam ciśnienie, żeby podzielić się nim ze wszystkimi, którzy go jeszcze nie słyszeli.
Zew jest na tyle silny, że pomimo wysypu aktualnych tematów, nie potrafiłem sobie odpuścić tego tekstu. Nie łudzę się, że w ten sposób spopularyzuję twórczość grupy, ale - hej, to przecież mój blog. I do what I want - jakby powiedział pewien grubokościsty chłopiec w czerwonej kurteczce.
Niedawno pisałem >>TUTAJ<< o "Hush" Miss A, że to nie minimalistyczna kompozycja, a muzyczny pustostan. Prawdziwego, pozytywnie rozumianego minimalizmu możecie posłuchać powyżej. Potężny, bardzo wyraźnie zarysowany beat, do tego prosty, jednowątkowy akompaniament częściami klawiszowy, częściami elektroniczny - i to w zasadzie wszystko. No, oczywiście rolę pierwszoplanową grają wokale, ale też dosyć gołe - mało przeprodukowane. Mimo to piosenka jest różnorodna brzmieniowo, buduje nastrój, a nawet na swój sposób ma w sobie rozmach.
To tak, jakby ktoś miał wątpliwości, jak dziewczyny radzą sobie na żywo. Prym wiodą oczywiście Bohyung i Boa. Pierwsza to niedoszła członkini 2NE1, niedawno zadebiutowała solo z piosenką "Crazy Girl" (>>TUTAJ<< - warto zerknąć, bo to bardzo solidny kawałek opatrzony mocnym teledyskiem). Druga ma nieszczęście przedstawiać się tak samo jak najpopularniejsza solistka w Korei i jedna z większych muzycznych gwiazd tamtej części świata - BoA. Ale Boa ze Spici też nie powinna wstydzić się swojego CV, przed włączeniem do grupy pracowała dla Sweetune, m.in. będąc wokalną mentorką dla członków grup KARA, Infinite i Rainbow.
We wstępie wspominałem o budowaniu zespołów w oparciu o uczestników muzycznych talent show. W wypadku Spica trudno mówić o opieraniu formacji o Narae, ale dziewczyna właśnie w ten sposób utorowała sobie drogę do angażu przez B2M Entertainment. W tej piosence nie ma aż tak dużej roli, ale to kolejny niezły głos, a jeżeli ktoś chce się jej przyjrzeć, polecam podlinkowany wyżej teledysk do "Crazy Girl". Pewnym zaskoczeniem może być natomiast Juhyun, czyli wielkooka dziewczyna, która w ostatnich nagraniach formacji pełni rolę raperki. W "Painkiller" pokazuje, że ze śpiewem radzi sobie nie gorzej niż koleżanki.
Trochę w cieniu pozostaje natomiast Jiwon. Dziewczyna ma problem tego rodzaju, że nie do końca pasuje do brzmienia koleżanek - ma inną tonację i mniej mocy, co utrudnia jej przebicie się ze swoim głosem. A szkoda, bo technicznie wcale nie jest słabsza, w dodatku ma bardzo ciekawą barwę. To nie przypadek, że była jedną z wokalistek promujących wraz z Bae Chi Gi ich tegoroczny przebój "Shower of Tears" (>>TUTAJ<<). Na dodatek to kolejna ładna buzia, więc załapała się też do teledysku.
Z ciekawostek, warto wspomnieć, że Jiwon to kolejna "pechowa dziewczyna". Najpierw miała debiutować w grupie Five Girls z Uee (After School), Hyosung (liderka Secret), Yubin (Wonder Girls) i G.NA (solistka). Na jej nieszczęście, wytwórnia stojąca za projektem okazała się całkiem niepoważna i splajtowała jeszcze przed debiutem. Potem Jiwon była w oryginalnym składzie T-ara, ale odpadła tuż przed debiutem, oficjalnie ze względu na muzyczne niedopasowanie - szkoda, bo moim zdaniem jednak by pasowała.
Napisałem już chyba wszystko, co miałem do napisania, bo nie ma większego sensu rozwodzić się na temat wizerunku grupy. Dziewczyny zdążyły go już kilka razy zmienić i wcale nie zdziwiłbym się gdyby przy okazji kolejnego powrotu zaliczyły jeszcze inną stylizację. To chyba najsłabszy punkt tej grupy - poza wyrazistymi wokalami, brak tu jakiegoś znaku rozpoznawczego, a jak napisałem we wstępie - nie tylko o wokale w popie chodzi. Cóż, pozostaje trzymać kciuki za dziewczyny, żeby osiągnęły sukces na miarę swoich talentów.
środa, 13 listopada 2013
Norazo - 야생마 / Wild horse
Czekałem, czekałem i się doczekałem. Norazo powróciło. Jeżeli znacie tę formację, to w zasadzie nie muszę już nic dodawać. Mimo to powinienem chyba w kilku zdaniach przygotować scenę pod ich występ, na wypadek osób niezaznajomionych z tematem. Bo Norazo atakujące znienacka może zabić.
Norazo to męski duet złożony z Jobina i Lee Hyuka. Śpiewają coś na pograniczu rocka, metalu i kpopu - takiego staroszkolnego kpopu, jeszcze sprzed panujących nam miłościwie SNSD, 2NE1 czy Big Bang. To już samo w sobie brzmi egzotycznie, ale na tym nie koniec, bo właściwie każda z ich piosenek, każda z kompozycji, każde z wykonań, a przede wszystkim teledysków - to coś w rodzaju żartu, przede wszystkim z muzycznych, a w szczególności kpopowych, konwencji.
Właściwie wszędzie na świecie są tacy prześmiewcy. W Polsce mieliśmy choćby Big Cyc, Anglicy mają Goldie Lookin' Chain, z USA warto wymienić Weird Al Yankovica czy Tenacious D. Oczywiście każda taka formacja ma swój własny styl i smak, kształtowany nie tylko przez gusta odbiorców, ale także przez materiał, na którym się wzorują. Właśnie dlatego, pomimo silnie rockowych inspiracji, Norazo może wydawać się bardzo, bardzo egzotyczne.
Nie, nie zdrzemnęliście się, to jest naprawdę. Osobiście uważam, że to całkiem niezła piosenka i całkiem niezły teledysk. Celem jest tutaj wywołanie "banana" na twarzy odbiorcy i w moim wypadku cel został zdecydowanie osiągnięty. Jeżeli interesuje Was tekst piosenki, odsyłam >>TUTAJ<<. Lektor z intra został zdubbingowany, natomiast angielskie tłumaczenie słów piosenki znajdziecie w opisie filmu.
Przy całej żartobliwej naturze nagrania, trzeba oddać, że refren jest chwytliwy. Głównie za sprawą stempla
rozpoznawczego Norazo, czyli pompatycznej epickości absurdalnie nieadekwatnej do obranej tematyki. Zwrotki też mają te wszystkie bliżej niesprecyzowane okrzyki, które pojawiają się w większości piosenek grupy. Jeżeli miałbym się czegoś czepiać to właśnie tego, że jest to kolejna piosenka Norazo - że sporo ich nagrań jest po prostu zrobionych na jedno - nomen omen - kopyto. Makrela, Superman - może nie są to klisze nuta w nutę, ale klimat i budowa tych kawałków wydają się bliźniaczo podobne.
Pewnie przymknąłbym na to wszystko oko, gdybym widział jakiś rozwój w obrębie formy - tak nie jest. Uważam "Wild Horse" za jeden z bardziej udanych projektów grupy, ale jednocześnie, w moim odczuciu, były już lepsze. Muzycznie zdecydowanie najciekawszą propozycją jest "Red Day", natomiast patrząc szerzej - na całe projekty - dla mnie bezkonkurencyjny jest "Superman", głównie ze względu na teledysk, ale piosenka też jest przebojowa. Oba kawałki z teledyskami i kilkoma słowami wytłumaczenia znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jeżeli Norazo będzie promować tę piosenkę w programach telewizyjnych - a nie widzę dobrego powodu, by się powstrzymywało, promowali już wcześniej inne nagrania - to jestem bardzo ciekaw, co uda im się osiągnąć. Jeżeli idzie o stronę muzyczną, listopadowe hity na razie nie robią dużego wrażenia - ani Miss A z "Hush" (>>TUTAJ<<), ani Taeyang z "Ringa Linga"(>>TUTAJ<<) nie zrobili dość, by nazwać ich zdecydowanymi faworytami konfrontacji. Norazo w ojczyźnie jest dobrze znane także mainstreamowym odbiorcom, niedawno wygrali jeden z odcinków Immortal Song, a to jednak spore wyróżnienie.
Norazo to męski duet złożony z Jobina i Lee Hyuka. Śpiewają coś na pograniczu rocka, metalu i kpopu - takiego staroszkolnego kpopu, jeszcze sprzed panujących nam miłościwie SNSD, 2NE1 czy Big Bang. To już samo w sobie brzmi egzotycznie, ale na tym nie koniec, bo właściwie każda z ich piosenek, każda z kompozycji, każde z wykonań, a przede wszystkim teledysków - to coś w rodzaju żartu, przede wszystkim z muzycznych, a w szczególności kpopowych, konwencji.
Właściwie wszędzie na świecie są tacy prześmiewcy. W Polsce mieliśmy choćby Big Cyc, Anglicy mają Goldie Lookin' Chain, z USA warto wymienić Weird Al Yankovica czy Tenacious D. Oczywiście każda taka formacja ma swój własny styl i smak, kształtowany nie tylko przez gusta odbiorców, ale także przez materiał, na którym się wzorują. Właśnie dlatego, pomimo silnie rockowych inspiracji, Norazo może wydawać się bardzo, bardzo egzotyczne.
Nie, nie zdrzemnęliście się, to jest naprawdę. Osobiście uważam, że to całkiem niezła piosenka i całkiem niezły teledysk. Celem jest tutaj wywołanie "banana" na twarzy odbiorcy i w moim wypadku cel został zdecydowanie osiągnięty. Jeżeli interesuje Was tekst piosenki, odsyłam >>TUTAJ<<. Lektor z intra został zdubbingowany, natomiast angielskie tłumaczenie słów piosenki znajdziecie w opisie filmu.
Przy całej żartobliwej naturze nagrania, trzeba oddać, że refren jest chwytliwy. Głównie za sprawą stempla
rozpoznawczego Norazo, czyli pompatycznej epickości absurdalnie nieadekwatnej do obranej tematyki. Zwrotki też mają te wszystkie bliżej niesprecyzowane okrzyki, które pojawiają się w większości piosenek grupy. Jeżeli miałbym się czegoś czepiać to właśnie tego, że jest to kolejna piosenka Norazo - że sporo ich nagrań jest po prostu zrobionych na jedno - nomen omen - kopyto. Makrela, Superman - może nie są to klisze nuta w nutę, ale klimat i budowa tych kawałków wydają się bliźniaczo podobne.
Pewnie przymknąłbym na to wszystko oko, gdybym widział jakiś rozwój w obrębie formy - tak nie jest. Uważam "Wild Horse" za jeden z bardziej udanych projektów grupy, ale jednocześnie, w moim odczuciu, były już lepsze. Muzycznie zdecydowanie najciekawszą propozycją jest "Red Day", natomiast patrząc szerzej - na całe projekty - dla mnie bezkonkurencyjny jest "Superman", głównie ze względu na teledysk, ale piosenka też jest przebojowa. Oba kawałki z teledyskami i kilkoma słowami wytłumaczenia znajdziecie >>TUTAJ<<.
Jeżeli Norazo będzie promować tę piosenkę w programach telewizyjnych - a nie widzę dobrego powodu, by się powstrzymywało, promowali już wcześniej inne nagrania - to jestem bardzo ciekaw, co uda im się osiągnąć. Jeżeli idzie o stronę muzyczną, listopadowe hity na razie nie robią dużego wrażenia - ani Miss A z "Hush" (>>TUTAJ<<), ani Taeyang z "Ringa Linga"(>>TUTAJ<<) nie zrobili dość, by nazwać ich zdecydowanymi faworytami konfrontacji. Norazo w ojczyźnie jest dobrze znane także mainstreamowym odbiorcom, niedawno wygrali jeden z odcinków Immortal Song, a to jednak spore wyróżnienie.
poniedziałek, 11 listopada 2013
M&N - 오늘밤 / Tonight
Kilka dni temu pisałem (>>TUTAJ<<) o powrocie Miss A z piosenką "Hush". Na koniec tekstu wspomniałem o nadchodzącym debiucie M&N - pierwszej podgrupy Brown Eyed Girls - bo wydawało mi się to stosowne. Dziewczyny z Miss A wcisnęły się w bardzo ciasne spodnie, które do tej pory na kpopowej scenie były domeną BEG właśnie.
Biorąc pod uwagę solowy dorobek dziewczyn z BEG, duet Miryo i Narshy zdawał się zapowiadać tym bardziej pieprznie, bo choć w klipach Gain też nie brakowało ostrych obrazów, to jednak właśnie para M&N w dużej mierze odpowiada za seksapil w tym kwartecie. W moich przewidywaniach utwierdzały mnie zdjęciowe zapowiedzi z dość ostro wystylizowanymi dziewczyami m.in. trzymającymi lizaki.
Cóż, pamiętam też, że tekst o "Hush" kończyłem wyrażając nadzieję, że chociaż Miryo i Narsha mnie nie zawiodą. Niestety, choć nie jest to w żadnym razie zły projekt, to znów czuję się rozczarowany. Cała ta otoczka była tylko na pokaz, bo dziewczyny debiutują z zaskakująco miękkim repertuarem.
Celowo nie wstawiam teledysku, bo to raczej żart niż teledysk. Klip trwa niespełna dwie minuty i prezentuje trochę zakulisowych ujęć nakręconych przy okazji sesji zdjęciowej, której efektem były m.in. fotki wspomniane powyżej. Niby nie można zabronić wytwórni takiego podejścia, ale trochę to niepoważne - pachnie to desperacką próbą zrobienia klipu po kosztach. Tym bardziej, że cała stylizacja sesji ma się nijak do towarzyszącego kawałka. Swoją drogą, nie wiem czemu, ale przynajmniej część cukierków użytych w tej sesji i widocznych chociażby na okładce singla to nie M&M'sy tylko Skittlesy.
Co do samej piosenki to - jak już napisałem - nie tego się spodziewałem. Kompozycja jest zaskakująco spokojna i "pościelowa" w klasycznym tego zwrotu znaczeniu. Nie oznacza to, że utwór jest zły, ale jak na mój gust wydaje się ciutek nadto mdły. Tak, Miryo ma przyjemny, charakterny głos, ale nawet on zostaje wtłoczony w tę ckliwa stylizację, co najwyżej ubarwiając kompozycję, ale nie kształtując jej całościowego odbioru.
Od strony tekstu (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<) jest nawet nieźle, choć wciąż pościelowo. Inaczej rzecz ujmując, tekst jest zgrabny od strony czysto literackiej, ale tematycznie wtórny i - przynajmniej dla mnie - mało atrakcyjny. I podobne odczucia dominują, kiedy mówię o projekcie jako całości. Niby wokali słucha się przyjemnie, można się nawet w nich nieco rozpłynąć, niby jest klimat, a jednak nie ma w tym wszystkim błysku i całość wypada trochę jak b-side.
To samo tyczy się samego podkładu. Podoba mi się, że JeA wzięła się na poważnie za komponowanie, np. jej utwór na ostatnim mini-albumie Ailee był, obok singlowego U&I (>>TUTAJ<<), zdecydowanie najciekawszą propozycją. Tutaj też mogę sporo dobrego powiedzieć o brzmieniu tego kawałka, choćby bass i beat są mocnymi punktami tej kompozycji. A jednak całości brak jakiegoś wyróżnika, charakterystycznego momentu, który sprzedałby produkt masowemu odbiorcy.
Pisałem już, że piosenka brzmi jak b-side. Cóż, poniekąd nim jest, bo drugim nagraniem z tego singla jest... Anglojęzyczna wersja tej piosenki.
Nie ma chyba sensu dalej rozwodzić się nad tym utworem, bo sedno problemu jest tu na samym wierzchu. Piosenka to dobra, spójna kompozycja, przyjemna dla ucha i dobrze wykonana. Niestety, nie ma w niej absolutnie nic wyjątkowego i dlatego bardzo trudno znaleźć mi dobry powód, żeby skusić się na kolejne odtworzenie. Brak teledysku z prawdziwego zdarzenia stanowczo nie pomaga temu projektowi i mam wrażenie, że nadmierna oszczędność - czy też może ostrożność - ze strony wytwórni przypieczętuje losy tego nagrania.
Biorąc pod uwagę solowy dorobek dziewczyn z BEG, duet Miryo i Narshy zdawał się zapowiadać tym bardziej pieprznie, bo choć w klipach Gain też nie brakowało ostrych obrazów, to jednak właśnie para M&N w dużej mierze odpowiada za seksapil w tym kwartecie. W moich przewidywaniach utwierdzały mnie zdjęciowe zapowiedzi z dość ostro wystylizowanymi dziewczyami m.in. trzymającymi lizaki.
Cóż, pamiętam też, że tekst o "Hush" kończyłem wyrażając nadzieję, że chociaż Miryo i Narsha mnie nie zawiodą. Niestety, choć nie jest to w żadnym razie zły projekt, to znów czuję się rozczarowany. Cała ta otoczka była tylko na pokaz, bo dziewczyny debiutują z zaskakująco miękkim repertuarem.
Celowo nie wstawiam teledysku, bo to raczej żart niż teledysk. Klip trwa niespełna dwie minuty i prezentuje trochę zakulisowych ujęć nakręconych przy okazji sesji zdjęciowej, której efektem były m.in. fotki wspomniane powyżej. Niby nie można zabronić wytwórni takiego podejścia, ale trochę to niepoważne - pachnie to desperacką próbą zrobienia klipu po kosztach. Tym bardziej, że cała stylizacja sesji ma się nijak do towarzyszącego kawałka. Swoją drogą, nie wiem czemu, ale przynajmniej część cukierków użytych w tej sesji i widocznych chociażby na okładce singla to nie M&M'sy tylko Skittlesy.
Co do samej piosenki to - jak już napisałem - nie tego się spodziewałem. Kompozycja jest zaskakująco spokojna i "pościelowa" w klasycznym tego zwrotu znaczeniu. Nie oznacza to, że utwór jest zły, ale jak na mój gust wydaje się ciutek nadto mdły. Tak, Miryo ma przyjemny, charakterny głos, ale nawet on zostaje wtłoczony w tę ckliwa stylizację, co najwyżej ubarwiając kompozycję, ale nie kształtując jej całościowego odbioru.
Od strony tekstu (angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<) jest nawet nieźle, choć wciąż pościelowo. Inaczej rzecz ujmując, tekst jest zgrabny od strony czysto literackiej, ale tematycznie wtórny i - przynajmniej dla mnie - mało atrakcyjny. I podobne odczucia dominują, kiedy mówię o projekcie jako całości. Niby wokali słucha się przyjemnie, można się nawet w nich nieco rozpłynąć, niby jest klimat, a jednak nie ma w tym wszystkim błysku i całość wypada trochę jak b-side.
To samo tyczy się samego podkładu. Podoba mi się, że JeA wzięła się na poważnie za komponowanie, np. jej utwór na ostatnim mini-albumie Ailee był, obok singlowego U&I (>>TUTAJ<<), zdecydowanie najciekawszą propozycją. Tutaj też mogę sporo dobrego powiedzieć o brzmieniu tego kawałka, choćby bass i beat są mocnymi punktami tej kompozycji. A jednak całości brak jakiegoś wyróżnika, charakterystycznego momentu, który sprzedałby produkt masowemu odbiorcy.
Pisałem już, że piosenka brzmi jak b-side. Cóż, poniekąd nim jest, bo drugim nagraniem z tego singla jest... Anglojęzyczna wersja tej piosenki.
Nie ma chyba sensu dalej rozwodzić się nad tym utworem, bo sedno problemu jest tu na samym wierzchu. Piosenka to dobra, spójna kompozycja, przyjemna dla ucha i dobrze wykonana. Niestety, nie ma w niej absolutnie nic wyjątkowego i dlatego bardzo trudno znaleźć mi dobry powód, żeby skusić się na kolejne odtworzenie. Brak teledysku z prawdziwego zdarzenia stanowczo nie pomaga temu projektowi i mam wrażenie, że nadmierna oszczędność - czy też może ostrożność - ze strony wytwórni przypieczętuje losy tego nagrania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)