Girl's Day to jedna z żeńskich formacji, które rok 2013 spędziły na fali wznoszącej. Co prawda za sukcesem grupy stała przede wszystkim decyzja wizerunkowa, by odejść od niewinnego aegyo i przekształcić dziewczyny w obiekt westchnień samotnych mężczyzn w średnim wieku. Jednak trzeba też przyznać, że tak "Expectation" (>>TUTAJ<<), jak i "Female President" (>>TUTAJ<<) od strony czysto dźwiękowej były bardzo przebojowe.
W moim odczuciu Girl's Day to obecnie bardzo dziwny twór, który teoretycznie powinien publiczność odstraszać swoją niespójnością, a jednak nietypowa taktyka obrana przez Dream Tea Enertainment zdaje egzamin. O jakiej niespójności mówię? Wizualnie dziewczyny ewidentnie są podporządkowane pod gusta panów, w stopniu, który momentami wydaje się nawet niesmaczny, szczególnie, że grupa formowana była z myślą o aegyo, więc wokalistki mają dość dziewczęcą urodę.
Jednak od strony treści piosenek, kolorystyki teledysków - Girl's Day stara się trafić przede wszystkim w gusta dziewczyn i młodych kobiet. Ckliwe pioseneczki pisane z żeńskiej perspektywy - o facecie, który zdradza, czy o bardzo dziecinnie postrzeganej emancypacji. Ten dysonans mnie razi, jednak odbiorcom produktu najwyraźniej nie przeszkadza, bo rzesze tak fanek, jak i fanów Girl's Day stale rosną. Skoro pomysł się sprawdził, więc nic dziwnego, że wytwórnia go kontynuuje.
Stop-klatka wybrana przez wytwórnię na miniaturkę na YT mówi sporo o priorytetach przy okazji tego projektu. A jednak sama piosenka jest naprawdę niezła, śmiem twierdzić, że jak do tej pory to najlepsze nagranie tej grupy, przynajmniej po wizerunkowej transformacji, ale myślę, że także w ogóle. "Expect" i "Female President" były żywsze, ale nie tak zgrabne muzycznie - bez choreografii radziły sobie wyraźnie słabiej.
W wypadku "something" wprawdzie też nie ma rewelacji, ale wszystkie elementy trzymają wysoki poziom. Weźmy takie wokale - brzmią zróżnicowanie, bo jest i moc i subtelność, a jednak pomiędzy tymi skrajnościami funkcjonuje calkiem swobodny przepływ - piosenka nie wydaje się zlepkiem niedopasowanych elementów. Oczywiście widać pewne klocki składające się na większą całość, podział na poszczególne segmenty: intro - zwrotka - przejście - refren - zwrotka - przejście - refren - most - finał, ale na zlączeniach elementy wyraźnie do siebie pasują i sprawiają wrażenie ciągłości.
Istotne jest także to, że w przekroju całej piosenki czuć pewne budowanie nastroju, ale także spójność narracji, tak muzycznej, jak i słownej. Tekst nie jest może powalający, ale jak girlsbandowy pop jest całkiem zgrabnie. Przede wszystkim zaskakują mnie angielskie frazy, które są poprawne tak pod względem wymowy, jak i gramatyki i nawet pasują do koreańskiego tekstu. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.
Sama muzyka wydaje się dość typowa dla tego okresu w roku - spokojniejsze, ale wciąż rytmiczne, lekko rzewne brzmienie, kojarzące się nieco z "Alone" (>>TUTAJ<<) grupy Sistar, czy zeszłorocznym "Gone Not Around Any Longer" (>>TUTAJ<<) Sistar19. Przy czym podobieństwo tyczy się samego nastroju, bo brzmieniowo różnice są oczywiste. W "Something" brakuje tak wyraźnej linii basu i mocnej sekcji rytmicznej - znaków rozpoznawczych Brave Brothers. Kawałek Girl's Day to typowa kompozycja Duble Sidekick - oparta o elektronikę i funkowo brzmiącą perkusję.
Widzę, że jeszcze tego nie napisałem, a muszę zanim przejdę do omawiania teledysku - bardzo podoba mi się refren tej piosenki - zaczyna się intrygująco i melodyjnie by skończyć się silnym emocjonalnym wybuchem.
Co do teledysku - oj, tu jest gorzej. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, odpalcie sobie klip do "Gone Not Around Any Longer" (>>TUTAJ<<). Oczywiście klip Sistar19 jest zdecydowanie lepiej nakręcony i ma na siebie więcej pomysłu - na tyle, że jestem w stanie przemilczeć tradycyjny tercet telefon, wanna, samochód, ale różnica między nim a teledyskiem do "Something" - poza jakością wykonania - sprowadza się do kolorystyki, układu tanecznego i tego, że u Sistar było stare Ferrari, a tu jest nowe.
Podoba mi się plan z lustrami, podoba mi się ten mały różowy box, w którym dziewczyny tańczą, i który świetnie pasuje kolorystycznie do nastroju piosenki. Ale cała reszta wydaje jest nie tylko sztampowa, ale w większości słabo zrealizowana. Na dokładkę kłuje mnie w uszy intro teledysku, a konkretniej wykorzystane sample dzwonka telefonu i obcasów. Pamiętacie jeszcze zeszłoroczne "U&I" (>>TUTAJ<<) Ailee? Tam w intrze wykorzystano dokładnie te same dźwięki.
Co do samych dziewczyn, to nie ulega wątpliwości, że są bardzo ładne i makijaż nie próbuje tego ukryć. Gorzej z ubraniami. Jestem przyzwyczajony do tego, że kpopowe teledyski sztucznie zawyżają wzrost dziewczyn. Tutaj nie tylko jakby ktoś zapomniał o tym procederze, ale nawet mam wrażenie jakby dopuścił się zabiegu odwrotnego - dziewczyny wydają się naprawdę niskie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wina spódnic/sukienek (na dobrą sprawę nie wiem czy ich stroje są jedno czy dwuczęściowe), które w jakiś dziwny sposób akcentują proporcje ciała.
Co ciekawe, oglądając występ nie mam tego samego odczucia, więc może jednak wina bardziej leży po stronie pracy kamery w teledysku. Skoro jestem przy występie, kilka słów o choreografii. Jest całkiem niezła, chociaż to wszystko już gdzieś było, spacerujące palce to popularny motyw, tak jak i wystawianie nogi przez rozcięcie - najbardziej kojarzy mi się to z Sistar, ale mogę być w błędzie. Z kolei damskie pompki w parterze to wypisz wymaluj figura z "24 Hours" (>>TUTAJ<<) Sunmi. Oczywiście są drobne różnice, ale idea jest ta sama.
To już bardziej w ramach ciekawostek, "Show You" to jedna z trzech piosenek z nowego mini-albumu grupy i to na nią padło, przy wyborze drugiej piosenki do pokazania w programach muzycznych. Bardzo podoba mi się melodia wokali, ale b-side'om od Duble Sidekick mówię jednak stanowcze nie. Podkłady są cukierkowe i banalne aż nie do zniesienia - to było też problemem całego ostatniego albumu Sistar - "Give It To Me" (>>TUTAJ<<). Poza tym ta piosenka bardziej pasowałaby w marcu czy kwietniu, a nie w styczniu - sercu zimy.
I jeszcze w ramach ciekawostek, materiały z sesji zdjęciowej grupy, niestety opatrzone podkładem w postaci "Show You", który tutaj pasuje jak pięść do nosa. Czuję się jakbym przeglądał "CKM" w poczekalni u dentysty, a obok siedziała kobitka z małą córką - ten poziom dyskomfortu.
Kończąc. "Something" to całkiem udany projekt, na pewno umocni pozycję zdobytą przez grupę w zeszłym roku. Jednak jeśli dziewczyny i wytwórnia mają apetyty na więcej, muszą uciec od sztampy i spróbować samemu wyznaczyć kierunek działalności, bo jest pewien limit popularności, którą można zrobić łącząc elementy innych zespołów. Sistar i KARA to bardzo popularne formacje, więc odgapianie pomysłów od nich, żeby się wybić, jest dobrą drogą, ale tylko do pewnego momentu, bo na sam szczyt raczej nie zaprowadzi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minah. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 stycznia 2014
środa, 3 lipca 2013
Girl's Day - Female President + Dal Shabet - Be Amibitious
Ale mnie lenistwo dopadło, dobry tydzień nic tu nie pisałem. To na rozgrzewkę i w ramach nadrabiania wiecznych zaległości dwie piosenki w jednym tekście. Tym razem nie chodzi o pojedynek - zestawienie dwóch numerów w rywalizacji o widza. Raczej o nakreślenie pewnego trendu ostatnich tygodni i wywołanej nim dyskusji.
Gdzieś w połowie marca na sceny powróciła formacja Girl's Day. Dosyć zaskakująco grupa kojarzona z mocno przesłodzonym wizerunkiem aegyo powróciła w bardzo drapieżnej wersji z teledyskiem i choreografią ociekającymi seksapilem. "Expectation" (>>TUTAJ<<) może nie okazalo się wielkim przebojem, ale zwróciło na dziewczyny uwagę mediów i publiki. Numer z szelkami nie był szczytem oryginalności, ale w zręczny sposób przykuwał uwagę męskiej części publiczności, nie przekraczając granicy dobrego smaku.
Był to kolejny kroczek na wojennej ścieżce wytwórni próbujących sprzedać swoje grupy zakamuflowanym seksem. Nie oszukujmy się, nawet w dosyć konserwatywnej obyczajowo Korei, seks się sprzedaje i czujne oko cenzury i społeczników co najwyżej wymusza na wytwórniach pomysłowość, na pewno nie ruguje tego elementu z występów.
Od siebie dodam, że mnie taki układ się podoba. Nie chciałbym, żeby k-pop przerodził się w klon amerykańskiej sceny, gdzie piosenkarki wyglądają jak dziwki z getta, a dzisiejsze teledyski przed dwiema dekadami uchodziłyby za porno. A jednak, jako męska szowinistyczna świnia, lubię sobie popatrzeć jak ładne, zgrabne dziewczyny w pomysłowy sposób tańczą i przemycają trochę seksualności na sceny.
Ale wróćmy do Girl's Day. Otóż wytwórnia chyba zwietrzyła grubszy interes, bo postanowiła pójść za ciosem. Wzięła album towarzyszący poprzedniemu singlowi (to chyba nie jest krzywdząca proporcja) i zafundowała mu tzw. re-packaging. W skrócie nowi nabywcy dostają to samo, co poprzednio, plus nowe opakowanie i nową piosenkę promującą wydawnictwo. W tym wypadku jest nią "Female President" i... Po prostu popatrzcie.
Czający się pod moją skórą wilk szerzej rozwiera paszczę na widok takich owieczek. Niestety nad wilkiem czuwa coś wyżej - nieważne czy nazwę to mózgiem, zmysłem estetyki czy głęboce zakorzenioną pruderią - przekaz z góry jest jasny. To jest niewłaściwe.
Chodzi o kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest teledysk. Poza bardzo prymitywnym wabieniem męskiego oka i szukaniem kontrowersji na siłę, nie ma w nim niczego godnego wzmianki. Większośc klipu to dziewczyny wypinające tyłki i przylepiająca się do nich kamera. Jest też trochę przyciskania się do szyb i rozbieranki za parawanem. A, byłbym zapomniał, jest jeszcze Hye-ri przebrana za mężczyznę, ale o tym za chwilę.
Jednak największą uwagę krytyków, jak i zapewne wielbicieli klipu, przykuły stroje. To na pewno nie jest pierwszy raz, kiedy podobne rzeczy dzieją się w k-popie, ale i tak warto wytknąć, że jest to w złym guście. Szczególnie ta cielista kiecka na Yurze, która doczekała się własnej mini-afery.
Najpierw wytwórnia zaczęła się jakoś mgliście tłumaczyć, że kostium był dwuczęściowy, że Yura miała jakieś pończochy - czy coś - od spodu i tego tylko nie widać w teledysku. Potem sama Yura zabrała głos, mówiąc, że jest delikatnie skrępowana teledyskiem, bo kiedy go kręcono, była zapewniana, że kadry nie będą obejmować jej dolnej części (ta, jasne). Tak naprawdę sądzę, że wytwórni "w to mi graj". Dziewczyn jest więcej w mediach.
Następna sprawa to kwestia tytułu i tekstu piosenki. Jeśli śledzicie jedynie polskie media, możecie nie zdawać sobie sprawy, że pod koniec zeszłego roku Korea wybrała nowego prezydenta. Po raz pierwszy stanowisko to objęła kobieta - Park Geun-hye. Jednak czy jest to początek czasu przemian społecznych we wciąż zdominowanej przez mężczyzn Korei. Przesadnie bym na to nie liczył.
Pani prezydent to wiodąca postać konserwatywnej prawicy i córka "dożywotniego prezydenta" - prawicowego dyktatora Park Chung-hee, który przez blisko dwie dekady wyprowadzał kraj na ekonomiczną prostą, ale także trzymał naród na krótkiej smyczy inwigilacji i propagandy, sprawując urząd aż do udanego zamachu na jego życie w 1979 roku, którego kulisy do tej pory pozostają tematem dyskusji. Po śmierci Parka, Korea jeszcze przez dekadę nie wydostawała się spod wojskowej dyktatury, ale o tym więcej >>TUTAJ<<.
Wracając do Girl's Day. Nie jestem w żadnym wypadku jakimś bojownikiem na rzecz równouprawnienia, ale nawet mnie drażni głupota tekstu tej piosenki. Korea wybrała kobietę na prezydenta, jakie rewolucyjne zmiany niesie to dla koreańskiego społeczeństwa? Dziewczyny mogą teraz wykonać "pierwszy ruch", tak przynajmniej sugerują dziewczyny z Girl's Day. Dziecinada dziecinadą, ale przynajmniej nie udawajmy, że ta piosenka ma jakieś przesłanie i nie mieszajmy banału z poważnymi kwestiami.
Ale najbardziej gryzie mnie pewien całokształt - złożenie tego tekstu piosenki z teledyskiem i zamiarami wytwórni. To jest po prostu ohydne. Klip ocieka seksem i nie kupuję tego, że jest to jakiś symbol wyzwolenia. W wyzwolenie to mogła się zabawić Gain w swoim "Bloom" (>>TUTAJ<<) czy jej macierzysta formacja Brown Eyed Girls ze swoim "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<). Tam kupowałem tę miękką erotykę, bo gdzieś za tym stała poważna treść, której wydźwięk był jedynie wzbogacany przez taki dobór obrazu. W wypadku Girl's Day mamy tanie mamienie męskiego oka.
I jeszcze wątek męskiej Hyeri romansującej z Minah, która z jednej strony narzuca swoje warunki pociągając Hyeri za krawat i samemu prowokując pocałunek, a z drugiej strony dosłownie je z ręki swojej, zastępującej mężczyznę, koleżanki. To rzucanie kontrowersyjnych obrazów na żer niewyżytych seksualnie nastolatków i medialnych obrońców czci i wiary - wszystko w celu wzbudzenia zainteresowania, bez jakichkolwiek pobudek ideologicznych. Jeszcze raz to podkreślę - ohyda.
A wiecie co jest najzabawniejsze? Jeżeli urwiemy tej piosence tekst i teledysk, nagle sam występ przestaje być szczególnie kontrowersyjny.
Tak, jest tu sporo kręcenia tyłkiem, które w zasadzie staje się sednem całości, ale już nie przesadzajmy z tą wstrzemięźliwością. Od poprzedniego występu Girl's Day różni się to co najwyżej wyczuciem dobrego smaku, a i to jest raczej kwestią gustu - tam przecież też sednem było kręcenie tyłkami. Tylko teraz zamiast szelek, dziewczyny mają kiecki z "ogonami". Nawet podoba mi się pomysł, by nazwać to tańcem Gumiho.
Gumiho to lis o dziewięciu ogonach (tak, pokemonowy Ninetales) - mityczna istota popularna w dalekowschodnich podaniach ludowych, szczególnie w koreańskich. Według wierzeń, Gumiho mogło przemienić się w piękną kobietę, by swoim tańcem zwodzić mężczyzn, bałamucić ich, by w końcu sprowadzić na nich śmierć. Standard.
No ale ten blog jest nie tylko o Koreankach kręcących pupami, staram się też pisać o muzyce. Jaka jest nowa piosenka Girl's Day? Nijaka. Trochę jest tam rockowego zacięcia, trochę naprawdę przyzwoitych wokali, ale całość w odbiorze jest przede wszystkim... Głośna, może nawet troszkę hałaśliwa. Poza tym piosenka jest co najwyżej tłem dla tego, co powinno być otoczką utworu.
Skoro już jestem przy temacie kontrowersyjnych teledysków, przeciętnych piosenek i wabienia męskich spojrzeń, zahaczę jeszcze o nowe nagranie formacji Dal Shabet. Dziewczyny z nazwą wyjętą z podręcznika młodego okultysty dryfują gdzieś w trzecim albo i czwartym rzędzie żeńskich grup, od dłuższego czasu nie mogąc się wybić. Cóż, skoro nie można się wybić, to może chociaż można się wypiąć? Dotrwajcie do refrenu!
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten występ, przyznam, że szczęka mi opadła. Oficjalnie nazywa się to ponoć "tańcem Monroe". Ja bym to nazwał raczej "tańcem parkowego zboczeńca". Gdyby one chociaż rozpinały płaszcze - to by chociaż było zabawne, ale tak jak jest teraz? Okej, niby z jednej strony gapię się zauroczony - bo dziewczyny mają świetne figury i nogi - ale z drugiej strony, nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jest delikatne przegięcie.
W sumie to dosyć dziwne, bo przecież gdyby dziewczyny wystąpiły tylko w tym, co mają pod kieckami, pewnie nie wzbudziłyby takich kontrowersji jak teraz. Możliwe, że na mój odbiór całości rzutuje fatalna piosenka, która brzmi jakby ktoś wziął najgorszy fragment zeszłorocznej piosenki 4Minute "Volume Up" (>>TUTAJ<<), zrobił go jeszcze bardziej obciachowym, a potem rozciągnął na długość całego utworu. W dodatku jeszcze bardziej obciachowa niż piosenka jest kolorystyka teledysku.
Co prawda wszystko tutaj do siebie pasuje - teledysk, taniec, brzmienie piosenki i jej słowa - wszystko składa się na lekko żartobliwą całość. Jednak trochę gorzej tutaj z sensem. Jeżeli dobrze rozumiem, dziewczyny zachęcają żeby faceci naciskali na nie w pewnych sprawach... Znając Koreę, komuś musiało się to nie spodobać - i proszę, już złożono skargę na piosenkę i teledysk.
Ciekawe jest to, kto złożył skargę. Uwaga, uwaga - Ruch na rzecz Praw Mężczyzn :D Ogólnie rzecz biorąc czepiają się promowania niewłaściwych wzorców m.in. wczesnej inicjacji seksualnej, nacisków na mężczyzn i szydzenia z mężczyzn odbywających służbę wojskową (w Korei jest obowiązkowa). Więcej o sprawie >>TUTAJ<<.
BONUS
A jeżeli jednak mało Wam Girl's Day i Dal Shabet, to zaproponować mogę jeszcze:
- taneczną wersję teledysku do "Female President"
- przyspieszony kurs tańca do "Be Ambitious"
Gdzieś w połowie marca na sceny powróciła formacja Girl's Day. Dosyć zaskakująco grupa kojarzona z mocno przesłodzonym wizerunkiem aegyo powróciła w bardzo drapieżnej wersji z teledyskiem i choreografią ociekającymi seksapilem. "Expectation" (>>TUTAJ<<) może nie okazalo się wielkim przebojem, ale zwróciło na dziewczyny uwagę mediów i publiki. Numer z szelkami nie był szczytem oryginalności, ale w zręczny sposób przykuwał uwagę męskiej części publiczności, nie przekraczając granicy dobrego smaku.
Był to kolejny kroczek na wojennej ścieżce wytwórni próbujących sprzedać swoje grupy zakamuflowanym seksem. Nie oszukujmy się, nawet w dosyć konserwatywnej obyczajowo Korei, seks się sprzedaje i czujne oko cenzury i społeczników co najwyżej wymusza na wytwórniach pomysłowość, na pewno nie ruguje tego elementu z występów.
Od siebie dodam, że mnie taki układ się podoba. Nie chciałbym, żeby k-pop przerodził się w klon amerykańskiej sceny, gdzie piosenkarki wyglądają jak dziwki z getta, a dzisiejsze teledyski przed dwiema dekadami uchodziłyby za porno. A jednak, jako męska szowinistyczna świnia, lubię sobie popatrzeć jak ładne, zgrabne dziewczyny w pomysłowy sposób tańczą i przemycają trochę seksualności na sceny.
Ale wróćmy do Girl's Day. Otóż wytwórnia chyba zwietrzyła grubszy interes, bo postanowiła pójść za ciosem. Wzięła album towarzyszący poprzedniemu singlowi (to chyba nie jest krzywdząca proporcja) i zafundowała mu tzw. re-packaging. W skrócie nowi nabywcy dostają to samo, co poprzednio, plus nowe opakowanie i nową piosenkę promującą wydawnictwo. W tym wypadku jest nią "Female President" i... Po prostu popatrzcie.
Czający się pod moją skórą wilk szerzej rozwiera paszczę na widok takich owieczek. Niestety nad wilkiem czuwa coś wyżej - nieważne czy nazwę to mózgiem, zmysłem estetyki czy głęboce zakorzenioną pruderią - przekaz z góry jest jasny. To jest niewłaściwe.
Chodzi o kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest teledysk. Poza bardzo prymitywnym wabieniem męskiego oka i szukaniem kontrowersji na siłę, nie ma w nim niczego godnego wzmianki. Większośc klipu to dziewczyny wypinające tyłki i przylepiająca się do nich kamera. Jest też trochę przyciskania się do szyb i rozbieranki za parawanem. A, byłbym zapomniał, jest jeszcze Hye-ri przebrana za mężczyznę, ale o tym za chwilę.
Jednak największą uwagę krytyków, jak i zapewne wielbicieli klipu, przykuły stroje. To na pewno nie jest pierwszy raz, kiedy podobne rzeczy dzieją się w k-popie, ale i tak warto wytknąć, że jest to w złym guście. Szczególnie ta cielista kiecka na Yurze, która doczekała się własnej mini-afery.
Najpierw wytwórnia zaczęła się jakoś mgliście tłumaczyć, że kostium był dwuczęściowy, że Yura miała jakieś pończochy - czy coś - od spodu i tego tylko nie widać w teledysku. Potem sama Yura zabrała głos, mówiąc, że jest delikatnie skrępowana teledyskiem, bo kiedy go kręcono, była zapewniana, że kadry nie będą obejmować jej dolnej części (ta, jasne). Tak naprawdę sądzę, że wytwórni "w to mi graj". Dziewczyn jest więcej w mediach.
Następna sprawa to kwestia tytułu i tekstu piosenki. Jeśli śledzicie jedynie polskie media, możecie nie zdawać sobie sprawy, że pod koniec zeszłego roku Korea wybrała nowego prezydenta. Po raz pierwszy stanowisko to objęła kobieta - Park Geun-hye. Jednak czy jest to początek czasu przemian społecznych we wciąż zdominowanej przez mężczyzn Korei. Przesadnie bym na to nie liczył.
Pani prezydent to wiodąca postać konserwatywnej prawicy i córka "dożywotniego prezydenta" - prawicowego dyktatora Park Chung-hee, który przez blisko dwie dekady wyprowadzał kraj na ekonomiczną prostą, ale także trzymał naród na krótkiej smyczy inwigilacji i propagandy, sprawując urząd aż do udanego zamachu na jego życie w 1979 roku, którego kulisy do tej pory pozostają tematem dyskusji. Po śmierci Parka, Korea jeszcze przez dekadę nie wydostawała się spod wojskowej dyktatury, ale o tym więcej >>TUTAJ<<.
Wracając do Girl's Day. Nie jestem w żadnym wypadku jakimś bojownikiem na rzecz równouprawnienia, ale nawet mnie drażni głupota tekstu tej piosenki. Korea wybrała kobietę na prezydenta, jakie rewolucyjne zmiany niesie to dla koreańskiego społeczeństwa? Dziewczyny mogą teraz wykonać "pierwszy ruch", tak przynajmniej sugerują dziewczyny z Girl's Day. Dziecinada dziecinadą, ale przynajmniej nie udawajmy, że ta piosenka ma jakieś przesłanie i nie mieszajmy banału z poważnymi kwestiami.
Ale najbardziej gryzie mnie pewien całokształt - złożenie tego tekstu piosenki z teledyskiem i zamiarami wytwórni. To jest po prostu ohydne. Klip ocieka seksem i nie kupuję tego, że jest to jakiś symbol wyzwolenia. W wyzwolenie to mogła się zabawić Gain w swoim "Bloom" (>>TUTAJ<<) czy jej macierzysta formacja Brown Eyed Girls ze swoim "Sixth Sense" (>>TUTAJ<<). Tam kupowałem tę miękką erotykę, bo gdzieś za tym stała poważna treść, której wydźwięk był jedynie wzbogacany przez taki dobór obrazu. W wypadku Girl's Day mamy tanie mamienie męskiego oka.
I jeszcze wątek męskiej Hyeri romansującej z Minah, która z jednej strony narzuca swoje warunki pociągając Hyeri za krawat i samemu prowokując pocałunek, a z drugiej strony dosłownie je z ręki swojej, zastępującej mężczyznę, koleżanki. To rzucanie kontrowersyjnych obrazów na żer niewyżytych seksualnie nastolatków i medialnych obrońców czci i wiary - wszystko w celu wzbudzenia zainteresowania, bez jakichkolwiek pobudek ideologicznych. Jeszcze raz to podkreślę - ohyda.
A wiecie co jest najzabawniejsze? Jeżeli urwiemy tej piosence tekst i teledysk, nagle sam występ przestaje być szczególnie kontrowersyjny.
Tak, jest tu sporo kręcenia tyłkiem, które w zasadzie staje się sednem całości, ale już nie przesadzajmy z tą wstrzemięźliwością. Od poprzedniego występu Girl's Day różni się to co najwyżej wyczuciem dobrego smaku, a i to jest raczej kwestią gustu - tam przecież też sednem było kręcenie tyłkami. Tylko teraz zamiast szelek, dziewczyny mają kiecki z "ogonami". Nawet podoba mi się pomysł, by nazwać to tańcem Gumiho.
Gumiho to lis o dziewięciu ogonach (tak, pokemonowy Ninetales) - mityczna istota popularna w dalekowschodnich podaniach ludowych, szczególnie w koreańskich. Według wierzeń, Gumiho mogło przemienić się w piękną kobietę, by swoim tańcem zwodzić mężczyzn, bałamucić ich, by w końcu sprowadzić na nich śmierć. Standard.
No ale ten blog jest nie tylko o Koreankach kręcących pupami, staram się też pisać o muzyce. Jaka jest nowa piosenka Girl's Day? Nijaka. Trochę jest tam rockowego zacięcia, trochę naprawdę przyzwoitych wokali, ale całość w odbiorze jest przede wszystkim... Głośna, może nawet troszkę hałaśliwa. Poza tym piosenka jest co najwyżej tłem dla tego, co powinno być otoczką utworu.
Skoro już jestem przy temacie kontrowersyjnych teledysków, przeciętnych piosenek i wabienia męskich spojrzeń, zahaczę jeszcze o nowe nagranie formacji Dal Shabet. Dziewczyny z nazwą wyjętą z podręcznika młodego okultysty dryfują gdzieś w trzecim albo i czwartym rzędzie żeńskich grup, od dłuższego czasu nie mogąc się wybić. Cóż, skoro nie można się wybić, to może chociaż można się wypiąć? Dotrwajcie do refrenu!
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten występ, przyznam, że szczęka mi opadła. Oficjalnie nazywa się to ponoć "tańcem Monroe". Ja bym to nazwał raczej "tańcem parkowego zboczeńca". Gdyby one chociaż rozpinały płaszcze - to by chociaż było zabawne, ale tak jak jest teraz? Okej, niby z jednej strony gapię się zauroczony - bo dziewczyny mają świetne figury i nogi - ale z drugiej strony, nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jest delikatne przegięcie.
W sumie to dosyć dziwne, bo przecież gdyby dziewczyny wystąpiły tylko w tym, co mają pod kieckami, pewnie nie wzbudziłyby takich kontrowersji jak teraz. Możliwe, że na mój odbiór całości rzutuje fatalna piosenka, która brzmi jakby ktoś wziął najgorszy fragment zeszłorocznej piosenki 4Minute "Volume Up" (>>TUTAJ<<), zrobił go jeszcze bardziej obciachowym, a potem rozciągnął na długość całego utworu. W dodatku jeszcze bardziej obciachowa niż piosenka jest kolorystyka teledysku.
Co prawda wszystko tutaj do siebie pasuje - teledysk, taniec, brzmienie piosenki i jej słowa - wszystko składa się na lekko żartobliwą całość. Jednak trochę gorzej tutaj z sensem. Jeżeli dobrze rozumiem, dziewczyny zachęcają żeby faceci naciskali na nie w pewnych sprawach... Znając Koreę, komuś musiało się to nie spodobać - i proszę, już złożono skargę na piosenkę i teledysk.
Ciekawe jest to, kto złożył skargę. Uwaga, uwaga - Ruch na rzecz Praw Mężczyzn :D Ogólnie rzecz biorąc czepiają się promowania niewłaściwych wzorców m.in. wczesnej inicjacji seksualnej, nacisków na mężczyzn i szydzenia z mężczyzn odbywających służbę wojskową (w Korei jest obowiązkowa). Więcej o sprawie >>TUTAJ<<.
BONUS
A jeżeli jednak mało Wam Girl's Day i Dal Shabet, to zaproponować mogę jeszcze:
- taneczną wersję teledysku do "Female President"
- przyspieszony kurs tańca do "Be Ambitious"
czwartek, 14 marca 2013
Girl's Day - Expect + White Day
Wczoraj pisałem >>TUTAJ<< o małej inwazji żeńskich grup na koreańską scenę. Dziewczyny przez pierwsze dwa miesiące raczej kryły się po zakamarkach, a teraz nagle tłumnie wyszły z cienia i niemal codziennie jakaś formacja proponuje nowe nagranie. W dodatku jakościowo na ten zalew w żaden sposób nie można narzekać, bo piosenki w najgorszym razie są solidne, róznorodne i przebojowe. Natłok materiału jest tak duży, że można się w tym wszystkim pogubić.
I ja nieomal się pogubiłem. We wczorajszym zestawieniu wybiegając w przyszłość nieopatrznie pominąłem powrót formacji Girl's Day, bo byłem przekonany, że to temat na ostatnie dni marca. Tymczasem dziewczyny powróciły już teraz, wydając pierwszy duży album zatytułowany "Expectation" i promującą go piosenkę "Expect (me)". Są to pierwsze nagrania Girl's Day w czteroosobowym składzie, czyli od czasu odejścia Jihae w październiku zeszłego roku.
Hm, dziewczyny zabiły mi ćwieka. Piosenka jest do ból prosta i w mojej prywatnej klasyfikacji podpada pod kategorię "taneczna". Ja i taniec stanowczo nie idziemy pod rękę, toteż moje zainteresowanie tego typu nagraniami jest raczej znikome. A jednak, od pierwszego przesłuchania piosenka wpadła mi w ucho. Nieskomplikowana melodia jest wbrew pozorom całkiem bogata w zastosowane dźwięki i efekty. Linia wokalu również wydaje się prosta, a jednak jest w niej dość pomysłu, by nie móc nazwać ją prostacką.
W efekecie ten kawałek najlepiej określić jako... przystępny? Niebywale przystępny. Pomimo tego, że wydaje się błahy, to słucha się go z dużą przyjemnością, a chwytliwy refren wydaje się gwarancją sporego sukcesu. Dziewczyny z Girl's Day otwarcie mówią, że liczą na zgarnięcie pierwszych miejsc na listach przebojów. Jest to całkiem prawdopodobne, ale nawet gdyby ten sukces nie miał się stać ich udziałem, to przewiduję, że mimo to piosenka będzie bardzo długo utrzymywała się w topie. Zeszłoroczny powrót Son Dam Bi (>>TUTAJ<<) podpadał pod podobne brzmienie, ale nie był aż tak udany, a mimo to na listach przebojów spisywał się bardzo dobrze i przetrwał wiele tygodni.
Jeżeli miałbym formułować tu jakieś poważniejsze zarzuty, to byłyby one pod adresem teledysku. Trochę to dziwne, bo dziewczyny wyglądają świetnie, w dodatku są ciekawie wystylizowane, a świetnie dobrane, zróżnicowane kadry z żywą kamerą tylko dodatkowo to eksponują... Jednak te rozmazane przebitki wplecione w klip wyglądają na wyjęte z innej bajki. Wiem, jest coś takiego jak świadome użycie kontrastujących obrazów, ale tu, przynajmniej z początku, ten obraz nie kontrastuje ze scenami grupowymi, tylko zwyczajnie się z nimi gryzie. W dodatku, a może przede wszystkim, gryzie się też z brzmieniem piosenki. Dopiero kiedy w dalszych segmentach przebitki zaczynają pasować do towarzyszącej im melodii, nieustanne zmiany tonu obrazu przestają zawadzać. Co nie zmienia faktu, że oglądając początek klipu, w mojej głowie rodzą się negatywne odczucia i nie ograniczyło się to do pierwszego obejrzenia teledysku.
Mam też wrażenie, że część gruntu pod pozytywne przyjęcie tej piosenki przeze mnie dziewczyny z Girl's Day przygotowały już kilka tygodni temu wypuszczając przedpremierowo nagranie "White Day" - jako prezent dla wyczekujących fanów i forma przypomnienia się szerszej publiczności. Piosence nie towarzyszyły żadne dodatkowe promocje, a teledysk jest dosyć minimalistyczny...
A jednak słucha się tego bardzo przyjemnie. Nie jest to może utwór, który zapętliłbym w odtwarzaczu i tłukł na okrągło przez kilka godzin (a takie odchyły czasami mi się zdarzają), ale jest w nim coś niezwykle spokojnego, subtelnego i sympatycznego. Może jest w tym nieco sugestii ze strony klipu, ale piosenka kojarzy mi się z ciepłym, relaksującym kubkiem kakaa pitym w słoneczne zimowe popołudnie, kiedy za oknem trzaska mróz.
Swoją drogą to dosyć zabawne, że z walentynkami kojarzy się tak wiele rzeczy, ale nie śnieg. Przecież 14 lutego to serce zimy. Dlaczego o tym piszę, bo tytułowy White Day to coś w rodzaju dodatkowych walentynek, więcej na ten temat pisałem >>TUTAJ<<. White Day obchodzony jest 14 marca... Co wiedzie mnie do pytania - skoro zwróciłem uwagę na tę piosenkę, to dlaczego nie skojarzyłem, że album wyjdzie właśnie dzisiaj, w White Day?
I ja nieomal się pogubiłem. We wczorajszym zestawieniu wybiegając w przyszłość nieopatrznie pominąłem powrót formacji Girl's Day, bo byłem przekonany, że to temat na ostatnie dni marca. Tymczasem dziewczyny powróciły już teraz, wydając pierwszy duży album zatytułowany "Expectation" i promującą go piosenkę "Expect (me)". Są to pierwsze nagrania Girl's Day w czteroosobowym składzie, czyli od czasu odejścia Jihae w październiku zeszłego roku.
Hm, dziewczyny zabiły mi ćwieka. Piosenka jest do ból prosta i w mojej prywatnej klasyfikacji podpada pod kategorię "taneczna". Ja i taniec stanowczo nie idziemy pod rękę, toteż moje zainteresowanie tego typu nagraniami jest raczej znikome. A jednak, od pierwszego przesłuchania piosenka wpadła mi w ucho. Nieskomplikowana melodia jest wbrew pozorom całkiem bogata w zastosowane dźwięki i efekty. Linia wokalu również wydaje się prosta, a jednak jest w niej dość pomysłu, by nie móc nazwać ją prostacką.
W efekecie ten kawałek najlepiej określić jako... przystępny? Niebywale przystępny. Pomimo tego, że wydaje się błahy, to słucha się go z dużą przyjemnością, a chwytliwy refren wydaje się gwarancją sporego sukcesu. Dziewczyny z Girl's Day otwarcie mówią, że liczą na zgarnięcie pierwszych miejsc na listach przebojów. Jest to całkiem prawdopodobne, ale nawet gdyby ten sukces nie miał się stać ich udziałem, to przewiduję, że mimo to piosenka będzie bardzo długo utrzymywała się w topie. Zeszłoroczny powrót Son Dam Bi (>>TUTAJ<<) podpadał pod podobne brzmienie, ale nie był aż tak udany, a mimo to na listach przebojów spisywał się bardzo dobrze i przetrwał wiele tygodni.
Jeżeli miałbym formułować tu jakieś poważniejsze zarzuty, to byłyby one pod adresem teledysku. Trochę to dziwne, bo dziewczyny wyglądają świetnie, w dodatku są ciekawie wystylizowane, a świetnie dobrane, zróżnicowane kadry z żywą kamerą tylko dodatkowo to eksponują... Jednak te rozmazane przebitki wplecione w klip wyglądają na wyjęte z innej bajki. Wiem, jest coś takiego jak świadome użycie kontrastujących obrazów, ale tu, przynajmniej z początku, ten obraz nie kontrastuje ze scenami grupowymi, tylko zwyczajnie się z nimi gryzie. W dodatku, a może przede wszystkim, gryzie się też z brzmieniem piosenki. Dopiero kiedy w dalszych segmentach przebitki zaczynają pasować do towarzyszącej im melodii, nieustanne zmiany tonu obrazu przestają zawadzać. Co nie zmienia faktu, że oglądając początek klipu, w mojej głowie rodzą się negatywne odczucia i nie ograniczyło się to do pierwszego obejrzenia teledysku.
Mam też wrażenie, że część gruntu pod pozytywne przyjęcie tej piosenki przeze mnie dziewczyny z Girl's Day przygotowały już kilka tygodni temu wypuszczając przedpremierowo nagranie "White Day" - jako prezent dla wyczekujących fanów i forma przypomnienia się szerszej publiczności. Piosence nie towarzyszyły żadne dodatkowe promocje, a teledysk jest dosyć minimalistyczny...
A jednak słucha się tego bardzo przyjemnie. Nie jest to może utwór, który zapętliłbym w odtwarzaczu i tłukł na okrągło przez kilka godzin (a takie odchyły czasami mi się zdarzają), ale jest w nim coś niezwykle spokojnego, subtelnego i sympatycznego. Może jest w tym nieco sugestii ze strony klipu, ale piosenka kojarzy mi się z ciepłym, relaksującym kubkiem kakaa pitym w słoneczne zimowe popołudnie, kiedy za oknem trzaska mróz.
Swoją drogą to dosyć zabawne, że z walentynkami kojarzy się tak wiele rzeczy, ale nie śnieg. Przecież 14 lutego to serce zimy. Dlaczego o tym piszę, bo tytułowy White Day to coś w rodzaju dodatkowych walentynek, więcej na ten temat pisałem >>TUTAJ<<. White Day obchodzony jest 14 marca... Co wiedzie mnie do pytania - skoro zwróciłem uwagę na tę piosenkę, to dlaczego nie skojarzyłem, że album wyjdzie właśnie dzisiaj, w White Day?
Subskrybuj:
Posty (Atom)