Kiedy piszę te słowa, mamy jeszcze rok 2012. Bohaterka tego tekstu ma obecnie, według naszych zachodnich kalkulacji, 26 lat. Jeżeli bardzo wnikliwie śledzicie moje teksty, możecie kojarzyć, że wspomniałem o niej przy okazji jednego z wpisów związanych z programem Survival Audition K-pop Star, gdzie piosenkarka była jurorką i trenerką.
Jak ktoś tak młody może uchodzić za mentora dla innych artystów? Sposób jest bardzo prosty, wystarczy, tak jak BoA, zadebiutować w wieku lat 13 i przez większą część kariery scenicznej utrzymywać status super gwiazdy. Boa to jej prawdziwe imię, ale z czasem stało się także akronimem, który rozwija się do słów "Best of Asia", nie tylko w Korei.
Mógłbym tu wymieniać kolejne sukcesy wokalistki, zdobyte nagrody - albo nawet prościej - wymienić nakłady, w jakich rozeszły się jej pokryte platyną albumy. Ale to nie jest dostatecznie obrazowe. Sięgnijmy do historii. Jak zapewne wiecie, przed II Wojną Światową Japonia okupowała wiele kontynentalnych terytoriów w Azji, w tym Koreę. Z jednej strony kraje wyzwolone spod japońskiego jarzma nie pałają miłością do Kraju Kwitnącej Wiśni. Z drugiej strony Japonia nigdy nie pogodziła się z utratą swojego imperialnego statusu.
Mówiąc prościej, Korea i Japonia bardziej siebie tolerują niż akceptują. Nawet w tym roku jakiś prozaiczny spór między dwoma krajami o jakiś śmieszny skrawek skał na morzu potrafił negatywnie odbić się na sprzedaży płyt koreańskich artystów w Japonii. Reakcja japońskiego społeczeństwa jest na tyle silna, że w tym roku japońska telewizja NHK nie zdecydowała się zaprosić jakiegokolwiek koreańskiego wykonawcy na sylwestrowe muzyczne show "Kohaku". Dla porównania w zeszłym roku wystąpiły tam aż trzy koreańskie formacje.
W minionym stuleciu było jeszcze gorzej. Na polu rozrywki, czy też popkultury, nie istniała właściwie żadna wymiana pomiędzy obiema nacjami. Jaki ma to związek z Boą? To ona przełamała impas. W wieku 15 lat zrobiła to, czego nie potrafił nikt inny z jej kraju. Jej album "Listen to My Heart" wskoczył na pierwsze miejsce na japońskich listach i łącznie sprzedał się w blisko milionowym nakładzie. Kolejne 6 japońskich albumów to również mniejsze i większe sukcesy.
Nie gorzej było w rodzimej Korei, a artystka podbijała także rynek chiński, porwała się też na rynek amerykański, ale tam obyło się bez większych sukcesów. Dzisiejsza piosenka pochodzi z tegerocznego albumu "Only One", siódmego koreańskiego wydawnictwa artystki.
Szczerze? Nie jestem jakimś wielkim fanem BoA jako wokalistki. Śpiewa dobrze, ale jej wysoki głos to nie do końca moja bajka. Ta piosenka akurat nawet przypadła mi do gustu. Jest troszkę monotonna i prosta w kompozycji, a jednak chwytliwa. Bardzo przyjemnie słucha się jak BoA spaceruje po dźwiękach w refrenie, ciekawe jest też przejście między zwrotkami a refrenami, choć najbardziej przypadł mi do gustu segment, w którym piosenkarka schodzi z głosem wyraźnie niżej i pokazuje naprawdę przyjemną barwę.
Teledysk nie jest może oszałamiający, ale zdecydowanie stylowy i nieco intrygujący. Powykrzywiana, chaotyczna architektura i ruchy kamery sprzyjające wykrzywianiu głowy podczas oglądania - to tylko część efektu. Inną istotną składową jest nie tyle oświetlenie, co genialne cienie, które powstają pod jego wpływem. No ale tytuł zobowiązuje.
Jednak tych cieni nie byłoby, gdyby nie najważniejsza "składowa" klipu - BoA. To, że wygląda naprawdę atrakcyjnie to tylko "nieistotny" szczegół. Mówimy o show-biznesie, tutaj roi się od ładnych, zgrabnych kobiet. To, co wyróżnia Boę na ich tle, i co tak bardzo przykuwa uwagę w tym teledysku, to jej niesamowity ruch. Mogę nie być wielkim fanem jej piosenek - kwestia gustu - ale nie widzę możliwości, by nie uwielbiać jej tańca.
czwartek, 20 grudnia 2012
środa, 19 grudnia 2012
Sistar - Alone + Hyorin - Heeya
Dzisiaj 2 w 1. Tekst miał być o piosence "Alone" formacji Sistar, jednym z fajniejszych kawałków wydanych w tym roku. Pewnie mógłbym się zmusić i napisać to tak, by nie przerodziło się w opiewanie talentu wokalnego liderki grupy - Hyorin (효린 - romanizacja nie jest jednoznaczna, więc równie często spotkacie się z zapisem Hyolyn). Mógłbym, ale nie chcę i dlatego na dokładkę dołożę jeszcze jej popisowe wykonanie rockowej ballady pt. "Heeya" i przez znakomitą większość tego tekstu będę się zachwycał genialnym wokalem 21-latki.
Przy pierwszym przesłuchaniu "Alone" w uszy rzucają się silne i wyraziste wokale. Jednak dla mnie utwór ten był pierwszym kontaktem z twórczością tej grupy, więc specjalnie nie zagłębiałem się w to, która dziewczyna śpiewa którą partię. Z przyjemnością słuchałem sobie piosenki raz za razem, nie przejmując się tą kwestią. Do czasu...
Na chwilę zajmijmy się samą piosenką, żebym miał to z głowy. Podkład jest wyraźnie rytmiczny, podczas gdy wokale raczej melodyjne, chociaż tak akcentowane, by także podkreślać rytm. W efekcie wyrazistość piosenki ma dwa źródła - rytm i akcenty wokalne, które zlane w jeden utwór świetnie się komponują i uzupełniają. W ramach dosyć minimalistycznej i monotonnej estetyki udaje się stworzyć ciekawą i różnorodną piosenkę.
Dużym atutem są również głosy wokalistek, które są silne, bardzo wyraźne na tle muzyki. Przy tym dobrze zgrane między sobą, a poszczególne partie są doskonale rozdzielone między piosenkarki. Jeżeli ktoś nie będzie się wsłuchiwał, zapewne nie zorientuje się nawet, że większość piosenki śpiewa Hyorin, a koleżanki przez sporą część utworu jedynie ją wspierają.
Nie chcę umniejszać pozostałej trójce, która śpiewa zwyczajnie dobrze - szczególnie Soyou. Nie ma tu ich winy, po prostu taka jest kompozycja utworu, że Hyorin ma po połowie każdej ze zwrotek, podczas gdy koleżanki mają po połowie jednej zwrotki każda. W dodatku w refrenach śpiewanych grupowo to właśnie partie Hyorin są najbardziej zauważalne.
Tak piszę - Hyorin to, Hyorin tamto - a pewnie zastanawiacie się - która to jest ta Hyorin?
Jednak to nie dzięki tej piosence zwróciłem uwagę na Hyorin.
Od pewnego czasu toczą się prace nad ciekawym projektem muzycznym - "The Color of K-pop". Dla mnie szczególnie ciekawa jest grupa pod nazwą Dazzling Red, w której skład wchodzi właśnie Hyorin. Sama koncepcja projektu jest interesująca - cztery zespoły sformowane z członków i członkiń popularnych grup muzycznych. Mnie pierwotnie przyciągnęła przede wszystkim osoba Nany, która moim zdaniem w After School i Orange Caramel pozostaje wokalnie niezagospodarowana.
UZUPEŁNIENIE: Więcej o Dazzling Red i projekcie "The Color Of K-Pop" >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<.
Powód mojego zainteresowania grupą zmienił się, kiedy zobaczyłem materiał z pierwszych dni projektu i usłyszałem głos Hyorin. Ona nawet nie śpiewała - ona tylko mówiła, ale zrobiła na mnie tak kolosalne wrażenie, że natychmiast zacząłem szukać jej solowych występów.
Często bywa tak, że dobre wokalistki mówią w specyficzny sposób. Czasem mają głęboki, donośny, tubalny głos, czasem, kończąc słowa, w charakterystyczny sposób "ćwierkają", a czasem mają chrypę, jakby odpalały papierosa od papierosa, a popiół strzepywały do puszek po piwie. Otóż Hyorin ma to wszystko naraz.
Ze znalezieniem występów solo nie było większych problemów. Hyorin przez pewien czas występowała w programie Immortal Song 2, gdzie aktualnie topowi wykonawcy śpiewali nowe wersje klasycznych piosenek innych artystów z minionych lat. W jednym z odcinków Hyorin rozprawiła się z rockową balladą, a efekt tego był taki.
Dziewczyna ma po prostu niesamowite możliwości. Moc głosu to jedno, ale ona ma także podparcie. Bez niego wysokie dźwięki zamieniałyby się w pisk, tymczasem Hyorin idzie w górę i w górę i cały czas ten dźwięk trzyma głębię i barwę. Finał piosenki od około 2:30 do 3:40 to miód na moje uszy - w tym pozytywnym znaczeniu.
Jakby tego było mało, tę fantastyczną, czystą emisję raz po raz swiadomie zanieczyszcza pięknymi przegłosami, od których aż chce się mruczeć z zadowolenia. Gdyby każdy wers kończyła takimi efektami, byłoby to nieznośną manierą, ale ona w genialny sposób panuje nad swoim głosem i stosuje te zabiegi jako bardzo efektowne ozdobniki.
Jeżeli miałbym przyczepić się do czegoś w tym wykonaniu, to do jednej rzeczy. Ta piosenka w oryginale jest smutna i raczej stonowana, czego popisującej się możliwościami wokalnymi piosenkarce nie wszędzie udawało się sprzedawać. Dla zainteresowanych wrzucam oryginał z przetłumaczonymi na angielski słowami.
POSTSCRIPTUM
Więcej "Alone" i więcej Hyorin znajdziecie >>TUTAJ<<.
BONUS
Nic nie napisałem o teledysku i zmysłowej choreografi do "Alone", więc - w ramach rekompensaty - taneczny cover w wykonaniu Black Queen. Dziewczyny są niewiarygodnie zgrane.
A tu jeszcze krótki klip prezentujący, jak dziewczyny z Sistar męczyły się z wymagającą choreografią.
Przy pierwszym przesłuchaniu "Alone" w uszy rzucają się silne i wyraziste wokale. Jednak dla mnie utwór ten był pierwszym kontaktem z twórczością tej grupy, więc specjalnie nie zagłębiałem się w to, która dziewczyna śpiewa którą partię. Z przyjemnością słuchałem sobie piosenki raz za razem, nie przejmując się tą kwestią. Do czasu...
Na chwilę zajmijmy się samą piosenką, żebym miał to z głowy. Podkład jest wyraźnie rytmiczny, podczas gdy wokale raczej melodyjne, chociaż tak akcentowane, by także podkreślać rytm. W efekcie wyrazistość piosenki ma dwa źródła - rytm i akcenty wokalne, które zlane w jeden utwór świetnie się komponują i uzupełniają. W ramach dosyć minimalistycznej i monotonnej estetyki udaje się stworzyć ciekawą i różnorodną piosenkę.
Dużym atutem są również głosy wokalistek, które są silne, bardzo wyraźne na tle muzyki. Przy tym dobrze zgrane między sobą, a poszczególne partie są doskonale rozdzielone między piosenkarki. Jeżeli ktoś nie będzie się wsłuchiwał, zapewne nie zorientuje się nawet, że większość piosenki śpiewa Hyorin, a koleżanki przez sporą część utworu jedynie ją wspierają.
Nie chcę umniejszać pozostałej trójce, która śpiewa zwyczajnie dobrze - szczególnie Soyou. Nie ma tu ich winy, po prostu taka jest kompozycja utworu, że Hyorin ma po połowie każdej ze zwrotek, podczas gdy koleżanki mają po połowie jednej zwrotki każda. W dodatku w refrenach śpiewanych grupowo to właśnie partie Hyorin są najbardziej zauważalne.
Tak piszę - Hyorin to, Hyorin tamto - a pewnie zastanawiacie się - która to jest ta Hyorin?
Jednak to nie dzięki tej piosence zwróciłem uwagę na Hyorin.
Od pewnego czasu toczą się prace nad ciekawym projektem muzycznym - "The Color of K-pop". Dla mnie szczególnie ciekawa jest grupa pod nazwą Dazzling Red, w której skład wchodzi właśnie Hyorin. Sama koncepcja projektu jest interesująca - cztery zespoły sformowane z członków i członkiń popularnych grup muzycznych. Mnie pierwotnie przyciągnęła przede wszystkim osoba Nany, która moim zdaniem w After School i Orange Caramel pozostaje wokalnie niezagospodarowana.
UZUPEŁNIENIE: Więcej o Dazzling Red i projekcie "The Color Of K-Pop" >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<.
Powód mojego zainteresowania grupą zmienił się, kiedy zobaczyłem materiał z pierwszych dni projektu i usłyszałem głos Hyorin. Ona nawet nie śpiewała - ona tylko mówiła, ale zrobiła na mnie tak kolosalne wrażenie, że natychmiast zacząłem szukać jej solowych występów.
Często bywa tak, że dobre wokalistki mówią w specyficzny sposób. Czasem mają głęboki, donośny, tubalny głos, czasem, kończąc słowa, w charakterystyczny sposób "ćwierkają", a czasem mają chrypę, jakby odpalały papierosa od papierosa, a popiół strzepywały do puszek po piwie. Otóż Hyorin ma to wszystko naraz.
Ze znalezieniem występów solo nie było większych problemów. Hyorin przez pewien czas występowała w programie Immortal Song 2, gdzie aktualnie topowi wykonawcy śpiewali nowe wersje klasycznych piosenek innych artystów z minionych lat. W jednym z odcinków Hyorin rozprawiła się z rockową balladą, a efekt tego był taki.
Dziewczyna ma po prostu niesamowite możliwości. Moc głosu to jedno, ale ona ma także podparcie. Bez niego wysokie dźwięki zamieniałyby się w pisk, tymczasem Hyorin idzie w górę i w górę i cały czas ten dźwięk trzyma głębię i barwę. Finał piosenki od około 2:30 do 3:40 to miód na moje uszy - w tym pozytywnym znaczeniu.
Jakby tego było mało, tę fantastyczną, czystą emisję raz po raz swiadomie zanieczyszcza pięknymi przegłosami, od których aż chce się mruczeć z zadowolenia. Gdyby każdy wers kończyła takimi efektami, byłoby to nieznośną manierą, ale ona w genialny sposób panuje nad swoim głosem i stosuje te zabiegi jako bardzo efektowne ozdobniki.
Jeżeli miałbym przyczepić się do czegoś w tym wykonaniu, to do jednej rzeczy. Ta piosenka w oryginale jest smutna i raczej stonowana, czego popisującej się możliwościami wokalnymi piosenkarce nie wszędzie udawało się sprzedawać. Dla zainteresowanych wrzucam oryginał z przetłumaczonymi na angielski słowami.
POSTSCRIPTUM
Więcej "Alone" i więcej Hyorin znajdziecie >>TUTAJ<<.
BONUS
Nic nie napisałem o teledysku i zmysłowej choreografi do "Alone", więc - w ramach rekompensaty - taneczny cover w wykonaniu Black Queen. Dziewczyny są niewiarygodnie zgrane.
A tu jeszcze krótki klip prezentujący, jak dziewczyny z Sistar męczyły się z wymagającą choreografią.
wtorek, 18 grudnia 2012
4Minute - Love Tension
Dzisiaj krótko i znowu po japońsku. Tym razem na przykładzie grupy 4Minute, która latem wydała swój siódmy japoński singiel. Na płycie znalazły się dwie piosenki - japońska wersja "Volume Up" i premierowe nagranie pod postacią mocno elektronicznego "Love Tension".
Hm, w gruncie rzeczy nie ma się co tu rozpisywać. Piosenka ani nie była jakimś wielkim przebojem, ani nie ma w niej nic innego, co w jakiś szczególny sposób by ją wyróżniało. Po prostu przesłuchałem ją chyba o jeden raz za dużo i teraz nie potrafię usunąć sobie refrenu z głowy.
Jak napisałem - nic nadzwyczajnego, ale refren wkręca się w głowę lepiej niż wiertarka w rękach pijanego teścia. Co z tego, że całość na kilometr trąci banałem, skoro doskonała produkcja pompuje ten utwór pozytywną energią. To niesamowite, ale w tym wypadku jestem nawet w stanie pochwalić elektroniczny podkład, momentami mocno zalatujący dubstepem. Nie jest pretensjonalny, nie wypycha się przed wokal, a jego bardziej charakterystyczne fragmenty wyskakują głównie między wersami piosenki, służąc bardziej za muzyczny akcent niż tło. Do tego gama zastosowanych dźwięków jest bardzo szeroka, co dodatkowo dodaje piosence życia.
Od strony teledysku, widać, że był klecony raczej niskim nakładem sił. A jednocześnie jego minimalistyczna estetyka trafia do mnie. Tak proste efekty komputerowe w bardziej złożonym klipie pewnie raziłyby w oczy, tu tymczasem są wręcz ciekawym urozmaiceniem. Nie jestem maniakiem Audi, więc autem nie będę się jarał.
Mogę się za to jarać kostiumami, bo jestem wielkim fanem zgrabnych kobiet w biało-czarnych uniformach (bez zresztą też). Ba, więcej - patrząc na ten klip uważam, że świat był o wiele ciekawszy, kiedy był jeszcze czarno-biały i ludzkość popełniła wielki błąd wprowadzając inne kolory. Granatowo-beżowe wdzianka też nieźle tu wypadają, ale zdecydowanie więcej w tym zasługi figur noszących je wokalistek.
Co jeszcze dobrego mogę powiedzieć o tej piosence? Segment tańca So-Hyun zdecydowanie FTW.
I tym pozytywnym akcentem zakończę na dziś.
Hm, w gruncie rzeczy nie ma się co tu rozpisywać. Piosenka ani nie była jakimś wielkim przebojem, ani nie ma w niej nic innego, co w jakiś szczególny sposób by ją wyróżniało. Po prostu przesłuchałem ją chyba o jeden raz za dużo i teraz nie potrafię usunąć sobie refrenu z głowy.
Jak napisałem - nic nadzwyczajnego, ale refren wkręca się w głowę lepiej niż wiertarka w rękach pijanego teścia. Co z tego, że całość na kilometr trąci banałem, skoro doskonała produkcja pompuje ten utwór pozytywną energią. To niesamowite, ale w tym wypadku jestem nawet w stanie pochwalić elektroniczny podkład, momentami mocno zalatujący dubstepem. Nie jest pretensjonalny, nie wypycha się przed wokal, a jego bardziej charakterystyczne fragmenty wyskakują głównie między wersami piosenki, służąc bardziej za muzyczny akcent niż tło. Do tego gama zastosowanych dźwięków jest bardzo szeroka, co dodatkowo dodaje piosence życia.
Od strony teledysku, widać, że był klecony raczej niskim nakładem sił. A jednocześnie jego minimalistyczna estetyka trafia do mnie. Tak proste efekty komputerowe w bardziej złożonym klipie pewnie raziłyby w oczy, tu tymczasem są wręcz ciekawym urozmaiceniem. Nie jestem maniakiem Audi, więc autem nie będę się jarał.
Mogę się za to jarać kostiumami, bo jestem wielkim fanem zgrabnych kobiet w biało-czarnych uniformach (bez zresztą też). Ba, więcej - patrząc na ten klip uważam, że świat był o wiele ciekawszy, kiedy był jeszcze czarno-biały i ludzkość popełniła wielki błąd wprowadzając inne kolory. Granatowo-beżowe wdzianka też nieźle tu wypadają, ale zdecydowanie więcej w tym zasługi figur noszących je wokalistek.
Co jeszcze dobrego mogę powiedzieć o tej piosence? Segment tańca So-Hyun zdecydowanie FTW.
I tym pozytywnym akcentem zakończę na dziś.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Orange Caramel - Lum No Love Song
Okej, obiecałem jakiś czas temu ten teledysk i chyba przyszła pora go pokazać. Obejrzeć go w internecie można już od kilku tygodni, ale notorycznie znika, bo - cóż - Japonia. Tak, to drugi japoński klip formacji Orange Caramel.
O japońskiej drodze zespołu pisałem już >>TUTAJ<< przy okazji pierwszego singla - "My Sweet Devil" - i nie chce mi się powtarzać. W skrócie - nawet Japończycy uważają wizerunek grupy za delikatnie "odjechany". A z nową piosenką Raina, Nana i Lizzy poszły nawet krok dalej. Ten teledysk, nie osadzony w kontekście, może zepsuć mózg.
Po pierwsze, wypada najpierw obejrzeć jakieś inne teledyski grupy, czemu mogą posłużyć linki powyżej. Po drugie - kilka słów o tle. "Lum No Love Song" to cover motywu z hitowego anime z lat 80-tych "Urusei Yatsura" (opartego na mandze pod tym samym tytułem) w mediach anglojęzycznych znanego jako "Those Obnoxious Aliens" albo "Space Invader Lum".
Oryginalne intro:
Serial nie zdobył szerszej popularności na zachodzie, choć w kręgach miłośników mangi i anime uchodzi za kultowy. Powód jest prosty - całość jest na wskroś japońska. "Urusei Yatsura" to zbiór komediowych epizodów, nierzadko będących satyrą na japońskie społeczeństwo, głęboko osadzonych w realiach mitów i legend z różnych okresów w historii Japonii. Nawet z dobrymi przypisami w napisach, na dobrą sprawę serial trzeba oglądać z internetem pod ręką i możliwością pauzy. A i to czasami nie wystarcza.
Jak do tej pory obejrzałem pierwszy sezon i biorąc poprawkę na leciwość animacji, moja ocena jest raczej pozytywna. Zdarzają się słabsze epizody, ale przy wielu odcinkach miałem ubaw po pachy. Historia przedstawia się następująco. Na ziemię w statku kosmicznym przybywają Oni (rasa ogrów/demonów z japońskich podań) pod wodzą niejakiego Mr Invadera. Sympatyczny jegomość proponuje, że nie unicestwi rasy ludzkiej, jeśli jej przedstawiciel wygra zorganizowane przez niego zawody.
Zasady są proste, aby uratować Ziemię, trzeba złapać córkę Mr Invadera - Lum - za rogi. Haczyki są dwa. Pierwszy jest taki, że Lum umie latać i razić prądem. Drugi jest taki, że Mr Invader sam wytypował czempiona Ziemi. Wybór padł na nastoletniego Ataru Moroboshiego - idiotę i dewianta zarazem, którego obsesja na punkcie kobiet sprowadza na niego złe duchy i ustawicznego pecha. Pech ten sprawia, że Moroboshi wprawdzie ratuje planetę, ale przy okazji rozkochuje w sobie Lum.
Tak, użyłem słowa "dewiant". Oglądaliście takie anime "Gigi (koszykarz)"? Leciało na Polonii 1 razem z "Generałem Daimosem" itp. Gigi przy Moroboshim to zakonnik. (NB "Gigi" i "UY" były publikowane w ramach jednego magazynu, w podobnym okresie.) Tutaj zakończę opowieść o "Urusei Yatsura", zainteresowanych odsyłam np. na YT, gdzie można znaleźć wszystkie odcinki. Dla teledysku liczy się to, że kostiumy dziewczyn są konserwatywną wariacją na temat ubioru tytułowej Lum - stąd rogi.
Dobra, teledysk:
Mogłem Was przygotować na stylizację, na rogi, nawet na piosenkę, ala na miny Rainy i Nany w tym teledysku chyba nic nie może człowieka naszykować. Chyba nawet przebranie w te kostiumy jakichś szczeniaczków nie dałoby takiego efektu. Nie na darmo grupę określa się mianem "Happy Virus".
Tak, z grubsza jest to niepomiernie głupie, ale sympatyczne i wciąż bardzo przyjemnie się na to wszystko patrzy. W symbolikę białych piłeczek nie będę się zagłębiał, bo mówimy o ojczyźnie bukkake, mógłbym się strasznych rzeczy dowiedzieć.
Od strony muzycznej zrobiono wiele, by piosenkę odświeżyć i dodać jej nieco dynamiki i na pewno zabiegi te można uznać za udane, choć w wielki przebój raczej tej piosenki nie zamienią. Osobiście uważam, że w coverze na jakości stracił refren, który w oryginale jest zaśpiewany pełniejszym głosem, z ciekawszą barwą, podczas gdy w nowej wersji jest nieco bardziej nijaki.
Trzeba też dodać, że ta piosenka to tylko połowa singla. Drugim A-sidem jest japońska wersja "Lipstick" (oryginał >>TUTAJ<<), której towarzyszy w nieznaczny sposób przerobiony oryginalny teledysk. "Lum No Love Song" ma raczej za zadanie przybliżyć Japończykom Orange Caramel i utrwalić wizerunek grupy poprzez skojarzenia z poprzednią piosenką - "My Sweet Devil" - niż faktycznie zawojować lokalny rynek.
BONUS
Jak być może zauważyliście, stroje dziewczyn jedynie nawiązują do wdzianka, które nosiła Lum. Zawiedzeni? Na pomoc rusza więc japońska gravure idol - Azusa Yamamoto. W tle przygrywa jej oryginalna wersja piosenki.
O japońskiej drodze zespołu pisałem już >>TUTAJ<< przy okazji pierwszego singla - "My Sweet Devil" - i nie chce mi się powtarzać. W skrócie - nawet Japończycy uważają wizerunek grupy za delikatnie "odjechany". A z nową piosenką Raina, Nana i Lizzy poszły nawet krok dalej. Ten teledysk, nie osadzony w kontekście, może zepsuć mózg.
Po pierwsze, wypada najpierw obejrzeć jakieś inne teledyski grupy, czemu mogą posłużyć linki powyżej. Po drugie - kilka słów o tle. "Lum No Love Song" to cover motywu z hitowego anime z lat 80-tych "Urusei Yatsura" (opartego na mandze pod tym samym tytułem) w mediach anglojęzycznych znanego jako "Those Obnoxious Aliens" albo "Space Invader Lum".
Oryginalne intro:
Serial nie zdobył szerszej popularności na zachodzie, choć w kręgach miłośników mangi i anime uchodzi za kultowy. Powód jest prosty - całość jest na wskroś japońska. "Urusei Yatsura" to zbiór komediowych epizodów, nierzadko będących satyrą na japońskie społeczeństwo, głęboko osadzonych w realiach mitów i legend z różnych okresów w historii Japonii. Nawet z dobrymi przypisami w napisach, na dobrą sprawę serial trzeba oglądać z internetem pod ręką i możliwością pauzy. A i to czasami nie wystarcza.
Jak do tej pory obejrzałem pierwszy sezon i biorąc poprawkę na leciwość animacji, moja ocena jest raczej pozytywna. Zdarzają się słabsze epizody, ale przy wielu odcinkach miałem ubaw po pachy. Historia przedstawia się następująco. Na ziemię w statku kosmicznym przybywają Oni (rasa ogrów/demonów z japońskich podań) pod wodzą niejakiego Mr Invadera. Sympatyczny jegomość proponuje, że nie unicestwi rasy ludzkiej, jeśli jej przedstawiciel wygra zorganizowane przez niego zawody.
Zasady są proste, aby uratować Ziemię, trzeba złapać córkę Mr Invadera - Lum - za rogi. Haczyki są dwa. Pierwszy jest taki, że Lum umie latać i razić prądem. Drugi jest taki, że Mr Invader sam wytypował czempiona Ziemi. Wybór padł na nastoletniego Ataru Moroboshiego - idiotę i dewianta zarazem, którego obsesja na punkcie kobiet sprowadza na niego złe duchy i ustawicznego pecha. Pech ten sprawia, że Moroboshi wprawdzie ratuje planetę, ale przy okazji rozkochuje w sobie Lum.
Tak, użyłem słowa "dewiant". Oglądaliście takie anime "Gigi (koszykarz)"? Leciało na Polonii 1 razem z "Generałem Daimosem" itp. Gigi przy Moroboshim to zakonnik. (NB "Gigi" i "UY" były publikowane w ramach jednego magazynu, w podobnym okresie.) Tutaj zakończę opowieść o "Urusei Yatsura", zainteresowanych odsyłam np. na YT, gdzie można znaleźć wszystkie odcinki. Dla teledysku liczy się to, że kostiumy dziewczyn są konserwatywną wariacją na temat ubioru tytułowej Lum - stąd rogi.
Dobra, teledysk:
Mogłem Was przygotować na stylizację, na rogi, nawet na piosenkę, ala na miny Rainy i Nany w tym teledysku chyba nic nie może człowieka naszykować. Chyba nawet przebranie w te kostiumy jakichś szczeniaczków nie dałoby takiego efektu. Nie na darmo grupę określa się mianem "Happy Virus".
Tak, z grubsza jest to niepomiernie głupie, ale sympatyczne i wciąż bardzo przyjemnie się na to wszystko patrzy. W symbolikę białych piłeczek nie będę się zagłębiał, bo mówimy o ojczyźnie bukkake, mógłbym się strasznych rzeczy dowiedzieć.
Od strony muzycznej zrobiono wiele, by piosenkę odświeżyć i dodać jej nieco dynamiki i na pewno zabiegi te można uznać za udane, choć w wielki przebój raczej tej piosenki nie zamienią. Osobiście uważam, że w coverze na jakości stracił refren, który w oryginale jest zaśpiewany pełniejszym głosem, z ciekawszą barwą, podczas gdy w nowej wersji jest nieco bardziej nijaki.
Trzeba też dodać, że ta piosenka to tylko połowa singla. Drugim A-sidem jest japońska wersja "Lipstick" (oryginał >>TUTAJ<<), której towarzyszy w nieznaczny sposób przerobiony oryginalny teledysk. "Lum No Love Song" ma raczej za zadanie przybliżyć Japończykom Orange Caramel i utrwalić wizerunek grupy poprzez skojarzenia z poprzednią piosenką - "My Sweet Devil" - niż faktycznie zawojować lokalny rynek.
BONUS
Jak być może zauważyliście, stroje dziewczyn jedynie nawiązują do wdzianka, które nosiła Lum. Zawiedzeni? Na pomoc rusza więc japońska gravure idol - Azusa Yamamoto. W tle przygrywa jej oryginalna wersja piosenki.
czwartek, 6 grudnia 2012
Ailee - Heaven
Hm, mikołajki... Mógłbym wrzucić coś w lekko świątecznym klimacie, ale boję się, że nie starczyłoby mi materiału na świąteczne teksty. Nie to, żeby w Korei nie powstawały utwory "okolicznościowe". Wręcz przeciwnie, od pewnego czasu rokrocznie wypuszcza się wiele tego typu piosenek. Niestety większość jest kiepska. Dlatego dzisiaj piosenka mało świąteczna, ale za to przyjemna dla ucha.
Utwór "Heaven" ma nie tylko niebiański tytuł, ale także niebiańskie brzmienie, co trochę wpasowało mi się w przedświąteczy kontekst. Choć tak naprawdę artystka ze swoim debiutem próbowała raczej wstrzelić się w falę walentynkową. Mniejsza z tym - utwór jest genialny. To jedna z najlepszych piosenek mijającego roku (moim zdaniem nie tylko w Korei) i jeden z ważniejszych debiutów. Musiałem coś o nim napisać przed końcem roku.
Zanim piosenka, kilka słów o wokalistce. Ailee jest koreańskiego pochodzenia, jednak urodziła się i wychowała w USA. Do Korei przeniosła się w 2010 roku, jednak pierwszy okres spędziła szlifując swój talent pod okiem wytwórni, zaliczając kilka gościnnych występów w programach telewizyjnych, czy utworach innych wykonawców.
Na solowy debiut czekała do lutego 2012. Piosenka "Heaven" z miejsca przyniosła jej status gwiazdy. Na niedawnej gali MAMA (Mnet Asian Music Awards) zgarnęła statuetkę w kategorii najlepszy żeński debiut, a była także nominowana do tytułu artysty roku. Trudno się dziwić. Dziewczyna ma świetny głos, w dodatku niepospolitą barwę, a "Heaven" to kawał dobrej piosenki.
Brzmi trochę amerykańsko, prawda? W Korei często porównuje się Ailee do Beyonce, chociaż głosem mnie bardziej przypomina Rihannę. Trzeba też przyznać, że w zademonstrowaniu talentu bardzo pomaga jej kompozycja. Od spokojnego, stonowanego początku przechodzi do bardzo silnego i ekspresyjnego finału. Do tego po drodze przeplata się przebojowy i świetnie wyprodukowany refren. W dodatku, choć piosenka jest melodyjna, to nie jest rozwleczona, a nawet spokojniejsze fragmenty zwrotek wynoszą na pierwszy plan rytm.
Czy wspominałem, że refren jest genialny? Jest.
Teledysk też jest fajnie pomyślany. Jeden prosty skręt w fabule sprawia, że sielankowy obraz przestaje trącić banałem. Oczywiście po "Szóstym zmyśle" nie jest w stanie zrobić na nikim wielkiego wrażenia, ale trzeba przyznać, że twórcy w bardzo zgrabny sposób zamienili sztampę w coś nieco ambitniejszego. Słowa piosenki nie mają większego znaczenia dla teledysku, choć dla kogoś, kto już raz widział klip, linie otwierające utwór to całkiem ciekawy "smaczek". Wersja z polskimi napisami >>TUTAJ<<.
Utwór "Heaven" ma nie tylko niebiański tytuł, ale także niebiańskie brzmienie, co trochę wpasowało mi się w przedświąteczy kontekst. Choć tak naprawdę artystka ze swoim debiutem próbowała raczej wstrzelić się w falę walentynkową. Mniejsza z tym - utwór jest genialny. To jedna z najlepszych piosenek mijającego roku (moim zdaniem nie tylko w Korei) i jeden z ważniejszych debiutów. Musiałem coś o nim napisać przed końcem roku.
Zanim piosenka, kilka słów o wokalistce. Ailee jest koreańskiego pochodzenia, jednak urodziła się i wychowała w USA. Do Korei przeniosła się w 2010 roku, jednak pierwszy okres spędziła szlifując swój talent pod okiem wytwórni, zaliczając kilka gościnnych występów w programach telewizyjnych, czy utworach innych wykonawców.
Na solowy debiut czekała do lutego 2012. Piosenka "Heaven" z miejsca przyniosła jej status gwiazdy. Na niedawnej gali MAMA (Mnet Asian Music Awards) zgarnęła statuetkę w kategorii najlepszy żeński debiut, a była także nominowana do tytułu artysty roku. Trudno się dziwić. Dziewczyna ma świetny głos, w dodatku niepospolitą barwę, a "Heaven" to kawał dobrej piosenki.
Brzmi trochę amerykańsko, prawda? W Korei często porównuje się Ailee do Beyonce, chociaż głosem mnie bardziej przypomina Rihannę. Trzeba też przyznać, że w zademonstrowaniu talentu bardzo pomaga jej kompozycja. Od spokojnego, stonowanego początku przechodzi do bardzo silnego i ekspresyjnego finału. Do tego po drodze przeplata się przebojowy i świetnie wyprodukowany refren. W dodatku, choć piosenka jest melodyjna, to nie jest rozwleczona, a nawet spokojniejsze fragmenty zwrotek wynoszą na pierwszy plan rytm.
Czy wspominałem, że refren jest genialny? Jest.
Teledysk też jest fajnie pomyślany. Jeden prosty skręt w fabule sprawia, że sielankowy obraz przestaje trącić banałem. Oczywiście po "Szóstym zmyśle" nie jest w stanie zrobić na nikim wielkiego wrażenia, ale trzeba przyznać, że twórcy w bardzo zgrabny sposób zamienili sztampę w coś nieco ambitniejszego. Słowa piosenki nie mają większego znaczenia dla teledysku, choć dla kogoś, kto już raz widział klip, linie otwierające utwór to całkiem ciekawy "smaczek". Wersja z polskimi napisami >>TUTAJ<<.
wtorek, 4 grudnia 2012
Secret - Talk That
Ta piosenka jest jak ciastko. Nie jak genialne, przekombinowane ciastko, które rozsadza zmysły przy pierwszym kontakcie z językiem, ale po trzecim dziękujesz, bo czujesz przesyt. Nie jest też jak ciastko, które znasz i wiesz, że jesteś w stanie spałaszować w dowolnych ilościach. Nie, to ciastko jest inne.
"Talk That" jest jak ten najgorszy rodzaj ciastka, które ląduje na Twoim talerzu na jakimś spotkaniu rodzinnym, czy innym spokojniejszym przyjęciu. Bierzesz je, bo wydaje Ci się podobne do tego, co już znasz. Nie spodziewasz się egzotyki, tylko smaku zbudowanego na ogólnie przyjętych fundamentach ponadkulturowej ciastkowości.
I mylisz się. Pierwszy kęs nie tyle jest szokiem, co delikatną niespodzianką. Coś w całości wyłamuje się z konwencji i na jakimś poziomie drażni Twoje poczucie równowagi. Poczucie tego, czym powinno być ciastko. Ale jednocześnie nie jest złe. Nie, jest całkiem jadalne. Dajesz szansę drugiemu, które na talerz wziąłeś na zapas. Oczywiście po to, żeby rozwikłać zagadkę - co w tym ciastku jest inne.
Na podobnej zasadzie konsumujesz trzecie ciastko, nie będąc wcale bliższym rozwikłania zagadki, za to całość coraz bardziej Ci smakuje. Przy piątym ciastku nawet nie pamiętasz, że coś Cię w nim dziwiło. Następny talerz jest już pełen tylko takich ciastek, wyglądasz z nim trochę jak obsługa przyjęcia, ludzie zaczynają na Ciebie dziwnie patrzeć. Kiedy przychodzisz po ostatnią transzę, żartobliwie zagaduje Cię gospodyni, rzucając coś w stylu "Widzę, że Ci zasmakowały". W odpowiedzi tylko kiwasz głową. Nie mówi się z pełnymi ustami.
W sumie spodziewałem się po Secret wędrówki po nowych rejonach muzycznych z tą piosenką. Teasery zapowiadały coś melancholijnego, oczekiwałem jakiejś balladki. Jednak to nie jest... to, czego się spodziewałem. Nie chodzi nawet o to, że piosenka jest dynamiczna i rytmiczna - takie jest brzmienie grupy, więc pójście w tym kierunku wydaje się bardziej logiczne niż klasyczna ballada. To, co przykuwa moją uwagę, to ta dziwna aranżacja.
Jak w przypadku większości piosenek Secret, podkład jest bardziej oparty na instrumentach, niż na samplach. Ale przez cały utwór w tle przewija się dziwny, elektroniczny dźwięk, ponoć inspirowany francuską sceną muzyczną. To on, w połączeniu z powtarzającym się rytmicznym akcentem w postaci słów "talk that" śpiewanych przez wokalistki, stanowi o nietypowym posmaku piosenki.
Od strony kompozycji błyszczy talent Shinsadonga Tigera. Z jednej strony piosenka ma dźwiękowy motyw przewodni i jasną konstrukcję. Z drugiej, podkład, choć utrzymany w podobnym brzmieniu, jest zróżnicowany. Wokalistki w tej wtórnej konwencji również dostały pole do zaprezentowania możliwości wokalnych, ale bez wykraczania poza ramy kompozycji i zbędnych popisów. No i przejście z bębnami do wzmocnionego finału robi wrażenie - kojarzy mi się z brzmieniem kilku piosenek grupy Muse, np. początkiem "Resistance".
Muszę też przyznać, że od pierwszego przesłuchania byłem przekonany, że poznanie słów piosenki na pewno poprawi jej ocenę w moich oczach. I tak faktycznie się stało. Nie są one w żaden sposób genialne, ale z trudną do wychwycenia gracją dopełniają piosenkę. Po prostu świetnie wpasowują się w jej brzmienie. A może raczej odwrotnie, to piosenka świetnie oddaje emocje płynące ze słów. Do tego stopnia, że nie rozumiejąc koreańskiego, podskórnie czuje się jakie jest znaczenie kolejnych wersów, a poznanie ich faktycznego znaczenia jest tylko formą upewnienia, która rozwiewa wątpliwości. Ah, ale przecież nie wiecie o czym mówię. >>TUTAJ<< wersja z angielskimi napisami.
Od strony wizualnej jestem zawiedziony... Troszeczkę, ale jednak. Dziewczyny w pewnym stopniu podtrzymały ostrzejszy wizerunek z wrześniowego klipu do "Poison" (>>TUTAJ<<), chociaż nie jestem przekonany czy rosnąca liczba odsłoniętych dekoltów na klip była właściwym kierunkiem. Nie to, żebym miał coś do tych dekoltów - patrzy się bardzo przyjemnie. Tylko mam wrażenie, że grupa daje radę i bez tego. No chyba, że szykują ekspansję na Amerykę, co z ich brzmieniem chyba jednak wiąże się z koniecznością właśnie takiego wydekoltowanego wizerunku.
Jednak w klipie o wiele bardziej drażni mnie brak oryginalności. Z jednej strony jest trochę podobieństw w stylizacji do konkurencyjnej pod względem brzmienia i terminu wydania piosenki Spica - "Lonely" (>>TUTAJ<<). Z drugiej o wiele bardziej po oczach bije zbieżność z klipem do piosenki "Because of You" formacji After School. Z "Play Ur Love" zresztą też. Dowodów wizualnych na dzisiaj brak, bo obie piosenki doczekają się prędzej czy później własnych wpisów, ale uwierzcie, że sporo kadrów jest identycznie rozplanowanych, jak te w teledyskach do tych piosenek.
Jednak to wszystko nie oznacza, że klip jest zły, po prostu w moich oczach trąci kliszą, choć wizualnie jest całkiem przystępny. Bardzo pomysłowy jest motyw wszędobylskich, staromodnych słuchawek telefonicznych. Ponadto szczególnie do gustu przypadł mi segment z czarno-białą sceną. Też z czymś mi się kojarzy, ale w tym wypadku skojarzenie jest zdecydowanie bardziej odległe, a na scenę po prostu dobrze się patrzy. Podzielających moje odczucia zachęcam do sprawdzenia bonusu na końcu tekstu.
POSTSCRIPTUM
W trakcie trwania promocji tej piosenki, doszło do bardzo nieprzyjemnego zdarzenia, które na szczęście skończyło się bez bardzo poważnych konsekwencji. 11 grudnia 2012 samochód, którym jechała cała grupa, miał poważny wypadek i dziewczyny mogą mówić o szczęściu, że wyszły z niego cało. Auto wpadło w poślizg na oblodzonej autostradzie, uderzyło w barierkę i wypadło poza drogę do głębokiego na 5 metrów rowu, przy okazji dachując.
Jieun w jednym z programów telewizyjnych zdała relację z tych wydarzeń. W wyniku wypadku straciła przytomność, kiedy ocknęła się w reakcji na wołania koleżanek, zorientowała się, że wisi do góry nogami. Dolna część jej ciała wciąż była w samochodzie, podczas gdy reszta wisiała już poza nim z twarzą tuż ponad sterczącymi odłamkami szkła. Hyosung w jakiś sposób swoją nogą przytrzymywała Jieun w samochodzie i tylko dzięki temu wokalistka nie runęła twarzą na szkło.
Koniec końców Jieun, Hyosung i Sunhwa wyszły z wypadku bez poważniejszych obrażeń i szybko mogły opuścić szpital. Gorzej miała się sytuacja Zinger, która doznała złamania lub pęknięcia żeber i stłuczenia płuc. Urazy te wymagały dłuższej hospitalizacji niż pierwotnie zakładano i choć wstępnie planowano reaktywację grupy przy okazji muzycznych show kończących rok, udział Zinger okazał się niemożliwy, a Secret występowało jako grupa trzyosobowa. Do skutku nie doszedł też drugi zapowiadany powrót Zinger, który miał mieć miejsce podczas styczniowej (15 i 16) gali rozdania Koreańskich Złotych Płyt. Zinger opuściła już szpital, ale natura odniesionych przez nią urazów uniemożliwiała jej jeszcze komfortowe występy sceniczne. Secret w pełnym składzie powróciło 31 stycznia podczas gali "22nd Seoul Music Awards".
BONUS
"Talk That" z teledyskiem w wersji tanecznej. W moim odczuciu jest to lepszy wizualnie, bardziej spójny klip, który również lepiej pasuje do tanecznej natury piosenki.
"Talk That" jest jak ten najgorszy rodzaj ciastka, które ląduje na Twoim talerzu na jakimś spotkaniu rodzinnym, czy innym spokojniejszym przyjęciu. Bierzesz je, bo wydaje Ci się podobne do tego, co już znasz. Nie spodziewasz się egzotyki, tylko smaku zbudowanego na ogólnie przyjętych fundamentach ponadkulturowej ciastkowości.
I mylisz się. Pierwszy kęs nie tyle jest szokiem, co delikatną niespodzianką. Coś w całości wyłamuje się z konwencji i na jakimś poziomie drażni Twoje poczucie równowagi. Poczucie tego, czym powinno być ciastko. Ale jednocześnie nie jest złe. Nie, jest całkiem jadalne. Dajesz szansę drugiemu, które na talerz wziąłeś na zapas. Oczywiście po to, żeby rozwikłać zagadkę - co w tym ciastku jest inne.
Na podobnej zasadzie konsumujesz trzecie ciastko, nie będąc wcale bliższym rozwikłania zagadki, za to całość coraz bardziej Ci smakuje. Przy piątym ciastku nawet nie pamiętasz, że coś Cię w nim dziwiło. Następny talerz jest już pełen tylko takich ciastek, wyglądasz z nim trochę jak obsługa przyjęcia, ludzie zaczynają na Ciebie dziwnie patrzeć. Kiedy przychodzisz po ostatnią transzę, żartobliwie zagaduje Cię gospodyni, rzucając coś w stylu "Widzę, że Ci zasmakowały". W odpowiedzi tylko kiwasz głową. Nie mówi się z pełnymi ustami.
W sumie spodziewałem się po Secret wędrówki po nowych rejonach muzycznych z tą piosenką. Teasery zapowiadały coś melancholijnego, oczekiwałem jakiejś balladki. Jednak to nie jest... to, czego się spodziewałem. Nie chodzi nawet o to, że piosenka jest dynamiczna i rytmiczna - takie jest brzmienie grupy, więc pójście w tym kierunku wydaje się bardziej logiczne niż klasyczna ballada. To, co przykuwa moją uwagę, to ta dziwna aranżacja.
Jak w przypadku większości piosenek Secret, podkład jest bardziej oparty na instrumentach, niż na samplach. Ale przez cały utwór w tle przewija się dziwny, elektroniczny dźwięk, ponoć inspirowany francuską sceną muzyczną. To on, w połączeniu z powtarzającym się rytmicznym akcentem w postaci słów "talk that" śpiewanych przez wokalistki, stanowi o nietypowym posmaku piosenki.
Od strony kompozycji błyszczy talent Shinsadonga Tigera. Z jednej strony piosenka ma dźwiękowy motyw przewodni i jasną konstrukcję. Z drugiej, podkład, choć utrzymany w podobnym brzmieniu, jest zróżnicowany. Wokalistki w tej wtórnej konwencji również dostały pole do zaprezentowania możliwości wokalnych, ale bez wykraczania poza ramy kompozycji i zbędnych popisów. No i przejście z bębnami do wzmocnionego finału robi wrażenie - kojarzy mi się z brzmieniem kilku piosenek grupy Muse, np. początkiem "Resistance".
Muszę też przyznać, że od pierwszego przesłuchania byłem przekonany, że poznanie słów piosenki na pewno poprawi jej ocenę w moich oczach. I tak faktycznie się stało. Nie są one w żaden sposób genialne, ale z trudną do wychwycenia gracją dopełniają piosenkę. Po prostu świetnie wpasowują się w jej brzmienie. A może raczej odwrotnie, to piosenka świetnie oddaje emocje płynące ze słów. Do tego stopnia, że nie rozumiejąc koreańskiego, podskórnie czuje się jakie jest znaczenie kolejnych wersów, a poznanie ich faktycznego znaczenia jest tylko formą upewnienia, która rozwiewa wątpliwości. Ah, ale przecież nie wiecie o czym mówię. >>TUTAJ<< wersja z angielskimi napisami.
Od strony wizualnej jestem zawiedziony... Troszeczkę, ale jednak. Dziewczyny w pewnym stopniu podtrzymały ostrzejszy wizerunek z wrześniowego klipu do "Poison" (>>TUTAJ<<), chociaż nie jestem przekonany czy rosnąca liczba odsłoniętych dekoltów na klip była właściwym kierunkiem. Nie to, żebym miał coś do tych dekoltów - patrzy się bardzo przyjemnie. Tylko mam wrażenie, że grupa daje radę i bez tego. No chyba, że szykują ekspansję na Amerykę, co z ich brzmieniem chyba jednak wiąże się z koniecznością właśnie takiego wydekoltowanego wizerunku.
Jednak w klipie o wiele bardziej drażni mnie brak oryginalności. Z jednej strony jest trochę podobieństw w stylizacji do konkurencyjnej pod względem brzmienia i terminu wydania piosenki Spica - "Lonely" (>>TUTAJ<<). Z drugiej o wiele bardziej po oczach bije zbieżność z klipem do piosenki "Because of You" formacji After School. Z "Play Ur Love" zresztą też. Dowodów wizualnych na dzisiaj brak, bo obie piosenki doczekają się prędzej czy później własnych wpisów, ale uwierzcie, że sporo kadrów jest identycznie rozplanowanych, jak te w teledyskach do tych piosenek.
Jednak to wszystko nie oznacza, że klip jest zły, po prostu w moich oczach trąci kliszą, choć wizualnie jest całkiem przystępny. Bardzo pomysłowy jest motyw wszędobylskich, staromodnych słuchawek telefonicznych. Ponadto szczególnie do gustu przypadł mi segment z czarno-białą sceną. Też z czymś mi się kojarzy, ale w tym wypadku skojarzenie jest zdecydowanie bardziej odległe, a na scenę po prostu dobrze się patrzy. Podzielających moje odczucia zachęcam do sprawdzenia bonusu na końcu tekstu.
POSTSCRIPTUM
W trakcie trwania promocji tej piosenki, doszło do bardzo nieprzyjemnego zdarzenia, które na szczęście skończyło się bez bardzo poważnych konsekwencji. 11 grudnia 2012 samochód, którym jechała cała grupa, miał poważny wypadek i dziewczyny mogą mówić o szczęściu, że wyszły z niego cało. Auto wpadło w poślizg na oblodzonej autostradzie, uderzyło w barierkę i wypadło poza drogę do głębokiego na 5 metrów rowu, przy okazji dachując.
Jieun w jednym z programów telewizyjnych zdała relację z tych wydarzeń. W wyniku wypadku straciła przytomność, kiedy ocknęła się w reakcji na wołania koleżanek, zorientowała się, że wisi do góry nogami. Dolna część jej ciała wciąż była w samochodzie, podczas gdy reszta wisiała już poza nim z twarzą tuż ponad sterczącymi odłamkami szkła. Hyosung w jakiś sposób swoją nogą przytrzymywała Jieun w samochodzie i tylko dzięki temu wokalistka nie runęła twarzą na szkło.
Koniec końców Jieun, Hyosung i Sunhwa wyszły z wypadku bez poważniejszych obrażeń i szybko mogły opuścić szpital. Gorzej miała się sytuacja Zinger, która doznała złamania lub pęknięcia żeber i stłuczenia płuc. Urazy te wymagały dłuższej hospitalizacji niż pierwotnie zakładano i choć wstępnie planowano reaktywację grupy przy okazji muzycznych show kończących rok, udział Zinger okazał się niemożliwy, a Secret występowało jako grupa trzyosobowa. Do skutku nie doszedł też drugi zapowiadany powrót Zinger, który miał mieć miejsce podczas styczniowej (15 i 16) gali rozdania Koreańskich Złotych Płyt. Zinger opuściła już szpital, ale natura odniesionych przez nią urazów uniemożliwiała jej jeszcze komfortowe występy sceniczne. Secret w pełnym składzie powróciło 31 stycznia podczas gali "22nd Seoul Music Awards".
BONUS
"Talk That" z teledyskiem w wersji tanecznej. W moim odczuciu jest to lepszy wizualnie, bardziej spójny klip, który również lepiej pasuje do tanecznej natury piosenki.
niedziela, 2 grudnia 2012
4Minute - Volume Up
No tak, parę dni nie miałem weny - albo ujmując prościej - nie chciało mi się pisać, to teraz nie wiem za co się złapać. Jest kilka klipów, które wypadałoby przedstawić przed końcem roku, póki choćby rocznikowo są aktualne, z drugiej strony zaczyna się kolejna fala nowości. Jeszcze chwilę temu zastanawiałem się, czy nie zmienić planów i nie wrzucić tutaj kawałka, który wyskoczył kilkadziesiąt minut wcześniej.
Jednak nagranie Nell chwilę sobie poczeka (na Świętego Nigdy). Jedna rzecz, że chciałbym zobaczyć tłumaczenie słów piosenki. Druga rzecz, że o "Volume Up" po prostu muszę napisać. Nie chodzi nawet o piosenkę - chodzi o teledysk. Może nie niesie on ze sobą ładunku znaczeniowego, ale wizualnie i produkcyjnie to istne cacuszko.
Oglądając klip zastanawiałem się tylko - gdzie oni znaleźli takie lokacje w Korei? A może gdzieś polecieli w plener? Nie, to by była za daleka eskapada. Green screen to zdecydowanie nie jest... Czyżby to wszystko zostało zbudowane specjalnie na potrzeby teledysku?! Pogrzebałem w internecie i okazuje się, że - tak, całość została nakręcona na planie, którego budowa kosztowała, bagatela, 132 538 USD.
Śmiem twierdzić, że gdyby kręcić te sceny w plenerze, efekt byłby gorszy. Od projektu przestrzennego, do wykańczających całość detali - twórcy mieli pełną kontrolę nad scenografią. Całość jest dzięki temu niewiarygodnie, jak na tak specyficzną stylizację, spójna, a przy tym niesamowicie plastyczna. Niby nie ma tu "wodotrysków", ale klip to cukierek dla oka.
Tak, motywem przewodnim są wampiry, ale nie te zmierzchowe - błyskoczące i ogólnie szajsowate. Nie, to są te prawdziwe wampiry - trochę gotyckie, trochę dekadenckie, trochę egzotyczne i niezmiennie seksualnie wyzywające. Zresztą teledysk można podzielić na trzy segmenty stylizacji, oparte właśnie na powyższych hasłach.
Pierwszy segment - gotycki - pewnie obroniłby się sam, bez uzupełnienia pozostałymi dwoma. Kostiumy są wspaniałe - czarne z krwistoczerwonymi akcentami, naraz minimalistyczne od strony fasonu, ale i zdobne; zakrywające, ale i zwiewne. Wrażenie robi choreografia, szczególnie tancerki wychylające się zza Hyuny, a potem oplatające ją w namiętnym uścisku.
Ale w tym segmencie i tak najważniejsza jest niewiarygodna scenografia. Takiego pleneru twórcy nigdzie by nie znaleźli! Gotyckie, podziemne ruiny z taką ilością przestrzeni może jeszcze gdzieś by uświadczyli, ale tak naprawdę kluczem do sukcesu jest tutaj niesamowite oświetlenie. Ta dziura w suficie, zakratowana, strzelista brama centralnie za plecami piosenkarek i lejący się z nich zółto-pomarańczowy blask, równie dobrze mogący pochodzić od zachodzącego słońca, jak i od pożogi. I na to wszystko jeszcze dodatek czerwonego światła od boku. Summa summarum dostajemy coś niezmiernie efektownego, ale nie efekciarskiego.
Strasznie podoba mi się plan "egzotyczny", czyli ten z holem wykładanym drewnem. Dlaczego egzotyczny? Spójrzcie w głąb sceny, centralna jej część inspirowana jest środkowym wschodem, szeroko rozumianą Persją. Architektoniczne kształty, użyta kolorystyka i do tego kolorowe kostiumy grupy z dominującymi kolorami niebieskim i złotym.
Jeżeli ktoś grał w "Baldur's Gate 2", od razu powinno mu zaświtać w głowie wizualne skojarzenie z wampirami w tamtej grze. Faktem jest, że podania o istotach wampiropodobnych krążą w tamtej części świata od zarania dziejów. Z mezopotamskich mitów znalazły nawet drogę do Starego Testamentu, gdzie pojawiają się w osobie Lilith, czy też Lamii, pierwszej żony Adama.
Zachodnia fikcja często dopatruje się korzeni wampiryzmu właśnie w tej części świata. Co do tego segmentu mam jeszcze jedną obserwację - oświetlenie, a raczej umiejscowienie źródeł oświetlenia - jest identyczne jak w scenie gotyckiej. Za wokalistkami mamy rożświetloną bramę, czy też okno, a także spod sufitu pada na nie podobne światło. To pomaga utrzymać wizualną spójność przy przejściach pomiędzy scenografiami.
Ostatnią stylizację nazwałem dekadencką, chociaż nawet bardziej pasowałoby tu hasło "filmowa". Główna inspiracja to ewidentnie "Dracula" Coppoli. Mieszanka wiktoriańskiego, może nawet imperialnego, stylu w wystroju wnętrz z bardzo śmiałymi, dekadenckimi kostiumami piosenkarek. Kiedy na początku teledysku HyunA przechodzi przez drzwi, do pomieszczenia wraz z nią wlewa się trochę zimnego nocnego oparu z ogrodu. Jest w tym wszystkim taki teatralny posmak, podobny do tego z "Draculi".
Na jakimś poziomie, wizualnie ten ciemny, wykładany drewnem korytarz, te zimne, beznamiętne miny statystów i ich stonowany ubiór - to wszystko przypomina mi "Wywiad z wampirem", a konkretniej segment rozgrywany we Francji. No i Gayoon z wężem. Natychmiast mam przed oczami kultową scenę z "Od zmierzchu do świtu" z udziałem Salmy Hayek.
Całość jest wyśmienicie wymieszana i zmontowana na potrzeby teledysku. Kiedy ma być wolniej, kadry są pełniejsze, kiedy piosenka przyśpiesza, kamera zaczyna szaleć i na dokładkę zostajemy zalani falą nie tyle kadrów, co intensywnie przeplatanych migawek. Wszystko doskonale współgra z muzyką i mam tylko jeden zarzut...
Piosenka mogłaby być lepsza. Nie jest zła, motyw przewodni na saksofonie jest świetny, chociaż mam wrażenie, jakbym już go gdzieś słyszał. Nawet do segmentów "o-o-o-o-o" jestem w stanie się przyzwyczaić. Ale refren nie "zabija" tak jak powinien. Jest ładny, melodyjny, w jakiejś części chwytliwy, ale brakuje mu zęba, brakuje charyzmy. Przejście ze zwrotki do refrenu sugeruje, że za chwilę nastąpi eksplozja energii, a ja tej eksplozji jakoś nie słyszę.
Pastwić sie na pewno nie będę, piosenka nabiła ponad 13 mln wyświetleń na YT i dużo pozytywnych głosów, więc kim ja jestem, żeby się kłócić? Nawet jeżeli większość wejść nabiła HyunA (tak, to ta od "Gangnam Style"). Tym razem nie mam nic przeciwko. Przyznam nawet, że o ile jej solowa twórczość do mnie nie trafia, to nie mogę jej odmówić świetnej prezencji.
Rozpisałem się o tym teledysku, a tymczasem piosenka doczekała się jeszcze jednego klipu. Na potrzeby jednego z koreańskich programów satyrycznych nakręcono... Wersję hinduską.
BONUS
Wersja hinduska ;)
Jednak nagranie Nell chwilę sobie poczeka (na Świętego Nigdy). Jedna rzecz, że chciałbym zobaczyć tłumaczenie słów piosenki. Druga rzecz, że o "Volume Up" po prostu muszę napisać. Nie chodzi nawet o piosenkę - chodzi o teledysk. Może nie niesie on ze sobą ładunku znaczeniowego, ale wizualnie i produkcyjnie to istne cacuszko.
Oglądając klip zastanawiałem się tylko - gdzie oni znaleźli takie lokacje w Korei? A może gdzieś polecieli w plener? Nie, to by była za daleka eskapada. Green screen to zdecydowanie nie jest... Czyżby to wszystko zostało zbudowane specjalnie na potrzeby teledysku?! Pogrzebałem w internecie i okazuje się, że - tak, całość została nakręcona na planie, którego budowa kosztowała, bagatela, 132 538 USD.
Śmiem twierdzić, że gdyby kręcić te sceny w plenerze, efekt byłby gorszy. Od projektu przestrzennego, do wykańczających całość detali - twórcy mieli pełną kontrolę nad scenografią. Całość jest dzięki temu niewiarygodnie, jak na tak specyficzną stylizację, spójna, a przy tym niesamowicie plastyczna. Niby nie ma tu "wodotrysków", ale klip to cukierek dla oka.
Tak, motywem przewodnim są wampiry, ale nie te zmierzchowe - błyskoczące i ogólnie szajsowate. Nie, to są te prawdziwe wampiry - trochę gotyckie, trochę dekadenckie, trochę egzotyczne i niezmiennie seksualnie wyzywające. Zresztą teledysk można podzielić na trzy segmenty stylizacji, oparte właśnie na powyższych hasłach.
Pierwszy segment - gotycki - pewnie obroniłby się sam, bez uzupełnienia pozostałymi dwoma. Kostiumy są wspaniałe - czarne z krwistoczerwonymi akcentami, naraz minimalistyczne od strony fasonu, ale i zdobne; zakrywające, ale i zwiewne. Wrażenie robi choreografia, szczególnie tancerki wychylające się zza Hyuny, a potem oplatające ją w namiętnym uścisku.
Ale w tym segmencie i tak najważniejsza jest niewiarygodna scenografia. Takiego pleneru twórcy nigdzie by nie znaleźli! Gotyckie, podziemne ruiny z taką ilością przestrzeni może jeszcze gdzieś by uświadczyli, ale tak naprawdę kluczem do sukcesu jest tutaj niesamowite oświetlenie. Ta dziura w suficie, zakratowana, strzelista brama centralnie za plecami piosenkarek i lejący się z nich zółto-pomarańczowy blask, równie dobrze mogący pochodzić od zachodzącego słońca, jak i od pożogi. I na to wszystko jeszcze dodatek czerwonego światła od boku. Summa summarum dostajemy coś niezmiernie efektownego, ale nie efekciarskiego.
Strasznie podoba mi się plan "egzotyczny", czyli ten z holem wykładanym drewnem. Dlaczego egzotyczny? Spójrzcie w głąb sceny, centralna jej część inspirowana jest środkowym wschodem, szeroko rozumianą Persją. Architektoniczne kształty, użyta kolorystyka i do tego kolorowe kostiumy grupy z dominującymi kolorami niebieskim i złotym.
Jeżeli ktoś grał w "Baldur's Gate 2", od razu powinno mu zaświtać w głowie wizualne skojarzenie z wampirami w tamtej grze. Faktem jest, że podania o istotach wampiropodobnych krążą w tamtej części świata od zarania dziejów. Z mezopotamskich mitów znalazły nawet drogę do Starego Testamentu, gdzie pojawiają się w osobie Lilith, czy też Lamii, pierwszej żony Adama.
Zachodnia fikcja często dopatruje się korzeni wampiryzmu właśnie w tej części świata. Co do tego segmentu mam jeszcze jedną obserwację - oświetlenie, a raczej umiejscowienie źródeł oświetlenia - jest identyczne jak w scenie gotyckiej. Za wokalistkami mamy rożświetloną bramę, czy też okno, a także spod sufitu pada na nie podobne światło. To pomaga utrzymać wizualną spójność przy przejściach pomiędzy scenografiami.
Ostatnią stylizację nazwałem dekadencką, chociaż nawet bardziej pasowałoby tu hasło "filmowa". Główna inspiracja to ewidentnie "Dracula" Coppoli. Mieszanka wiktoriańskiego, może nawet imperialnego, stylu w wystroju wnętrz z bardzo śmiałymi, dekadenckimi kostiumami piosenkarek. Kiedy na początku teledysku HyunA przechodzi przez drzwi, do pomieszczenia wraz z nią wlewa się trochę zimnego nocnego oparu z ogrodu. Jest w tym wszystkim taki teatralny posmak, podobny do tego z "Draculi".
Na jakimś poziomie, wizualnie ten ciemny, wykładany drewnem korytarz, te zimne, beznamiętne miny statystów i ich stonowany ubiór - to wszystko przypomina mi "Wywiad z wampirem", a konkretniej segment rozgrywany we Francji. No i Gayoon z wężem. Natychmiast mam przed oczami kultową scenę z "Od zmierzchu do świtu" z udziałem Salmy Hayek.
Całość jest wyśmienicie wymieszana i zmontowana na potrzeby teledysku. Kiedy ma być wolniej, kadry są pełniejsze, kiedy piosenka przyśpiesza, kamera zaczyna szaleć i na dokładkę zostajemy zalani falą nie tyle kadrów, co intensywnie przeplatanych migawek. Wszystko doskonale współgra z muzyką i mam tylko jeden zarzut...
Piosenka mogłaby być lepsza. Nie jest zła, motyw przewodni na saksofonie jest świetny, chociaż mam wrażenie, jakbym już go gdzieś słyszał. Nawet do segmentów "o-o-o-o-o" jestem w stanie się przyzwyczaić. Ale refren nie "zabija" tak jak powinien. Jest ładny, melodyjny, w jakiejś części chwytliwy, ale brakuje mu zęba, brakuje charyzmy. Przejście ze zwrotki do refrenu sugeruje, że za chwilę nastąpi eksplozja energii, a ja tej eksplozji jakoś nie słyszę.
Pastwić sie na pewno nie będę, piosenka nabiła ponad 13 mln wyświetleń na YT i dużo pozytywnych głosów, więc kim ja jestem, żeby się kłócić? Nawet jeżeli większość wejść nabiła HyunA (tak, to ta od "Gangnam Style"). Tym razem nie mam nic przeciwko. Przyznam nawet, że o ile jej solowa twórczość do mnie nie trafia, to nie mogę jej odmówić świetnej prezencji.
Rozpisałem się o tym teledysku, a tymczasem piosenka doczekała się jeszcze jednego klipu. Na potrzeby jednego z koreańskich programów satyrycznych nakręcono... Wersję hinduską.
BONUS
Wersja hinduska ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
