Dal Shabet. Ilekroć widzę nazwę tej formacji, myślę, że to imię jakiegoś demona. W walce z tym skojarzeniem wcale nie pomaga fakt, że często oba człony nazwy oddziela pięcioramienna gwiazdka. O, w ten sposób: Dal★Shabet. I jest to w zasadzie jedyne silne skojarzenie, jakie budzi we mnie ta grupa.
Oczywiście, gdzieś tam w zakamarkach pamięci czai się zeszłoroczne "Be Ambitious" (>>TUTAJ<<) - nie może być inaczej. Niestety dla grupy, nie tyle pamiętam piosenkę, co kontrowersje z nią związane - głupawy tekst, brzydki i - jak się okazało - obraźliwy dla niektórych osób teledysk, a na dokładkę choreografia, której głównym punktem było rozchylanie spódnic w trakcie refrenu. Poważnie.
Poza tym Dal Shabet to jedna z wielu żeńskich formacji, które mają jakąś tam pozycję, ale nie bardzo wiedzą jak się przebić na już bogatym rynku. Teoretycznie patronem formacji jest producencki duet E-Tribe, autorzy takich hitów jak "Gee" (>>TUTAJ<<) SNSD i "U Go Girl" Lee Hyori. Biorąc pod uwagę zaplecze grupy, jej umiarkowana popularność i trochę to dziwi, i zarazem wydaje się całkiem normalna.
Wydawałoby się, że takie wsparcie powinno gwarantować sukces, ale doświadczenie pokazuje, że prywatne projekty uznanych producentów nigdy nie są w stanie konkurować z tymi wykonywanymi na zlecenie dla większych wytwórni. W dodatku od pewnego czasu współpraca E-Tribe z Dal Shabet przestała być aż tak zażyła - co prawda formacja wciąż działa pod skrzydłami Happy Face Entertainment, czyli prywatnej wytwórni E-Tribe, ale za najnowszym singlem grupy stoi już inny znany producent - Shinsadong Tiger.
Nienawidzę lat 80-tych. Po prostu. Dal Shabet jest mi co najwyżej obojętne, szczególnie po zeszłorocznej wtopie z "Be Ambitious". Być może z tych powodów miałem zaniżone oczekiwania względem tego projektu. Tak czy inaczej piosenka wzięła mnie z zaskoczenia i strasznie przypadła do gustu. Chociaż sprowadzenie tej sytuacji jedynie do moich niskich oczekiwań zdecydowanie nie byłoby uczciwe. Utwór niemal wszystko, do czego mógłbym się przyczepić, robi co najmniej dobrze, na dodatek głównie ze względu na to, że jest wystylizowany na lata 80-te i dlatego, że wykonuje ją właśnie Dal Shabet.
Zacznijmy może od kompozycji. Shinsadong Tiger wie jak napisać przebój. Ta piosenka brzmi jak zlepek najciekawszy motywów muzycznych tamtej dekady, dlatego - chociaż nie lubię takiej estetyki, nie mogę kręcić nosem na tę konkretną piosenkę. Jest tu też pewna zmiana w stosunku do pierwowzorów sprzed lat. Tamte utwory przeważnie przedstawiały swoją często obciachową elektronikę jako walor sam w sobie. Tutaj ta elektronika jest tylko elementem kompozycji, rzadko kiedy pozostaje naga, nie poparta wokalami czy choćby wyciszonymi chórkami. Dawne kompozycje raziły pustką wiejącą spomiędzy elektronicznych dźwięków, tu tej pustki zwyczajnie nie ma i dlatego całość jest o wiele bardziej strawna.
Po wyeliminowaniu głównej wady związanej z taką stylizacją, natychmiast obranie tak nietypowego kierunku staje się niebagatelnym atutem w rękach grupy, z jednej prostej przyczyny - oryginalności. Zauważyłem, że nie jestem odosobniony w swojej niechęci do muzyki lat 80-tych, co sprawia, że stylizacje na tamten okres wciąż należą do rzadkości. Odważając się na krok w tamtym kierunku grupa wnosi powiew świeżości nie tylko na koreański rynek muzyczny.
Atutem jest tu też samo wykonanie. Piosenka wydaje się być skrojona na miarę dla Dal Shabet, a przynajmniej trudno mi wyobrazić sobie którąś z topowych formacji na ich miejscu. Jedynym wyjątkiem zdaje się być T-ara, która ma niejako monopol na kombinację Shinsadong Tiger + retro i ten koncept zapewne uciągnęłaby z równym wdziękiem. Bo właśnie o wdzięk tutaj chodzi. Głosy grupy nie powalają mnie techniką czy mocą, ale każda barwa zdaje się idealnie dopasowana do wykonywanego segmentu, a sam sposób śpiewania nie jest ani przesadnie nadęty i poważny, ale nie sprawia wrażenia żartu czy parodii.
Od strony wizualnej Dal Shabet póki co nie przykuło mojej uwagi i ten teledysk tego nie zmieni. Dziewczyny po prostu nie są w moim typie, a makijaż nie zmienia tu nic ani na plus, ani na minus. Jedynym wyjątkiem wydaje mi się Serri, nawet nie dlatego, żebym uważał, że wygląda tu lepiej niż zazwyczaj - po prostu jej stylizacja wydaje mi się zwyczajnie udana i ciekawa.
Sam teledysk jest zaskakująco dobry, pomimo bardzo prostego pomysłu i niedużego nakładu środków. Wszystko w nim działa i ma swoje miejsce. Sekwencje taneczne są dobrze wyeksponowane, ale nie zabierają za dużo miejsca w teledysku. Singlowe ujęcia są ciekawsze dzięki żurnalowym przebraniom z hełmo-perukami. Jednocześnie puste białe tło, odizolowane abstrakcyjne rekwizyty i wystylizowane napisy dopełniają obraz sesji zdjęciowej dla magazynu mody, który sprawdza się jako ciekawy przerywnik dla pozostałych kadrów.
Jednak najmocniejszym punktem jest tutaj montaż. Zadbano, by pomimo ogólnej pustki i braku fabuły, na ekranie coś się działo. Dzięki agresywnym przebitkom stosowanym nawet w obrębie tego samego ujęcia, na dobrą sprawę nie widać, że to tylko grupka tańcząćych dziewczyn w kilku dziwnych przebraniach. Odejmuje to trochę banału i dosłowności poszczególnym scenom, a dla mnie to niemal zawsze jest dużym atutem w teledysku.
Jestem bardzo ciekaw jak na powrót Dal Shabet zareaguje koreańska publika, bo moim zdaniem dziewczyny mają tym razem wyjątkowo przebojowy, ciekawy i oryginalny kawałek. Nawet bez przesadnych promocji powinny zostać dostrzeżone. Pytanie czy zostaną także docenione? O pierwsze miejsca może być trudno, bo jednak kilku topowych wykonawców jest w trakcie promocji (Rain, Ailee, TVXQ!, Girl's Day chyba też można włączyć do tego grona, bo mają dobry utwór), ale chętnie zobaczyłbym dziewczyny na jakimś wysokim miejscu na listach przebojów. Ta piosenka zdecydowanie na to zasługuje.
środa, 8 stycznia 2014
wtorek, 7 stycznia 2014
Ailee - Singing Got Better
Ailee, jedna z najlepszych kpopowych wokalistek - obdarzona potężnym, barwnym głosem, świetnie wyszkolona, do tego, pomimo wciąż młodego wieku, już doświadczona i świetnie interpretująca. Nie na darmo nazywa się ją koreańską Beyonce. Dlaczego zatem jej nowa premiera nie wzbudza we mnie większej ekscytacji?
Na pewno w jakimś stopniu winny jest moment premiery i to, jak Ailee kończyła miniony rok. Nie chodzi mi o same gale podsumowujące mijające 12 miesięcy, na których wokalistka jak zwykle błyszczała. Idzie o skandal rozdmuchany bodaj w listopadzie. Jeden z większych amerykańskich portali poświęconych kpopowi ujawnił rozbierane zdjęcia piosenkarki, jeszcze z czasów sprzed debiutu. Naprawdę nie chcę o tym pisać, bo z jednej strony nie chcę rozgrzeszać naiwności graniczącej z głupotą, jaką wykazała się Ailee jeszcze jako nastolatka, ale z drugiej strony na pierwszy plan wybija się dziadostwo niektórych osób, które kiedyś były związane z wokalistką, a teraz wykazały się "fachową obojętnością" graniczącą ze skurw*syństwem.
Istotne jest to, że choć Ailee z mediów nie zniknęła, to siłą rzeczy przez ostatnie tygodnie starała się nie rzucać w oczy poza sceną - a to nie sprzyja budowaniu rozgłosu przed premierą nowego singla. Do tego dochodzi okres świąteczny i noworoczny, który spycha wszelkiej maści nowinki na drugi plan, koncentrując uwagę mediów na podsumowaniach, czy programach okolicznościowych. Siłą rzeczy premierom pierwszych tygodni stycznia nigdy nie towarzyszy rozgłos porównywalny z innymi okresami w roku. Dodałbym, że i tak zapowiedzi związane z "Singing Got Better" wydają mi się skromne, ale muszę wziąć poprawkę na to, że jednym z głównych źródeł informacji jest dla mnie portal, który był zamieszany we wspomnianą aferę.
Muszę przyznać, że ten mój niespodziewany brak ekscytacji bierze się jednak pzede wszystkim z jakości samej premiery, która jako całość wydaje mi się nieco mdła i mało interesująca. Tak, piosenka jest wciąż dobra, w refrenach naprawdę efektowna. Ale to Ailee, kto zna jej głos, tego właśnie się spodziewa. Sęk w tym, że poza tą dosyć oczywistą ekspozycją walorów głosowych wokalistki, piosenka nie ma w sobie niczego godnego zapamiętania.
O ile linia wokalu jest poprowadzona sprawnie, to podkład jest paskudnie sztampowy - taka żywsza balladka podparta mocą w refrenach i smyczkami dla zwiększenia dramturgii. Takich piosenek są tysiące i jeszcze pół biedy, gdyby to nagranie prezentowało singlowy poziom. Niestety, ja tu słyszę raczej b-side. Piosenki Ailee dość często goszczą w moich głośnikach i tej kompozycji zdecydowanie bliżej do jej b-side'ów niż piosenek singlowych, choć i tu ośmielę się stwierdzić, że większość b-side'ów Ailee jest od "Singing Got Better" zwyczajnie ciekawsza i bardziej urozmaicona.
Jeśli idzie o porównanie z poprzednimi singlami, to wypada ono bardzo blado. "U&I" (>>TUTAJ<<) czy w szczególności "Heaven" (>>TUTAJ<<) to kawałki, które w pamięci zapadają na lata. O "Singing Got Better" nie spodziewam się pamiętać w grudniu, a przynajmniej liczę, że tak Ailee, jak i inne wokalistki dadzą mi w nadchodzących miesiącach powody, by tej piosenki z perspektywy czasu nie traktować szczególnie.
Jeżeli miałbym wskazać tu coś ciekawego, to byłby to sam tekst piosenki. Ailee śpiewa z punktu widzenia dziewczyny, która pozbierała się po rozstaniu i z perspektywy czasu widzi, że przyniosło jej ono więcej dobrego niż złego - pozwoliło osiągnąć więcej jako piosenkarka-artystka i teraz to ona patrzy na swojego byłego z góry, z pozycji triumfatorki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Ciekawe jest nie tylko to, że tekst jest względnie oryginalny i całkiem nieźle napisany, ale także to, że wydaje mi się osobisty i nie wykluczałbym, że jest szpilą wymierzoną w faceta bęącego w centrum minionej zawieruchy medialnej.
Niestety teledysk nie idzie tu w parze z tekstem. To znów mdła, bezbarwna sztampa. Słowo bezbarwna jest tu dla mnie kluczowe, bo teledysk jest taki tak w przenośni, jak i całkiem dosłownie. kompletnie nie rozumiem celu tego zabiegu, natomiast widzę, że nie służy on videoklipowi. Klip nie wydaje mi się przez to ani bardziej pusty, ani bardziej smutny, jedynie bardziej nudny. A że sama fabuła to klisza do bólu powielana w tego typu teledyskach, właściwie nie ma na czym oka zawiesić i bez żalu odpuszczam sobie samo oglądanie klipu.
Strasznie negatywny wyszedł mi ten tekst, a przecież w gruncie rzeczy moje odczucia w stosunku do tego nagrania takie nie są. Nie czuję się rozczarowany, piosenka mimo wszystko jest solidna, a dzięki głosowi Ailee, tego słucha mi się jej ze sporą przyjemnością. Sęk w tym, że niespecjalnie mam ochotę do niej wracać, nie widzę w niej nic szczególnego czy specjalnego. Może ze strony debiutantki taka produkcja by mnie oczarowała, ale w wypadku Ailee wiem na co tę dziewczynę stać i wszystko, co nie jest wybitne, wydaje mi się marnowaniem jej potencjału.
Na pewno w jakimś stopniu winny jest moment premiery i to, jak Ailee kończyła miniony rok. Nie chodzi mi o same gale podsumowujące mijające 12 miesięcy, na których wokalistka jak zwykle błyszczała. Idzie o skandal rozdmuchany bodaj w listopadzie. Jeden z większych amerykańskich portali poświęconych kpopowi ujawnił rozbierane zdjęcia piosenkarki, jeszcze z czasów sprzed debiutu. Naprawdę nie chcę o tym pisać, bo z jednej strony nie chcę rozgrzeszać naiwności graniczącej z głupotą, jaką wykazała się Ailee jeszcze jako nastolatka, ale z drugiej strony na pierwszy plan wybija się dziadostwo niektórych osób, które kiedyś były związane z wokalistką, a teraz wykazały się "fachową obojętnością" graniczącą ze skurw*syństwem.
Istotne jest to, że choć Ailee z mediów nie zniknęła, to siłą rzeczy przez ostatnie tygodnie starała się nie rzucać w oczy poza sceną - a to nie sprzyja budowaniu rozgłosu przed premierą nowego singla. Do tego dochodzi okres świąteczny i noworoczny, który spycha wszelkiej maści nowinki na drugi plan, koncentrując uwagę mediów na podsumowaniach, czy programach okolicznościowych. Siłą rzeczy premierom pierwszych tygodni stycznia nigdy nie towarzyszy rozgłos porównywalny z innymi okresami w roku. Dodałbym, że i tak zapowiedzi związane z "Singing Got Better" wydają mi się skromne, ale muszę wziąć poprawkę na to, że jednym z głównych źródeł informacji jest dla mnie portal, który był zamieszany we wspomnianą aferę.
Muszę przyznać, że ten mój niespodziewany brak ekscytacji bierze się jednak pzede wszystkim z jakości samej premiery, która jako całość wydaje mi się nieco mdła i mało interesująca. Tak, piosenka jest wciąż dobra, w refrenach naprawdę efektowna. Ale to Ailee, kto zna jej głos, tego właśnie się spodziewa. Sęk w tym, że poza tą dosyć oczywistą ekspozycją walorów głosowych wokalistki, piosenka nie ma w sobie niczego godnego zapamiętania.
O ile linia wokalu jest poprowadzona sprawnie, to podkład jest paskudnie sztampowy - taka żywsza balladka podparta mocą w refrenach i smyczkami dla zwiększenia dramturgii. Takich piosenek są tysiące i jeszcze pół biedy, gdyby to nagranie prezentowało singlowy poziom. Niestety, ja tu słyszę raczej b-side. Piosenki Ailee dość często goszczą w moich głośnikach i tej kompozycji zdecydowanie bliżej do jej b-side'ów niż piosenek singlowych, choć i tu ośmielę się stwierdzić, że większość b-side'ów Ailee jest od "Singing Got Better" zwyczajnie ciekawsza i bardziej urozmaicona.
Jeśli idzie o porównanie z poprzednimi singlami, to wypada ono bardzo blado. "U&I" (>>TUTAJ<<) czy w szczególności "Heaven" (>>TUTAJ<<) to kawałki, które w pamięci zapadają na lata. O "Singing Got Better" nie spodziewam się pamiętać w grudniu, a przynajmniej liczę, że tak Ailee, jak i inne wokalistki dadzą mi w nadchodzących miesiącach powody, by tej piosenki z perspektywy czasu nie traktować szczególnie.
Jeżeli miałbym wskazać tu coś ciekawego, to byłby to sam tekst piosenki. Ailee śpiewa z punktu widzenia dziewczyny, która pozbierała się po rozstaniu i z perspektywy czasu widzi, że przyniosło jej ono więcej dobrego niż złego - pozwoliło osiągnąć więcej jako piosenkarka-artystka i teraz to ona patrzy na swojego byłego z góry, z pozycji triumfatorki. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. Ciekawe jest nie tylko to, że tekst jest względnie oryginalny i całkiem nieźle napisany, ale także to, że wydaje mi się osobisty i nie wykluczałbym, że jest szpilą wymierzoną w faceta bęącego w centrum minionej zawieruchy medialnej.
Niestety teledysk nie idzie tu w parze z tekstem. To znów mdła, bezbarwna sztampa. Słowo bezbarwna jest tu dla mnie kluczowe, bo teledysk jest taki tak w przenośni, jak i całkiem dosłownie. kompletnie nie rozumiem celu tego zabiegu, natomiast widzę, że nie służy on videoklipowi. Klip nie wydaje mi się przez to ani bardziej pusty, ani bardziej smutny, jedynie bardziej nudny. A że sama fabuła to klisza do bólu powielana w tego typu teledyskach, właściwie nie ma na czym oka zawiesić i bez żalu odpuszczam sobie samo oglądanie klipu.
Strasznie negatywny wyszedł mi ten tekst, a przecież w gruncie rzeczy moje odczucia w stosunku do tego nagrania takie nie są. Nie czuję się rozczarowany, piosenka mimo wszystko jest solidna, a dzięki głosowi Ailee, tego słucha mi się jej ze sporą przyjemnością. Sęk w tym, że niespecjalnie mam ochotę do niej wracać, nie widzę w niej nic szczególnego czy specjalnego. Może ze strony debiutantki taka produkcja by mnie oczarowała, ale w wypadku Ailee wiem na co tę dziewczynę stać i wszystko, co nie jest wybitne, wydaje mi się marnowaniem jej potencjału.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
[2013] [TOP 10 MV] [SOLIŚCI]
Najwyższa pora zacząć podsumowywać rok 2013, bo istnieje obawa, że nawet pisząc jeden tekst dziennie, nie wyrobię się do końca stycznia ze wszystkim, co zaplanowałem. Cóż, pożyjemy, zobaczymy, dzisiaj zaczynamy z wysokiego C. Najlepsze dziesięć teledysków minionego roku - z jednym zastrzeżeniem, dzisiaj pod uwagę biorę tylko solistów.
Kilka słów wyjaśnienia.
Ranking jest bardzo osobisty, a i tak sam długo zastanawiałem się nad kolejnością nagrań, a także nad samymi kandydaturami i ich liczbą. Ostatecznie stanęło na formacie z 10 propozycjami, ułożonymi od miejsca dziesiątego do miejsca pierwszego. Na dziesiątce stanęło dlatego, że w wielu kategoriach kandydatur będzie naprawdę dużo, gdybym nie postawił sztywnej granicy, niektóre listy liczyłyby sobie np. 5 miejsc i kolejne 10 wyróżnień. Tak nakładam na siebie jakiś limit. Możliwe, że z tego powodu na którejś liście zagoszczą propozycje przeciętne, ale trudno, TOP 10 to TOP 10.
Dzisiejszy ranking dotyczy tylko teledysków, tylko do piosenek solistów. W kolejnych dniach będą pojawiały się rankingi dla solistek, grup itd. a także piosenek, układów tanecznych itp. Oznacza to, że dzisiejsze propozycje na topie znajdują się głównie za sprawą obrazu, a nie dźwięku. Oczywiście dobry teledysk do bardzo słabej piosenki miałby problemy z zagoszczeniem w zestawieniu, ale przeważnie jakość klipu idzie w parze z jakością piosenki. Jednak chcę tu wyraźnie zaznaczyć, że w tym wypadku obraz był nie tylko kryterium przydzielenia kandydatury, ale także decydował o miejscu na liście. Od strony dźwięku istotne było to, jak obraz komponuje się z piosenką, a nie to jak dobra jest sama piosenka.
Zaczynamy!
Wykonawca: G-Dragon
Uzasadnienie:
Klip zrobił na mnie wrażenie z dwóch względów. Pierwszy jest czysto techniczny - jakość zdjęć i montażu jest doskonała. Kamera porusza się w bardzo sprytny, płynny sposób, sersze plany obejmując w całej złożoności, bez uciekania się do zbytnich oddaleń, bardziej emocjonalne sekwencje ilustrujące izolację i osamotnienie,są wystarczająco przejrzyste, by przemawiać do widza, ale przy tym nie ckliwe, co pozwala zachować męski tonj narracji. Do tego zabawa klatkażem - spowalnianie niektórych sekwencji, ujmuje obrazowi nieco dosłowności, a tym samym ustrzega go przed banalnością.
Drugi atut to współpraca obrazu z piosenką. "Crooked" to krótka historia młodego faceta, który radzi sobie z rozstaniem w sposób (auto)destruktywny. Brzmienie jest wyspiarskie, lekko punk-rockowe i taki też jest klip. Wypełniony gówniarskimi wybrykami zagubionego gościa, który bez wyraźnego celu snuje się po bocznych uliczkach Londynu. Prosta, ale celna ilustracja.
Wykonawca: K.Will
Uzasadnienie:
Główną zaletę tego klipu w pełni dostrzega się dopiero zimą. Obraz jest cudownie wiosenny. Największe wrażenie robi uchwycenie wiosennego słońca - ciepłego, ale nie parzącego. Do tego przyjemne rozmycie, spokojny montaż i dobra współpraca z muzyką czynią ten klip nienagannym technicznie.
Drugi atut to humor. K.Will rzadko, a może nawet wcale nie pojawia się w teledyskach do swoich piosenek. Razzagościł na planie i został zastrzelony. Zresztą, jeżeli oglądacie ten teledysk po raz pierwszy - czy spodziewaliście się, że ktoś tu kogoś zastrzeli? Na dokładkę mamy typa szalejącego w tle na zatrzymanych atrakcjach.
Wykonawca: Im Chang Jung
Uzasadnienie:
Humor na ekranie to trudna sprawa, szczególnie w teledysku. Kiedy próbujemy kogoś rozśmieszyć chodzi nie tylko o sam dowcip, ale także o to, jak zostaje dostarczony. W wypadku "Open The Door" dostawa jest na czas, a pudełko jest tak kanciaste, że można się skaleczyć. Świetny klip, którego sednem nie tyle jest nawet sam pomysł, co gra aktorska i miny mówiące więcej niż tysiąc słów. Do tego to po prostu kawał dobrze nakręconego obrazu.
Wykonawca: Kim Jaejoong
Uzasadnienie:
Piękne zdjęcia zwierząt w zwolnionym tempie, sczególnie dech zapiera moment kiedy bohater wbiega między kruki. Do tego olbrzymi nakład pracy włożony w kostiumy i scenografię. W pierwszej chwili do widza to może nie docierać, ale cały ten świątynny plan został zbudowany od podstaw, dlatego, jest tak fenomenalnie oświetlony, a kamera może w nim tak swobodnie pracować. Do tego bardzo dsobre ewfekty specjalne w końcowym segmencie. Jeżeli miałbym się czegoś czepiać to tej maski Bane'a i tego, że stylizacja goth/emo/vamp zawsze mnie trochę śmieszyła -jednak jeśli tak mają wyglądać takie teledyski, to ja jestem za.
Wykonawca: Zion.T
Uzasadnienie:
Pomysł, pomysł, pomysł i jeszcze raz wykonanie. Jak już napisałem wyżej - humor w teledysku to trudna sprawa, bohaterowie nie bardzo mogą mówić, tempo obrazu i jego stylistyka muszą pasować do brzmienia, ba nawet sam humor musi być do niego dopasowany. Przerysowane, kreskówkowe postacie, statyczna kamera, która była domeną wczesnej animacji - ze względów technicznych - i slapstickow humor. Do tego przezabawna gra i stylizacja samego wokalisty sprawiają, że klip bawi, pasuje do piosenki i na dokładkę zapada w pamięć.
Wykonawca: Taeyang
Uzasadnienie:
Ten teledysk tylko wydaje się prosty i tani. Tanie na pewno nie jest zatrudnienie jednej z najlepszych grup tanecznych na świecie, opracowanie i przećwiczenie z nimi układu tanecznego. Proste nie jest zorganizowanie tych wszystkich przejść, zsynchronizowanie wszystkich akcji - bo nie mówimy o kiwaniu do kamery a o złożonej choreografii. Proste nie jest poprowadzenie master-shota, ani nawet jego imitowanie. Warto zwrócić uwagę, że kamera nie tylko się obraca, nie tylko śledzi bohaterów, ale także zmienia kąty nachylenia i wysokość zawieszenia, aby w konkretny sposób eksponować układ taneczny. Autor albo ma dużą wizualną wyobraźnię, albo poświęcił sporo czasu na próby. Ale nawet jeśli przyjęlibyśmy, że jest to teledysk relatywnie prosty, to wciąż pozostaje niezmiernie efektowny.
Wykonawca: Zion.T
Uzasadnienie:
Ha, to jedna z tych pozycji, które trudno uzasadnić. Klip po prostu robi wrażenie tak swoim całokształtem, jak i detalami z osobna, ale w końcu rzecz i tak sprowadza się do klimatu, który obraz tworzy wespół z muzyką - wystylizowany, ale tylko do pewnego stopnia, w żadym razie nie przerysowany, nawet nie na siłę autentyczny, raczej inspirowany klimatami retro, przy zachowaniu pewnych własności nowoczesnego kina.
Wykonawca: Yong Junhyung
Uzasadnienie:
Misternie wykonane detale kręcące się wokół tytułowego motywu kwiatów oraz ciepła i zimna. Doskonała kompozycja obrazu i dobór kolorystyki - tyczy się to charakteryzacji, oświetlenia, dekoracji, jak i samej kamery i późniejszej obróbki cyfrowej. Zręcznie wkomponowane, imponujące segmenty taneczne. Abstrakcyjna, intrygująca natura niemal każdego kadru. Wszystko świetnie wykonane i połączone z dźwiękiem. Gdybym brał pod uwagę także samą piosenkę, możliwe, że to byłby numer 1.
Wykonawca: G-Dragon
Uzasadnienie:
Każda scena jest przepysznie symboliczna. Do tego ilość dekoracje, kostiumy, nawet oświetlenie dodają całości nieco nienaturalnego posmaku,l graniczącego między teatrem, a sennym koszmarem. W znaczenie poszczególnych scen wgryzłem się >>TUTAJ<<, nie będę powtarzał całego długiego wywodu - w skrócie to opowieść o wszystkich koszmarach show-biznesu i drodze do wyzwolenia, która wiedzie poprzez zniszczenie swojego dotychczasowego wizerunku. Nawet jeżeli nie jest to szczery przekaz, a tylko kolejna maska, to wciąż obraz robi wielkie wrażenie, kiedy się go rozgryzie.
Wykonawca: T.O.P
Uzasadnienie:
Wspaniała mieszanka artystycznych inspiracji, sięgająca m.in. do kina, malarstwa i sztuki nowoczesnej, a być może także filozofii. Liczba detali wplecionych w obraz zdaje się sugerować, że całość ma jakieś znaczenie, choć równie dobrze może to być zabawa tworzywem i motywami, ze świadomością ich sensu, ale bez układania ich w jakiś spójny twór. Tak czy inaczej jest to teledysk wybitny. >>TUTAJ<< rozgrzebałem temat analizy poszczególnych scen, choć do żadnych finalnych wniosków nie doszedłem.
Coś pominąłem, kogoś nie doceniłem?
A może po prostu macie swoją własną listę?
Zapraszam do komentowania.
Kilka słów wyjaśnienia.
Ranking jest bardzo osobisty, a i tak sam długo zastanawiałem się nad kolejnością nagrań, a także nad samymi kandydaturami i ich liczbą. Ostatecznie stanęło na formacie z 10 propozycjami, ułożonymi od miejsca dziesiątego do miejsca pierwszego. Na dziesiątce stanęło dlatego, że w wielu kategoriach kandydatur będzie naprawdę dużo, gdybym nie postawił sztywnej granicy, niektóre listy liczyłyby sobie np. 5 miejsc i kolejne 10 wyróżnień. Tak nakładam na siebie jakiś limit. Możliwe, że z tego powodu na którejś liście zagoszczą propozycje przeciętne, ale trudno, TOP 10 to TOP 10.
Dzisiejszy ranking dotyczy tylko teledysków, tylko do piosenek solistów. W kolejnych dniach będą pojawiały się rankingi dla solistek, grup itd. a także piosenek, układów tanecznych itp. Oznacza to, że dzisiejsze propozycje na topie znajdują się głównie za sprawą obrazu, a nie dźwięku. Oczywiście dobry teledysk do bardzo słabej piosenki miałby problemy z zagoszczeniem w zestawieniu, ale przeważnie jakość klipu idzie w parze z jakością piosenki. Jednak chcę tu wyraźnie zaznaczyć, że w tym wypadku obraz był nie tylko kryterium przydzielenia kandydatury, ale także decydował o miejscu na liście. Od strony dźwięku istotne było to, jak obraz komponuje się z piosenką, a nie to jak dobra jest sama piosenka.
Zaczynamy!
Numer 10
Tytuł: "Crooked"Wykonawca: G-Dragon
Uzasadnienie:
Klip zrobił na mnie wrażenie z dwóch względów. Pierwszy jest czysto techniczny - jakość zdjęć i montażu jest doskonała. Kamera porusza się w bardzo sprytny, płynny sposób, sersze plany obejmując w całej złożoności, bez uciekania się do zbytnich oddaleń, bardziej emocjonalne sekwencje ilustrujące izolację i osamotnienie,są wystarczająco przejrzyste, by przemawiać do widza, ale przy tym nie ckliwe, co pozwala zachować męski tonj narracji. Do tego zabawa klatkażem - spowalnianie niektórych sekwencji, ujmuje obrazowi nieco dosłowności, a tym samym ustrzega go przed banalnością.
Drugi atut to współpraca obrazu z piosenką. "Crooked" to krótka historia młodego faceta, który radzi sobie z rozstaniem w sposób (auto)destruktywny. Brzmienie jest wyspiarskie, lekko punk-rockowe i taki też jest klip. Wypełniony gówniarskimi wybrykami zagubionego gościa, który bez wyraźnego celu snuje się po bocznych uliczkach Londynu. Prosta, ale celna ilustracja.
Numer 9
Tytuł: "Love Blossom"Wykonawca: K.Will
Uzasadnienie:
Główną zaletę tego klipu w pełni dostrzega się dopiero zimą. Obraz jest cudownie wiosenny. Największe wrażenie robi uchwycenie wiosennego słońca - ciepłego, ale nie parzącego. Do tego przyjemne rozmycie, spokojny montaż i dobra współpraca z muzyką czynią ten klip nienagannym technicznie.
Drugi atut to humor. K.Will rzadko, a może nawet wcale nie pojawia się w teledyskach do swoich piosenek. Razzagościł na planie i został zastrzelony. Zresztą, jeżeli oglądacie ten teledysk po raz pierwszy - czy spodziewaliście się, że ktoś tu kogoś zastrzeli? Na dokładkę mamy typa szalejącego w tle na zatrzymanych atrakcjach.
Numer 8
Tytuł: "Open The Door"Wykonawca: Im Chang Jung
Uzasadnienie:
Humor na ekranie to trudna sprawa, szczególnie w teledysku. Kiedy próbujemy kogoś rozśmieszyć chodzi nie tylko o sam dowcip, ale także o to, jak zostaje dostarczony. W wypadku "Open The Door" dostawa jest na czas, a pudełko jest tak kanciaste, że można się skaleczyć. Świetny klip, którego sednem nie tyle jest nawet sam pomysł, co gra aktorska i miny mówiące więcej niż tysiąc słów. Do tego to po prostu kawał dobrze nakręconego obrazu.
Numer 7
Tytuł: "Mine"Wykonawca: Kim Jaejoong
Uzasadnienie:
Piękne zdjęcia zwierząt w zwolnionym tempie, sczególnie dech zapiera moment kiedy bohater wbiega między kruki. Do tego olbrzymi nakład pracy włożony w kostiumy i scenografię. W pierwszej chwili do widza to może nie docierać, ale cały ten świątynny plan został zbudowany od podstaw, dlatego, jest tak fenomenalnie oświetlony, a kamera może w nim tak swobodnie pracować. Do tego bardzo dsobre ewfekty specjalne w końcowym segmencie. Jeżeli miałbym się czegoś czepiać to tej maski Bane'a i tego, że stylizacja goth/emo/vamp zawsze mnie trochę śmieszyła -jednak jeśli tak mają wyglądać takie teledyski, to ja jestem za.
Numer 6
Tytuł: "Babay"Wykonawca: Zion.T
Uzasadnienie:
Pomysł, pomysł, pomysł i jeszcze raz wykonanie. Jak już napisałem wyżej - humor w teledysku to trudna sprawa, bohaterowie nie bardzo mogą mówić, tempo obrazu i jego stylistyka muszą pasować do brzmienia, ba nawet sam humor musi być do niego dopasowany. Przerysowane, kreskówkowe postacie, statyczna kamera, która była domeną wczesnej animacji - ze względów technicznych - i slapstickow humor. Do tego przezabawna gra i stylizacja samego wokalisty sprawiają, że klip bawi, pasuje do piosenki i na dokładkę zapada w pamięć.
Numer 5
Tytuł: "Ringa Linga - dance version"Wykonawca: Taeyang
Uzasadnienie:
Ten teledysk tylko wydaje się prosty i tani. Tanie na pewno nie jest zatrudnienie jednej z najlepszych grup tanecznych na świecie, opracowanie i przećwiczenie z nimi układu tanecznego. Proste nie jest zorganizowanie tych wszystkich przejść, zsynchronizowanie wszystkich akcji - bo nie mówimy o kiwaniu do kamery a o złożonej choreografii. Proste nie jest poprowadzenie master-shota, ani nawet jego imitowanie. Warto zwrócić uwagę, że kamera nie tylko się obraca, nie tylko śledzi bohaterów, ale także zmienia kąty nachylenia i wysokość zawieszenia, aby w konkretny sposób eksponować układ taneczny. Autor albo ma dużą wizualną wyobraźnię, albo poświęcił sporo czasu na próby. Ale nawet jeśli przyjęlibyśmy, że jest to teledysk relatywnie prosty, to wciąż pozostaje niezmiernie efektowny.
Numer 4
Tytuł: "Miss Kim"Wykonawca: Zion.T
Uzasadnienie:
Ha, to jedna z tych pozycji, które trudno uzasadnić. Klip po prostu robi wrażenie tak swoim całokształtem, jak i detalami z osobna, ale w końcu rzecz i tak sprowadza się do klimatu, który obraz tworzy wespół z muzyką - wystylizowany, ale tylko do pewnego stopnia, w żadym razie nie przerysowany, nawet nie na siłę autentyczny, raczej inspirowany klimatami retro, przy zachowaniu pewnych własności nowoczesnego kina.
Numer 3
Tytuł: "Flower"Wykonawca: Yong Junhyung
Uzasadnienie:
Misternie wykonane detale kręcące się wokół tytułowego motywu kwiatów oraz ciepła i zimna. Doskonała kompozycja obrazu i dobór kolorystyki - tyczy się to charakteryzacji, oświetlenia, dekoracji, jak i samej kamery i późniejszej obróbki cyfrowej. Zręcznie wkomponowane, imponujące segmenty taneczne. Abstrakcyjna, intrygująca natura niemal każdego kadru. Wszystko świetnie wykonane i połączone z dźwiękiem. Gdybym brał pod uwagę także samą piosenkę, możliwe, że to byłby numer 1.
Numer 2
Tytuł: "Coup d'etat"Wykonawca: G-Dragon
Uzasadnienie:
Każda scena jest przepysznie symboliczna. Do tego ilość dekoracje, kostiumy, nawet oświetlenie dodają całości nieco nienaturalnego posmaku,l graniczącego między teatrem, a sennym koszmarem. W znaczenie poszczególnych scen wgryzłem się >>TUTAJ<<, nie będę powtarzał całego długiego wywodu - w skrócie to opowieść o wszystkich koszmarach show-biznesu i drodze do wyzwolenia, która wiedzie poprzez zniszczenie swojego dotychczasowego wizerunku. Nawet jeżeli nie jest to szczery przekaz, a tylko kolejna maska, to wciąż obraz robi wielkie wrażenie, kiedy się go rozgryzie.
Numer 1
Tytuł: "DOOM DADA"Wykonawca: T.O.P
Uzasadnienie:
Wspaniała mieszanka artystycznych inspiracji, sięgająca m.in. do kina, malarstwa i sztuki nowoczesnej, a być może także filozofii. Liczba detali wplecionych w obraz zdaje się sugerować, że całość ma jakieś znaczenie, choć równie dobrze może to być zabawa tworzywem i motywami, ze świadomością ich sensu, ale bez układania ich w jakiś spójny twór. Tak czy inaczej jest to teledysk wybitny. >>TUTAJ<< rozgrzebałem temat analizy poszczególnych scen, choć do żadnych finalnych wniosków nie doszedłem.
Coś pominąłem, kogoś nie doceniłem?
A może po prostu macie swoją własną listę?
Zapraszam do komentowania.
Girl's Day - Something
Girl's Day to jedna z żeńskich formacji, które rok 2013 spędziły na fali wznoszącej. Co prawda za sukcesem grupy stała przede wszystkim decyzja wizerunkowa, by odejść od niewinnego aegyo i przekształcić dziewczyny w obiekt westchnień samotnych mężczyzn w średnim wieku. Jednak trzeba też przyznać, że tak "Expectation" (>>TUTAJ<<), jak i "Female President" (>>TUTAJ<<) od strony czysto dźwiękowej były bardzo przebojowe.
W moim odczuciu Girl's Day to obecnie bardzo dziwny twór, który teoretycznie powinien publiczność odstraszać swoją niespójnością, a jednak nietypowa taktyka obrana przez Dream Tea Enertainment zdaje egzamin. O jakiej niespójności mówię? Wizualnie dziewczyny ewidentnie są podporządkowane pod gusta panów, w stopniu, który momentami wydaje się nawet niesmaczny, szczególnie, że grupa formowana była z myślą o aegyo, więc wokalistki mają dość dziewczęcą urodę.
Jednak od strony treści piosenek, kolorystyki teledysków - Girl's Day stara się trafić przede wszystkim w gusta dziewczyn i młodych kobiet. Ckliwe pioseneczki pisane z żeńskiej perspektywy - o facecie, który zdradza, czy o bardzo dziecinnie postrzeganej emancypacji. Ten dysonans mnie razi, jednak odbiorcom produktu najwyraźniej nie przeszkadza, bo rzesze tak fanek, jak i fanów Girl's Day stale rosną. Skoro pomysł się sprawdził, więc nic dziwnego, że wytwórnia go kontynuuje.
Stop-klatka wybrana przez wytwórnię na miniaturkę na YT mówi sporo o priorytetach przy okazji tego projektu. A jednak sama piosenka jest naprawdę niezła, śmiem twierdzić, że jak do tej pory to najlepsze nagranie tej grupy, przynajmniej po wizerunkowej transformacji, ale myślę, że także w ogóle. "Expect" i "Female President" były żywsze, ale nie tak zgrabne muzycznie - bez choreografii radziły sobie wyraźnie słabiej.
W wypadku "something" wprawdzie też nie ma rewelacji, ale wszystkie elementy trzymają wysoki poziom. Weźmy takie wokale - brzmią zróżnicowanie, bo jest i moc i subtelność, a jednak pomiędzy tymi skrajnościami funkcjonuje calkiem swobodny przepływ - piosenka nie wydaje się zlepkiem niedopasowanych elementów. Oczywiście widać pewne klocki składające się na większą całość, podział na poszczególne segmenty: intro - zwrotka - przejście - refren - zwrotka - przejście - refren - most - finał, ale na zlączeniach elementy wyraźnie do siebie pasują i sprawiają wrażenie ciągłości.
Istotne jest także to, że w przekroju całej piosenki czuć pewne budowanie nastroju, ale także spójność narracji, tak muzycznej, jak i słownej. Tekst nie jest może powalający, ale jak girlsbandowy pop jest całkiem zgrabnie. Przede wszystkim zaskakują mnie angielskie frazy, które są poprawne tak pod względem wymowy, jak i gramatyki i nawet pasują do koreańskiego tekstu. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Sama muzyka wydaje się dość typowa dla tego okresu w roku - spokojniejsze, ale wciąż rytmiczne, lekko rzewne brzmienie, kojarzące się nieco z "Alone" (>>TUTAJ<<) grupy Sistar, czy zeszłorocznym "Gone Not Around Any Longer" (>>TUTAJ<<) Sistar19. Przy czym podobieństwo tyczy się samego nastroju, bo brzmieniowo różnice są oczywiste. W "Something" brakuje tak wyraźnej linii basu i mocnej sekcji rytmicznej - znaków rozpoznawczych Brave Brothers. Kawałek Girl's Day to typowa kompozycja Duble Sidekick - oparta o elektronikę i funkowo brzmiącą perkusję.
Widzę, że jeszcze tego nie napisałem, a muszę zanim przejdę do omawiania teledysku - bardzo podoba mi się refren tej piosenki - zaczyna się intrygująco i melodyjnie by skończyć się silnym emocjonalnym wybuchem.
Co do teledysku - oj, tu jest gorzej. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, odpalcie sobie klip do "Gone Not Around Any Longer" (>>TUTAJ<<). Oczywiście klip Sistar19 jest zdecydowanie lepiej nakręcony i ma na siebie więcej pomysłu - na tyle, że jestem w stanie przemilczeć tradycyjny tercet telefon, wanna, samochód, ale różnica między nim a teledyskiem do "Something" - poza jakością wykonania - sprowadza się do kolorystyki, układu tanecznego i tego, że u Sistar było stare Ferrari, a tu jest nowe.
Podoba mi się plan z lustrami, podoba mi się ten mały różowy box, w którym dziewczyny tańczą, i który świetnie pasuje kolorystycznie do nastroju piosenki. Ale cała reszta wydaje jest nie tylko sztampowa, ale w większości słabo zrealizowana. Na dokładkę kłuje mnie w uszy intro teledysku, a konkretniej wykorzystane sample dzwonka telefonu i obcasów. Pamiętacie jeszcze zeszłoroczne "U&I" (>>TUTAJ<<) Ailee? Tam w intrze wykorzystano dokładnie te same dźwięki.
Co do samych dziewczyn, to nie ulega wątpliwości, że są bardzo ładne i makijaż nie próbuje tego ukryć. Gorzej z ubraniami. Jestem przyzwyczajony do tego, że kpopowe teledyski sztucznie zawyżają wzrost dziewczyn. Tutaj nie tylko jakby ktoś zapomniał o tym procederze, ale nawet mam wrażenie jakby dopuścił się zabiegu odwrotnego - dziewczyny wydają się naprawdę niskie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wina spódnic/sukienek (na dobrą sprawę nie wiem czy ich stroje są jedno czy dwuczęściowe), które w jakiś dziwny sposób akcentują proporcje ciała.
Co ciekawe, oglądając występ nie mam tego samego odczucia, więc może jednak wina bardziej leży po stronie pracy kamery w teledysku. Skoro jestem przy występie, kilka słów o choreografii. Jest całkiem niezła, chociaż to wszystko już gdzieś było, spacerujące palce to popularny motyw, tak jak i wystawianie nogi przez rozcięcie - najbardziej kojarzy mi się to z Sistar, ale mogę być w błędzie. Z kolei damskie pompki w parterze to wypisz wymaluj figura z "24 Hours" (>>TUTAJ<<) Sunmi. Oczywiście są drobne różnice, ale idea jest ta sama.
To już bardziej w ramach ciekawostek, "Show You" to jedna z trzech piosenek z nowego mini-albumu grupy i to na nią padło, przy wyborze drugiej piosenki do pokazania w programach muzycznych. Bardzo podoba mi się melodia wokali, ale b-side'om od Duble Sidekick mówię jednak stanowcze nie. Podkłady są cukierkowe i banalne aż nie do zniesienia - to było też problemem całego ostatniego albumu Sistar - "Give It To Me" (>>TUTAJ<<). Poza tym ta piosenka bardziej pasowałaby w marcu czy kwietniu, a nie w styczniu - sercu zimy.
I jeszcze w ramach ciekawostek, materiały z sesji zdjęciowej grupy, niestety opatrzone podkładem w postaci "Show You", który tutaj pasuje jak pięść do nosa. Czuję się jakbym przeglądał "CKM" w poczekalni u dentysty, a obok siedziała kobitka z małą córką - ten poziom dyskomfortu.
Kończąc. "Something" to całkiem udany projekt, na pewno umocni pozycję zdobytą przez grupę w zeszłym roku. Jednak jeśli dziewczyny i wytwórnia mają apetyty na więcej, muszą uciec od sztampy i spróbować samemu wyznaczyć kierunek działalności, bo jest pewien limit popularności, którą można zrobić łącząc elementy innych zespołów. Sistar i KARA to bardzo popularne formacje, więc odgapianie pomysłów od nich, żeby się wybić, jest dobrą drogą, ale tylko do pewnego momentu, bo na sam szczyt raczej nie zaprowadzi.
W moim odczuciu Girl's Day to obecnie bardzo dziwny twór, który teoretycznie powinien publiczność odstraszać swoją niespójnością, a jednak nietypowa taktyka obrana przez Dream Tea Enertainment zdaje egzamin. O jakiej niespójności mówię? Wizualnie dziewczyny ewidentnie są podporządkowane pod gusta panów, w stopniu, który momentami wydaje się nawet niesmaczny, szczególnie, że grupa formowana była z myślą o aegyo, więc wokalistki mają dość dziewczęcą urodę.
Jednak od strony treści piosenek, kolorystyki teledysków - Girl's Day stara się trafić przede wszystkim w gusta dziewczyn i młodych kobiet. Ckliwe pioseneczki pisane z żeńskiej perspektywy - o facecie, który zdradza, czy o bardzo dziecinnie postrzeganej emancypacji. Ten dysonans mnie razi, jednak odbiorcom produktu najwyraźniej nie przeszkadza, bo rzesze tak fanek, jak i fanów Girl's Day stale rosną. Skoro pomysł się sprawdził, więc nic dziwnego, że wytwórnia go kontynuuje.
Stop-klatka wybrana przez wytwórnię na miniaturkę na YT mówi sporo o priorytetach przy okazji tego projektu. A jednak sama piosenka jest naprawdę niezła, śmiem twierdzić, że jak do tej pory to najlepsze nagranie tej grupy, przynajmniej po wizerunkowej transformacji, ale myślę, że także w ogóle. "Expect" i "Female President" były żywsze, ale nie tak zgrabne muzycznie - bez choreografii radziły sobie wyraźnie słabiej.
W wypadku "something" wprawdzie też nie ma rewelacji, ale wszystkie elementy trzymają wysoki poziom. Weźmy takie wokale - brzmią zróżnicowanie, bo jest i moc i subtelność, a jednak pomiędzy tymi skrajnościami funkcjonuje calkiem swobodny przepływ - piosenka nie wydaje się zlepkiem niedopasowanych elementów. Oczywiście widać pewne klocki składające się na większą całość, podział na poszczególne segmenty: intro - zwrotka - przejście - refren - zwrotka - przejście - refren - most - finał, ale na zlączeniach elementy wyraźnie do siebie pasują i sprawiają wrażenie ciągłości.
Istotne jest także to, że w przekroju całej piosenki czuć pewne budowanie nastroju, ale także spójność narracji, tak muzycznej, jak i słownej. Tekst nie jest może powalający, ale jak girlsbandowy pop jest całkiem zgrabnie. Przede wszystkim zaskakują mnie angielskie frazy, które są poprawne tak pod względem wymowy, jak i gramatyki i nawet pasują do koreańskiego tekstu. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Sama muzyka wydaje się dość typowa dla tego okresu w roku - spokojniejsze, ale wciąż rytmiczne, lekko rzewne brzmienie, kojarzące się nieco z "Alone" (>>TUTAJ<<) grupy Sistar, czy zeszłorocznym "Gone Not Around Any Longer" (>>TUTAJ<<) Sistar19. Przy czym podobieństwo tyczy się samego nastroju, bo brzmieniowo różnice są oczywiste. W "Something" brakuje tak wyraźnej linii basu i mocnej sekcji rytmicznej - znaków rozpoznawczych Brave Brothers. Kawałek Girl's Day to typowa kompozycja Duble Sidekick - oparta o elektronikę i funkowo brzmiącą perkusję.
Widzę, że jeszcze tego nie napisałem, a muszę zanim przejdę do omawiania teledysku - bardzo podoba mi się refren tej piosenki - zaczyna się intrygująco i melodyjnie by skończyć się silnym emocjonalnym wybuchem.
Co do teledysku - oj, tu jest gorzej. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, odpalcie sobie klip do "Gone Not Around Any Longer" (>>TUTAJ<<). Oczywiście klip Sistar19 jest zdecydowanie lepiej nakręcony i ma na siebie więcej pomysłu - na tyle, że jestem w stanie przemilczeć tradycyjny tercet telefon, wanna, samochód, ale różnica między nim a teledyskiem do "Something" - poza jakością wykonania - sprowadza się do kolorystyki, układu tanecznego i tego, że u Sistar było stare Ferrari, a tu jest nowe.
Podoba mi się plan z lustrami, podoba mi się ten mały różowy box, w którym dziewczyny tańczą, i który świetnie pasuje kolorystycznie do nastroju piosenki. Ale cała reszta wydaje jest nie tylko sztampowa, ale w większości słabo zrealizowana. Na dokładkę kłuje mnie w uszy intro teledysku, a konkretniej wykorzystane sample dzwonka telefonu i obcasów. Pamiętacie jeszcze zeszłoroczne "U&I" (>>TUTAJ<<) Ailee? Tam w intrze wykorzystano dokładnie te same dźwięki.
Co do samych dziewczyn, to nie ulega wątpliwości, że są bardzo ładne i makijaż nie próbuje tego ukryć. Gorzej z ubraniami. Jestem przyzwyczajony do tego, że kpopowe teledyski sztucznie zawyżają wzrost dziewczyn. Tutaj nie tylko jakby ktoś zapomniał o tym procederze, ale nawet mam wrażenie jakby dopuścił się zabiegu odwrotnego - dziewczyny wydają się naprawdę niskie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wina spódnic/sukienek (na dobrą sprawę nie wiem czy ich stroje są jedno czy dwuczęściowe), które w jakiś dziwny sposób akcentują proporcje ciała.
Co ciekawe, oglądając występ nie mam tego samego odczucia, więc może jednak wina bardziej leży po stronie pracy kamery w teledysku. Skoro jestem przy występie, kilka słów o choreografii. Jest całkiem niezła, chociaż to wszystko już gdzieś było, spacerujące palce to popularny motyw, tak jak i wystawianie nogi przez rozcięcie - najbardziej kojarzy mi się to z Sistar, ale mogę być w błędzie. Z kolei damskie pompki w parterze to wypisz wymaluj figura z "24 Hours" (>>TUTAJ<<) Sunmi. Oczywiście są drobne różnice, ale idea jest ta sama.
To już bardziej w ramach ciekawostek, "Show You" to jedna z trzech piosenek z nowego mini-albumu grupy i to na nią padło, przy wyborze drugiej piosenki do pokazania w programach muzycznych. Bardzo podoba mi się melodia wokali, ale b-side'om od Duble Sidekick mówię jednak stanowcze nie. Podkłady są cukierkowe i banalne aż nie do zniesienia - to było też problemem całego ostatniego albumu Sistar - "Give It To Me" (>>TUTAJ<<). Poza tym ta piosenka bardziej pasowałaby w marcu czy kwietniu, a nie w styczniu - sercu zimy.
I jeszcze w ramach ciekawostek, materiały z sesji zdjęciowej grupy, niestety opatrzone podkładem w postaci "Show You", który tutaj pasuje jak pięść do nosa. Czuję się jakbym przeglądał "CKM" w poczekalni u dentysty, a obok siedziała kobitka z małą córką - ten poziom dyskomfortu.
Kończąc. "Something" to całkiem udany projekt, na pewno umocni pozycję zdobytą przez grupę w zeszłym roku. Jednak jeśli dziewczyny i wytwórnia mają apetyty na więcej, muszą uciec od sztampy i spróbować samemu wyznaczyć kierunek działalności, bo jest pewien limit popularności, którą można zrobić łącząc elementy innych zespołów. Sistar i KARA to bardzo popularne formacje, więc odgapianie pomysłów od nich, żeby się wybić, jest dobrą drogą, ale tylko do pewnego momentu, bo na sam szczyt raczej nie zaprowadzi.
niedziela, 5 stycznia 2014
Rain - La Song + 30Sexy
Na dobry początek roku premiera, której wiele osób wyczekiwało. Rain - człowiek-instytucja koreańskiego show-biznesu - powraca po przerwie spowodowanej służbą wojskową (do czego za moment wrócę) i to od razu z pełnym albumem i dwiema piosenkami go promującymi, którymi zajmę się dzisiaj. Jednak najpierw poświęcę kilka akapitów na przedstawienie dzisiejszego bohatera, bo z wielu względów jest to postać ciekawa.
Rain (naprawdę Jung Ji-Hoon) jak każdy celebryta, który potrafi przetrwać na topie dekadę, obecnie jest człowiekiem-orkiestrą - model, projektant, tancerz, kompozytor, tekściarz, producent. Jednak to wszystko dodatki do dwóch zawodów, które są źródłem jego popularności. Rain to przede wszystkim piosenkarz i aktor. Jego kariera zaczełą się w 2002 roku, kiedy to pod skrzydłami JYP Entertainment (po przygodzie z własną wytwórnią, aktualnie Rain działa w jednej z gałęzi Cube Entertainment) wydał swój pierwszy album "Bad Guy". Wtedy też zaczął pojawiać się gościnnie w serialach oraz prowadzić programy telewizyjne, w tym "Music Bank".
Nie zamierzam tutaj wchodzić w szczegóły jego dorobku, bo za długo by to trwało, a sam nie czuję się specjalistą w temacie. Jednak czuję się w obowiązku wypunktować kilka istotnych wątków. Muzycznie jest to wykonawca popularny przede wszystkim w Korei, właśnie wydany "Rain Effect" jest jego szóstym albumem na rodzimym rynku. O ile sukces na pozostałych rynkach azjatyckich jest dość naturalną konsekwencją popularności w Korei, o tyle sukces w Ameryce jest czymś, na co warto zwrócić uwagę.
Nie bez znaczenia jest tu wątek aktorski, który pomógł Rainowi stać się nie tylko jedną z najlepiej zarabiających gwiazd w Korei, ale także dotrzeć do świadomości nie-azjatyckich odbiorców. Rain wcielił się w główną rolę w docenionej przez krytyków komedii romantycznej "I'm a Cyborg, but That's Okay", wyreżyserowanej i napisanej przez Parka Chan-wooka, będącego wtedy na topie także na zachodniej półkuli za sprawą "Oldboya".
"Chwilę" później Rain wygrał internetowy plebiscyt na osobę roku 2007 na stronie magazynu "Time" - i się zaczęło. W głosowaniu tym prześcignął Stephena Colberta, co przełożyło się na obecność na antenie programu rozrywkowego znanego komika. Potem przyszły role w dwóch filmach powiązanych z rodzeństwem Wachowskich - "Speed Racer" i "Ninja Assassin". Okej, akurat te tytuły splendoru nikomu nie przynoszą, ale widać, że Hollywood o Koreańczyku nie zapomniał, bo w grudniu Rain pojawił się na planie razem z Brucem Willisem i Johnem Cussackiem podczas produkcji sensacyjnego thrillera "Prince".
Plan filmowy i studio nagraniowe, to nie jedyne miejsca, które Rain odwiedzał w ostatnim czasie. Kilka tygodni temu wystartowało reality show z jego udziałem, zatytułowane tak jak nowy album piosenkarza - "Rain Effect". Oczywiście chodzi o przypomnienie się odbiorcom po dwuletniej przerwie spowodowanej służbą wojskową.
Ten temat także wymaga kilku słów komentarza, bowiem bohater dzisiejszego wpisu zdążył załapać się na aferę związaną z celebrytami w wojsku. O koreańskiej służbie wojskowej i celebryckich aferach pisałem >>TUTAJ<<, teraz zajmę się przypaqdkiem samego Raina. Jego kłopoty zaczęły się jeszcze przed medialnym śledztwem, kiedy przyłapano go na randkowaniu w trakcie odbywania służby, do tego jego twarz przewinęła się na nagraniach z imprez całego oddziału, jednak zaden z zarzutów nie okazał się dość poważny i jego przewinienia rozeszły się po kościach.
Jednak, choć koszary Rain opuścił na początku lipca, chmury nad jego głową zbierały się jeszcze przez jakiś czas. Kiedy wspomniana afera zataczała coraz szersze kręgi pojawiły się nie tylko plotki, ale i dowody świadczące, że piosenkarz nigdy nie złożył aplikacji do oddziału celebryckiego i tym samym powinien był odbywać zwykłą służbę wojskową. Zaczęły pojawiać się głosy, że Rain powinien zostać na powrót wcielony do armii i odbyć służbę od nowa. Wobec publicznej i politycznej presji, wojsko gotowe było ulec, jednak nie miało środków prawnych, by zmusić Raina do ponownego zapisania się do wojska. Temat ciągnął się jeszcze w grudniu, kiedy obywatel złożył formalną skargę na kilku celebrytów, w tym Raina, o naruszenie zasad służby, jednak decyzją sądu Rainowi ponownie się upiekło.
No, ale to wszystko już za nami, Rain powrócił do robienia muzyki i przyznam, że choć mam sporo zastrzeżeń, jego nowe propozycje z wielu względów wydają mi się ciekawe. Zaczynamy od "LA Song", bo ten kawałek bardziej przypadł mi do gustu i wydaje mi się bardziej istotny.
Zacznę od tego, co zdecydowanie nie przypadło mi do gustu. Tekst piosenki, i nie chodzi o banalny refren, tylko o zwrotki. Rozumiem, że miało być żartobliwie i z dystansem, ale wyszło raczej czerstwo i pozersko. Nie lubię tego typu tekstów, a ten wydaje mi się nieudany. W dodatku dużo tutaj "engrish" i to nie polegającego na złej wymowie, a na złym doborze słów i braku gramatycznej poprawności. Ciekawi >>TUTAJ<< znajdą alternatywne, lepsze tłumaczenie, choć poprawie ulega jedynie jakość tłumaczenia, a nie mój odbiór tekstu.
I to by było tyleco do zarzutów pod adresem piosenki, bo kawałek po prostu mi się spodobał. Nie jest może idealny, gdzieś w zwrotkach jest w kilku momentach trochę "meh", a i refren jest cholernie pretensjonalny - znów, nie ze względu na prostotę, a z uwagi na sposób śpiewania - i choć mnie przypadł do gustu, to zrozumiem, jeśli ktoś uzna go niestrawnym. Jednak w moim wypadku ogólny odbiór piosenki jest zdecydowanie dodatni.
Szczególnie punktuje podkład, który naraz jest materiałem na przebój, ale także został skomponowany i wyprodukowany z dużym wyczuciem. Tym, co najbardziej rzuca się w uszy jest sekcja dęta, celowo nawiązująca do latynoskich - szczególnie meksykańskich - klimatów. Ale to nie jedyny jasny punkt, świetną decyzją jest też wprowadzenie gitary i to elektrycznej, kojarzącej się bardziej z Santaną niż z gościem w sombrero.
Jednak moim ulubionym momentem są te basowe przejścia w obrębie refrenu, dodające lekko funkowego klimatu, ale nie niszczące przy tym całokształtu latynoskiej stylizacji. Podobnie z perkusją, która choć ma w swoim brzmieniu coś z retro, to sam beat wystukuje bardzo nowocześnie. Dodajmy do tego elektroniczne ozdobniki, czy wysamplowane rżenie konia i dostajemy przesympatyczny, złożony, ale wciąż chwytliwy i nade wszystko żywy, naładowany energią kawałek. Podumać przy tym się nie da, ale słucham z niekłamaną przyjemnością.
Teledysk... Z jednej strony wydaje mi się bliższy do czegoś, co bez zająknięcia nazwałbym bardzo udanym, z drugiej strony ma dwie rzeczy, do których muszę się przyczepić. Pierwsza to ta koszmarna scena z latynoską i jej cieniem. W najlepszym razie mogę to poczytać za rasistowski suchar - przemyślane, ale nieudane posunięcie. W każdym innym wypadku ta scena po prostu wydaje się głupia. Quasi-innuendo w postaci pompowania samochodu z kogutem na dachu i pieszczenia półtuszy czy innego świńskiego tyłka - może śmieszyć, może nie śmieszyć, ale przynajmniej nie jest głupie.
Mój drugi problem to... Nawet nie wiem jak to nazwać. Nie jestem jakimś wrażliwcem na tle rasowych stereotypów, nie przeszkadza mi też, kiedy w filmie wszyscy aktorzy są biali - powiem więcej takie wyliczanie "kolorowych" wydaje mi się prawdziwym przejawem rasizmu. A jednak te proporcje między prawdziwymi latynosami i koreańczykami przebranymi za latynosów - coż, wydają mi się dziwne. Jak chcieli latynoskie twarze w klipie, to mogli skołować chociaż jednego tancerza lub tancerkę do głównej ekipy tanecznej, a nie dodawać ich na zasadzie ciekawostki czy urozmaicenia tła.
Poza tym klip jest naprawdę dobry - pasuje do szalonego, lekkiego klimatu piosenki, oddaje jego nastrój. Jest przy tym oryginalny w swoim szaleństwie, bo zamiast konfettti na koniec teledysku tańczących zasypuje pierze, a pod dachem tej brudnej hali ni stąd, ni zowąd zawieszona zostaje dyskotekowa kula. Do tego większość tanecznych sekwencji, które są sednem klipu, jest zwyczajnie imponująca. Najłatwiej porównać mi ten teledysk do "Ringa Linga" (>>TUTAJ<<) Taeyanga, ale nie do wersji tanecznej, a do głównej - tej z G-Dragonem. W tym porównaniu zdecydwanie lepiej wypada klip Raina, dlatego bo wydaje się mniej wydumany, a za to o wiele bardziej spontaniczny, przy czym czysto technicznie oba są wykonane świetnie.
Zanim przejdę do następnej piosenki, rzucę jeszcze jedną myśl. Zaczynam się zastanawiać, czy latynoskie inspiracje nie będą motywem przewodnim tego roku w kpopie, tak jak disco było motywem przewodnim 2013. Tuż przed świętami Son Dam Bi wydała "Red Candle" (>>TUTAJ<<) inspirowane brzmieniem Ameryki Południowej, teraz Rain... Jeszcze jedna czy dwie piosenki i będę miał coś na kształt dowodu.
Po fragmencie zaprezentowanym w teledysku do "LA Song" spodziewałem się czegoś lepszego. Tymczasem to nagranie jest dla mnie przeciętne - ma bardzo dobry refren, ale zwrotki są nudne i nijakie, brzmią jak fragment niezbyt udanego nagrania jakiegoś boysbandu. Refren jest zmanierowany, ale przynajmniej ciekawy i zapada w pamięć. O podkładzie nie będę się rozwodził, bo tego typu elektronika to nie moja bajka. Uszu mi nie pokaleczył, ale znów - poza refrenem jest po prostu zbyt nudno.
Po raz kolejny nie trafia do mnie tekst - w sumie trudno, żeby trafiał skoro to pożywka dla erotycznych fantazji zapatrzonych w wokalistę fanek. To nie krytyka, bo po żeńskiej stronie barykady nierzadko mamy to samo tylko skierowane do męskich odbiorców, po prostu stwierdzam fakt. Znów kłuje mnie w uszy "engrish" i tylko zastanawiam się, czy wymawianie "30" jako "dirty" to lapsus, czy jednak celowy zabieg. Przyznam, ze piosenka wypada jednak lepiej ze słowem dirty (dosł. brudny; w kontekście - rozpalony w sensie seksualnym). Tłumaczenie >>TUTAJ<<.
Teledysk jest dosyć sztampowy, ale całkiem niezły, bo wpasowuje się w klimat piosenki. Przy tym trzeba wziąć poprawkę, że album promują dwa teledyski, a to rzadko kiedy oznacza dwie udane produkcje. Mam tu w zasadzie jedno zastrzeżenie i to wyjątkowo natury technicznej. Wszystko przy okazji kręcenia układu zostało zrobione według książki, z jednym wyjątkiem. Przy tego typu scenach z nienaturalnym oświetleniem i abstrakcyjną scenografią, trzeba zmienić klatkaż, żeby sam ruch wypadał mniej naturalnie, mniej organicznie, i przez to dopasowywał się w tym względzie do reszty obrazu. Niby szczegół, ale dla mnie psuje ogólne odczucie płynące z oglądania.
Pora podsumować ten tekst, bo się późno zrobiło. Będę szczerze zdiwiony, jeżeli Rain nie zatriumfuje na listach przebojów. Obie piosenki są na swój sposób udane - jeżeli weźmiemy uwagę, że "30Sexy" jest dokładnie tym, co fanki chciały usłyszeć. Ponadto w tej chwili Rain nie ma za dużej konkurencji. Ailee ma tydzień opóźnienia w stosunku do niego, Girl's Day to jeszcze nie ten kaliber popularności. Jest jeszcze IU, która swojej piosenki chyba nie będzie promować, w dodatku pocodzi z repackage'u albumu, a "Flower" (>>TUTAJ<<) Junhyunga jest już chyba za długo na listach, by konkurować z Rainem. Co prawda Rain też jeszcze nie pojawił się na scenie, ale biorąc pod uwagę układy taneczne, jest to raczej kwestia "kiedy", a nie "czy".
Rain (naprawdę Jung Ji-Hoon) jak każdy celebryta, który potrafi przetrwać na topie dekadę, obecnie jest człowiekiem-orkiestrą - model, projektant, tancerz, kompozytor, tekściarz, producent. Jednak to wszystko dodatki do dwóch zawodów, które są źródłem jego popularności. Rain to przede wszystkim piosenkarz i aktor. Jego kariera zaczełą się w 2002 roku, kiedy to pod skrzydłami JYP Entertainment (po przygodzie z własną wytwórnią, aktualnie Rain działa w jednej z gałęzi Cube Entertainment) wydał swój pierwszy album "Bad Guy". Wtedy też zaczął pojawiać się gościnnie w serialach oraz prowadzić programy telewizyjne, w tym "Music Bank".
Nie zamierzam tutaj wchodzić w szczegóły jego dorobku, bo za długo by to trwało, a sam nie czuję się specjalistą w temacie. Jednak czuję się w obowiązku wypunktować kilka istotnych wątków. Muzycznie jest to wykonawca popularny przede wszystkim w Korei, właśnie wydany "Rain Effect" jest jego szóstym albumem na rodzimym rynku. O ile sukces na pozostałych rynkach azjatyckich jest dość naturalną konsekwencją popularności w Korei, o tyle sukces w Ameryce jest czymś, na co warto zwrócić uwagę.
Nie bez znaczenia jest tu wątek aktorski, który pomógł Rainowi stać się nie tylko jedną z najlepiej zarabiających gwiazd w Korei, ale także dotrzeć do świadomości nie-azjatyckich odbiorców. Rain wcielił się w główną rolę w docenionej przez krytyków komedii romantycznej "I'm a Cyborg, but That's Okay", wyreżyserowanej i napisanej przez Parka Chan-wooka, będącego wtedy na topie także na zachodniej półkuli za sprawą "Oldboya".
"Chwilę" później Rain wygrał internetowy plebiscyt na osobę roku 2007 na stronie magazynu "Time" - i się zaczęło. W głosowaniu tym prześcignął Stephena Colberta, co przełożyło się na obecność na antenie programu rozrywkowego znanego komika. Potem przyszły role w dwóch filmach powiązanych z rodzeństwem Wachowskich - "Speed Racer" i "Ninja Assassin". Okej, akurat te tytuły splendoru nikomu nie przynoszą, ale widać, że Hollywood o Koreańczyku nie zapomniał, bo w grudniu Rain pojawił się na planie razem z Brucem Willisem i Johnem Cussackiem podczas produkcji sensacyjnego thrillera "Prince".
Plan filmowy i studio nagraniowe, to nie jedyne miejsca, które Rain odwiedzał w ostatnim czasie. Kilka tygodni temu wystartowało reality show z jego udziałem, zatytułowane tak jak nowy album piosenkarza - "Rain Effect". Oczywiście chodzi o przypomnienie się odbiorcom po dwuletniej przerwie spowodowanej służbą wojskową.
Ten temat także wymaga kilku słów komentarza, bowiem bohater dzisiejszego wpisu zdążył załapać się na aferę związaną z celebrytami w wojsku. O koreańskiej służbie wojskowej i celebryckich aferach pisałem >>TUTAJ<<, teraz zajmę się przypaqdkiem samego Raina. Jego kłopoty zaczęły się jeszcze przed medialnym śledztwem, kiedy przyłapano go na randkowaniu w trakcie odbywania służby, do tego jego twarz przewinęła się na nagraniach z imprez całego oddziału, jednak zaden z zarzutów nie okazał się dość poważny i jego przewinienia rozeszły się po kościach.
Jednak, choć koszary Rain opuścił na początku lipca, chmury nad jego głową zbierały się jeszcze przez jakiś czas. Kiedy wspomniana afera zataczała coraz szersze kręgi pojawiły się nie tylko plotki, ale i dowody świadczące, że piosenkarz nigdy nie złożył aplikacji do oddziału celebryckiego i tym samym powinien był odbywać zwykłą służbę wojskową. Zaczęły pojawiać się głosy, że Rain powinien zostać na powrót wcielony do armii i odbyć służbę od nowa. Wobec publicznej i politycznej presji, wojsko gotowe było ulec, jednak nie miało środków prawnych, by zmusić Raina do ponownego zapisania się do wojska. Temat ciągnął się jeszcze w grudniu, kiedy obywatel złożył formalną skargę na kilku celebrytów, w tym Raina, o naruszenie zasad służby, jednak decyzją sądu Rainowi ponownie się upiekło.
No, ale to wszystko już za nami, Rain powrócił do robienia muzyki i przyznam, że choć mam sporo zastrzeżeń, jego nowe propozycje z wielu względów wydają mi się ciekawe. Zaczynamy od "LA Song", bo ten kawałek bardziej przypadł mi do gustu i wydaje mi się bardziej istotny.
Zacznę od tego, co zdecydowanie nie przypadło mi do gustu. Tekst piosenki, i nie chodzi o banalny refren, tylko o zwrotki. Rozumiem, że miało być żartobliwie i z dystansem, ale wyszło raczej czerstwo i pozersko. Nie lubię tego typu tekstów, a ten wydaje mi się nieudany. W dodatku dużo tutaj "engrish" i to nie polegającego na złej wymowie, a na złym doborze słów i braku gramatycznej poprawności. Ciekawi >>TUTAJ<< znajdą alternatywne, lepsze tłumaczenie, choć poprawie ulega jedynie jakość tłumaczenia, a nie mój odbiór tekstu.
I to by było tyleco do zarzutów pod adresem piosenki, bo kawałek po prostu mi się spodobał. Nie jest może idealny, gdzieś w zwrotkach jest w kilku momentach trochę "meh", a i refren jest cholernie pretensjonalny - znów, nie ze względu na prostotę, a z uwagi na sposób śpiewania - i choć mnie przypadł do gustu, to zrozumiem, jeśli ktoś uzna go niestrawnym. Jednak w moim wypadku ogólny odbiór piosenki jest zdecydowanie dodatni.
Szczególnie punktuje podkład, który naraz jest materiałem na przebój, ale także został skomponowany i wyprodukowany z dużym wyczuciem. Tym, co najbardziej rzuca się w uszy jest sekcja dęta, celowo nawiązująca do latynoskich - szczególnie meksykańskich - klimatów. Ale to nie jedyny jasny punkt, świetną decyzją jest też wprowadzenie gitary i to elektrycznej, kojarzącej się bardziej z Santaną niż z gościem w sombrero.
Jednak moim ulubionym momentem są te basowe przejścia w obrębie refrenu, dodające lekko funkowego klimatu, ale nie niszczące przy tym całokształtu latynoskiej stylizacji. Podobnie z perkusją, która choć ma w swoim brzmieniu coś z retro, to sam beat wystukuje bardzo nowocześnie. Dodajmy do tego elektroniczne ozdobniki, czy wysamplowane rżenie konia i dostajemy przesympatyczny, złożony, ale wciąż chwytliwy i nade wszystko żywy, naładowany energią kawałek. Podumać przy tym się nie da, ale słucham z niekłamaną przyjemnością.
Teledysk... Z jednej strony wydaje mi się bliższy do czegoś, co bez zająknięcia nazwałbym bardzo udanym, z drugiej strony ma dwie rzeczy, do których muszę się przyczepić. Pierwsza to ta koszmarna scena z latynoską i jej cieniem. W najlepszym razie mogę to poczytać za rasistowski suchar - przemyślane, ale nieudane posunięcie. W każdym innym wypadku ta scena po prostu wydaje się głupia. Quasi-innuendo w postaci pompowania samochodu z kogutem na dachu i pieszczenia półtuszy czy innego świńskiego tyłka - może śmieszyć, może nie śmieszyć, ale przynajmniej nie jest głupie.
Mój drugi problem to... Nawet nie wiem jak to nazwać. Nie jestem jakimś wrażliwcem na tle rasowych stereotypów, nie przeszkadza mi też, kiedy w filmie wszyscy aktorzy są biali - powiem więcej takie wyliczanie "kolorowych" wydaje mi się prawdziwym przejawem rasizmu. A jednak te proporcje między prawdziwymi latynosami i koreańczykami przebranymi za latynosów - coż, wydają mi się dziwne. Jak chcieli latynoskie twarze w klipie, to mogli skołować chociaż jednego tancerza lub tancerkę do głównej ekipy tanecznej, a nie dodawać ich na zasadzie ciekawostki czy urozmaicenia tła.
Poza tym klip jest naprawdę dobry - pasuje do szalonego, lekkiego klimatu piosenki, oddaje jego nastrój. Jest przy tym oryginalny w swoim szaleństwie, bo zamiast konfettti na koniec teledysku tańczących zasypuje pierze, a pod dachem tej brudnej hali ni stąd, ni zowąd zawieszona zostaje dyskotekowa kula. Do tego większość tanecznych sekwencji, które są sednem klipu, jest zwyczajnie imponująca. Najłatwiej porównać mi ten teledysk do "Ringa Linga" (>>TUTAJ<<) Taeyanga, ale nie do wersji tanecznej, a do głównej - tej z G-Dragonem. W tym porównaniu zdecydwanie lepiej wypada klip Raina, dlatego bo wydaje się mniej wydumany, a za to o wiele bardziej spontaniczny, przy czym czysto technicznie oba są wykonane świetnie.
Zanim przejdę do następnej piosenki, rzucę jeszcze jedną myśl. Zaczynam się zastanawiać, czy latynoskie inspiracje nie będą motywem przewodnim tego roku w kpopie, tak jak disco było motywem przewodnim 2013. Tuż przed świętami Son Dam Bi wydała "Red Candle" (>>TUTAJ<<) inspirowane brzmieniem Ameryki Południowej, teraz Rain... Jeszcze jedna czy dwie piosenki i będę miał coś na kształt dowodu.
Po fragmencie zaprezentowanym w teledysku do "LA Song" spodziewałem się czegoś lepszego. Tymczasem to nagranie jest dla mnie przeciętne - ma bardzo dobry refren, ale zwrotki są nudne i nijakie, brzmią jak fragment niezbyt udanego nagrania jakiegoś boysbandu. Refren jest zmanierowany, ale przynajmniej ciekawy i zapada w pamięć. O podkładzie nie będę się rozwodził, bo tego typu elektronika to nie moja bajka. Uszu mi nie pokaleczył, ale znów - poza refrenem jest po prostu zbyt nudno.
Po raz kolejny nie trafia do mnie tekst - w sumie trudno, żeby trafiał skoro to pożywka dla erotycznych fantazji zapatrzonych w wokalistę fanek. To nie krytyka, bo po żeńskiej stronie barykady nierzadko mamy to samo tylko skierowane do męskich odbiorców, po prostu stwierdzam fakt. Znów kłuje mnie w uszy "engrish" i tylko zastanawiam się, czy wymawianie "30" jako "dirty" to lapsus, czy jednak celowy zabieg. Przyznam, ze piosenka wypada jednak lepiej ze słowem dirty (dosł. brudny; w kontekście - rozpalony w sensie seksualnym). Tłumaczenie >>TUTAJ<<.
Teledysk jest dosyć sztampowy, ale całkiem niezły, bo wpasowuje się w klimat piosenki. Przy tym trzeba wziąć poprawkę, że album promują dwa teledyski, a to rzadko kiedy oznacza dwie udane produkcje. Mam tu w zasadzie jedno zastrzeżenie i to wyjątkowo natury technicznej. Wszystko przy okazji kręcenia układu zostało zrobione według książki, z jednym wyjątkiem. Przy tego typu scenach z nienaturalnym oświetleniem i abstrakcyjną scenografią, trzeba zmienić klatkaż, żeby sam ruch wypadał mniej naturalnie, mniej organicznie, i przez to dopasowywał się w tym względzie do reszty obrazu. Niby szczegół, ale dla mnie psuje ogólne odczucie płynące z oglądania.
Pora podsumować ten tekst, bo się późno zrobiło. Będę szczerze zdiwiony, jeżeli Rain nie zatriumfuje na listach przebojów. Obie piosenki są na swój sposób udane - jeżeli weźmiemy uwagę, że "30Sexy" jest dokładnie tym, co fanki chciały usłyszeć. Ponadto w tej chwili Rain nie ma za dużej konkurencji. Ailee ma tydzień opóźnienia w stosunku do niego, Girl's Day to jeszcze nie ten kaliber popularności. Jest jeszcze IU, która swojej piosenki chyba nie będzie promować, w dodatku pocodzi z repackage'u albumu, a "Flower" (>>TUTAJ<<) Junhyunga jest już chyba za długo na listach, by konkurować z Rainem. Co prawda Rain też jeszcze nie pojawił się na scenie, ale biorąc pod uwagę układy taneczne, jest to raczej kwestia "kiedy", a nie "czy".
sobota, 4 stycznia 2014
Zion.T - Miss Kim + Babay (feat. Gaeko) + Two Melodies (feat. Crush)
Dzisiaj pora na drugi z zaległych wpisów. Ten z wierzchu jest nieco świeższy od poprzedniego, bo pierwsza z omwianych piosenek pochodzi z grudniowego wydawnictwa, jednak w dalszej części cofnę się też do utworów z początku minionego roku. Zgodnie z obietnicą dziś bohaterem będzie Zion.T.
Zion.T to jedna ze wschodzących gwiazd koreańskiej sceny muzycznej. Debiutował w roku 2011 i pomału wkradał się do świadomości szerszego grona odbiorców. Wciąż nie mogę go jeszcze nazwać gwiazdą pierwszego formatu, jednak minione 12 miesięcy zdecydowanie przybliżyło go do takiego statusu. Kilka kolaboracji z bardzo popularnymi wykonawcami jak Dynamic Duo czy G-Dragon, studyjny album "Red Light" i wydany pod koniec roku mini-album "Mirror Ball", to wszystko składa się na obraz pracowitego i udanego - tak muzycznie jak i komercyjnie - okresu.
Podobnie jak w wypadku jego kolegów z wytwórni Amoeba Culture - Dynamic Duo - także Zion.T nie jest postacią, która poddaje się muzycznemu szufladkowaniu. Nie dość, że jest nie tylko wokalistą, ale i kompozytorem, to jeszcze w jego muzyce trudno uchwycić jeden motyw przewodni, który pozwoliłby choćby przyporządkować mu jakiś jeden gatunek. Wśród utworów, w których maczał palce, znajdziemy kompozycje i bardziej instrumentalne, i bardziej elektroniczne, szybsze i wolniejsze, śpiewane i rapowane, inspirowane tak muzycznymi nowinkami jak i trzaskiem winylu. Chyba jedynym spójnikiem jest tu fakt, że nie słyszałem jeszcze projektu z jego udziałem, który byłby pozbawiony klimatu.
"Miss Kim" to utwór promujący mini-album "Mirror Ball". Jeżeli ten specyficzny klimat trafił do Was, gorąco polecam poszukać całej płytki, to w sumie raptem 3 piosenki + intro, jakieś 10 minut słuchania, ale nie o ilość idzie o jakość. Zion.T zaskoczył mnie tym wydawnictwem, "Spin, spin" to żywa, ale wciąż bardzo subtelna muzycznie kompozycja, z kolei "Madame" to niespełna trzyminutowa piosenka, która zdaje się trwać całą wieczność i jest to wieczność bardzo miło spędzona.
Jednak wydawnictwo promuje "Miss Kim" i na tym kawałku się skupię. Podoba mi się już sam pomysł na to nagranie - sięgnięcie po brzmienie nie tylko bardzo odległe w czasie, ale na dodatek niezwykle rzadko odświeżane, przynajmniej nie w formie singli. Jeszcze lepsze jest wdrożenie tego pomysłu w życie. Główną funkcją podkładu jest wyraźne zarysowanie rytmu, ale bez zakłócania przebiegu wokalu. Dlatego jednym z instrumentów wybijających tempo jest harmonia, a perkusja choć obecna, jest wygłuszona by jej uderzenia nie przerywały ciszy.
Także linia basu jest wysoce rytmiczna, ale ma ona także pewien ładunek emocjonalny - zmiany w tonacji w obrębie tej linii pozwalają budować napięcdie wewnątrz utworu. Do tego wzmacniać odbiór piosenki mają wstawki smyczkowo-chórkowe, które od strony technicznej ciekawie się ze sobą splatają. Oczywiście na pierwszym planie jest wokal - to on prowadzi melodię, to on prowadzi narrację - tak dosłownie, jak i od strony emocjonalnej. Wszystko inne jest tu tylko nastrojowym tłem - dekoracją za plecami aktora.
Świetna piosenka została opatrzona równie udanym teledyskiem, który polecam oglądać na pełnym ekranie - wtedy jeszcze bardziej czuć ten przesiąknięty, deszczem, zimnem i pustką klimat. Jednocześnie ciekawa stylizacja sprawia, że obraz nie tylko idzie w parzez brzmieniem utworu, ale także nie wydaje się ani wtórny, ani nawet sztampowy. Nawet przemycony układ taneczny wydaje się być na swoim miejscu.
"Babay" to singiel promujący album "Red Light" wydany w 2013 roku. Z jednej strony to całkiem inna bestia niż zaprezentowana powyżej "Miss Kim". Z drugiej strony łatwo wyczuć jakąś niedostrzegalną nić wiżącą oba nagrania - choć emocje zupełnie różne, choć brzmienie czerpie inspiracje z różnych źródeł, to jednak jest w tym jakaś spójna subtelność. Obie piosenki skomponowane i wykonane zostały z pewną gracją, która sprawia, że choć nie przeprowadzają frontalnego szturmu na uszy, to nie tylko nie nudzą, ale jeszcze zapadają w pamięć.
Wydawałoby się, że "Babay" jest kawałkiem żywszym, ale ze względu na swoją gładkość, na mniejsze zaangażowanie emocjonalne, a co za tym idzie niższy stopień ekspresji, ten utwór odbieram nawet jako spokojniejszy z pary. Haczykiem jest tu oczywiście charakterystyczny głos Ziona.T, choć muszę też przyznać, że ta piosenka nie trafiła do mnie aż tak bardzo jak "Miss Kim" ze względu na nieciekawy tekst. Sam pomysł nie jest zły, rozumiem, że to "baby" ma być nieco żartobliwe, że to nie jest muzyczna napinka, czy nawet próba roztopienia żeńskiej publiczności, ale wciąż nie potrafię przebić się przede wszystkim przez pokłady "engrish" zalegające w tym tekście - odbierają mi troszkę z przyjemności słuchania tego dobrego nagrania.
W ramach rekompensaty dostaję teledysk, który znów jest ciekawy, a przede wszystkim oryginalny. Podoba mi się mieszanka absurdu rodem z "Tytusa, Romka i A'tomka" ze slapstickowymi gagami rodem ze starych kreskówek i komedii. To wszystko zostało opatrzone dość wyrazistą i adekwatną formułą wizualną, której istotną częścią są statyczne ujęcia kamery filmującej kolejne plany ze ściśle określonego punktu widzenia. Nie wiem, czy klip zmieści się na mojej liście, więc zaznaczę tutaj, że to jeden z ciekawszych teledysków mijającego roku.
Ostatnia piosenka w tym wpisie jest chyba zarazem moją ulubioną. To część jakiegoś większego projektu realizowanego przez wytwórnię Amoeba Culture. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, istotne jest dla mnie to, że dostaję kolejną przyjemnie miękką piosenkę, tym razem opatrzoną nie jednym, a dwoma ciekawymi głosami, które sprawiają, że całości słucha się z zainteresowaniem. Ponadto tekst jest zgrabnie napisany i pasujący do muzyki - kombinacja podkładu, wokali i słów sprawia, że przekaz utworu wydaje się bardzo autentyczny i szczery, nie napompowany na potrzeby piosenki, a płynący z serca.
Teledysk... Nie przeszkadza w odbiorze piosenki, powiedziałbym nawet, że jest z nią bardzo spójny, ale sam w sobie nie stanowi wartości dodanej. Pewne motywy miękkości, delikatności, wrażliwości, ale i izolacji, w nienachalny sposób wypływają z tego obrazu, ale jest to bardziej kwestią bardzo dobrego warsztatu filmowców niż jakiegoś poważniejszego pomysłu na klip. Dużą rolę odgrywa kompozycja kadrów, oświetlenie, ostrość, nasycenie kolorów, natomiast sama zawartość klipu nie zapada w pamięć. W żadnym razie nie nazwałbym tego teledysku złym, nie jest to nawet próba krytyki, bo uważam, że jest zwyczajnie dobry - spełnia swoją funkcję, natomiast nie daje zbyt wielu powodów, by się nad nim rozwodzić.
To w zasadzie wszystko, co miałem na dzisiaj do przekazania. No może jeszcze dodam, że wypatruję z ciekawością, co Zion.T zapropnuje słuchaczom w tym roku. Tym tekstem zamykam rok 2013, co prawda możliwe, że jeszcze kiedyś wrócę do jakiejś zagubionej perełki, ale na dziś czuję, że najistotniejsze dla mnie punkty minionego roku zostały stosownie rozwinięte. Można z czystym sumieniem siadać do podsumowań, ale także wziąć się za noworoczne nowinki, bo kpopowa branża nie śpi. Tylko ten tydzień przyniósł przynajmniej dwie piosenki, które powinienem szerzej opisać.
Zion.T to jedna ze wschodzących gwiazd koreańskiej sceny muzycznej. Debiutował w roku 2011 i pomału wkradał się do świadomości szerszego grona odbiorców. Wciąż nie mogę go jeszcze nazwać gwiazdą pierwszego formatu, jednak minione 12 miesięcy zdecydowanie przybliżyło go do takiego statusu. Kilka kolaboracji z bardzo popularnymi wykonawcami jak Dynamic Duo czy G-Dragon, studyjny album "Red Light" i wydany pod koniec roku mini-album "Mirror Ball", to wszystko składa się na obraz pracowitego i udanego - tak muzycznie jak i komercyjnie - okresu.
Podobnie jak w wypadku jego kolegów z wytwórni Amoeba Culture - Dynamic Duo - także Zion.T nie jest postacią, która poddaje się muzycznemu szufladkowaniu. Nie dość, że jest nie tylko wokalistą, ale i kompozytorem, to jeszcze w jego muzyce trudno uchwycić jeden motyw przewodni, który pozwoliłby choćby przyporządkować mu jakiś jeden gatunek. Wśród utworów, w których maczał palce, znajdziemy kompozycje i bardziej instrumentalne, i bardziej elektroniczne, szybsze i wolniejsze, śpiewane i rapowane, inspirowane tak muzycznymi nowinkami jak i trzaskiem winylu. Chyba jedynym spójnikiem jest tu fakt, że nie słyszałem jeszcze projektu z jego udziałem, który byłby pozbawiony klimatu.
"Miss Kim" to utwór promujący mini-album "Mirror Ball". Jeżeli ten specyficzny klimat trafił do Was, gorąco polecam poszukać całej płytki, to w sumie raptem 3 piosenki + intro, jakieś 10 minut słuchania, ale nie o ilość idzie o jakość. Zion.T zaskoczył mnie tym wydawnictwem, "Spin, spin" to żywa, ale wciąż bardzo subtelna muzycznie kompozycja, z kolei "Madame" to niespełna trzyminutowa piosenka, która zdaje się trwać całą wieczność i jest to wieczność bardzo miło spędzona.
Jednak wydawnictwo promuje "Miss Kim" i na tym kawałku się skupię. Podoba mi się już sam pomysł na to nagranie - sięgnięcie po brzmienie nie tylko bardzo odległe w czasie, ale na dodatek niezwykle rzadko odświeżane, przynajmniej nie w formie singli. Jeszcze lepsze jest wdrożenie tego pomysłu w życie. Główną funkcją podkładu jest wyraźne zarysowanie rytmu, ale bez zakłócania przebiegu wokalu. Dlatego jednym z instrumentów wybijających tempo jest harmonia, a perkusja choć obecna, jest wygłuszona by jej uderzenia nie przerywały ciszy.
Także linia basu jest wysoce rytmiczna, ale ma ona także pewien ładunek emocjonalny - zmiany w tonacji w obrębie tej linii pozwalają budować napięcdie wewnątrz utworu. Do tego wzmacniać odbiór piosenki mają wstawki smyczkowo-chórkowe, które od strony technicznej ciekawie się ze sobą splatają. Oczywiście na pierwszym planie jest wokal - to on prowadzi melodię, to on prowadzi narrację - tak dosłownie, jak i od strony emocjonalnej. Wszystko inne jest tu tylko nastrojowym tłem - dekoracją za plecami aktora.
Świetna piosenka została opatrzona równie udanym teledyskiem, który polecam oglądać na pełnym ekranie - wtedy jeszcze bardziej czuć ten przesiąknięty, deszczem, zimnem i pustką klimat. Jednocześnie ciekawa stylizacja sprawia, że obraz nie tylko idzie w parzez brzmieniem utworu, ale także nie wydaje się ani wtórny, ani nawet sztampowy. Nawet przemycony układ taneczny wydaje się być na swoim miejscu.
"Babay" to singiel promujący album "Red Light" wydany w 2013 roku. Z jednej strony to całkiem inna bestia niż zaprezentowana powyżej "Miss Kim". Z drugiej strony łatwo wyczuć jakąś niedostrzegalną nić wiżącą oba nagrania - choć emocje zupełnie różne, choć brzmienie czerpie inspiracje z różnych źródeł, to jednak jest w tym jakaś spójna subtelność. Obie piosenki skomponowane i wykonane zostały z pewną gracją, która sprawia, że choć nie przeprowadzają frontalnego szturmu na uszy, to nie tylko nie nudzą, ale jeszcze zapadają w pamięć.
Wydawałoby się, że "Babay" jest kawałkiem żywszym, ale ze względu na swoją gładkość, na mniejsze zaangażowanie emocjonalne, a co za tym idzie niższy stopień ekspresji, ten utwór odbieram nawet jako spokojniejszy z pary. Haczykiem jest tu oczywiście charakterystyczny głos Ziona.T, choć muszę też przyznać, że ta piosenka nie trafiła do mnie aż tak bardzo jak "Miss Kim" ze względu na nieciekawy tekst. Sam pomysł nie jest zły, rozumiem, że to "baby" ma być nieco żartobliwe, że to nie jest muzyczna napinka, czy nawet próba roztopienia żeńskiej publiczności, ale wciąż nie potrafię przebić się przede wszystkim przez pokłady "engrish" zalegające w tym tekście - odbierają mi troszkę z przyjemności słuchania tego dobrego nagrania.
W ramach rekompensaty dostaję teledysk, który znów jest ciekawy, a przede wszystkim oryginalny. Podoba mi się mieszanka absurdu rodem z "Tytusa, Romka i A'tomka" ze slapstickowymi gagami rodem ze starych kreskówek i komedii. To wszystko zostało opatrzone dość wyrazistą i adekwatną formułą wizualną, której istotną częścią są statyczne ujęcia kamery filmującej kolejne plany ze ściśle określonego punktu widzenia. Nie wiem, czy klip zmieści się na mojej liście, więc zaznaczę tutaj, że to jeden z ciekawszych teledysków mijającego roku.
Ostatnia piosenka w tym wpisie jest chyba zarazem moją ulubioną. To część jakiegoś większego projektu realizowanego przez wytwórnię Amoeba Culture. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, istotne jest dla mnie to, że dostaję kolejną przyjemnie miękką piosenkę, tym razem opatrzoną nie jednym, a dwoma ciekawymi głosami, które sprawiają, że całości słucha się z zainteresowaniem. Ponadto tekst jest zgrabnie napisany i pasujący do muzyki - kombinacja podkładu, wokali i słów sprawia, że przekaz utworu wydaje się bardzo autentyczny i szczery, nie napompowany na potrzeby piosenki, a płynący z serca.
Teledysk... Nie przeszkadza w odbiorze piosenki, powiedziałbym nawet, że jest z nią bardzo spójny, ale sam w sobie nie stanowi wartości dodanej. Pewne motywy miękkości, delikatności, wrażliwości, ale i izolacji, w nienachalny sposób wypływają z tego obrazu, ale jest to bardziej kwestią bardzo dobrego warsztatu filmowców niż jakiegoś poważniejszego pomysłu na klip. Dużą rolę odgrywa kompozycja kadrów, oświetlenie, ostrość, nasycenie kolorów, natomiast sama zawartość klipu nie zapada w pamięć. W żadnym razie nie nazwałbym tego teledysku złym, nie jest to nawet próba krytyki, bo uważam, że jest zwyczajnie dobry - spełnia swoją funkcję, natomiast nie daje zbyt wielu powodów, by się nad nim rozwodzić.
To w zasadzie wszystko, co miałem na dzisiaj do przekazania. No może jeszcze dodam, że wypatruję z ciekawością, co Zion.T zapropnuje słuchaczom w tym roku. Tym tekstem zamykam rok 2013, co prawda możliwe, że jeszcze kiedyś wrócę do jakiejś zagubionej perełki, ale na dziś czuję, że najistotniejsze dla mnie punkty minionego roku zostały stosownie rozwinięte. Można z czystym sumieniem siadać do podsumowań, ale także wziąć się za noworoczne nowinki, bo kpopowa branża nie śpi. Tylko ten tydzień przyniósł przynajmniej dwie piosenki, które powinienem szerzej opisać.
piątek, 3 stycznia 2014
Dynamic Duo - BAAAM (feat. Muzie) + Hot Wings (feat. Hyorin) + Three Dopeboyz (feat. Zion.T)
Nowy rok, najwyższa pora zacząć podsumowywać ostatnie 12 miesięcy. A jednak czekających na moje osobiste podsumowania potrzymam jeszcze chwilę w niepewności, bo od dłuższego czasu na sumieniu mam przynajmniej kilka tekstów poświęconych piosenkom, które w mijającym roku z takich czy innych powodów odpuściłem. Na pewno nie nadrobię wszystkich zaległości, ale czuję się w obowiązku poruszyć dwa dość istotne, a przy tym ciekawe tematy, które najbardziej mi ciążą.
Pierwszym z nich jest Dynamic Duo - formacja złożona z Choizy i Gaeko. Zdefiniowanie ich twórczości to trudna sprawa. Niezaprzeczalnie ich korzenie tkwią w hip-hopie, a jednak wrzucenie ich do jednej szufladki z czarnoskórymi alfonsami obwieszonymi złotem i białymi, cherlawymi chojrakami w dresach, byłoby nad wyraz krzywdzące. Ani treść nie jest tu przesadnie hip-hopowa, bo nie ma ani szarych bloków, ani pozłacanych mercedesów, ani muzyka nie brzmi jak facet ze złotymi zębami. Z drugiej strony rap, nieco śmielsze teksty i muzyczna niezależność sprawiają, że także trudno podciągnąć ten proceder pod kpop. Ni pies, ni wydra, ale słucha się tego całkiem przyjemnie.
"BAAAM" to piosenka która promowała tegoroczny album grupy zatytułowany "LUCKYNUMBERS". Tak piosenka, jak i całe wydawnictwo okazały się wielkimi przebojami, w pewnym momencie piosenki z tego krążka absolutnie zdominowały tygodniowe notowania list przebojów, okupując większość miejsc w pierwszych dziesiątkach.
Przyznaję się bez bicia - nie przesłuchałem całego albumu, który zdaje się mieć w sobie nieco więcej z hip-hopowego brzmienia, które specjalnie mnie nie pociąga. Jednak nie wykluczam, że jest to błąd z mojej strony. Pierwotnie nie znalazłem także czasu by napisać o samym "BAAAM", bo nie dość, że miałem pod dostatkiem innych tematów, to piosenka poniekąd wpisała się w tegoroczny nurt dominacji disco, przez co nie była dla mnie aż tak ciekawą nowinką.
Prawdopodobnie odpuściłbym sobie wpis na temat Dynamic Duo gdyby nie to, że bodaj pod koniec listopada wypuszczono dwa kolejne teledyski do piosenek z wspomnianego albumu i w efekcie temat zrobił się dostatecznie opasły i ciekawy, by dłużej go nie ignorować. Zanim przejdę do kolejnych nagrań, podrążę jeszcze temat "BAAAM".
To takie spotkanie idealnie w pół drogi między kpopem i hip-hopem. Wspomniałem już o dostosowaniu się do popularnego w tym roku w kpopie nurtu disco, ale jest tu znacznie więcej ukłonów w kierunku koreańskiego mainstreamu - choćby w postaci tancerek, no bo kpopowy występ bez tańca to nie występ. Słychać też trochę drażniącego "engrish" i mamy wokalny haczyk całkiem pozbawiony treści. Tekst jest nieco lepszy niż sugerują to napisy na YT, chociaż nie jest też przesadnie oryginalny, angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
To, co podoba mi się w tym projekcie, to muzyka i teledysk. Podkład jest ciekawą mieszanką dosyć niskich, wytłumionych dźwięków i wysoko brzmiących akcentów, które ożywiają utwór, tworząc nagranie z jednej strony spokojne, mało pretensjonalne, z drugiej strony wciąż ciekawe, nie monotonne. Sam teledysk jest bardzo prosty, w dodatku wypełniony czernią, ale przez to dobrze dopasowuje się do charakteru piosenki, która przecież też nie przypuszcza szarży na uszy słuchacza. Do tego czerwono-zielone oświetlenie nie tylko podsuwa skojarzenie z disco, ale także sprawia, że całość jest rozpoznawalna.
Nie będę ukrywał, że ten tekst powstaje głównie z uwagi na ten teledysk i tę piosenkę - "Hot Wings". Od strony wizualnej jestem pod dużym wrażeniem tego jak filmowcom udało się przemycić motyw kobiety-ozdoby nie będąc przy tym wulgarnym. Większość tego typu teledysków jest albo koszmarna od strony estetycznej, albo mija się z celem nie będąc dostatecznie seksowną. Tutaj wstrzelono się idealnie w środek tablicy, bo trudno nie obłapiać dziewczyny wilczym spojrzeniem, a jednak nie może być mowy o jakimś niesmaku, o poczuciu naciągania słuchaczy na panią o pełnych kształtach i ładnej buzi.
Częściowo na sukces składa się spokojne, subtelne, nawet nieco erotyczne - ale nie w sensie pornograficznym - poprowadzenie kamery. Dziewczyna, jej uroda i wdzięki są tu raczej opiewane, a nie sprzedawane. Drugim składnikiem sukcesu jest na pewno spójność z brzmieniem i treścią piosenki. Wieczór, hotel, widok na ocean i wspólna kapiel z piękną kobietą, której... łopatki są tak wychwalane w refrenie. Oczywiście jest tu troszkę erotyki, ale od piosenki bardziej bije spokojem, atmosferą relaksu niż pierwotną chucią. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.
Muzyka jest przyjemnie leniwa, niespieszna, melodyjna i kojąca - takie "Chwilo trwaj!" zagrane na instrumentach. Zaskakująco nieznaczną rolę odgrywa tu Hyorin i jej głos. Nie mówię, że jej włączenie do projektu jest złym pomysłem, ani tym bardziej, że jej wykonanie zawodzi - w żadnym razie. Natomiast gdyby piosenka została nagrana bez jej gościnnego udziału, w moim odczuciu wciąż byłaby dobra.
Kończąc wątek tego projektu muszę jeszcze wspomnieć o finale teledysku, który położył mnie - nomen omen - na łopatki. Ta stylizacja na przełom lat 70-tych i 80-tych - fryzury, garniaki, koszmarna kolorystyka i efekt "3D". No i te przejścia w kształcie gwiazd, efekty przenikania, a ponad wszystko pozy Choizy i Gaeko - uwielbiam, kiedy filmowcy bawią się w takie zabiegi. Aha, jeszcze jedno słówko wyjaśnienia - w teledysku jest ocenzurowane cygaro. Po prostu w Korei cenzuruje się papierosy, cygara itp. Z jednej strony śmieszne - jak to zawsze z cenzurą. Z drugiej strony nie można nie pochwalać prób ograniczenia wpływu negatywnych wzorców.
Ostatni teledysk to projekt na wskroś hip-hopowy i z racji tego najmniej do mnie przemawiający. Jest tu kilka intrygujących dźwięków, ale koniec końców nie mam ochoty przesłuchiwać tej piosenki raz za razem. Od strony tekstu to z jednej strony kolejna raperska narcystyczna laurka, z drugiej strony jest tu i coś nietypowego, bo o ile myśl przewodnia jest taka jak zawsze - jestem lepszy od konkurencji - to sama treść nie tylko kontrastuje z tym co przeważnie przewija się przez takie utwory, ale nieco obśmiewa bogatych biedaków, którzy śpiewają o swoich ubogich korzeniach jednocześnie epatując materialnym blichtrem. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Sam teledysk jest utrzymany w podobnej estetyce, co klip do "BAAAM", choć z racji innego charakteru, innej dynamiki, obraz musi różnić się intensywnością, sposobem montażu i kadrowania. Więcej mamy tutaj gadających głów, bo sednem nagrania jest rap, więcej mamy tu nasyconych kolorów, agresywnych zabiegów wizualnych, bo taki jest charakter piosrnki, a poza tym na ekranie musi się coś dziać. Biorąc pod uwagę, że to teledysk do b-side'u, nie ma co narzekać, bo klip trzyma poziom, nierzadko mniej pomysłowe i gorzej wykonane produkcje towarzyszą singlowym utworom.
"Three Dopeboyz" na łamach bloga zagościło z dwóch względów. Jednym jest moja obsesja na punkcie kompletności - nie mógłbym zasnąć, gdybym wyrzucił ten klip z wpisu. Drugim powodem jest towarzysz Choizy i Gaeko z tego teledysku, a także ich kolega z wytwórni - Zion.T. Chciałem cichcem wprowadzić go na scenę, bo to on będzie bohateem drugiego z zaległych wpisów, kto wie czy nie ciekawszego, a na pewno nieco mniej hip-hopowego.
Pierwszym z nich jest Dynamic Duo - formacja złożona z Choizy i Gaeko. Zdefiniowanie ich twórczości to trudna sprawa. Niezaprzeczalnie ich korzenie tkwią w hip-hopie, a jednak wrzucenie ich do jednej szufladki z czarnoskórymi alfonsami obwieszonymi złotem i białymi, cherlawymi chojrakami w dresach, byłoby nad wyraz krzywdzące. Ani treść nie jest tu przesadnie hip-hopowa, bo nie ma ani szarych bloków, ani pozłacanych mercedesów, ani muzyka nie brzmi jak facet ze złotymi zębami. Z drugiej strony rap, nieco śmielsze teksty i muzyczna niezależność sprawiają, że także trudno podciągnąć ten proceder pod kpop. Ni pies, ni wydra, ale słucha się tego całkiem przyjemnie.
"BAAAM" to piosenka która promowała tegoroczny album grupy zatytułowany "LUCKYNUMBERS". Tak piosenka, jak i całe wydawnictwo okazały się wielkimi przebojami, w pewnym momencie piosenki z tego krążka absolutnie zdominowały tygodniowe notowania list przebojów, okupując większość miejsc w pierwszych dziesiątkach.
Przyznaję się bez bicia - nie przesłuchałem całego albumu, który zdaje się mieć w sobie nieco więcej z hip-hopowego brzmienia, które specjalnie mnie nie pociąga. Jednak nie wykluczam, że jest to błąd z mojej strony. Pierwotnie nie znalazłem także czasu by napisać o samym "BAAAM", bo nie dość, że miałem pod dostatkiem innych tematów, to piosenka poniekąd wpisała się w tegoroczny nurt dominacji disco, przez co nie była dla mnie aż tak ciekawą nowinką.
Prawdopodobnie odpuściłbym sobie wpis na temat Dynamic Duo gdyby nie to, że bodaj pod koniec listopada wypuszczono dwa kolejne teledyski do piosenek z wspomnianego albumu i w efekcie temat zrobił się dostatecznie opasły i ciekawy, by dłużej go nie ignorować. Zanim przejdę do kolejnych nagrań, podrążę jeszcze temat "BAAAM".
To takie spotkanie idealnie w pół drogi między kpopem i hip-hopem. Wspomniałem już o dostosowaniu się do popularnego w tym roku w kpopie nurtu disco, ale jest tu znacznie więcej ukłonów w kierunku koreańskiego mainstreamu - choćby w postaci tancerek, no bo kpopowy występ bez tańca to nie występ. Słychać też trochę drażniącego "engrish" i mamy wokalny haczyk całkiem pozbawiony treści. Tekst jest nieco lepszy niż sugerują to napisy na YT, chociaż nie jest też przesadnie oryginalny, angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
To, co podoba mi się w tym projekcie, to muzyka i teledysk. Podkład jest ciekawą mieszanką dosyć niskich, wytłumionych dźwięków i wysoko brzmiących akcentów, które ożywiają utwór, tworząc nagranie z jednej strony spokojne, mało pretensjonalne, z drugiej strony wciąż ciekawe, nie monotonne. Sam teledysk jest bardzo prosty, w dodatku wypełniony czernią, ale przez to dobrze dopasowuje się do charakteru piosenki, która przecież też nie przypuszcza szarży na uszy słuchacza. Do tego czerwono-zielone oświetlenie nie tylko podsuwa skojarzenie z disco, ale także sprawia, że całość jest rozpoznawalna.
Nie będę ukrywał, że ten tekst powstaje głównie z uwagi na ten teledysk i tę piosenkę - "Hot Wings". Od strony wizualnej jestem pod dużym wrażeniem tego jak filmowcom udało się przemycić motyw kobiety-ozdoby nie będąc przy tym wulgarnym. Większość tego typu teledysków jest albo koszmarna od strony estetycznej, albo mija się z celem nie będąc dostatecznie seksowną. Tutaj wstrzelono się idealnie w środek tablicy, bo trudno nie obłapiać dziewczyny wilczym spojrzeniem, a jednak nie może być mowy o jakimś niesmaku, o poczuciu naciągania słuchaczy na panią o pełnych kształtach i ładnej buzi.
Częściowo na sukces składa się spokojne, subtelne, nawet nieco erotyczne - ale nie w sensie pornograficznym - poprowadzenie kamery. Dziewczyna, jej uroda i wdzięki są tu raczej opiewane, a nie sprzedawane. Drugim składnikiem sukcesu jest na pewno spójność z brzmieniem i treścią piosenki. Wieczór, hotel, widok na ocean i wspólna kapiel z piękną kobietą, której... łopatki są tak wychwalane w refrenie. Oczywiście jest tu troszkę erotyki, ale od piosenki bardziej bije spokojem, atmosferą relaksu niż pierwotną chucią. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.
Muzyka jest przyjemnie leniwa, niespieszna, melodyjna i kojąca - takie "Chwilo trwaj!" zagrane na instrumentach. Zaskakująco nieznaczną rolę odgrywa tu Hyorin i jej głos. Nie mówię, że jej włączenie do projektu jest złym pomysłem, ani tym bardziej, że jej wykonanie zawodzi - w żadnym razie. Natomiast gdyby piosenka została nagrana bez jej gościnnego udziału, w moim odczuciu wciąż byłaby dobra.
Kończąc wątek tego projektu muszę jeszcze wspomnieć o finale teledysku, który położył mnie - nomen omen - na łopatki. Ta stylizacja na przełom lat 70-tych i 80-tych - fryzury, garniaki, koszmarna kolorystyka i efekt "3D". No i te przejścia w kształcie gwiazd, efekty przenikania, a ponad wszystko pozy Choizy i Gaeko - uwielbiam, kiedy filmowcy bawią się w takie zabiegi. Aha, jeszcze jedno słówko wyjaśnienia - w teledysku jest ocenzurowane cygaro. Po prostu w Korei cenzuruje się papierosy, cygara itp. Z jednej strony śmieszne - jak to zawsze z cenzurą. Z drugiej strony nie można nie pochwalać prób ograniczenia wpływu negatywnych wzorców.
Ostatni teledysk to projekt na wskroś hip-hopowy i z racji tego najmniej do mnie przemawiający. Jest tu kilka intrygujących dźwięków, ale koniec końców nie mam ochoty przesłuchiwać tej piosenki raz za razem. Od strony tekstu to z jednej strony kolejna raperska narcystyczna laurka, z drugiej strony jest tu i coś nietypowego, bo o ile myśl przewodnia jest taka jak zawsze - jestem lepszy od konkurencji - to sama treść nie tylko kontrastuje z tym co przeważnie przewija się przez takie utwory, ale nieco obśmiewa bogatych biedaków, którzy śpiewają o swoich ubogich korzeniach jednocześnie epatując materialnym blichtrem. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Sam teledysk jest utrzymany w podobnej estetyce, co klip do "BAAAM", choć z racji innego charakteru, innej dynamiki, obraz musi różnić się intensywnością, sposobem montażu i kadrowania. Więcej mamy tutaj gadających głów, bo sednem nagrania jest rap, więcej mamy tu nasyconych kolorów, agresywnych zabiegów wizualnych, bo taki jest charakter piosrnki, a poza tym na ekranie musi się coś dziać. Biorąc pod uwagę, że to teledysk do b-side'u, nie ma co narzekać, bo klip trzyma poziom, nierzadko mniej pomysłowe i gorzej wykonane produkcje towarzyszą singlowym utworom.
"Three Dopeboyz" na łamach bloga zagościło z dwóch względów. Jednym jest moja obsesja na punkcie kompletności - nie mógłbym zasnąć, gdybym wyrzucił ten klip z wpisu. Drugim powodem jest towarzysz Choizy i Gaeko z tego teledysku, a także ich kolega z wytwórni - Zion.T. Chciałem cichcem wprowadzić go na scenę, bo to on będzie bohateem drugiego z zaległych wpisów, kto wie czy nie ciekawszego, a na pewno nieco mniej hip-hopowego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)