środa, 21 listopada 2012

Spica - Lonely

Na początku tego roku, na już bogatym koreańskim rynku, debiutowała kolejna żeńska formacja - Spica. Już sama nazwa sugeruje, że rynek jest nieco zatłoczony - nie starczyło nazw na oczywiste kobiece referencje, więc sięgnięto do astronomii. Spica to najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Panny. Czy same wokalistki osiągnęły status gwiazd?

Raczej nie. Choć grupa zdążyła wydać w sumie już dwa minialbumy i aż cztery teledyski (co wiąże się z czterema singlami - dwoma fizycznymi i dwoma cyfrowymi) to na szczyty list przebojów nie dotarł żaden z nich. Inaczej może być z ich nowym nagraniem promującym trzeci kompakt grupy.

Do tej pory grupa silnie wzorowała się muzycznie i wizualnie na Europie i Stanach. Np. "I'll Be There" brzmi i wygląda jak Spice Girls. Inspiracje są tak wyraźne, że momentami ocierają się o plagiat. Jednak, choć wokalistki dysponują solidnymi głosami, to dostarczone im kompozycje były, choć nieźle wyprodukowane, to jednak nijakie lub mało chwytliwe i sukcesu zapewnić nie mogły.

Zdecydowanie tego samego nie można powiedzieć o utworze "Lonely". Wciąż gdzieś w tym wszystkim pobrzmiewa więcej inspiracji niż autorskiego pomysłu, ale jest już zdecydowanie bardziej wyraziście. Piosenka to mieszanka retro - w wielu jego aspektach, od warstwy kompozycji, poprzez estetykę, aż po sam koncept wizerunku żeńskiej grupy wokalnej - z bardziej nowoczesnym podejściem. Całość wieńczy rytmiczny, ale i melodyjny, a przy tym bardzo chwytliwy refren.



Najsłabszym punktem piosenki jest dla mnie podkład. Nie mam nic do jego kompozycji, ale użyte dźwięki jakoś nie brzmią w moich uszach. Z jednej strony są oryginalne, różnorodne, ale z drugiej strony nieco zbytnio udziwnione i przekombinowane. Kilka efektów mniej, albo chociaż ich subtelniejsze aplikowanie i pewnie podkład brzmiałby solidniej.

Tym bardziej, że podkład nie powinien w tym utworze tak bardzo wybijać się na pierwszy plan. Siłą piosenki zdecydowanie są wokale. Dziewczyny mają silne, dobrze współbrzmiące głosy. Do tego nawet sekcje rapowane są jak najbardziej strawne, bo pobrzmiewa w nich pewna doza charyzmy. To nie nijaka melorecytacja. Sam tekst też jest niezły, niebanalnie sformułowany (tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<).

Od strony wizualnej też nie ma się do czego przyczepić. Teledysk może nie porywa, ale choć monotematyczny i dosyć prosty, to wizualnie jest dostatecznie bogaty i umiejętnie wystylizowany, by móc obejrzeć go bez znudzenia. Fajnie dobrana kolorystyka, stylistyczna spójność, dużo rekwizytów i tylko roślinność kiepsko się w tym wszystkim prezentuje. Nawet jeżeli nie jest sztuczna, to na taką wygląda.

Piosenka ma wszystkie zadatki, by zostać przebojem, ale ma także jeden feler - czas wydania. W tej chwili w Korei króluje Lee Hi z utworem "1, 2, 3, 4" (więcej o piosenkarce i piosence >>TUTAJ<<). Młodziutka wokalistka urzekła naród swoim soulowym przebojem i od 3 tygodni nie opuszcza pierwszych miejsc list przebojów.

wtorek, 13 listopada 2012

IU - Only I Didn't Know

Od dawna chciałem przedstawić którąś z piosenek tej młodej artystki, ale nie potrafiłem zdecydować, którą wybrać na początek. Zacząć od jej debiutu w wieku lat 15? Może od B-side'owej (szczerze wątpię żeby to było prawdziwe słowo) piosenki, którą mnie do siebie przekonała? A może zacząć od jej fenomenalnych akustycznych coverów piosenek innych wykonawców?

Koniec końców stanęło na czymś innym - na jej chyba najdojrzalszym nagraniu jak do tej pory. Nie chodzi tu o dojrzałość muzyczną, bo tego typu utwory wokalistka wykonuje właściwie od początku swojej kariery. Dojrzałość w tym wypadku bardziej odnosi się do warstwy lirycznej i emocjonalnej utworu, ale także do warstwy wizualnej - do wideoklipu.

Powody takiego wyboru są dwa. Jeden to oczywiste skojarzenie z poprzednim klipem, który tu opisywałem - "Dripping Tears" w wykonaniu Son Dam Bi (>>TUTAJ<<). Przy czym podobieństwo bynajmniej nie jest muzyczne, oba utwory to zupełnie różne ligi. Drugi powód to pewna sytuacja, która ostatnio wyniknęła wokół wokalistki. Patrząc przez pryzmat jej twórczości, zastanawiam się, czy czasem owej sytuacji sama celowo nie zaaranżowała.

Ale na chwilę pozostawmy tematy poboczne i zajmijmy się samym utworem i teledyskiem, bo zdecydowanie są tego warte. Piosenka pochodzi z singla "Real+" wydanego w 2011 roku. IU miała wtedy niespełna 18 lat, tym bardziej imponuje sposób, w jaki poradziła sobie z tą nastrojową balladą.

Poniżej znajdziecie osadzony teledysk w pierwotnej, sfabularyzowanej, formie. Ten wariant jest po prostu lepszy, zarówno technicznie - od strony montażu - jak i bardziej artystycznie - pod względem oddawania emocji. Jednak dla osoby niewładającej językiem koreańskim ma też minus w postaci przegadanego intra - dosyć istotnego dla teledysku, nieistotnego dla piosenki.

Zachęcam do przecierpienia tego fragmentu, ale jeżeli ktoś koniecznie chce go przeskoczyć, to kończy się on w okolicach 0:50. Właściwa piosenka zaczyna się po 1:20, ale odradzam skakanie tak daleko, bo wyrywa teledysk całkowicie z kontekstu.

Jeżeli kogoś stanowczo nie interesuje teledysk, może poszukać niżej w tekście drugiego osadzonego wideo z klipem wyedytowanym tak, by nie zawierał fabuły i skróconym do długości trwania piosenki. Odradzam takie rozwiązanie, ale jeśli ktoś bardzo chce, informuję o takiej możliwości.

Co do pełnej wersji klipu - jedna uwaga. W trakcie wywiadu w intrze bohaterka klipu mówi o dziwnej pogodzie, która ma panować za oknem i o tym, że zazwyczaj przy takiej pogodzie ktoś ją odwiedza. Co mówi na końcu klipu? To napiszę po teledysku.



Zamykanie zakochanych dziewczyn w zakładach psychiatrycznych najwyraźniej musi być całkiem popularne w Korei, bo to już drugi taki teledysk, który widzę. Ale żarty na bok. Piosenka całkiem zgrabnie i niebanalnie opowiada historię udawanej miłości i złamanego serca, która jest w stanie żyć własnym życiem wyjęta z kontekstu teledysku. Jeżeli kogoś interesują konkrety >>TUTAJ<< wersja z polskimi napisami (tylko do piosenki).

Nawet bez znajomości słów, w uszy rzuca się ilość emocji sprzedawanych przez IU. Nieważne czy porusza się po niskich rejestrach, czy przechodzi w te wyższe, gdzieś w tych wyśpiewywanych przez nią słowach czai się ładunek, który trafia dalej niż narząd słuchu i wywołuje ciarki na plecach. Efekt jest jeszcze silniejszy, kiedy widzę o czym śpiewa, a to przecież jeszcze nastolatka. Siła jej ekspresji w tej piosence jest naprawdę zdumiewająca.

Sama kompozycja pełni swoją funkcję. Jest dobra - melodyjna, spójna, a przy tym zróżnicowana. Choć pomaga akcentować pewne fragmenty piosenki, nigdy nie wyrasta przed wokal, co wydaje się całkiem rozsądne.

A co z teledyskiem? Bohaterka jest w szpitalu psychiatrycznym i nawyraźniej cierpi na jakieś przywidzenia - prześladuje ją widmo jakiegoś starszego mężczyzny. Lekarze są przekonani, że to jej ojciec. Na zakończenie klipu pada pytanie - Zdajesz sobie sprawę, że Twój ojciec odszedł (umarł)?  - Ale on jeszcze do mnie wróci - odpowiada dziewczyna - Co ciekawe, wszyscy myślą, że ten mężczyzna to mój ojciec. Ale to nie jest mój ojciec.

I w ten piękny sposób teledysk wywołał niemałą burzę. Wielu ludzi sugerowało nawet, że chodzi o kazirodztwo. Wytwórnia szybko to zdementowała, utrzymując że szalona dziewczyna z teledysku akurat w tym aspekcie trzyma się rzeczywistości i że nie należy doszukiwać się tak dalekoidących interpretacji.

Jednak niewiele to pomogło. Mówimy o Korei - kraju, w którym może i kobiety nie noszą bezkształtnych worków po ziemniakach, ani nawet zjednoczone kolory moheru nie cieszą się aż taką popularnością jak u nas, ale jednak kraju mocno konserwatywnym w tematach obyczajowości. Interpretacja "to nie jest jej ojciec, tylko jakiś inny starszy facet" jest tam niewiele lepsza, bo na związki z dużą różnicą wieku jednak wciąż krzywo się tam patrzy.

Zestawiając ten teledysk z osobą piosenkarki - bądź co bądź jeszcze nastolatki, w dodatku usilnie stylizowanej przez wytwórnię na niewinną (przylgnęło nawet do niej miano "młodszej siostry narodu") - można sobie wyobrazić, że reakcja była tym głośniejsza.

Wytwórnia wybrnęła z tego nawet zgrabnie, wypuszczając drugą wersję teledysku, o której wspominałem już wyżej. Całkiem pozbawioną wątku fabularnego. Było to wyjście o tyle zręczne, że w wypadku rozszerzonych fabularnie teledysków dosyć powszechną praktyką jest wypuszczanie wersji okrojonej do wykonania piosenki. Inna sprawa, że dotyczy głównie utworów tanecznych, gdzie alternatywny teledysk ma lepiej pokazywać przygotowaną choreografię. Tutaj mamy do czynienia z nie do końca sprawnym montażem już istniejących ujęć.



Na początku wspomniałem też o pewnej sytuacji, która wyniknęła wokół wokalistki. Wg naszych standardów jest to sytuacja, wg standardów koreańskich coś na miarę skandalu. Na krótko na twitterze wokalistki mignęła fotka, na której... Nie za dużo widać. Jest część twarzy wokalistki, po ramionach można by spekulować, że ubranej w piżamę. Obok niej widać jednego z K-popowych wokalistów, od dawna podejrzanego o związek z IU. Prawdopodobnie bez piżamy, możliwe nawet, że bez niczego, ale poprzestać można na tym, że wygląda jakby nie miał na sobie żadnej koszuli.

Twarde, ani nawet miękkie, porno to to nie jest - ale kontekst łóżkowy jest mocno wyczuwalny. Zdjęcie szybko zniknęło, ale wiatr zasiano. Pytanie - kto zbierze burzę? Jak wspomniałem, Korea to kraj konserwatywny, seks pozamałżeński - nie to, że nie istnieje - ale pozostaje wyrugowany, przynajmniej ze sfery życia publicznego. Tym bardziej w kontekście 19-letniej wokalistki, stylizowanej na bardziej niewinną niż jest, takie zdjęcie musiało wywołać dyskusję.

Wytwórnia piosenkarki wystosowała jakieś bzdurne oświadczenie, że zdjęcie wykonano latem zeszłego roku, kiedy wokalista odwiedzał chorą IU w domu. Nie dość, że przekombinowane, to jeszcze niczego nie tłumaczy. Wytwórnia piosenkarza ograniczyła się do przytaknięcia kolegom po fachu. A ja się zastanawiam, czy IU nie zrobiła tego wszystkiego celowo?

Piosenkarka debiutowała w młodym wieku, więc siłą rzeczy startowała z dziewczęcym wizerunkiem, który przez lata funkcjonowania nie tylko jako piosenkarka, ale także aktorka, stał się jej drugą skórą. Tymczasem dziewczyna wydoroślała, ma nieprzeciętny talent wokalny, który już dostrzeżono na świecie. W tym roku IU dała koncert z orkiestrą symfoniczną w Orchard Hall tokijskiego kompleksu Bunkamura - jednej z bardziej prestiżowych scen na kontynencie.

Czy dziwne byłoby, gdyby chciała uciec od wizerunku wiecznej dziewczynki, owej "młodszej siostry narodu" i poprowadzić dojrzalszą karierę. Nierzadko show-biznes porównywany jest do niewolnictwa. Artyści przez większość czasu chałturzą pod dyktando wytwórni, które z kolei patrzą na zyski, a nie na sztukę. Jak długo jakieś podejście się sprawdza, tak długo będzie eksploatowane i nikt nie pomyśli o zmianie. Jeżeli IU chciałaby zerwać z wizerunkiem grzecznej dziewczynki, to tylko poprzez samodzielne jego zniszczenie. Taka fotka to mało radykalny, ale skuteczny krok w tym kierunku.

niedziela, 11 listopada 2012

Son Dam Bi - Dripping Tears

Son Dam Bi jest jedną z tych wokalistek, których nie tyle nie lubię, co staram się nie słuchać. Nie śpiewa źle, a jej piosenki są nawet na jakimś poziomie przebojowe, ale brzmieniowo to kompletnie nie moja bajka. Od strony podkładu to takie rytmiczne byleco, jakiego całkiem sporo produkuje się na zachodzie.

Jednak w Korei Son Dam Bi ma całkiem niezłą markę. Jako piosenkarka debiutowała w 2008 roku i swojego czasu robiła nawet sporą karierę. Jednak od dwóch lat pozostawała nieaktywna na rynku fonograficznym i jej powrót na scenę z czwartym mini-albumem urósł do rangi jednego z bardziej oczekiwanych wydarzeń końca roku.

Przyznam się bez bicia - to wciąż nie są moje klimaty, ale z drugiej strony ja jestem osobą, która na myśl o klubie snuje plany a'la finał "Parszywej dwunastki" (połączenie granatów, szybów wentylacyjnych i ciasno stłoczonych ludzi). Jeśli idzie o skoczne rytmy pod mniej lub bardziej zorganizowane wywijanie kończynami - zdecydowanie nie jestem autorytetem. Dla mnie dźwiękowo jest po prostu zbyt prosto i zbyt ubogo.

Tym bardziej przeraża mnie fakt, że już pod koniec pierwszego przesłuchania ta piosenka jakimś cudem wpadła mi w ucho i z każdym kolejnym podoba mi się tylko bardziej. Nie wiem - bójcie się, bo może mózg od słuchania tego podlega jakiejś degradacji. - Toż to banał! - krzyczy mózg. - Zamknij się i daj słuchać - odpowiadają uszy.

Najgorsze w tym wewnętrznym sporze narządów jest to, że doprowadziła do niego trzecia strona - oczy. Teledysk zaczyna się intrygująco, potem, z pozoru, robi się normalny - ale to tylko dym w oczy, próba uśpienia czujności widza. Gdzieś tak w połowie klipu szaleństwo powraca - Co ja paczę - zastanawia się mózg, a oczy "paczą" dalej.



Tak, to jest jeden z tych klipów, po których zaczynasz współczuć rodzinom autorów. Miejmy nadzieję, że stoją za nim winne wszystkiemu narkotyki, a nie życiowa trauma. Trzeba jednak przyznać, że wizualnie osiągnięto swój cel. Klip sam ciśnie na usta słowo "szaleństwo".

Intensywnie kraciaste kostiumy zakrywające całe ciało - nie, to zbyt mało szalone! Doklejmy im mysie uszy i każmy tańczyć w szpitalu psychiatrycznym. A potem naślijmy na nie zamaskowany personel szpitala uzbrojony w pałki. Kierunek myślowy był ewidentnie dobry, ale efekty nie przekonywały twórców, więc jeszcze dodali wokalistce różowy pierzasty kostium. - Jeżeli ktoś nie uzna tego za szalone, to przynajmniej doceni, że się staraliśmy - musieli pomyśleć twórcy.

Zanim popełnię jeszcze kilka zdań o teledysku, który w gruncie rzeczy podoba mi się bardziej niż piosenka, napomknę może o słowach piosenki. Otóż nie mają one większego związku z tym, co widzimy na ekranie. Son Dam Bi śpiewa o tym, że nie ma przy niej jej faceta, jak w nocy kapią, kapią jej łzy i jak kapie, kapie jej miłość. Całość ma prawie 4 minuty i naprawdę tekstu jest niewiele więcej. Nie wierzycie, to sprawdźcie >>TUTAJ<<.

Jak więc wytłumaczyć eksplodującą wodę? Czyżby czaiły się w niej jakieś rekiny, które niewidzialny Batman potraktował sprejem przeciwko rekinom? A może wymyślił sprej przeciwko wodzie? Z Batmanem nigdy nic nie wiadomo.

Nie wiecie, o czym mówię?



Kpię sobie, ale tak naprawdę mam sporo podziwu dla twórców. Całkiem skromnym nakładem wizualnym przedstawili szaleństwo w sposób plastyczny - momentami uderzający w widza grozą obłędu, momentami subtelnie, przy pierwszym obejrzeniu niemal niedostrzegalnie, sugerując skrywaną paranoję. A całość zamyka obraz odzyskanego pozornego spokoju w jakimś wewnętrznym świecie.

Właśnie ten skromny nakład jest chyba tutaj kluczem do sukcesu. Próbując obrazować szaleństwo, łatwo popchnąć się w kierunku sztucznej przesadności z czapkami z bananów, na które nie zawsze jest miejsce w obrazie. Prawdziwy obłęd to często pająki, których nie ma, czy twarze zakryte cieniami i maskami. Takie sceny, jak ta w szpitalu, szokują, ale gdyby tylko z nich zbudować teledysk, efekt byłby dużo gorszy.

Ale samo stworzenie dobrego obrazu to w teledysku dopiero połowa sukcesu, bo dopiero efekt jego połączenia z piosenką zadecyduje o powodzeniu. Tutaj dopiero stwierdzam, że twórcy wzbili się na wyżyny możliwości. Piosenka jest z grubsza o niczym, muzycznie też nie powala na kolana, w dodatku reprezentuje nurt muzyczny, którym zwyczajnie się nie interesuję. A teledysk mimo to dał radę wcisnąć mi tę piosenkę do głowy na tyle, że kończąc pisać ten tekst, jestem skłonny przyznać, że jest niezła.

Gain - Bloom

Ostatnie miesiące przyniosły kilka kontrowersyjnych klipów (przynajmniej wg koreańskich standardów). Najpierw we wrześniu formacja Secret powróciła w nowej ostrzejszej stylizacji z piosenką "Poison" (>>TUTAJ<<). Miesiąc później zaatakowała znana z nęcenia seksapilem HyunA ze swoim kawałkiem "Ice Cream" (>>TUTAJ<<). Jednak cała piątka dziewczyn została zamieciona pod dywan przez GaIn.

Wokalistka, której macierzystą formacją jest słynąca z kontrowersji grupa Brown Eyed Girls, poszła o krok dalej niż koleżanki z Secret czy HyunA. Podczas gdy one bawiły się dekoltami i odważniejszym tańcem, GaIn w swoim klipie umieściła scenę seksu. Skreśl, wróć - to nie tak. To brzmi jakby w jakimś teledysku do jakiejś piosenki pojawiała się nagle scena seksu.

Ujmijmy to inaczej - GaIn zrobiła piosenkę i teledysk O seksie, w którym to teledysku pojawia się także scena seksu (i nie tylko). Tylko nie ostrzcie sobie zębów na jakieś twarde porno, czy inne "full frontal nudity". Nie, ona podeszła do tematu - owszem - bezpośrednio, ale od strony raczej zaniedbywanej w popkulturze i... Odniosła sukces. Piosenka radziła sobie całkiem nieźle na listach przebojów, a za teledysk wokalistka usłyszyła chyba więcej pochwał niż słów krytyki.

Zanim poczęstuję Was klipem - jedna uwaga. Całość trwa 6 minut z haczykiem, bo teledysk ma intro. Służy ono zbudowaniu nastroju, ma swoje walory estetyczne i choć od strony melodii prezentuje podobne tematy, co piosenka, to aranżacyjnie raczej z nią kontrastuje. Jeżeli ktoś koniecznie nie chce oglądać całego intra, ale chciałby złapać jego klimat, może skoczyć gdzieś do 1:29. Około 1:59 kończy się intro teledysku i zaczyna intro do piosenki, sugerowałbym nie przewijać dalej.



Piosenka jest całkiem niezła, może nie materiał na wielki przebój, ale muzycznie trzyma poziom i słucha się jej przyjemnie. W podkładzie wykorzystano całą mnogość instrumentów, sampli i efektów, ale wszystko ze sobą współgra tworząc interesującą całość - naraz subtelną, ale i energiczną. Co najważniejsze, udało się w tym natłoku nie zgubić wokalu, który pozostaje centralnym elementem piosenki. Po prostu dobra produkcja.

Obraz jest podobny. Zdecydowany, bezpośredni, pieprzny, ale przybrany oryginalnymi pastelowymi barwami, nieco zmiękczony, wygładzony. Nawet temat seksu, choć podjęty otwarcie i bez zahamowań, przedstawiony jest raczej subtelnie. Podobnie jak piosenka, także klip podporządkowany jest tematowi przewodniemu całości.

Za wszystkim nie stoi jakaś zawiła historia. Po prostu dziewczyna przeżywa tytułowy "rozkwit", odkrywa własną seksualność i ma z tego frajdę. Choć sam pomysł może nie wywraca czaszki na lewą stronę, to trzeba przyznać, że od tej strony kwestii seksu się raczej nie podejmuje. Nie chodzi mi nawet o skoncentrowanie całości wokół kobiecej strony tego układu, a o samą, może nawet nieco przerysowaną, subtelność.

Troszkę odejdę od samego teledysku, ale zauważyłem, że feministki usiłują wyidealizować ten klip jako kobiecą kontrę na wszystkie klipy, w których kobiety są seksualnymi przedmiotami, a nie podmiotami. Niby można na upartego tak to interpretować, tylko czy kobiety nie mają swoich klipów, w których faceci są ich seksualnymi przedmiotami? Ci wszyscy buntownicy, grzeczni chłopcy, metroseksualiści i świnie-macho-mordercy z boysbandów? Nie oszukujmy się, większość prawdziwych mężczyzn nie wpada w żadną z powyższych kategorii.

Kobiety dostają swoją porcję cukierków dla oczu, ale zawsze znajdą się jakieś niezadowolone, które poczują sie seksualnie dyskryminowane i krępowane poprzez obraz Hyuny w jej lateksowym wdzianku i bąbelkowej kąpieli. Nie to żebym uważał, że jest to obraz w dobrym guście, ale rozciąganie, a może raczej zawężanie, znaczenia każdego przejawu kobiecej seksualności na ekranie do kategorii "przejaw upodlenia" lub "symbol wyzwolenia" jest nie tylko przesadne, ale i naiwne. Poprzez porównanie teledysk GaIn można odbierać jako środkowy palec wymierzony w oko Hyuny, ale szczerze wątpię, by taki był zamysł autorów.

Teledysk do "Ice Cream" Hyuny to cukierek dla męskiego oka, ale przecież choćby seksowna stylizacja GaIn i jej choreografia w "Bloom" nie ma trafiać do kobiet tylko do mężczyzn właśnie. Różnica sprowadza się do wykonania. HyunA to kicz w złym guście, klip GaIn jest w dobrym guście, choć też niepozbawiony kiczowatych akcentów. Broni się jako całość, która ma pewien sensowny i dosyć oryginalny wydźwięk.

Jeszcze na zakończenie wrócę do samego tematu kontrowersji. Zapewne zauważyliście, że klip ma 19 w czerwonym kółeczku. To oznacza, że dostał ograniczenie wiekowe ze względu na swoją zawartość. Tutaj kolejny raz do boju ruszają feministki, bo ostatni klip Hyuny takiego bana nie dostał - a jest to ban całkiem poważny, bo uniemożliwia emitowanie w telewizji poza pasmem nocnym. Sęk w tym, że oburzanie się na taki stan rzeczy jest trochę jak walka z wiatrakami.

Światem cenzury, nie tylko w Korei, rządzą pewne prawa (inna sprawa, czy są to prawa rozsądne). Pokazanie seksu = czerwone kółeczko. Sam głęboki dekolt i lateks to już tylko co najwyżej coś żółtego. Takie czasy. To, że jeden materiał jest wykonany ze smakiem, a drugi bez, nie wpływa w znaczący sposób na ocenę jego zawartości. Szerszym pytaniem, które wbrew pozorom wymaga głębszego zastanowienia przed udzieleniem odpowiedzi, jest zasadność jakiejkolwiek cenzury na tym tle, kiedy 10-latki i tak oglądają porno w internecie. Choć odnosząc sprawę wyłącznie do koreańskiej ziemi, trzeba zwrócić uwagę, że status legalny porno w Korei w ostatnich latach podlegał zmianom. Nie umiem znaleźć aktualnych informacji na ten temat, ale możliwe, że na dziś porno w Korei jest przynajmniej w pewnych aspektach nielegalne.

BONUS
Wykonanie live, warto zobaczyć dla choreografii.


czwartek, 8 listopada 2012

Girls' Generation - Flower Power vs KARA - Electric Boy

Korea znów szturmuje Japonię. Girls' Generation 21 listopada wypuści swój szósty japoński singiel. Już przebojowym drugim singlem z piosenką "Gee" (>>TUTAJ<<) dziewczyny z SNSD (jak często skraca się koreańską nazwę grupy) wyrobiły sobie bardzo silną pozycję na japońskim rynku.

Utwór pod tytułem "Flower Power" ma za zadanie przygotować grunt pod prawdziwą inwazję, bo dwa tygodnie po singlu na rynek Kraju Kwitnącej Wiśni ma trafić drugi studyjny album formacji. Oczywiście piosence towarzyszy teledysk, który w internecie pojawił się ze sporym wyprzedzeniem. Tydzień po premierze klip ma już 6 milionów wyświetleń na YT.



Blisko 20 sekund ciszy, a potem... Rozczarowanie. Nie jakieś gigantyczne, nie jest to klapa na całej linii, ale wiele rzeczy, zarówno w samej piosence jak i w klipie, nie zadziałało. Co jest fajne? Na pewno refren jest chwytliwy, a że pada w nim dziwaczne zestawienie słów, tym łatwiej go zapamiętać. Sęk w tym, że piosenka trwa ~3:20. Pojedynczy refren to 25 sekund. Razy trzy - daje nam ~1:30 - przy załóżeniu, że finałowy refren jest dłuższy.

Powołując się na Potęgę Posępnej Matematyki wyliczyłem, że reszta piosenki trwa jakieś 2 minuty. Dwie nudne, niespójne minuty - bardziej przegadane niż wyśpiewane. Zacznijmy od tego, że większość wokali jest obrobiona cyfrowo, co sprawia, że dziewczyny brzmią bardzo podobnie. Jaki jest sens posiadania w zespole dziewięciu wokalistek i rozdzielania im indywidualnych partii, kiedy na koniec i tak ktoś usiądzie za konsoletą i zleje to w jedną nierozpoznawalną papkę?

Zwrotki też mają swoje pozytywne momenty, jednak tym razem to tylko kropla miodu w beczce dziegciu. Cały utwór jest po prostu źle zaprojektowany. Ktoś chciał połączyć dwa różne wizerunki - jeden ostry, drugi słodki. I strasznie spaprał swoją robotę. Zamiast stworzyć spójną, wypośrodkowaną, ale wyrazistą całość, powkładał w teledysk i piosenkę trochę z jednego ekstremum, trochę z drugiego i efekty widzimy.

Dziewczyny w czarnych obcisłych skórach przywołujących na myśl motocyklowe kombinezony robią miny jak małe, upośledzone umysłowo dziewczynki i wypluwają słowa jak landrynki w rytm mocnego dyskotekowego brzmienia. Z drugiej strony ubierając zabarwione fetyszyzmem i bezguściem wdzianka stewardess, usiłują prezentować wcale niebanalną choreografię.

Problemem nie jest sama schizofreniczna wizja. Również wykonanie pozostawia momentami sporo do życzenia. Choreografia jest intensywnie nijaka, a segment, w którym dziewczyny tworzą szereg, to jakiś koszmar. W szeregi to się może bawić After School, bo tam najniższa Raina ma 166 cm wzrostu, a najwyższa Nana 171 cm. Ustawianie mierzącej ~170 cm Sooyoung "głowa-w-głowę" obok kilkanaście centymetrów niższych koleżanek, wygląda pokracznie. Jak już koniecznie mają być w rzędzie, to trzeba było chociaż ułożyć dziewczyny według wzrostu, jak na początku klipu.

Co ciekawe, "Flower Power" miało debiutować w Japonii tydzień wcześniej - 14 listopada. Oficjalnym powodem przesunięcia są problemy produkcyjne. Gdybym wierzył w tę wersję, powiedziałbym, że piosence poświęcono albo zbyt dużo, albo zbyt mało czasu. Wydaje mi się jednak, że prawdziwa przyczyna zmiany terminu wydania singla jest inna.

Ten powód to konkurencja. Miesiąc wcześniej - 17 października - swój siódmy japoński singiel wydała inna koreańska grupa - KARA. Japoński rynek mógłby mieć problemy z przyswojeniem naraz dwóch koreańskich przebojów. W dodatku KARA ze swoim singlem "Electric Boy" miała fory, bo startowała wcześniej i zdążyła już wypracować sobie bardzo silną pozycję.

W ostatnim notowaniu japońskiego Mnetu "Electric Boy" jest pierwszy. Na cotygodniowej liście najlepiej sprzedających się singli wg Oricon płyta dopiero teraz spadła z 2. na 13. miejsce - za sprawą fali nowych, japońskich wydawnictw, które zalały rynek w minionym tygodniu (dotychczasowy lider zanotował identyczny spadek z 1. na 12. miejsce).

Wydawca SNSD zapewne woli upewnić się, że przebój KARA zejdzie z topowych miejsc, zanim singiel Girls' Generation trafi do sprzedaży. Nie chodzi o to, że obie formacje pochodzą z Korei, a rynek japoński faworyzuje lokalnych twórców. Nie chodzi nawet o to, że twórczość obydwu zespołów wycelowana jest w podobną grupę odbiorców. Podstawowy powód jest prosty - obie piosenki pod wieloma względami są bardzo podobne, ale "Electric Boy" wydaje się lepszy.

Jeszcze zanim wrzucę klip, muszę coś zaznaczyć. Rynek japoński od koreańskiego różni się jedną istotną kwestią - podejściem do YT. Koreańczycy wrzucają tam niemal wszystko, włącznie z występami live i materiałami zakulisowymi. Japończycy rzadko kiedy wrzucają cokolwiek - "teaser" piosenki to z ich strony spory ukłon w stronę świata. Kiedy koreańska grupa promuje singiel w Japonii, jej podejście do YT w dużym stopniu zależy od japońskiego wydawcy. "Electric Boy" prezentuje podejście "japońskie". Znalezienie rozsądnej pełnej wersji jest więc nieoczywiste. Nawet tu mam wątpliwości, czy obietnica 1080p jest spełniona.



Może w porównaniu do SNSD brzmienie wydaje się proste, dziecinne, banalne - ale o to chodzi. To ma być przebój, więc jest przebojowo. Nikt nie kombinował, zrobiono prosty, ale wpadający w ucho, naraz rytmiczny i melodyjny refren, który składa się na większość piosenki. Do tego niezwykle prosty, narastający, a potem malejący haczyk piosenki i nienadwyrężające cierpliwości słuchacza zwrotki. No i głosy dziewczyn można odróżnić, nawet jeśli wokalnie niczym nie imponują.

Wizualnie też wszystko jest lepsze. Tak, estetyka jest porównywalnie kiczowata do tych srebrnych kostiumów SNSD, ale przynajmniej jest spójna. Kostiumy pasują do piosenki, pasują do naumyślnie kiczowatego wystroju sceny. Nawet odcień różu zastosowany w strojach wydaje się o niebo bardziej gustowny od tego, co zaproponowało Girls' Generation.

Na jakimś poziomie, chociażby ze względu na dobór kolorów, jest cukierkowo, ale na swój sposób także ostro. Zarówno piosenka, jak i teledysk, mają wmieszaną tę odrobinę pazura, w którą mierzyło SNSD, ale zawiodło.  Przy czym słowo klucz to "wmieszaną". Nie doklejoną, nie upchniętą na siłę, a właśnie wmieszaną

Akcentów aegyo jest może nawet więcej niż u konkurencji, ale tutaj nie biją one aż tak po uszach i oczach, bo nie mają z czym kontrastować. No i choreografia działa też poza refrenem, czego o klipie Girls' Generation nie można powiedzieć.

Zbierając to wszystko razem, zwycięzca tego starcia może być tylko jeden - KARA. Sęk w tym, że piosenka SNSD też nie jest zła i choć zarzucam jej nijakość, dłużyzny i niejednorodność, to refren daje radę na tyle, że w głowę wbił mi się chyba nawet intensywniej niż ten z "Electric Boy". KARA zdobyła już to, po co do Japonii przybyła, jej od sukcesu SNSD raczej nie ubędzie. Pytanie - czy dziewczynom z Girls' Generation uda się przetrwać lub nawet uniknąć porównań do rodaczek?

PS
Teledysk do "Electric Boy" w wersji "dance" różni się od oryginału tylko tym, że nie ma blisko minutowego, nieistotnego wstępu z wybieraniem piosenki z szafy grającej, która jest częścią scenografii.

niedziela, 4 listopada 2012

Lee Hi - 1, 2, 3, 4

Pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi. Jakoś tak to szło. Chociaż mowa o finale, w którym brały udział tylko dwie zawodniczki, to słowa pasują jak ulał. Nie tak dawno pisałem >>TUTAJ<< o debiucie zwyciężczyni pierwszej edycji programu Survival Audition K-pop Star (czyli ichniego Idola) - Park Ji-min. Dzisiaj oficjalnie zadebiutowała jej finałowa konkurentka - Lee Hi.

I cóż to jest za debiut... Dziewczyna z miejsca stała się gwiazdą. Choć oficjalna promocja piosenki ruszyła, jak już zauważyłem, dzisiaj, to w formie cyfrowego singla utwór jest dostępny od 29 października, podobnie jak teledysk. Przez pierwsze pięć dni od ukazania się, piosenka nie opuszczała pierwszego miejsca na wszystkich liczących się listach przebojów. To tegoroczny rekord, a mamy już listopad.

Ktoś mógłby powiedzieć, że za jej sukcesem stoi popularność zdobyta w trakcie trwania programu. To bardzo krzywdząca opinia, bo 16-latka jest niezwykle utalentowana. Jej głos to nie tylko moc, ale i piękna barwa. Poniżej próbka z jednego z odcinków.



Pod względem technicznym w trakcie programu cały czas się doskonaliła. Nie jest też może scenicznym zwierzęciem, ale w finale zdobyła się na odważne posunięcie. Zaśpiewała przebój Adele - "Rolling in the Deep", ale w nowej aranżacji. Efekt oceńcie sami.



Popis umiejętności wokalnych i muzycznej wrażliwości, ale publiczności to nie przekonało. Lee Hi (w trakcie programu najczęściej romanizowana jako Lee Ha-yi) uległa Park Ji-min, również niezwykle utalentowanej, młodej wokalistce, która to jednak, w moim odczuciu, w finale zaprezentowała się gorzej od Lee Hi.

Ale może to naturalna droga dla tego typu programów? Przeważnie to nie zwycięzcy robią największe kariery. A po takim debiucie jak ten Lee Hi, trudno nie obiecywać sobie po niej wielkiej muzycznej kariery i przynajmniej kilku udanych albumów. Posłuchajcie i spróbujcie nie pstrykać palcami.



Brawa nie tylko dla debiutantki, ale i dla tego, kto napisał dla niej ten przebój. Soulowe brzmienie pozwala jej popisać się barwą i skalą swojego głosu, jak i umiejętnością interpretacji, a niezwykle rytmiczny charakter sprawia, że piosenka jest niezwykle chwytliwa, wręcz uzależniająca.

Co do teledysku... W kwestii życia przed kamerą, 16-latka ma jeszcze sporo do nadrobienia. Momentami wygląda na niezwykle spiętą. Niefortunne też wydaje się zestawienie jej z wysokimi i bardzo zgrabnymi dorosłymi tancerkami. Nie to żebym narzekał na tancerki, ale wokalistka wygląda przy nich dziecinnie i trochę nieproporcjonalnie.

Co tu więcej napisać? Album (nie wiadomo jeszcze czy pełny, czy tylko mini) według zapewnień YG Entertainment ukaże się jeszcze w grudniu albo najpóźniej w styczniu. Nic tylko siedzieć i zacierać ręce w coraz mroźniejsze wieczory. Może gorące soulowe brzmienie przepędzi zimę.

BONUS
Finalistki K-pop Star - Lee Hi i Park Ji-min w duecie.


piątek, 2 listopada 2012

Brown Eyed Girls - Sixth Sense

Przemysł, jakim jest k-pop, funkcjonuje na pewnych określonych zasadach. Jedną z koronnych zasad przy formowaniu zespołu jest wybranie jego wizerunku, a co za tym idzie niszy, w której będzie funkcjonował. Dla formacji kobiecych popularną niszą jest aegyo - przesłodzony wizerunek grzecznych dziewczynek, w którym specjalizują się grupy takie jak np. Girls' Generation.

Pewną wariacją na temat aegyo jest grupa Orange Caramel, której cukierkowaty wizerunek przywodzi na myśl raczej lolity, a nie grzeczne dziewczynki. Macierzysta formacja Orange Caramel - After School to z kolei wzorcowy przykład koreańskiego ostrego wizerunku. Ostrego w granicach przyjętej tam konwencji. Według amerykańskich standardów to niemal zakonnice, ale w Korei Płd. często porównuje się je do Pussycat Dolls. Co trochę mnie irytuje, bo tę amerykańską grupę uważam za sabat pasztetów (z wyłączeniem Nicole Scherzinger).

Nie oszukujmy się, chociaż przyjęte konwencje z pozoru trzymają w ryzach seksualny wizerunek kobiet na scenie, to jednak i w jednej, i w drugiej stylizacji chodzi o to, by przykuwać oko męskiej części widowni. Zdarza się, że jakiś wykonawca wykroczy poza niepisane ramy tych konwencji. Dla zespołu Secret przybrana jednorazowo nieco śmielsza stylizacja oznaczała spotkanie się z falą krytyki konserwatystów. Z kolei taka HyunA z eksploatowania własnej seksualności uczyniła sens swojego scenicznego solowego istnienia, za co przez wielu została znienawidzona.

Jest jednak grupa, której podobne, a nawet śmielsze, brewerie do tej pory uchodziły na sucho. Ba, trzeba powiedzieć więcej - pomimo licznych kontrowersji, śmiałego wizerunku oraz towarzyszących plotek i nie tylko plotek - grupa ta odniosła spory sukces w mainstreamowych mediach. Zamiast stać się obiektem ciskania kamieniami, dla wielu stała się idolkami. Oczywiście mowa o formacji Brown Eyed Girls.

Jak koreański kwartet tego dokonał? Po pierwsze, silniejszych treści w wideoklipach używa przede wszystkim jako środka wyrazu artystycznego, a nie jako prymitywnego "nęcenia cycem". Po drugie, silnym obrazom towarzyszy równie silna, wyrazista muzyka, która nie próbuje chować się za plecami wideoklipu. Czego dowód znajdziecie poniżej.



Niesamowite połączenie estetyki disco z symfonicznym brzmieniem i silnymi wokalami, nie tylko nie próbuje ukryć się za mocnym i przyciągającym uwagę teledyskiem, ale w dodatku toczy z nim walkę o widza. Walka jest na tyle zażarta, że przy pierwszym obejrzeniu klip wydaje się gryźć z utworem.

Rzadko kiedy słyszy się, żeby tak przebojowa i żywiołowa piosenka naraz prezentowała równie szeroką i pełną gamę walorów muzycznych. Już sama warstwa kompozycji powinna zebrać swoją dolę oklasków, chociażby za to jak płynnie przechodzi pomiędzy spokojniejszymi budującymi napięcie segmentami zwrotek a eksplozją dźwięku w refrenie.

A to wciąż mało, bo równie ważna jest inteligencja w użyciu poszczególnych instrumentów, czy też sama wrażliwość muzyczna uwypuklona chociażby właśnie w budowaniu napięcia poprzez twarde, rytmiczne, militarnie brzmiące i budzące niepokój dźwięki. Na to wszystko nakłada się zabójczo wykorzystany wokal, który już silnej kompozycji nadaje dynamiki i mocy w brzmieniu, słowem - impetu. Jednocześnie, przy całym natłoku dźwięków atakujących nasze uszy, utwór nie popada w kakofonię.

Ale pozostaje jeszcze kwestia teledysku. Tu dopiero jest ciekawie. Już samo poruszenie wątku totalitarnych represji jest posunięciem odważnym. Pamiętajmy, że dla wielu z nas widok armatek wodnych i policyjnych kordonów kojarzy się głównie z odległymi (to już ponad 20 lat) czasami PRL-u. No chyba, że ktoś się udziela na piłkarskim młynie albo wyjazdach, wtedy takie sceny są mu nieco bliższe.

Ale nie będę tutaj pastwił się nad naszymi domorosłymi miłośnikami praktyk totalitarnych, bo na dobrą sprawę nawet bliski geograficznie relikt ustrojowy - Białoruś - nie maluje się w naszej wyobraźni w równie czarnych barwach, albo przynajmniej nie poświęcamy mu tyle uwagi, by mógł się silnie kojarzyć z takimi obrazkami.

My jednak mówimy tutaj o wideoklipie nakręconym w Korei Południowej, która od północy graniczy z szalonym totalitarnym reżimem Kim'ów. Projekty atomowe, strefy zdemilitaryzowane będące najsilniej zmilitaryzowanym skrawkiem ziemi na globie i część większego narodu cierpiąca głód i ubóstwo pod dynastią maniaków własnej wielkości. A przecież jeszcze dalej czają się Chiny.

Mało? Sama Korea Południowa długo nie była rajem na Ziemi. Najpierw 35 lat japońskiego zaboru, potem rozbiór kraju decyzją podłych, złych sowietów i szlachetnych wybawicieli spod amerykańskiego sztandaru. Tych samych wybawicieli, którzy przez kolejne 40 lat tolerowali różne formy wojskowej dyktatury, pod wieloma względami niewiele różniącej się od swojego północnego odpowiednika.

Ustawiony w takim kontekście, ten teledysk ma o wiele silniejszy wydźwięk. Tym bardziej, że nie powinien być traktowany dosłownie. Dyktator i jego podwładni są tylko metaforą na... męskiego odbiorcę tego klipu. Po jednej stronie mamy wyzwolone kobiety, które śpiewają o pożądaniu jakie odczuwają do nich mężczyźni i nieprzekraczalnej niewidocznej barierze, która nie pozwala samcom dać upustu ich żądzom.

Po drugiej stronie stoi i gapi się na nie anonimowy tłum mężczyzn bez twarzy, za każdym z tych kasków może czaić się facet, który właśnie ogląda ten klip. Każdy z nich jest anonimowym widzem, częścią tłumu, bez własnej woli i odwagi by się wyłamać, staje się częścią systemu, który zniewolił kobiety z pozostałych ujęć.

Niewola ta jest oddana w niezwykle plastyczny sposób. Gain siedzi ze związanymi dłońmi na krześle, jest zdominowana przez górujący nad nią i zamykający obraz łuk. Ponadto jest niewolnicą obrazu. Widzimy ustawiony przed nią monitor, który nieustannie pokazuje jej twarz. Może ona do woli odwracać się, uciekać ze wzrokiem, kamera cały czas podąża i koncentruje się na jej twarzy. Ku uciesze widza jej wizerunek jest brudny, zbrukany, upodlony.

JeA jest przywiązana do drewnianej konstrukcji unoszącej się na wodzie, całkowicie bezradna i zniewolona, nawet gdyby uciekła, na jej nodze jest branzoletka lokalizacyjna. Jest całkowicie oddana na łaskę i niełaskę żywiołu, ale i obserwującego ją z góry pana. Jednocześnie jej stylizacja jest najsubtelniejsza spośród wszystkich kobiet. Ma być tą bezwolną, uzależnioną od mężczyzny kobietą, która bez jego pomocy nie przetrwa.

Miryo pozornie ma daną swobodę głosu, jej wizerunek jest schludny, estetyczny - oficjalny, a wypowiedzi schowane za fasadą uprzejmości. Ale jednocześnie jej ręce pozostają związane, a mikrofony nasłuchujące każdego jej słowa same stanowią formę opresji. Cała scena sugeruje, że nie liczy się, co kobieta sama ma do powiedzenia. Ona ma być jedynie narzędziem wypowiadającym słowa, które ułożył kto inny, ku uciesze pozbawionych emblematów - anonimowych - mikrofonów.

Najciekawsza jest scena Narshy. Z pozoru zaprzecza całej idei tego klipu - to kipiący seksapilem zwierzęcy taniec, uczta dla samczego oka. Ale właśnie - trzeba zauważyć, że jej niewolą jest pomieszczenie-klatka i sam ruch. Miejsce po którym się porusza jest wybiegiem, a swoboda ruchów została jej dana tylko po to, by mogła nimi cieszyć wzrok widza. Do tego błyskające flesze, kocie ruchy, kot w teledysku i miauczenie... Catwalk to przecież angielskie określenie na wybieg dla modelek.

Same słowa refrenu sugerują, że kobiety mają do zaoferowania coś więcej niż swoją zmysłową, seksualną powierzchowność. W zamian proponują swoją muzykę, odczuwaną poprzez owy szósty - emocjonalny - zmysł, który pozwala odbierać bodźce poprzez barierę nieprzekraczalną dla tradycyjnego zestawu pięciu zmysłów związanych z cielesnym pożądaniem. Mężczyźni pod wpływem muzyki ulegają przemianie, odrzucają hełmy, zyskują twarze a z nimi własne emocje i myśli, które pozwalają im podejmować decyzje za siebie i obrócić się przeciwko dyktatorowi/systemowi.

Osobiście nie mam nic przeciwko takim feministycznym manifestom, jeśli mają one jakiś określony cel, a nie są zbiorem gorzkich żali w stylu: "Chcę mieć tak samo jak ty, tylko na innych preferencyjnych zasadach, bo ja jestem pokrzywdzona. I nie waż się mnie patronizować szowinistyczna męska szujo!".

W tym wypadku chodzi o konkret - słuchaj tego, co mam do przekazania poprzez muzykę, a nie każ mi się wygłupiać dla własnej uciechy. Co moim zdaniem, jak długo kobieta ma coś do powiedzenia (a nie "żałuję, że cię znałam, żałuję, że ci dałam"), jest bardzo słusznym podejściem, bo nie wyklucza także miejsca dla atrakcyjnych kobiet nie mających nic do powiedzenia, ale za to dobrze wyglądających.

Jedyne, co budzi moje wątpliwości, to skuteczność manifestu. Przecież na dobrą sprawę, do jego przesłania trzeba dotrzeć przebijając się najpierw przez warstwę tego, z czym teledysk zdaje się walczyć - grupę seksualnie zniewolonych kobiet ku rozkoszy oczu przeciętnego męskiego widza. Mam wrażenie, że sami twórcy teledysku zdają sobie sprawę z niskiej skuteczności swojej metody, bo przecież klip kończy się tym, że tłum anonimowych mężczyzn rzuca się na kobiety.

BONUS
Ja zakończę podobnie, dodając link do telewizyjnego występu live, który jest równie porywający.