Dal Shabet. Ilekroć widzę nazwę tej formacji, myślę, że to imię jakiegoś demona. W walce z tym skojarzeniem wcale nie pomaga fakt, że często oba człony nazwy oddziela pięcioramienna gwiazdka. O, w ten sposób: Dal★Shabet. I jest to w zasadzie jedyne silne skojarzenie, jakie budzi we mnie ta grupa.
Oczywiście, gdzieś tam w zakamarkach pamięci czai się zeszłoroczne "Be Ambitious" (>>TUTAJ<<) - nie może być inaczej. Niestety dla grupy, nie tyle pamiętam piosenkę, co kontrowersje z nią związane - głupawy tekst, brzydki i - jak się okazało - obraźliwy dla niektórych osób teledysk, a na dokładkę choreografia, której głównym punktem było rozchylanie spódnic w trakcie refrenu. Poważnie.
Poza tym Dal Shabet to jedna z wielu żeńskich formacji, które mają jakąś tam pozycję, ale nie bardzo wiedzą jak się przebić na już bogatym rynku. Teoretycznie patronem formacji jest producencki duet E-Tribe, autorzy takich hitów jak "Gee" (>>TUTAJ<<) SNSD i "U Go Girl" Lee Hyori. Biorąc pod uwagę zaplecze grupy, jej umiarkowana popularność i trochę to dziwi, i zarazem wydaje się całkiem normalna.
Wydawałoby się, że takie wsparcie powinno gwarantować sukces, ale doświadczenie pokazuje, że prywatne projekty uznanych producentów nigdy nie są w stanie konkurować z tymi wykonywanymi na zlecenie dla większych wytwórni. W dodatku od pewnego czasu współpraca E-Tribe z Dal Shabet przestała być aż tak zażyła - co prawda formacja wciąż działa pod skrzydłami Happy Face Entertainment, czyli prywatnej wytwórni E-Tribe, ale za najnowszym singlem grupy stoi już inny znany producent - Shinsadong Tiger.
Nienawidzę lat 80-tych. Po prostu. Dal Shabet jest mi co najwyżej obojętne, szczególnie po zeszłorocznej wtopie z "Be Ambitious". Być może z tych powodów miałem zaniżone oczekiwania względem tego projektu. Tak czy inaczej piosenka wzięła mnie z zaskoczenia i strasznie przypadła do gustu. Chociaż sprowadzenie tej sytuacji jedynie do moich niskich oczekiwań zdecydowanie nie byłoby uczciwe. Utwór niemal wszystko, do czego mógłbym się przyczepić, robi co najmniej dobrze, na dodatek głównie ze względu na to, że jest wystylizowany na lata 80-te i dlatego, że wykonuje ją właśnie Dal Shabet.
Zacznijmy może od kompozycji. Shinsadong Tiger wie jak napisać przebój. Ta piosenka brzmi jak zlepek najciekawszy motywów muzycznych tamtej dekady, dlatego - chociaż nie lubię takiej estetyki, nie mogę kręcić nosem na tę konkretną piosenkę. Jest tu też pewna zmiana w stosunku do pierwowzorów sprzed lat. Tamte utwory przeważnie przedstawiały swoją często obciachową elektronikę jako walor sam w sobie. Tutaj ta elektronika jest tylko elementem kompozycji, rzadko kiedy pozostaje naga, nie poparta wokalami czy choćby wyciszonymi chórkami. Dawne kompozycje raziły pustką wiejącą spomiędzy elektronicznych dźwięków, tu tej pustki zwyczajnie nie ma i dlatego całość jest o wiele bardziej strawna.
Po wyeliminowaniu głównej wady związanej z taką stylizacją, natychmiast obranie tak nietypowego kierunku staje się niebagatelnym atutem w rękach grupy, z jednej prostej przyczyny - oryginalności. Zauważyłem, że nie jestem odosobniony w swojej niechęci do muzyki lat 80-tych, co sprawia, że stylizacje na tamten okres wciąż należą do rzadkości. Odważając się na krok w tamtym kierunku grupa wnosi powiew świeżości nie tylko na koreański rynek muzyczny.
Atutem jest tu też samo wykonanie. Piosenka wydaje się być skrojona na miarę dla Dal Shabet, a przynajmniej trudno mi wyobrazić sobie którąś z topowych formacji na ich miejscu. Jedynym wyjątkiem zdaje się być T-ara, która ma niejako monopol na kombinację Shinsadong Tiger + retro i ten koncept zapewne uciągnęłaby z równym wdziękiem. Bo właśnie o wdzięk tutaj chodzi. Głosy grupy nie powalają mnie techniką czy mocą, ale każda barwa zdaje się idealnie dopasowana do wykonywanego segmentu, a sam sposób śpiewania nie jest ani przesadnie nadęty i poważny, ale nie sprawia wrażenia żartu czy parodii.
Od strony wizualnej Dal Shabet póki co nie przykuło mojej uwagi i ten teledysk tego nie zmieni. Dziewczyny po prostu nie są w moim typie, a makijaż nie zmienia tu nic ani na plus, ani na minus. Jedynym wyjątkiem wydaje mi się Serri, nawet nie dlatego, żebym uważał, że wygląda tu lepiej niż zazwyczaj - po prostu jej stylizacja wydaje mi się zwyczajnie udana i ciekawa.
Sam teledysk jest zaskakująco dobry, pomimo bardzo prostego pomysłu i niedużego nakładu środków. Wszystko w nim działa i ma swoje miejsce. Sekwencje taneczne są dobrze wyeksponowane, ale nie zabierają za dużo miejsca w teledysku. Singlowe ujęcia są ciekawsze dzięki żurnalowym przebraniom z hełmo-perukami. Jednocześnie puste białe tło, odizolowane abstrakcyjne rekwizyty i wystylizowane napisy dopełniają obraz sesji zdjęciowej dla magazynu mody, który sprawdza się jako ciekawy przerywnik dla pozostałych kadrów.
Jednak najmocniejszym punktem jest tutaj montaż. Zadbano, by pomimo ogólnej pustki i braku fabuły, na ekranie coś się działo. Dzięki agresywnym przebitkom stosowanym nawet w obrębie tego samego ujęcia, na dobrą sprawę nie widać, że to tylko grupka tańcząćych dziewczyn w kilku dziwnych przebraniach. Odejmuje to trochę banału i dosłowności poszczególnym scenom, a dla mnie to niemal zawsze jest dużym atutem w teledysku.
Jestem bardzo ciekaw jak na powrót Dal Shabet zareaguje koreańska publika, bo moim zdaniem dziewczyny mają tym razem wyjątkowo przebojowy, ciekawy i oryginalny kawałek. Nawet bez przesadnych promocji powinny zostać dostrzeżone. Pytanie czy zostaną także docenione? O pierwsze miejsca może być trudno, bo jednak kilku topowych wykonawców jest w trakcie promocji (Rain, Ailee, TVXQ!, Girl's Day chyba też można włączyć do tego grona, bo mają dobry utwór), ale chętnie zobaczyłbym dziewczyny na jakimś wysokim miejscu na listach przebojów. Ta piosenka zdecydowanie na to zasługuje.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serri. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serri. Pokaż wszystkie posty
środa, 8 stycznia 2014
środa, 3 lipca 2013
Girl's Day - Female President + Dal Shabet - Be Amibitious
Ale mnie lenistwo dopadło, dobry tydzień nic tu nie pisałem. To na rozgrzewkę i w ramach nadrabiania wiecznych zaległości dwie piosenki w jednym tekście. Tym razem nie chodzi o pojedynek - zestawienie dwóch numerów w rywalizacji o widza. Raczej o nakreślenie pewnego trendu ostatnich tygodni i wywołanej nim dyskusji.
Gdzieś w połowie marca na sceny powróciła formacja Girl's Day. Dosyć zaskakująco grupa kojarzona z mocno przesłodzonym wizerunkiem aegyo powróciła w bardzo drapieżnej wersji z teledyskiem i choreografią ociekającymi seksapilem. "Expectation" (>>TUTAJ<<) może nie okazalo się wielkim przebojem, ale zwróciło na dziewczyny uwagę mediów i publiki. Numer z szelkami nie był szczytem oryginalności, ale w zręczny sposób przykuwał uwagę męskiej części publiczności, nie przekraczając granicy dobrego smaku.
Był to kolejny kroczek na wojennej ścieżce wytwórni próbujących sprzedać swoje grupy zakamuflowanym seksem. Nie oszukujmy się, nawet w dosyć konserwatywnej obyczajowo Korei, seks się sprzedaje i czujne oko cenzury i społeczników co najwyżej wymusza na wytwórniach pomysłowość, na pewno nie ruguje tego elementu z występów.
Od siebie dodam, że mnie taki układ się podoba. Nie chciałbym, żeby k-pop przerodził się w klon amerykańskiej sceny, gdzie piosenkarki wyglądają jak dziwki z getta, a dzisiejsze teledyski przed dwiema dekadami uchodziłyby za porno. A jednak, jako męska szowinistyczna świnia, lubię sobie popatrzeć jak ładne, zgrabne dziewczyny w pomysłowy sposób tańczą i przemycają trochę seksualności na sceny.
Ale wróćmy do Girl's Day. Otóż wytwórnia chyba zwietrzyła grubszy interes, bo postanowiła pójść za ciosem. Wzięła album towarzyszący poprzedniemu singlowi (to chyba nie jest krzywdząca proporcja) i zafundowała mu tzw. re-packaging. W skrócie nowi nabywcy dostają to samo, co poprzednio, plus nowe opakowanie i nową piosenkę promującą wydawnictwo. W tym wypadku jest nią "Female President" i... Po prostu popatrzcie.
Czający się pod moją skórą wilk szerzej rozwiera paszczę na widok takich owieczek. Niestety nad wilkiem czuwa coś wyżej - nieważne czy nazwę to mózgiem, zmysłem estetyki czy głęboce zakorzenioną pruderią - przekaz z góry jest jasny. To jest niewłaściwe.
Chodzi o kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest teledysk. Poza bardzo prymitywnym wabieniem męskiego oka i szukaniem kontrowersji na siłę, nie ma w nim niczego godnego wzmianki. Większośc klipu to dziewczyny wypinające tyłki i przylepiająca się do nich kamera. Jest też trochę przyciskania się do szyb i rozbieranki za parawanem. A, byłbym zapomniał, jest jeszcze Hye-ri przebrana za mężczyznę, ale o tym za chwilę.
Jednak największą uwagę krytyków, jak i zapewne wielbicieli klipu, przykuły stroje. To na pewno nie jest pierwszy raz, kiedy podobne rzeczy dzieją się w k-popie, ale i tak warto wytknąć, że jest to w złym guście. Szczególnie ta cielista kiecka na Yurze, która doczekała się własnej mini-afery.
Najpierw wytwórnia zaczęła się jakoś mgliście tłumaczyć, że kostium był dwuczęściowy, że Yura miała jakieś pończochy - czy coś - od spodu i tego tylko nie widać w teledysku. Potem sama Yura zabrała głos, mówiąc, że jest delikatnie skrępowana teledyskiem, bo kiedy go kręcono, była zapewniana, że kadry nie będą obejmować jej dolnej części (ta, jasne). Tak naprawdę sądzę, że wytwórni "w to mi graj". Dziewczyn jest więcej w mediach.
Następna sprawa to kwestia tytułu i tekstu piosenki. Jeśli śledzicie jedynie polskie media, możecie nie zdawać sobie sprawy, że pod koniec zeszłego roku Korea wybrała nowego prezydenta. Po raz pierwszy stanowisko to objęła kobieta - Park Geun-hye. Jednak czy jest to początek czasu przemian społecznych we wciąż zdominowanej przez mężczyzn Korei. Przesadnie bym na to nie liczył.
Pani prezydent to wiodąca postać konserwatywnej prawicy i córka "dożywotniego prezydenta" - prawicowego dyktatora Park Chung-hee, który przez blisko dwie dekady wyprowadzał kraj na ekonomiczną prostą, ale także trzymał naród na krótkiej smyczy inwigilacji i propagandy, sprawując urząd aż do udanego zamachu na jego życie w 1979 roku, którego kulisy do tej pory pozostają tematem dyskusji. Po śmierci Parka, Korea jeszcze przez dekadę nie wydostawała się spod wojskowej dyktatury, ale o tym więcej >>TUTAJ<<.
Wracając do Girl's Day. Nie jestem w żadnym wypadku jakimś bojownikiem na rzecz równouprawnienia, ale nawet mnie drażni głupota tekstu tej piosenki. Korea wybrała kobietę na prezydenta, jakie rewolucyjne zmiany niesie to dla koreańskiego społeczeństwa? Dziewczyny mogą teraz wykonać "pierwszy ruch", tak przynajmniej sugerują dziewczyny z Girl's Day. Dziecinada dziecinadą, ale przynajmniej nie udawajmy, że ta piosenka ma jakieś przesłanie i nie mieszajmy banału z poważnymi kwestiami.
Ale najbardziej gryzie mnie pewien całokształt - złożenie tego tekstu piosenki z teledyskiem i zamiarami wytwórni. To jest po prostu ohydne. Klip ocieka seksem i nie kupuję tego, że jest to jakiś symbol wyzwolenia. W wyzwolenie to mogła się zabawić Gain w swoim "Bloom" (>>TUTAJ<<) czy jej macierzysta formacja Brown Eyed Girls ze swoim "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<). Tam kupowałem tę miękką erotykę, bo gdzieś za tym stała poważna treść, której wydźwięk był jedynie wzbogacany przez taki dobór obrazu. W wypadku Girl's Day mamy tanie mamienie męskiego oka.
I jeszcze wątek męskiej Hyeri romansującej z Minah, która z jednej strony narzuca swoje warunki pociągając Hyeri za krawat i samemu prowokując pocałunek, a z drugiej strony dosłownie je z ręki swojej, zastępującej mężczyznę, koleżanki. To rzucanie kontrowersyjnych obrazów na żer niewyżytych seksualnie nastolatków i medialnych obrońców czci i wiary - wszystko w celu wzbudzenia zainteresowania, bez jakichkolwiek pobudek ideologicznych. Jeszcze raz to podkreślę - ohyda.
A wiecie co jest najzabawniejsze? Jeżeli urwiemy tej piosence tekst i teledysk, nagle sam występ przestaje być szczególnie kontrowersyjny.
Tak, jest tu sporo kręcenia tyłkiem, które w zasadzie staje się sednem całości, ale już nie przesadzajmy z tą wstrzemięźliwością. Od poprzedniego występu Girl's Day różni się to co najwyżej wyczuciem dobrego smaku, a i to jest raczej kwestią gustu - tam przecież też sednem było kręcenie tyłkami. Tylko teraz zamiast szelek, dziewczyny mają kiecki z "ogonami". Nawet podoba mi się pomysł, by nazwać to tańcem Gumiho.
Gumiho to lis o dziewięciu ogonach (tak, pokemonowy Ninetales) - mityczna istota popularna w dalekowschodnich podaniach ludowych, szczególnie w koreańskich. Według wierzeń, Gumiho mogło przemienić się w piękną kobietę, by swoim tańcem zwodzić mężczyzn, bałamucić ich, by w końcu sprowadzić na nich śmierć. Standard.
No ale ten blog jest nie tylko o Koreankach kręcących pupami, staram się też pisać o muzyce. Jaka jest nowa piosenka Girl's Day? Nijaka. Trochę jest tam rockowego zacięcia, trochę naprawdę przyzwoitych wokali, ale całość w odbiorze jest przede wszystkim... Głośna, może nawet troszkę hałaśliwa. Poza tym piosenka jest co najwyżej tłem dla tego, co powinno być otoczką utworu.
Skoro już jestem przy temacie kontrowersyjnych teledysków, przeciętnych piosenek i wabienia męskich spojrzeń, zahaczę jeszcze o nowe nagranie formacji Dal Shabet. Dziewczyny z nazwą wyjętą z podręcznika młodego okultysty dryfują gdzieś w trzecim albo i czwartym rzędzie żeńskich grup, od dłuższego czasu nie mogąc się wybić. Cóż, skoro nie można się wybić, to może chociaż można się wypiąć? Dotrwajcie do refrenu!
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten występ, przyznam, że szczęka mi opadła. Oficjalnie nazywa się to ponoć "tańcem Monroe". Ja bym to nazwał raczej "tańcem parkowego zboczeńca". Gdyby one chociaż rozpinały płaszcze - to by chociaż było zabawne, ale tak jak jest teraz? Okej, niby z jednej strony gapię się zauroczony - bo dziewczyny mają świetne figury i nogi - ale z drugiej strony, nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jest delikatne przegięcie.
W sumie to dosyć dziwne, bo przecież gdyby dziewczyny wystąpiły tylko w tym, co mają pod kieckami, pewnie nie wzbudziłyby takich kontrowersji jak teraz. Możliwe, że na mój odbiór całości rzutuje fatalna piosenka, która brzmi jakby ktoś wziął najgorszy fragment zeszłorocznej piosenki 4Minute "Volume Up" (>>TUTAJ<<), zrobił go jeszcze bardziej obciachowym, a potem rozciągnął na długość całego utworu. W dodatku jeszcze bardziej obciachowa niż piosenka jest kolorystyka teledysku.
Co prawda wszystko tutaj do siebie pasuje - teledysk, taniec, brzmienie piosenki i jej słowa - wszystko składa się na lekko żartobliwą całość. Jednak trochę gorzej tutaj z sensem. Jeżeli dobrze rozumiem, dziewczyny zachęcają żeby faceci naciskali na nie w pewnych sprawach... Znając Koreę, komuś musiało się to nie spodobać - i proszę, już złożono skargę na piosenkę i teledysk.
Ciekawe jest to, kto złożył skargę. Uwaga, uwaga - Ruch na rzecz Praw Mężczyzn :D Ogólnie rzecz biorąc czepiają się promowania niewłaściwych wzorców m.in. wczesnej inicjacji seksualnej, nacisków na mężczyzn i szydzenia z mężczyzn odbywających służbę wojskową (w Korei jest obowiązkowa). Więcej o sprawie >>TUTAJ<<.
BONUS
A jeżeli jednak mało Wam Girl's Day i Dal Shabet, to zaproponować mogę jeszcze:
- taneczną wersję teledysku do "Female President"
- przyspieszony kurs tańca do "Be Ambitious"
Gdzieś w połowie marca na sceny powróciła formacja Girl's Day. Dosyć zaskakująco grupa kojarzona z mocno przesłodzonym wizerunkiem aegyo powróciła w bardzo drapieżnej wersji z teledyskiem i choreografią ociekającymi seksapilem. "Expectation" (>>TUTAJ<<) może nie okazalo się wielkim przebojem, ale zwróciło na dziewczyny uwagę mediów i publiki. Numer z szelkami nie był szczytem oryginalności, ale w zręczny sposób przykuwał uwagę męskiej części publiczności, nie przekraczając granicy dobrego smaku.
Był to kolejny kroczek na wojennej ścieżce wytwórni próbujących sprzedać swoje grupy zakamuflowanym seksem. Nie oszukujmy się, nawet w dosyć konserwatywnej obyczajowo Korei, seks się sprzedaje i czujne oko cenzury i społeczników co najwyżej wymusza na wytwórniach pomysłowość, na pewno nie ruguje tego elementu z występów.
Od siebie dodam, że mnie taki układ się podoba. Nie chciałbym, żeby k-pop przerodził się w klon amerykańskiej sceny, gdzie piosenkarki wyglądają jak dziwki z getta, a dzisiejsze teledyski przed dwiema dekadami uchodziłyby za porno. A jednak, jako męska szowinistyczna świnia, lubię sobie popatrzeć jak ładne, zgrabne dziewczyny w pomysłowy sposób tańczą i przemycają trochę seksualności na sceny.
Ale wróćmy do Girl's Day. Otóż wytwórnia chyba zwietrzyła grubszy interes, bo postanowiła pójść za ciosem. Wzięła album towarzyszący poprzedniemu singlowi (to chyba nie jest krzywdząca proporcja) i zafundowała mu tzw. re-packaging. W skrócie nowi nabywcy dostają to samo, co poprzednio, plus nowe opakowanie i nową piosenkę promującą wydawnictwo. W tym wypadku jest nią "Female President" i... Po prostu popatrzcie.
Czający się pod moją skórą wilk szerzej rozwiera paszczę na widok takich owieczek. Niestety nad wilkiem czuwa coś wyżej - nieważne czy nazwę to mózgiem, zmysłem estetyki czy głęboce zakorzenioną pruderią - przekaz z góry jest jasny. To jest niewłaściwe.
Chodzi o kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest teledysk. Poza bardzo prymitywnym wabieniem męskiego oka i szukaniem kontrowersji na siłę, nie ma w nim niczego godnego wzmianki. Większośc klipu to dziewczyny wypinające tyłki i przylepiająca się do nich kamera. Jest też trochę przyciskania się do szyb i rozbieranki za parawanem. A, byłbym zapomniał, jest jeszcze Hye-ri przebrana za mężczyznę, ale o tym za chwilę.
Jednak największą uwagę krytyków, jak i zapewne wielbicieli klipu, przykuły stroje. To na pewno nie jest pierwszy raz, kiedy podobne rzeczy dzieją się w k-popie, ale i tak warto wytknąć, że jest to w złym guście. Szczególnie ta cielista kiecka na Yurze, która doczekała się własnej mini-afery.
Najpierw wytwórnia zaczęła się jakoś mgliście tłumaczyć, że kostium był dwuczęściowy, że Yura miała jakieś pończochy - czy coś - od spodu i tego tylko nie widać w teledysku. Potem sama Yura zabrała głos, mówiąc, że jest delikatnie skrępowana teledyskiem, bo kiedy go kręcono, była zapewniana, że kadry nie będą obejmować jej dolnej części (ta, jasne). Tak naprawdę sądzę, że wytwórni "w to mi graj". Dziewczyn jest więcej w mediach.
Następna sprawa to kwestia tytułu i tekstu piosenki. Jeśli śledzicie jedynie polskie media, możecie nie zdawać sobie sprawy, że pod koniec zeszłego roku Korea wybrała nowego prezydenta. Po raz pierwszy stanowisko to objęła kobieta - Park Geun-hye. Jednak czy jest to początek czasu przemian społecznych we wciąż zdominowanej przez mężczyzn Korei. Przesadnie bym na to nie liczył.
Pani prezydent to wiodąca postać konserwatywnej prawicy i córka "dożywotniego prezydenta" - prawicowego dyktatora Park Chung-hee, który przez blisko dwie dekady wyprowadzał kraj na ekonomiczną prostą, ale także trzymał naród na krótkiej smyczy inwigilacji i propagandy, sprawując urząd aż do udanego zamachu na jego życie w 1979 roku, którego kulisy do tej pory pozostają tematem dyskusji. Po śmierci Parka, Korea jeszcze przez dekadę nie wydostawała się spod wojskowej dyktatury, ale o tym więcej >>TUTAJ<<.
Wracając do Girl's Day. Nie jestem w żadnym wypadku jakimś bojownikiem na rzecz równouprawnienia, ale nawet mnie drażni głupota tekstu tej piosenki. Korea wybrała kobietę na prezydenta, jakie rewolucyjne zmiany niesie to dla koreańskiego społeczeństwa? Dziewczyny mogą teraz wykonać "pierwszy ruch", tak przynajmniej sugerują dziewczyny z Girl's Day. Dziecinada dziecinadą, ale przynajmniej nie udawajmy, że ta piosenka ma jakieś przesłanie i nie mieszajmy banału z poważnymi kwestiami.
Ale najbardziej gryzie mnie pewien całokształt - złożenie tego tekstu piosenki z teledyskiem i zamiarami wytwórni. To jest po prostu ohydne. Klip ocieka seksem i nie kupuję tego, że jest to jakiś symbol wyzwolenia. W wyzwolenie to mogła się zabawić Gain w swoim "Bloom" (>>TUTAJ<<) czy jej macierzysta formacja Brown Eyed Girls ze swoim "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<). Tam kupowałem tę miękką erotykę, bo gdzieś za tym stała poważna treść, której wydźwięk był jedynie wzbogacany przez taki dobór obrazu. W wypadku Girl's Day mamy tanie mamienie męskiego oka.
I jeszcze wątek męskiej Hyeri romansującej z Minah, która z jednej strony narzuca swoje warunki pociągając Hyeri za krawat i samemu prowokując pocałunek, a z drugiej strony dosłownie je z ręki swojej, zastępującej mężczyznę, koleżanki. To rzucanie kontrowersyjnych obrazów na żer niewyżytych seksualnie nastolatków i medialnych obrońców czci i wiary - wszystko w celu wzbudzenia zainteresowania, bez jakichkolwiek pobudek ideologicznych. Jeszcze raz to podkreślę - ohyda.
A wiecie co jest najzabawniejsze? Jeżeli urwiemy tej piosence tekst i teledysk, nagle sam występ przestaje być szczególnie kontrowersyjny.
Tak, jest tu sporo kręcenia tyłkiem, które w zasadzie staje się sednem całości, ale już nie przesadzajmy z tą wstrzemięźliwością. Od poprzedniego występu Girl's Day różni się to co najwyżej wyczuciem dobrego smaku, a i to jest raczej kwestią gustu - tam przecież też sednem było kręcenie tyłkami. Tylko teraz zamiast szelek, dziewczyny mają kiecki z "ogonami". Nawet podoba mi się pomysł, by nazwać to tańcem Gumiho.
Gumiho to lis o dziewięciu ogonach (tak, pokemonowy Ninetales) - mityczna istota popularna w dalekowschodnich podaniach ludowych, szczególnie w koreańskich. Według wierzeń, Gumiho mogło przemienić się w piękną kobietę, by swoim tańcem zwodzić mężczyzn, bałamucić ich, by w końcu sprowadzić na nich śmierć. Standard.
No ale ten blog jest nie tylko o Koreankach kręcących pupami, staram się też pisać o muzyce. Jaka jest nowa piosenka Girl's Day? Nijaka. Trochę jest tam rockowego zacięcia, trochę naprawdę przyzwoitych wokali, ale całość w odbiorze jest przede wszystkim... Głośna, może nawet troszkę hałaśliwa. Poza tym piosenka jest co najwyżej tłem dla tego, co powinno być otoczką utworu.
Skoro już jestem przy temacie kontrowersyjnych teledysków, przeciętnych piosenek i wabienia męskich spojrzeń, zahaczę jeszcze o nowe nagranie formacji Dal Shabet. Dziewczyny z nazwą wyjętą z podręcznika młodego okultysty dryfują gdzieś w trzecim albo i czwartym rzędzie żeńskich grup, od dłuższego czasu nie mogąc się wybić. Cóż, skoro nie można się wybić, to może chociaż można się wypiąć? Dotrwajcie do refrenu!
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten występ, przyznam, że szczęka mi opadła. Oficjalnie nazywa się to ponoć "tańcem Monroe". Ja bym to nazwał raczej "tańcem parkowego zboczeńca". Gdyby one chociaż rozpinały płaszcze - to by chociaż było zabawne, ale tak jak jest teraz? Okej, niby z jednej strony gapię się zauroczony - bo dziewczyny mają świetne figury i nogi - ale z drugiej strony, nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jest delikatne przegięcie.
W sumie to dosyć dziwne, bo przecież gdyby dziewczyny wystąpiły tylko w tym, co mają pod kieckami, pewnie nie wzbudziłyby takich kontrowersji jak teraz. Możliwe, że na mój odbiór całości rzutuje fatalna piosenka, która brzmi jakby ktoś wziął najgorszy fragment zeszłorocznej piosenki 4Minute "Volume Up" (>>TUTAJ<<), zrobił go jeszcze bardziej obciachowym, a potem rozciągnął na długość całego utworu. W dodatku jeszcze bardziej obciachowa niż piosenka jest kolorystyka teledysku.
Co prawda wszystko tutaj do siebie pasuje - teledysk, taniec, brzmienie piosenki i jej słowa - wszystko składa się na lekko żartobliwą całość. Jednak trochę gorzej tutaj z sensem. Jeżeli dobrze rozumiem, dziewczyny zachęcają żeby faceci naciskali na nie w pewnych sprawach... Znając Koreę, komuś musiało się to nie spodobać - i proszę, już złożono skargę na piosenkę i teledysk.
Ciekawe jest to, kto złożył skargę. Uwaga, uwaga - Ruch na rzecz Praw Mężczyzn :D Ogólnie rzecz biorąc czepiają się promowania niewłaściwych wzorców m.in. wczesnej inicjacji seksualnej, nacisków na mężczyzn i szydzenia z mężczyzn odbywających służbę wojskową (w Korei jest obowiązkowa). Więcej o sprawie >>TUTAJ<<.
BONUS
A jeżeli jednak mało Wam Girl's Day i Dal Shabet, to zaproponować mogę jeszcze:
- taneczną wersję teledysku do "Female President"
- przyspieszony kurs tańca do "Be Ambitious"
Subskrybuj:
Posty (Atom)