sobota, 5 października 2013

Tiny-G - Miss You

Jakoś tak się złożyło, że zeszłoroczne debiutantki z grupy Tiny-G nigdy mnie do siebie nie przekonały, pomimo tego, że widziałem w nich potencjał. Trochę jest w tym winy koncepcji przyjmowanych przy kolejnych nagraniach - w tym aegyo, które w połączeniu z tą grupą wypada bardzo specyficznie. Trochę jest to też winą repertuaru, do którego zawsze miałem jakieś anse.

Osobną kwestią jest specyfika grupy, która w pierwszych nagraniach chyba za bardzo kłuła mnie w oczy - nie dlatego, że mam coś przeciwko dziewczynom, a dlatego, że ostentacyjnie próbowano wokół niej zbudować wizerunek formacji, co w połączeniu z wyżej wspomnianymi stylizacjami i repertuarem, tworzyło dość specyficzne zestawienia, które albo się lubi, albo nie.

I teraz stoję przed zagadką. Dziewczyny dostały bardziej udaną piosenkę? Czy to koncept wydaje mi się lepszy wizualnie? A może po prostu wytwórnia zdecydowała się chociaż na chwilę zaprzestać eksponowania tej jednej cechy grupy, która może i jest ciekawa, ale trudno wokół niej budować karierę. Coś na pewno musiało ulec zmianie, bo "Miss You" zdecydowanie przypadło mi do gustu.



To może najpierw rozwikłam zagadkę tej "jednej cechy grupy". Jeśli jeszcze się nie domyśliliście, dziewczyny są malutkie. Średnia wzrostu w zespole to 153 cm - stąd nazwa grupy Tiny-G, co podobno rozwija się jako Tiny Giant, bo dziewczyny są małe z postury, ale silne i... zuchwałe(?) jak giganci. Czy giganci byli zuchwali? Hm, jakby się tak zastanowić, greccy giganci próbowali obalić bogów - to dość zuchwałe... Chwila, moment! Czy to są koty?!

Oglądając teledysk już wielokrotnie wydawało mi się, że pończochy dziewczyn mają kocie pyski - biorąc pod uwagę, że to kpop, nie byłem nawet zaskoczony. Naturalnie zauważyłem też te różne warianty uszu powpinane we włosy piosenkarek. Ale dopiero teraz, na youtube'owej stopklatce, zauważyłem kocie mordki na sukienkach(?) dziewczyn. Człowiek uczy się przez całe życie, czy jakoś tak.

Gdzie ja to byłem? A, prawda, kwestia wzrostu. Do tej pory wytwórnia skrzętnie przypominała przy każdej nadarzającej się okazji o tym, że ich grupa jest taka malutka. Ale tym razem było o tym ciszej, więc i ja postanowiłem o tym nie wspominać przed teledyskiem. Tym bardziej, że odnoszę wrażenie, że twórcy klipu dołożyli sporo starań, by niski wzrost dziewczyn nie rzucał się w oczy.

Tym razem nie poskąpiono tej charakterystycznej koreańskiej kamery - w sumie nie zastanawiałem się nad nauką stojącą za tym zjawiskiem, ale koreańscy operatorzy tak kadrują żeńskie grupy, by ich nogi wydawały się dłuższe (znając koreańską obsesję na punkcie wzrostu, to samo tyczy się grup męskich). Do tego przynajmniej w jednej ze scen dziewczyny noszą buty na potężnej podeszwie i jeszcze solidniejszym obcasie. Dodajmy do tego tancerki schowane głęboko w plan, by nie wyglądały na wyższe i jak dla mnie to dość dowodów na to, że wytwórnia chciała by Tiny-G nie było już takie tiny.

W ogóle wizerunkowo jak dla mnie ten klip to może nie strzał w dziesiątkę, ale solidna, zasłużona dziewiątka. Dziewczyny pomimo swojej drobnej postury wyglądają bardzo proporcjonalnie, a kamera dba także o to, by wyglądały niezwykle zgrabnie. Stylizacje też liczę na zdecydowany plus - dziewczyny łatwo rozpoznać i rozróżnić, wszystko jest dobrze dobrane i co tu dużo kryć - wokalistki wypadają tutaj dość seksownie. Ale rączki na kołderkę, jedna to rocznik '97, a mnie nie chce się sprawdzać która. :P

Właśnie miałem pisać o piosence, ale jeszcze raz puściłem sobie teledysk i muszę się podzielić kolejnym odkryciem. Te kocie sukienki (wnioskując po komentarzach jakieś kobiety tu zaglądają, więc zapewne mnie poprawią ;) ) mają z tyłu narysowane ogony.

Dobra, ale dość o kotach. Największym atutem tego projektu jest niezaprzeczalnie piosenka. Sympatycznie brzmiąca i diabelnie chwytliwa. Haczyk nagrania wbija się w mózg i bardzo pewnie zaczepia - jak główka uzbrojonego tasiemca w miękką tkankę jelita (przepraszam, nie potrafiłem się powstrzymać). Ale do mnie i tak bardziej przemawia silny, barwny i melodyjny wokal zwrotki, który następuje po haczyku. Haczyk haczykiem, ale to ten fragment nadaje nagraniu błysku.

Bo trzeba przyznać, że poza świetnie ułożonymi partiami wokalnymi, nie za wiele można napisać o tej kompozycji. Podkład jest dosyć prosty - przyjemny dla ucha, ale szybko znikający pod głosami piosenkarek. Nawet jeżeli w trakcie utworu dzieje się z nim coś ciekawego, to słuchając dziewczyn zwyczajnie tego nie zauważam. Jeżeli mówimy o popie, który ma przynosić przeboje, a nie doznania artystyczne - jest to raczej pozytyw.

Jeszcze jednym mocnym punktem tego projektu wydaje się być choreografia. Prosta, nieszczególnie wymagająca, ale idąca w parze z brzmieniem i chwytliwą naturą piosenki. W dodatku wydaje się wyróżniać na tle tego, co ostatnio serwuje konkurencja. Układ jest dosyć dynamiczny, oparty na silnie wyczuwalnym rytmie piosenki, nie ma też żadnych głupkowatych elementów, więc ląduje bardzo daleko od stylistyki aegyo. Z drugiej strony brak tu jakiejś przesadnej, demonstracyjnej seksualności, której coraz więcej w "drapieżnych" konceptach innych grup.

Taki konsensus już sam w sobie wyróżnia dziewczyny na scenie, a biorąc pod uwagę, że publika w Korei może być zmęczona lub zwyczajnie znudzona dwoma standardami wymienionymi wyżej, to wszystko może podziałać na korzyść Tiny-G. Wizerunkowo grupa idzie w podobnym kierunku, bo niby jest dość seksownie wystylizowana, ale z drugiej strony ten koci motyw, który z pewnością dziewczyny zaprezentują na scenach, dodaje całości lekkiego, niedrażniącego posmaku aegyo.

Powyższe argumenty w połączeniu z dobrą, bardzo chwytliwą piosenką normalnie mogłyby przynieść grupie dość zaskakujący sukces. Sęk w tym, że dziewczynom wybrano fatalny termin na powrót. Piosenka musiałaby stać się fenomenem nie po to, by pokonać konkurencję, która naszykowała powroty na przyszły tydzień, a po to, by w ogóle zostać zauważonym.

IU, T-ara i Kahi - gwiazdy o ugruntowanej pozycji na rynku, których powrotu fani wyczekiwali od roku albo i dłużej. Do tego wszystkie trzy powroty niosą mnóstwo znaków zapytania i znaczą kluczowe momenty w karierach tych wykonawców. No i do tego Shinee, czyli boys band od rynkowego potentata - SM Entertainment.

czwartek, 3 października 2013

Block B - Be The Light + Very Good

Jest taka moda na YT, żeby nagrywać swoją/czyjąś reakcję na jakiś klip. Trend ten dotknął także świata miłośników kpop-u i przyznam, że dotąd nie rozumiem tego fenomenu. A jednak wczoraj po raz pierwszy żałowałem, że nie uprawiam tego niecnego procederu. Nawet nie dlatego, że chciałbym się dzielić swoją facjatą z resztą ludzkości (za to chyba można iść do więzienia). Po prostu chciałbym zobaczyć swoją własną minę, kiedy po raz pierwszy oglądałem teledysk do "Very Good".

Jednak zanim przejdę do sedna wpisu, czyli nowego title-tracku formacji Block B, trochę poopowiadam o najnowszej historii grupy i jako przystawkę zaserwuję pre-releasowe "Be The Light".

Normalnie boys-bandy nieszczególnie mnie ruszają. Od czasu do czasu ta czy inna grupa wypuści jakieś nagranie, które mnie zainteresuje czy też popisze się jakimś widowiskowym układem tanecznym, tudzież efektownym teledyskiem. Jednak nawet jeśli zwrócę na grupę uwagę ze względów scenicznych, to aspekty pozasceniczne omijam szerokim łukiem. Block B jest wyjątkiem i to wcale nie dlatego, że pałam do grupy jakąś szczególną sympatią. Po prostu na początku roku wokół grupy działo się wiele i był moment, kiedy kpopowe media zalewał strumień sensacyjnie brzmiących nagłówków.

Zaczęło się od doniesień o sprawie wytoczonej przez członków formacji przeciw ich własnej wytwórni. Cała siódemka domagała się anulowania kontraktów. Poszło oczywiście o pieniądze. Jak się okazuje, członkowie grupy przesz ponad rok nie otrzymywali wynagrodzenia. Wytwórnia zasłaniała się stosownymi zapisami w kontraktach, które gwarantowały chłopakom procent od zysków uzyskiwanych z działalności grupy. W skrócie - pieniędzy nie wypłacano, bo grupa nie przynosiła zysków.

Poza tym pojawiła się także kwestia pana Lee, który piastował stanowisko CEO wytwórni Stardom Entertainment i w wielu sytuacjach był osobą kontaktującą się nie tylko bezpośrednio z członkami grupy, ale także z ich rodzicami. Pan Lee nie tylko miał pośredniczyć w obrocie pieniędzmi między wytwórnią a formacją, ale także zebrać od rodziców kwotę ponad 50 000 USD na potrzeby dalszego funkcjonowania Block B. Sęk w tym, że pan Lee od dłuższego czasu nie piastował już swojego stanowiska w firmie, został dyscyplinarnie zwolniony ze względu na różnego rodzaju nieprawidłowości.

Kolejne miesiące upływały na oficjalnych pismach, w których obie strony konfliktu zajmowały stanowiska w sprawie i odnosiły się do argumentów swoich przeciwników, starając się pokazać, że to oni mają rację. Jednym z ciekawszych zarzutów wobec wytwórni było oskarżenie o celowe wstrzymywanie kariery formacji. Z kolei wytwórnia zrzucała winę na grupę i jej nieodpowiedzialne zachowanie podczas wywiadu udzielonego w Tajlandii, co zmusiło menadżerów do ukrycia grupy przed ostrzałem mediów. Ponadto SE sugerowało, że osoba trzecia jest odpowiedzialna za bunt Block B. Wyglądało to trochę jak proces toczony na łamach mediów. Niezależnie jednak od doniesień prasowych, toczył się także proces prawny.

Wyrok z 7 czerwca 2013 przyznawał rację Stardom Entertainment, powołując się przede wszystkim na brak solidnych dowodów podpierających tezę, że wytwórnia nie wywiązywała się ze swoich obowiązków, a tym bardziej, że celowo działała na szkodę formacji - co też jej zarzucono. Zdaniem sądu członkowie grupy, zgodnie z kontraktem, mieli zapewnione warunki do pracy, rozwoju i nauki, mieli zaplecze mieszkalne, a wytwórnia nie hamowała ich kariery. Jedyne wątpliwości mogły tyczyć się dystrybucji pieniędzy, ale i tu sąd nie dopatrzył się celowości w ewentualnych niedopatrzeniach popełnionych przez wytwórnię.

Na dobrą sprawę kilkumiesięczny proces przyniósł korzyść jedynie mediom, które miały o czym pisać. Zarówno formacja jak i wytwórnia straciły wizerunkowo. Najwięcej stracił jednak pan Lee, którego 20 maja - a więc jeszcze przed zamknięciem sprawy - odnaleziono martwego w piwnicy jego domu. Wszystko wskazuje na samobójstwo - ponoć spowodowane kwestiami osobistymi - jednak sprawa stała się przez to jeszcze bardziej śmierdząca.

Przyznanie racji wytwórni oznaczało przede wszystkim, że Block B pozostało pod jej skrzydłami. Jednak trudno się dziwić, że obie strony nie żywiły wielkiej woli do kontynuowania współpracy i pod koniec sierpnia grupa wynegocjowała przeniesienie swoich kontraktów do innej wytwórni - Seven Seasons. Tę informację podano do wiadomości publicznej 29 sierpnia, a niespełna miesiąc później na youtube'owym profilu nowej wytwórni pojawił się teledysk do pre-releasowego "Be The Light".



Pierwsze słowo, które cisnęło mi się na usta po tym nagraniu i teledysku to "rozczarowanie" - ale to nie było właściwe słowo. Nie mogę mówić o rozczarowaniu, skoro z grubsza powodzenie i dalsza kariera Block B jest mi raczej obojętna, ale nie mogę też użyć tego słowa dlatego, że ta piosenka jest po prostu całkiem niezła. Zatem jak inaczej - właściwie - okreslić to nagranie? "Zaskoczenie", to chyba będzie właściwe słowo.

Już tłumaczę. Block B w mojej świadomości zapisało się z dwóch względów. Pierwszy to afera opisana powyżej. Drugi to "Nillili Mambo" - trochę dziwna kompozycja mająca swoje problemy, ale także niezaprzeczalny urok, dodatkowo wzmocniony zapadającym w pamięć teledyskiem. Utwór ten sprawił, że Block B zapamiętałem jako grupę o nieco szalonym wizerunku, popartą wyrazistym - choć niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu - zapleczem wokalnym, ale przede wszystkim orbitującą blisko hip-hopu i starającą się utrzymać undergroundowy image.

Tymczasem "Be The Light" to... Właściwie nie wiem, co to jest. Z początku chciałem wepchnąć to do szuflady "pop z domieszką rocka", może ze względu na wokal w refrenie, który uporczywie kojarzy mi się z naszym, swoiskim Feel'em. Sęk w tym, że grupa nie gra na instrumentach, kompozycja rozpisana jest też na znacznie szersze instrumentarium wspierane przez pokaźną dawkę elektroniki, no i siłą rzeczy w piosence pojawia się rap - tego nie da się uniknąć w formacji, która ma kilku raperów.

Na dobrą sprawę jednak nie ma znaczenia czym jest ten kawałek. Tak naprawdę liczy się to, że z każdym kolejnym przesłuchaniem lepiej mi się go słucha. Jak już wspomniałem - grupa ma wyraziste głosy i o ile w "Nillili Mambo" nie wszystkie wpasowywały się w moje gusta, o tyle tutaj zrobiono z nich lepszy użytek i brzmią naprawdę fajnie, nawet jeżeli jest tu gdzieś ta boys-bandowa maniera, której wyjątkowo nie lubię. Raperzy mają dość charakterystyczne głosy, a wokaliści spory zasięg, więc utwór nie nudzi. W dodatku tekst też trzyma poziom, angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.

Kompozycja nie jest może arcydziełem, bo na to wydaje się zbyt banalna w brzmieniu, natomiast spełnia swoją funkcję. Jest przyjemnie rytmiczna, ma rozsiane trochę róznorodnych akcentów, które wzbogacją główny temat i sprawiają, że nagranie nie brzmi wtórnie w swoim własnym obrębie.

Co do teledysku to nie będę się zbytnio rozpisywał. Dla mnie głównym atutem jest oczywiście dziewczyna z lizakiem. Kamera wyraźnie ją lubi, a i myślę, że pan stojący za kamerą też nic przeciwko niej nie miał, bo tu i ówdzie ładnie ją wykadrował. O reszcie za dużo nie napiszę, bo po prawdzie nie bardzo jestem w stanie zwrócić uwagę na resztę tego teledysku. Ktoś kogoś bije i chyba ma mi być smutno. Co ciekawe, ostatnia scena tego klipu jest też pierwszą następnego.



I teraz już wiecie, o co mi chodziło, kiedy pisałem wstęp. Nawet nie wiem jak się za to zabrać. Spróbuję na poważnie.

To jest kawał przebojowej piosenki. Tak, pierwsze wejście refrenu gryzie w uszy, ale potem jest już lepiej - w sumie nie wiem czemu. A trzeba przyznać, że koniec końców pracuje on na plus dla piosenki, bo jest po prostu niezaprzeczalnie chwytliwy. To jeden z tych motywów, który na koncercie śpiewa cała publika, nawet przypadkowe ofiary zaciągnięte tam w ramach rytuałów godowych.

Od strony podkładu to wybuchowa mieszanka gitar i elektroniki, podparta fajnymi perkusyjnymi motywami i niemonotonnymi zwrotkami. Oczywiście w żadnym razie nie jest to Rammstein czy inne Prodigy, ale mierzony popową miarą, a już szczególnie kpopową miarą, ten kawałek jest ciekawy i oryginalny, a przy tym bardzo dobrze brzmiący.

Znów na plus punktują głosy. Może nie jest aż tak dobrze jak w "Be The Light", ale mniej mam zarzutów niż w wypadku "Nillili Mambo". Zresztą porównanie do tego ostatniego utworu wydaje się tutaj nieodzowne. Szalona koncepcja, przebojowe, niesztampowe brzmienie, chwytliwy refren i tekst będący mieszanką peanów na własną część i zachęt do jeszcze ostrzejszego imprezowania. Nie jestem fanem tego typu tekstów, ale muszę przyznać, że "Very Good" wypada nawet w miarę składnie. Angielskie tłumaczenie >>TUTAJ<<.

Mam wrażenie, że ten tekst, ale także wizerunek przyjęty przez grupę jest spuścizną po oryginalnym pomyśle na formację. Tak się składa, że Stardom Entertainment to także patroni żeńskiej grupy EvoL, gdzie pomysł jest podobny - dużo swaggu, członkinie grupy zaangażowane w projekty także od strony koncepcyjnej. Trudno nie zauważyć, że EvoL stara się iść drogą 2NE1 i podobnie jest z Block B, które wzoruje się może nie na Big Bang jako całości, ale z pewnością na solowych, wyzywających wizualnie projektach G-Dragona.

A to jest porównanie trudne do udźwignięcia, tym bardziej, że mam wrażenie, że Block B rzuca tym klipem wyzwanie - zbyt dużo jest motywów podobnych do "One Of A Kind" G-Dragona, by uznać to za coś innego niż świadomą prowokację, zresztą zerknijcie >>TUTAJ<< i sami porównajcie. Chociaż punkty chłopaki z Block B łapią za to, że są to nawiązania nie do końca oczywiste.

Teledysk do "Very Good" jest na pewno szalony, widowiskowy i zapada w pamięć. Oczywiście ma też swoje niedoróbki, jak choćby mało satysfakcjonujące, niskobudżetowe eksplozje w finale, czy niewytłumaczalne użycie karabinów, które wyglądają na paintballowe, względnie gładkolufowe (używane np. przez policję do pacyfikowania tłumów).

Jednak w porównaniu do GD brakuje przede wszystkim myśli stojącej za poszczególnymi obrazami - nie chodzi nawet o przemycanie jakichś znaczeń, o zastosowanie symboliki. Z czysto kompozycyjnego, plastycznego punktu widzenia, teledyski GD wizualnie są kompletne, ukierunkowane i przemyślane, podczas gdy Block B póki co ma teledyski jedynie efektowne. Choć trzeba przyznać, że w tym względzie zaczynają promować swoją własną markę efekciarstwa.

Podsumowując, o ile do tej pory Block B i ich "Nillili Mambo" traktowałem jako jednorazowy, pozytywny wyskok kolejnego boys-bandu, o tyle teraz na grupę będę patrzył życzliwszym okiem. Wciąż daleko mi do tego, żeby w jakikolwiek sposób ekscytować się tą formacją, ale te dwie piosenki i te dwa teledyski pokazują, że jest w nich trochę talentu i jeśli nie oni sami, to ktoś za ich plecami potrafi to całkiem rozsądnie poukładać w sceniczną całość.

"Be The Light" to całkiem sympatyczne nagranie, natomiast "Very Good" ma potencjał by namieszać na październikowych scenach. Chciałem wytknąć, że w tym miesiącu znów czeka nas sporo poważnych, długo wyczekiwanych powrotów(IU, T-ara, Kahi, AOA, a pod koniec miesiąca SNSD!), ale... Block B to boys-band, one zawsze lepiej się sprzedają, dlatego wciąż nie wykluczałbym, że chłopaki trochę namieszają.

wtorek, 1 października 2013

Song Jieun - False Hope

Wytwórnie w Korei ostatnio strasznie eksperymentują z formatami promocji. Cel? Ten sam, co każdej nocy - przejąć władzę nad światem wycisnąć swój produkt do ostatniego centa. Np. G-Dragon w niemal każdym programie muzycznym wystawia do walki o zwycięstwo w danym tygodniu inną piosenkę ze swojego nowego albumu, chociaż czasami nawet nie wykonuje danego nagrania przed publicznością.

Innym, ciekawym zabiegiem, który zyskuje na popularności, jest wchodzenie na telewizyjne sceny z piosenką jeszcze zanim teledysk powędruje do emisji, a album trafi na półki - nieważne czy te sklepowe, czy te wirtualne. Grzebiąc w ostatnich miesiącach na pewno znalazłbym kilka przykładów, ale na szczęście grzebać nie muszę, bo solowy powrót Jieun jest właśnie przykładem takiego nagrania.



Od pierwszych sekund w uszy rzuca się jeden fakt. Piosenka ma strasznie dużo zwielokrotnień wokalu, czy też mocno obrobionych linijek, które wokalistka na żywo sobie odpuszcza. Ale paradoksalnie, wraz z rozwojem piosenki, ten dwugłos staje się atutem nagrania. Ewidentnie słychać, które partie Jieun wykonuje na żywo i nie chodzi nawet o to, że dzięki temu łatwiej ocenić jej występ od strony technicznej.

Chodzi raczej o to, że wokalistce udaje się nawiązać w ten sposób jakąś emocjonalną więź z odbiorcą. Przez to, że wiadomo kiedy śpiewa na żywo, ale także przez to, że nie markuje fragmentów lecących z podkładu, łatwiej jej uwierzyć. A że piosenka ma dosyć intymne brzmienie i wydźwięk, to efekt ten jest bardzo przydatny i znacznie wzmacnia odbiór całości.



Wizualny koncept jest bardzo ciekawy i w pewien sposób odważny. Nie chodzi o samą stylizację wokalistki, która, choć stara się zachować klasę, to widać, że została celowo doprawiona na ostro - stroje Jieun są dosyć przewiewne. Jeżeli ktoś nie nadąża za moim tokiem rozumowania - seksapil w kpopie nie jest przejawem odwagi, wręcz przeciwnie, jest jedną z dwóch głównych dróg, którymi może wędrować wykonawca. Drugą drogą jest aegyo, które zresztą ostatnio też potrafi nie być do końca takie niewinne.

Za odważną uważam natomiast absolutną rezygnację z ruchu scenicznego piosenkarki. Może przesadą byłoby stwierdzenie, że kpop jest zdominowany przez taniec, ale układy taneczne są integralną częścią występów i mają wpływ na ich powodzenie, dlatego ostatnio nawet takie wokalistki jak Navi czy Lim Kim zostały zobowiązane do jakichś niemrawych pląsów (np. >>TUTAJ<< i >>TUTAJ<<). Tym ciekawsza wydaje się koncepcja by dziewczynie z girlsbandu, która do tańca nawykła, kazać stać w miejscu. Niewykluczone, że to celowy zabieg mający wizerunkowo odciąć Jieun od jej działalności w formacji Secret.



Oczywiście, wokalistkę wspiera grupa taneczna, ale zanim napiszę o niej kilka słów, zaakcentuję, że już w pierwszym tygodniu promocji odbył się przynajmniej jeden występ bez udziału tancerzy, także nie jest do końca tak, że są oni jakąś kluczową częścią występu. Co nie zmienia faktu, że kiedy pojawiają się na scenie, to wzbogacją widowisko. TS Entertainment poszło w kierunku bardziej artystycznej formy tańca, z ekspresyjnymi figurami, nierzadko tańczonymi w parach.

To dobra decyzja dla tej konkretnej piosenki, ale także sprawia, że zastanawiam się czy nie czeka nas niedługo prawdziwy zalew tego typu propozycji. Niedawno Sunmi święciła sukcesy z podobnym podejściem przy okazji piosenki "24 Hours" (>>TUTAJ<<), a i taneczne show "Dancing 9" przyniosło kilka rewelacyjnych występów, które mogły zachęcić wytwórnie do eksperymentów w tym kierunku.

Szkoda tylko, że realizatorzy programów sprowadzają tancerzy do rangi dekoracji i niemal w ogóle nie poświęcają im uwagi w swoich nagraniach. Cóż, może doczekam się lepszej realizacji w nadchodzących tygodniach lub samo TS Entertainment sprezentuje mi jakiś zakulisowy klip na YT.



Ciekawa sprawa. Pierwszy kontakt wypadł na niekorzyść wersji teledyskowej i chyba nawet wiem dlaczego. W wersjach z programów telewizyjnych z wielu względów wokal wydaje się bardziej absorbujący. Raz, że z początku wydaje  się ścierać z wokalem nagranym w podkładzie. Dwa, że - jak już wspomniałem - brzmi szczerze i łatwo mu uwierzyć. Trzy, wariant teledyskowy, jakkolwiek atrakcyjnie, przystępnie i ciekawie brzmiący, wydaje się aż nadto wygładzony, szczególnie gdy odbiorca najpierw zetknie się z wykonaniem na żywo.

Ale tak naprawdę nie o wokal tutaj chodzi, a o podkład. Przez to, że w teledysku mniej zwracam uwagę na głos piosenkarki, to moje uszy mają więcej możliwości by wsłuchać się w podkład, a ten... W żadnym razie nie jest zły, ale jednak powiedzieć, że brakuje mu wyróżnika to owijać sprawę w bawełnę. On po prostu wydaje się złożony z doskonale znanych mi klocków, w dodatku pochodzących z kompletu dla początkujących. Oczywiście, nawet z prostych klocków, gdy jest ich dostatecznie dużo, można zbudować coś widowiskowego, to doskonałe ćwiczenie na kreatywność.

Sęk w tym, że w tym wypadku tej kreatywności zabrakło. Piosenka w moim odczuciu stara się brzmieć jak amerykańska pop-ballada. I tak brzmi. I nie ma w tym nic złego. A jednak jest mi o wiele trudniej ekscytować się tym nagraniem mając świadomość, że podobnych piosenek są już setki, w większości czają się ukryte w zakamarkach b-side'ów utalentowanych, ale nieszczególnie znanych wokalistek.

Mam takie niejasne wrażenie, że autorzy od początku wiedzieli, co robią - jestem skłonny uwierzyć, że nie silili się na muzyczną oryginalność, bo z góry założono, że nie ona ma być tutaj atutem. I faktycznie, ta solidna kompozycja sama w sobie nie jest w stanie porwać słuchacza - jest dobra, ale nic ponad to. A jednak ten utwór ma pewien jeden niezaprzeczalny atut, który czyni go ciekawym.

W skrócie - chodzi o emocje. Piosenka ma prosty, ale niezwykle zwiewny tekst. Co prawda w uszach zachodniego odbiorcy te anglojęzyczne wstawki mogą odrobinę trzeszczeć, ale ich znaczenie włożone w ciąg głównego wywodu wydaje się wyjątkowo dobrze wkomponowane jak na azjatyckie nagranie. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.

Ale to dopiero połowa sukcesu, bo emocje wpisane w tekst i muzykę trzeba jeszcze sprzedać, a tu trzeba przyznać, że Jieun błyszczy. Tak jak w jej solowym debiucie z "Going Crazy" (>>TUTAJ<<), tak i tu każda nuta, która opszcza jej usta, niesie ze sobą dodatkowy ładunek uczuciowy.

Od strony teledysku niestety nie mam zbyt wiele do napisania, bo mam pod jego adresem dokładnie te same zarzuty, które wyciągnąłem przeciwko kompozycji - to układanka z doskonale znanych mi klocków, układanka zręczna, ale dość pospolita. Tu może wspomnę, że mam nieodparte wrażenie, że dokładnie ta sama wanna pojawiła się w zeszłym roku w teledysku macierzystej grupy Jieun - Secret. Konkretniej chodzi o klip do "Talk That" (>>TUTAJ<<). Wracając do analogii do kompozycji, teledysk także zalatuje inspiracjami z USA, głównie chodzi mi o sam obraz, który - prawdopodobnie ze względów technicznych - wypada bardzo amerykańsko.

Na szczęście Koreańczycy nie zawiedli mnie tak do końca, bo gdy już szykowałem się na nudy do końca klipu, na dłoni  Jieun pojawiła się charakterystyczna rana, przypominająca stygmat. Kiedy ja zastanawiałem się w myślach "Nie, chyba tego nie zrobią?" na ekranie pojawił się przysłowiowy, ale także całkiem dosłowny gwóźdź programu. Nie jestem pewien czemu, ale szalenie przypadł mi do gustu ten motyw - prawdopodobnie przyczyną jest moja jeszcze nie zdiagnozowana choroba umysłowa.

Z podsumowaniem wciąż mam problem, bo piosenka z jednej strony jest bardzo solidna. Z drugiej strony po niepokojącym debiucie z "Going Crazy" liczyłem tutaj na coś zdecydowanie ciekawszego. Tymczasem nawet od strony kompozycyjnej brzmienie jest profesjonalne, ale wydaje się brnąć donikąd. Wizualnie jest chyba nawet gorzej, bo gwóźdź bardzo szybko przestaje szokować, a poza tym jest naprawdę nudno. Piosenkę ponad przeciętność wyciąga wykonanie, które osobiście odbieram jeszcze lepiej, kiedy ma miejsce przed kamerami telewizyjnymi.

Niestety mam wrażenie, że to zbyt mało, żeby znieść konkurencję duetu Soyou i Mad Clown i ich "Stupid In Love" (>>TUTAJ<<), a także nadchodzącego wielkimi krokami, długo wyczekiwanego i zapowiadającego się wyjątkowo smakowicie powrotu IU.

czwartek, 26 września 2013

Soyou & Mad Clown - Stupid In Love

Nawet nie wiem jak zacząć ten tekst. Chyba dlatego, że sam w stu procentach nie jestem przekonany do swoich odczuć względem tego nagrania, a do tego kilka decyzji podjętych przez osoby zarządzające projektem wciąż nie daje mi spokoju. W pierwszej chwili chciałem nazwać to nagranie godnym polecenia, ale przypomniałem sobie jak mocno odbiłem się od niego przy pierwszym podejściu i jak wiele wątpliwości wciąż we mnie budzi.

Chyba najprościej będzie wyłożyć kawę na ławę, a potem bawić się w detale. Mój problem leży u samych podstaw tego projektu. Wokalistka plus raper. Sztampa. Właściwie od kiedy tylko hip-hop zaczął oddziaływać na muzyczny mainstream, na całym świecie pojawiały się takie projekty. Na dodatek przeważnie zaangażowany w ten proceder raper nie jest undergroundową gwiazdą szukającą trochę sławy "na powierzchni", a raczej rozmemłanym pozerem, który chciałby śpiewać o miłości, ale natura poskąpiła wokalu, więc zamiast śpiewać gada.

I to chyba dostatecznie tłumaczy sedno mojego uprzedzenia do tego nagrania. Przy czym jest to uprzedzenie, którego dorobiłem się po pierwszym kontakcie z utworem, nie przed. Przed pierwszym przesłuchaniem - wręcz przeciwnie, byłem nastawiony dość entuzjastycznie.

Soyou to kawał dobrego głosu "uwięziony" w wysokiej, zgrabnej i ogólnie apetycznie prezentującej się dziewczynie. Ale Soyou ma jeden zasadniczy problem - występuje w jednej grupie (Sistar) z Hyorin - rewelacyjną wokalistką (jedną z najlepszych na koreańskich scenach), która w dodatku jest sceniczną bestią - rusza się jak krzyżówka kota z kobrą, co przy jej pełnej sylwetce rozbija męskie szczęki o posadzki.

Inaczej rzecz ujmując, ucieszyło mnie, że Soyou dostała solową szansę, na którą zasłużyła, szczególnie biorąc pod uwagę sukces całego Sistar. Nie byłem też z góry uprzedzony do jej scenicznego mariażu z raperem, bo Mad Clowna nie kojarzyłem, za to miałem w pamięci współpracę Jieun z Secret z Bang Yong Gukiem przy okazji piosenki "Going Crazy" (>>TUTAJ<<). Raz, że utarta formuła współpracy rapera i wokalistki jest tak naprawdę dość prostą receptą na sukces - mierzony wpływami ze sprzedaży i miejscami na listach. Dwa, że wymieniona przed chwilą dwójka ze stajni TS Entertainment pokazała, że nawet podążając tą ubitą ścieżką można zawędrować w ciekawe miejsca.

Do projektu podchodziłem nastawiony dość pozytywnie, choć bez olbrzymich oczekiwań. Jednak od pierwszego kontaktu zaczęły piętrzyć się problemy, które... No właśnie, nie mogę napisać, że całkiem odrzuciły mnie od tej piosenki, ale wyraźnie wpłynęły na mój jej odbiór.

Zacznijmy od tego, że do tej pory koreańskie single mogłem podzielić między innymi według bardzo prostego kryterium - te które teledysk mają i te, które videoklipu się nie dorobiły. "Stupid In Love" to pionierskie przedsięwzięcie, które próbuje wpasować się gdzieś pomiędzy te dwie kategorie...



Oczywiście, sam dopisek "short ver." sugeruje, że istnieje pełna wersja tego klipu. Sęk w tym, że w anglojęzycznym internecie wciąż nie została upubliczniona, co jest dość nietypowe dla koreańskiego rynku. Co więcej, dopiero dzisiaj dokopałem się do pełnej wersji tego klipu wrzuconej na YT przez jakiegoś "partyzanta". Wersji wrzuconej właśnie dzisiaj, z kilkunastoma wyświetleniami na koncie. To dosyć dziwne zważywszy na fakt, że piosenka - a co, uchylę rąbka tajemnicy - wyrasta na duży przebój.

Jednak pełną wersję teledysku zachowam na później, tym bardziej, że nie dzieje się w nim zbyt wiele, a chciałbym najpierw zająć się samą piosenką, do czego będą mi potrzebne inne klipy. W pierwszej kolejności płytowa wersja piosenki z dodanym tłumaczeniem. Wybieram wariant polski, choć to tłumaczenie tłumaczenia. Porównując wersję polską i angielską, dochodzę do wniosku, że jeżeli coś ze znaczenia zagubiło się w przekładzie, to stało się to już na etapie przekładu z koreańskiego na angielski, ba, mam wrażenie, że polski tekst miejscami lepiej oddaje ducha utworu.



Nie dziwię się, że jest to przebój, bo pomimo rozlicznych zarzutów, które za chwilę wyciągnę, liczba niezbijalnych atutów jest po prostu za duża. Samo brzmienie, nastrojowość kompozycji - to w zasadzie dość, by piosenka dobrze sobie radziła. Na to nakłada się bardzo dobrze wkomponowany wokal Soyou, który dodatkowo zagęszcza atmosferę i sprawia, że kawałek - przy całej swojej sztampie - staje się łatwo rozpoznawalny.

Sam muzyczny motyw podkładu jest dosyć banalny, jednak sposób wyprodukowania nagrania nadaje całości dużo więcej głębi i smaku. Choć sama struktura utworu jest prosta jak konstrukcja cepa, to sposób w jaki wybrzmiewają instrumenty - w szczególności klawisze i smyczki - sprawia, że brzmi to jak utwór z klasą. Ponadto muszę pochwalić urozmaicenie podkładu w trakcie zwrotki, to co dzieje się około 1:55 bardzo przyjemnie łaskocze moje uszy.

Z negatywów wskazałbym nietrafiony most - jego brzmienie, wykorzystanie gitar... Widzę, co autor chciał osiągnąć, ale zabieg zwyczajnie mu nie wyszedł. Miało być epicko, miała być kulminacja napięcia, a wyszło trochę jazgotliwie i niespójnie. Przy czym w żadnym razie nie jest to jakaś muzyczna katastrofa, po prostu nieudany zabieg.

Jednak mój prawdziwy problem tyczy się przede wszystkim warstwy lirycznej. Bang Yong Guk w "Going Crazy" swoim rapem zaserwował kawał nieprzyjemnego, niepokojącego obrazu, a potem jeszcze przepraszał, że jego tekst był nie dość plastyczny i że mógł się bardziej postarać. Ja rozumiem, że ze słowami do "Stupid In Love" zdecydowanie łatwiej się identyfikować i pewnie stąd też bierze się popularność tej piosenki, ale nawet patrząc na czystą formę - jest słabo. "Niebo pociemniało"? Poważnie? Co to jest, konkurs poetycki pierwszoklasistów? Rozumiem - miało być prosto i dosadnie, ale nawet przy takich kryteriach ten tekst jest po prostu miałki. Wystarczy porównać sobie jak to zrobił Choiza w swoim "Going Down" (>>TUTAJ<<), nota bene kawałek ma fantastyczny podkład, który sam w sobie snuje opowieść.

Ale napisałem, że z początku odbiłem się od tego nagrania, a póki co jeszcze tego dobrze nie wytłumaczyłem. Otóż wobec braku teledysku pod ręką, sięgnąłem po wykonanie w jednym z programów telewizyjnych i zostałem pozbawiony jakichkolwiek złudzeń co do osoby rapera.



W studiu chłop ma brzmienie płaskie jak niemiecka autostrada, ale przynajmniej daje radę ze sprzedawaniem emocji. Jest w tym jego głosie jakiś gniew, złość, da się to kupić. Niestety - jak wielu pop-raperów - na scenie okazuje się, że nie daje rady. A że ten konkretny okaz rapera nie ma nawet żadnej cechy charakterystycznej w głosie, to jego występ na żywo jest po prostu słabiutki. Ot przeciętny gość z ulicy, który na kogoś złorzeczy...

Co gorsza, jak tak zestawić ten jego mikry głos z drewnianymi próbami sprzedania emocji i jeszcze opakujemy to w wizerunek sceniczny, to dostaniemy coś więcej niż zwykłego gościa z ulicy. Czasami się takich widuje - czapka z daszkiem, dziwne okulary i jakaś obciachowa odzież wierzchnia - idą i drą ryja nie wiedzieć na kogo. Kiedy na murach kamienic pojawiają się jakieś "przemyślenia" na temat władzy, kościoła i obyczajów, są pierwszymi podejrzanymi. Nic nie poradzę, tym rapem Mad Clown bawi mnie zamiast mnie poruszyć. Na dokładkę Soyou jest wepchnięta na gruby playback, który nie zawsze jest w stanie zagłuszyć.

Tydzień później było ciutek lepiej, szczególnie jeżeli idzie o wypoziomowanie playbacku czy też wokalnych zwielokrotnień, ale Mad Clown nadal jest daleki od przekonania mnie do siebie i swojego rapu.



Jestem Wam jeszcze winien teledysk, choć bardzo możliwe, że wkrótce go zdejmą - skoro sami go nie upubliczniają.



Ogólnie rzecz biorąc bardzo profesjonalnie i nastrojowo zrobiony teledysk. Szczególnie "ptasie" kadry z Soyou są niezwykle plastyczne. Sama koncepcja sceny z tronem - to jak Mad Clown spala się czy też, uwaga trudne słowo ;) , dezintegruje - robi wrażenie, a raczej robiłaby, gdyby nie wizerunek rapera. Okej, ja rozumiem, że w Korei taki sweter może nie uchodzić za obciachowy, ale w moich oczach kombinacja czapka z daszkiem, sweter i druciane okulary jest po prostu ko(s)miczna, a już szczytem absurdu jest posadzenie tak ubranego faceta na tronie. Może w Korei to nikogo nie razi, ale dla mnie to estetyczny strzał w stopę.

Podsumowanie? Pomimo fali czepialstwa, która przelała się przez powyższe akapity, nie potrafię nie ulec przebojowej naturze tego kawałka. Niby prosty muzycznie pomysł, ale - głównie dzięki doskonałej produkcji - zyskuje na muzycznej głębi i nie można nie przyznać, że jest nastrojowy. Choć lirycznie utwór rozczarowuje, to nie mogę też nazwać go złym, co najwyżej przystosowanym do potrzeb mas, a przecież o to w popie chodzi. Najwięcej zastrzeżeń mam do rapu, jednak tyczą się one głównie wykonań na żywo, bo wersja płytowa potrafi braki w walorach samego głosu przykryć przyzwoitą ekspresją.

środa, 25 września 2013

F-ve Dolls - Can You Love Me? + Deceive

Core Contents Media - i już wiadomo, że będzie zabawnie. Nie wiem, co dokładnie jest nie tak z ludźmi zarządzającymi tą wytwórnią, ale że coś jest nie tak - to rzecz pewna. Weźmy bohaterki dzisiejszego wpisu, grupę F-ve Dolls. Nie tak dawno temu zajmowałem się ich... Powrotem? Debiutem? Kiedy mowa o CCM, już przy tak prostych kwestiach można się pogubić.

Formacja jeszcze do niedawna nazywała się 5Dolls, po powrocie nazywa się F-ve Dolls, występuje w całkiem przemeblowanym składzie i na dodatek dziewczyn jest sześć, a nie pięć, co wskazywałaby nazwa. Po szczegóły roszad personalnych wysyłam >>TUTAJ<<, bo - jakkolwiek ciekawe - nie są teraz istotne.

O ile w wypadku piosenki "1st Soulmate" (link wyżej) można było się zastanawiać, czy mamy do czynienia z powrotem, czy może jednak stosowniej byłoby nazwać to debiutem, o tyle dwie dzisiejsze piosenki to już ewidentnie powrót formacji i typowa próba kucia żelaza póki gorące. A przynajmniej ciepłe, bo nie oszukujmy się - F-ve Dolls jakiejś furory, póki co, nie robi.

Teraz będę wymagał od Was drobnego wysiłku intelektualnego. Musicie wyobrazić sobie scenkę rodzajową. Miejscem akcji jest zapewne jakieś biuro. Czy będzie to nowoczesne, minimalistyczne korpo-biuro ze szklanymi blatami i jakąś egzotyczną roślinką w doniczce, czy też bardziej tradycyjne biuro kapitalistycznych wyzyskiwaczy, tak bogate w drewno i zwierzęce skóry, że zawstydziłoby samo serce dżungli, czy też może jakiś mniej malowniczy, ale nie mniej prawdopodobny wariant biura - wybór pozostawiam Wam. Bo nie o miejsce tu idzie, a o dramat, który się tam rozegra.

Osoby. Najbardziej malownicze byłoby tu zebranie kilku Poważnych Panów wspartych przez uniżonego sługę ich, zwanego dalej Asystentem. Ale jeżeli Wasza moc obliczeniowa nie uciągnie renderowania tylu postaci naraz, jeden Poważny Pan wespół z Asystentem też powinni wystarczyć.

Przedmiotem rozmowy jest oczywiście debiut czy też powrót - rozmówcy sami nie są pewni - F-ve Dolls z piosenką "1st Soulmate". Oczywiście z początku mamy wzajemne gratulacje Poważnych Panów, bo - co by nie mówić - projekt wyszedł sympatyczny i chwytliwy. Jednak, gdy tylko Asystent przedstawia wyniki sprzedaży, okazuje się, że nie wszystko poszło tak dobrze, jak można by się spodziewać.

- Jak to? Chwytliwa piosenka? Fajny numer na scenie? Sympatyczny teledysk? Więc czemu nie ma hitu? - Czy te wszystkie obserwacjo-zapytania wypluł z siebie jeden Poważny Pan, czy jest to myślowa spuścizna całego chóru oburzonych głosów - nie ma to znaczenia, bo Asystent szybko odpowiada. - Opinia publiczna w większości zareagowała pozytywnie, ale podniesiono dwa zarzuty, które najpewniej przyczyniły się do takich, a nie innych wyników.

- Mówże, człowieku, jakież to zarzuty, bo nas tu nadciśnienie zaraz zdławi - wykrzyknie jeden z Poważnych Panów. Jednak Asystent nawykł już do pasji z jaką Poważni Panowie podchodzą do swoich pieniędzy swojego zawodu, więc w jego słowach nie zagra nawet jeden ton niepewności, gdy monotonnym głosem prowadzi swoją odpowiedź. - Pierwszym zarzutem jest stylizacja... - nie zdąży postawić kropki w zdaniu, gdy przerwie mu Poważny Pan. - Stylizacja? Ale jak to możliwe!? Zrobiliśmy wszystko tak jak w hitach T-ara! - Asystent z pokorą przyjmuje werbalny ekwiwalent zajechania drogi i kontynuuje wywód - Tak, właśnie o to zdaje się chodzić odbiorcom. Okazuje się, że woleliby, gdyby T-ara robiła piosenki w stylu T-ara, podczas gdy F-ve Dolls zajęło się czymś innym. - O niewdzięczni! - oburzenie Poważnego Pana wydaje się tak szczere, że na jego czerwonej twarzy można by smażyć jajka. Ale jak tu się dziwić jego zdziwieniu? Przecież sama myśl o tym, że ktoś może mieć dość dziewczyn w kolorowych retro-disco-stylizacjach i okularach przeciwsłonecznych, wydaje się - cóż - nie do pomyślenia.

- Rozumiem, że przynajmniej na jakiś czas będziemy musieli porzucić nasz disco-koncept? - same słowa napełniają Poważnego Pana czystą nienawiścią, do powietrza, które je niesie, a jednak z dziecinną naiwnością wsuwa na koniec zdania znak zapytania, w nadziei, że Asystent jednak zaprzeczy. - Niestety, na to wygląda. - Nawet z pozoru bezduszny Asystent wypowiadając te słowa nie jest w stanie spojrzeć w oczy Poważnego Pana. Nie boi się zobaczyć czerwonych ognisk słusznego gniewu, drży przed widokiem błękitnych jezior szczerej rozpaczy.

Zapada chwila milczenia, którą wreszcie przecina zrezygnowanym głosem Poważny Pan - To jaki jest ten drugi zarzut? - Jego pytanie wisi chwilę w powietrzu, kiedy asystent w myślach układa słowa odpowiedzi w możliwie celne zdanie. Ostatecznie jednak rezygnuje i stawia na proste niedopowiedzenie - Chodzi o liczbę dziewczyn... - nawet jeżeli pytanie, które za chwilę padnie, nie pociągnie sprawy we właściwym kierunku, to przynajmniej Asystent uniknie zwalenia druzgoczącego ciężaru prawdy w jednym rzucie. Tu jednak następuje nieoczekiwany zwrot sytuacji, zwrot absolutnie kluczowy. - Ha! Chociaż w tym jednym się zgadzamy! Od początku mówiłem, że dziewczyn jest za mało! - Asystent chciałby zaprotestować, wytłumaczyć, że chodzi o coś odwrotnego, że ludzie nie rozumieją dlaczego w zespole F-ve dolls jest więcej niż pięć dziewczyn... Jednak nie może - fizycznie nie jest w stanie. Widząc jak nadzieja roziskrzyła zapał w oczach Poważnego Pana, nie ma serca ponownie gasić tego płomienia.

- Tak! Mamy przecież tę młodą Dani, która miała występować w T-ara. Dorzucimy ją do F-ve Dolls, w siódemkę już na pewno podbiją serca widzów! Tylko co z piosenką? - Asystent już sięga po listę topowych producentów, już ma zamiar podsunąć kandydaturę jednego z branżowych asów, gdy okazuje się, że Poważny Pan nie tyle poszukuje odpowiedzi, co bierze teatralną pauzę, by nie zabrzmieć jak wariat błyskawicznie odpowiadając na własne pytanie. - No tak, nad czym się tu zastanawiać? Skoro nie możemy zrobić retro-disco-hitu, musimy zrobić balladę - innej drogi przecież nie ma. Davichi w tym roku robiło płytę, na pewno zostało coś niewykorzystanego. Tak, czeka nas kolejny sukces!

Światła gasną, kurtyna opada, publika wychodzi na antrakt. Akt drugi rozegra się na ekranie, więc możecie śmiało wyłączyć wyobraźnię.



Okej, wszelkie kwestie organizacyjne, wyjaśnienia, tematy muzyczne itd. idą na bok. Przepraszam, ale po prostu nie mogę, nie umiem i chyba zwyczajnie nie chcę zostawić tej kwestii w spokoju. BRWI!

Jakiś czas temu odkryłem u siebie straszną przypadłość, która niszczy mi życie. Przez lata zastanawiałem się dlaczego potrafię tak obojętnie patrzeć na wiele kobiet, które inni faceci określają mianem atrakcyjnych (nie słowo w słowo, ale taka myśl im przyświeca - dokładnych słów nie przytoczę, bo mogą to czytać dzieci)? Dlaczego całkiem normalne dziewczyny w moich ocach wydają się być "w złym guście"?

I wreszcie doszedłem - chodzi o brwi! Te śmieszne krzaki nad oczami, na które nikt - włącznie ze mną - świadomie nie zwraca uwagi. Wszyscy je widzą, wszyscy zdają sobie sprawę z ich istnienia, ale oceniając czyjąś urodę, każdy poda cały szereg innych cech - kształt i rozmiar twarzy, nosa, oczu, ust, nawet uszu, jakieś śmieszne detale w stylu "dołeczków", ale o brwiach nawet się nie zająknie.

I choć ja też wolę mówić o nosach i oczach - choćby po to, by nie wyjść na jakiegoś dewianta - to fakty są takie, że brwi są dla mnie absolutnie kluczowe. Chyba najbardziej drażnią, czy też może raczej śmieszą, mnie domorosłe adeptki sztuki malarskiej, które zdają się mylić własną twarz z kawałkiem płótna. Bo jak inaczej wytłumaczyć wyrywanie sobie brwi do zera, a potem ponowne ich rysowanie - jak kilkuletnie dziecko pastwiące się flamastrem nad okładkowym portretem gwiazdy z kolorowego czasopisma?

Ale to ekstremalny przypadek, a przecież nie trzeba posuwać się aż tak daleko, by zafundować sobie image godny krzyżówki goblina z jakimś mały stworzeniem futerkowym, wychodzącym na żer tylko nocą. Nie wiem na czym to polega, ale tak wiele dziewczyn, zamiast zostawić w spokoju to, co rośnie im nad oczami, nieustannie przy tym kombinuje. Ja rozumiem tzw. regulację, moje krzaki też prezentują się nieco lepiej, kiedy się je przytnie. Ale większość kobiet zdaje się nie mieć pojęcia ani jak się za to zabrać, ani kiedy przestać.

I tutaj wkracza kpop. Dla mnie częścią niezauważalnego uroku tej branży są właśnie brwi. Bo jakimś cudem tym wszystkim specjalistom od makijażu - i szerzej wizerunku - udaje się tak wymuskać ową newralgiczną dla mnie część owłosienia, by naraz wyglądała estetycznie, ale także niezwykle naturalnie i spójnie z resztą koncepcji. Nawet kiedy jedna czy druga wokalistka farbuje sobie brwi, by dopasować je pod kolor nowej fryzury, to choć widzę zmianę, to widzę też, że idealnie wkomponowuje się ona w całokształt.

Niestety powyższy teledysk zadał rysę nieskalanemu do tej pory wizerunkowi specjalistów. Tak, wiem - Dani jest młodziutka, ma kilkanaście lat, przed kamery wrzucono ją pospiesznie i chyba przed czasem. Zdążyłem już zauważyć, że u nastoletnich Koreanek młody wiek znacznie bardziej rzuca się w oczy niż u ich wyfiokowanych rówieśnic z Europy czy Stanów. Ponadto widać, że Dani nie jest jeszcze obyta z kamerą, nie włada swoją mimiką jak jej wyszkolone koleżanki. Ale nie zmienia to faktu, że styliści dali ciała, bo efekt widoczny w teledysku jest po prostu komiczny.

I już myślałem, że w CCM ktoś też to zauważył, bo kilka dni później ukazała się nowa wersja tego teledysku...



Sęk w tym, że korzysta on z kadrów nakręconych przy okazji tej samej sesji, ba, w wielu momentach są to dokładnie te same kadry, co w teledysku powyżej. Na dobrą sprawę nie wiem, dlaczego ta wersja w ogóle powstała. Tak, brwi Dani i rzucane spod nich nieszczęśliwe spojrzenia wydają się mniej rzucać w oczy w tej wersji, ale wciąż je widać.

Jest to o tyle zabawne, że mam nieodparte wrażenie, że piosenka ta powstała głównie po to, by podpromować Dani, albo przynajmniej dać jej trochę doświadczenia przed kamerami. Prędzej czy później - z lepszym czy gorszym skutkiem - T-ara N4 i ich "Jeonwon Diary"/"Countryside Life" (>>TUTAJ<<) wrócą na sceny, tak jak obiecano. Już wcześniej oznajmiono, że wobec odejścia Areum, Dani zajmie jej miejsce, choć jedynie w T-ara N4, więc sceniczny szlif jest jej jak najbardziej potrzebny.

Można się zastanawiać, czy dziewczyny nie można było wprowadzić - chociaż gościnnie, na jedną piosenkę - do T-ara, skoro dziewczyny i tak szykują comeback w październiku, ale najwyraźniej się nie dało. Pewnie nawet krótkie obcowanie z tą grupą oznacza ryzyko długotrwałej traumy lub innego demonicznego opętania (więcej o tym >>TUTAJ<<).



Kończąc wątek Dani, po tym występie mam dwie obserwacje. Po pierwsze, okazuje się, że dziewczyna wcale nie wygląda jak córka Nieszczęścia i Rozpaczy. Po drugie, kompletnie nie umiem wyobrazić sobie jak wykonuje bardzo żywiołowy i wymagający układ do "Countryside Life".

Co do samej piosenki i właściwego F-ve Dolls (możliwe, że wcześniej nie napisałem tego wprost, Dani - póki co - do formacji doklejona została jednorazowo) to też mam kilka uwag. Po pierwsze piosenka brzmi jak coś, co kompozycyjnie mogłoby wylądować na płycie Davichi. I to w żadnym razie nie jest zaletą, bo Davichi to Głosy przez duże "G" pisane, podczas gdy F-ve Dolls to raczej głosiki.

Nie zrozumcie mnie źle, kilka dziewczyn jest tu uroczych, rzucają się w oczy i w ogóle nie mam nic ani przeciwko tej formacji, ani przeciw słabszym wokalnie zespołom śpiewającym ballady. Sam lubię kilka tego typu nagrań z repertuaru After School (przykłady >>TUTAJ<<), więc byłbym hipokrytą, gdybym teraz ciskał kamieniami. Ale takie balladki przeważnie nie nasuwają porównań do znacznie bardziej utalentowanych wokalistów, tymczasem tutaj od porównania do Davichi nie jestem w stanie uciec.

Nie chodzi tylko o to, że i Davichi, i F-ve Dolls to CCM. Przede wszystkim ta piosenka ma brzmienie, które sugeruje, że wyszła spod tej samej ręki, co kompozycje na tegorocznym albumie duetu, możliwe nawet, że w tym samym okresie. Co więcej, trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele partii w tym utworze jeszcze zyskałoby na atrakcyjności (bo i tak uważam, że jest to calkiem solidne nagranie) gdyby zostały zaśpiewane przez bardziej wprawne i - co tu kryć - utalentowane głosy. To wszystko sprawia, że aż chciałbym usłyszeć tę piosenkę w wykonaniu Davichi.

A jednak CCM uparło się by udowodnić, że ballady to właśnie gatunek skrojony na miarę dla F-ve Dolls...



Przyznam szczerze, że wolałem już tę disco-stylizację. Ta piosenka już tak bardzo nie pachnie koleżankami z bardziej uznanej grupy, ma więcej własnego brzmienia, ale jeśli to ma być własna linia smaku dla formacji, to ja odpadam. Kompozycja jest mało zajmująca i brzmi trochę... tanio. Segmenty rapu kompletnie do mnie nie trafiają - ani to liryczne, ani subtelne, ani tym bardziej charyzmatyczne. W dodatku do reszty nagrania pasuje jak pięść do nosa.

Wokale brzmią tu za to całkiem sympatycznie, szczególnie w refrenach. Z jednej strony, to jak dobrze dziewczyny prowadzą melodię, jak silnie i wyraźnie brzmią ich głosy - jest swojego rodzaju niespodzianką po przesłuchaniu niepowalających wokalnie "1st Soulmate" i "Can You Love Me?". Z drugiej strony, bazując na występach na żywo, mam szczere wątpliwości, czy dziewczyny są w stanie uciągnąć ten utwór poza nagraniowym studiem. Przynajmniej na dziś dzień, bo trzeba brać poprawkę, że nie jest to grupa o oszałamiającym doświadczeniu.

Było życzenie, żebym podsumowywał swoje teksty, więc spróbuję. F-ve Dolls wciąż pozostaje gdzieś w mojej orbicie zainteresowań, ale dwa nowe nagrania mimo wszystko nie wywindowały ich notowań. Pierwsza piosenka to udana kompozycja, ale wykonana bardzo przeciętnie, druga to lepsze wykonanie, ale i wyraźnie słabszy utwór. Najbardziej martwi sposób, w jaki wytwórnia traktuje grupę. Jeszcze jako 5Dolls dziewczyny niosły z sobą powiew oryginalności, ale najwyraźniej CCM, zawiedzione brakiem sukcesu, postanowiło póki co wzorować repertuar F-ve Dolls na swoich sprawdzonych produktach czyli T-ara i Davichi, a to z pewnością nie pomoże dziewczynom w ustabilizowaniu własnej marki. Nie pomoże też fakt, że grupa póki co postrzegana jest jako miejsce dla ludzi, z którymi CCM nie wie co zrobić.

poniedziałek, 23 września 2013

Navi - I ain't going home tonight (feat. Geeks)

Chuseok czyli kilkudniowe koreańskie święto, które sprawia, że nawet w kpopie nic się nie dzieje. Idealny moment by nadrobić piętrzące się zaległości. Idealny jeżeli akurat nie zbiegnie się z jesiennym załamaniem pogody, które - jak co roku - wysłało mnie pod kołdrę ze zniechęcającą do wszystkiego temperaturą i dodatkowo "uprzyjemniającym" życie katarem.

No, ale najgorsze juz za mną, więc można spłodzić kilka akapitów. Tylko na jaki temat? Tak po prawdzie, rzeczy, które autentycznie przykuwają moją uwagę, staram się opisywać na bieżąco. Toteż opisywane dzisiaj nagranie szczególnie istotne być nie może. Co wcale nie musi oznaczać, że nagranie to nie jest dobre. Ot taka już natura nasyconego, koreańskiego rynku, że bycie dobrym to za mało by zaciekawić.



Muzycznie jest bardzo solidnie, ale doszukując się jakiegoś tematu pod mój wpis, okazało się, że odkryłem cały wysyp drobiazgów z grubsza niezwiązanych z muzyką. Co prawda do warstwy dźwiękowej też tu nawiążę, ale nie w tradycyjny sposób.

Drobiazg numer jeden - tekst.
Wczesne dzieciństwo spędzone przed telewizorem, w którym hulały tzw. "bajki z jednym zębem" - czyli cały przekrój przeterminowanego anime z włoskim dubbingiem i polskim lektorem - musiało pozostawić rysę na mojej psychice. Los wyznaczył przede mną dwie ścieżki. Albo miałem zostać seksualnym zboczeńcem jak Kame Sennin czy inszy Gigi Koszykarz (taki kurdupel, który zaczynał grać lepiej na widok kobiecych majtek), albo emocjonalną pierdołą, która wprawdzie traktuje kobiety z iście rycerską galanterią, ale jest całkiem niezdolna do porywów namiętności.

Oczywiście moja pierdołowata natura siłą rzeczy ciągnęła mnie ku pierdołowatym archetypom, więc droga obrana przeze mnie mogła być tylko jedna. Na pocieszenie mam tę piosenkę, która pokazuje, że azjatycka popkultura spaczyła nie tylko mnie - snobistycznego odludka mieszkającego w centralnej Europie - ale także rozsądną część ichniej populacji. Może nie jest to powód by odkorkować szampana, ale przynajmniej poprawia mi humor myśl, że gdybym przeniósł się do takiej Korei, może bym aż tak nie odstawał. Oczywiście pomijając wygląd.

I to nie jest wniosek oparty na jednej piosence! Tylko na dwóch. Zajrzyjcie >>TUTAJ<<.

Drobiazg numer dwa - otoczka.
Niby taki lekko jazzujący popik, niby w centrum całości jest głos wokalistki, a jednak nawet w takiej sytuacji bestia zwana kpopem nie może sobie podarować narzucenia własnych reguł gry. Ta piosenka najbardziej przypada mi do gustu, kiedy jej słucham bez oglądania się na teledysk czy jakiś występ, bo sednem tego projektu jest muzyka. Mimo to...



Mimo to, ktoś zadał sobie trudu, żeby dorobić do tego nie tylko choreografię, ale nawet "koncept". Czym jest koncept w kpopie najlepiej zrozumiecie oglądając Crayon Pop i ich "Bar Bar Bar" (>>TUTAJ<<), bo tam koncept wybija się na pierwszy plan. W tym wypadku nie jest aż tak wyraźny, ale wciąż zauważalny. Powyżej widzicie jedno z telewizyjnych wykonań, ale zapewniam Was (zresztą dalej macie tego dowody), że wizualnie wszystkie wyglądają podobnie - pomimo zmieniających się scen i kostiumów. Tancerki przy wystylizowanych mikrofonach i Navi w skórzanym gorsecie.

Dlaczego? Po co? Nie wiem - na tym polegają koreańskie koncepty. Ja specjalnie narzekał nie będę, bo choć do Kame Sennina - jak już ustaliliśmy - jest mi daleko, to ziarno zostało zasiane - nie potrafię powiedzieć "nie" skórzanym gorsetom. Szczególnie naciągniętym na talię, która takowego wcale nie potrzebuje.



Drobiazg numer trzy - playback
Nieważne jak dobrze śpiewasz, w koreańskim programie telewizyjnym i tak będzie Cię w jakiejś formie wspierał. Przy czym to już nie są te czasy, gdzie leci albo wokalista, albo playback. Różne sprytne mechanizmy pozwalają regulować nasycenie mieszanki obiema składowymi tak, by finalny dźwięk był jak najbliższy temu, co klient dostaje na płycie. No chyba że wytwórnia życzy sobie, by ich playback nie brzmiał jak na płycie. To też są w stanie zrobić.

W tym wypadku playback tak bardzo mnie nie drażni, bo jest tylko częściowy i wyraźnie słychać widać, które partie są autentycznie śpiewane. Choć i tu pojawiają się momenty, w których czlowiek zastanawia się ile jest tu autentycznego głosu, a na ile pomaga zapełniający brzmienie playback. Szczególnie kiedy realizatorom dźwięku uda się dobrze zestroić oba kanały i różnice między podkładem a autentycznym wokalem są niezauważalne.



Co ciekawe, parcie na płytowe brzmienie jest tak duże, że wzbogacone wersje podkładu pojawiają się nawet podczas występów radiowych.



Drobiazg numer cztery - w Korei robi się świetne podkłady
Słuchając tej kompozycji na pierwszy plan ewidentnie wybijać się będzie wokal. Bo jest tu i trochę fajnej barwy, i jakiś zasięg interpretacyjny podparty treścią, i trochę technicznych smaczków, a przede wszystkim sympatyczna, nastrojowa melodia. No i piosenkę promuje twarz wokalistki, a nie producenta czy instrumentalistów.

A jednak ten utwór od strony podkładu jest po prostu bardzo dobry. To, że zgrabnie łączy elektroniczne, lekko dubstepowe brzmienie z bardziej instrumentalnym, bandowym graniem nie jest już dla mnie żadną rewelacją. Od kiedy słucham kpopu, takie sztuczki stały się chlebem powszednim. To, że podkład dobrze komponuje się z głosem to w ogóle podstawa i punkt wyjścia dla każdej kompozycji. Ale powód, dla którego mówię, że ten podkład jest dobry, jest jeszcze bardziej prozaiczny.

Po prostu dobrze się go słucha.



W pierwszej chwili brakuje wokalu, ale jeżeli dać szansę tej wersji, szybko okazuje się, że sam podkład oferuje dość muzycznej różnorodności i treści, by bronić się bez wsparcia piosenkarki. Dużo dają wplecione tu i ówdzie pogwizdywania, ale sednem jest dla mnie melodia poprowadzona na smyczkach. W wersji śpiewanej są zepchnięte głęboko w tło, nie tylko poprzez główny głos, ale także wspierające go chórki, tymczasem ta wersja pokazuje, że doskonale sprawdzają się w rolach głównych.

wtorek, 17 września 2013

Lim Kim - Voice (feat. Swings)

Miłość od pierwszego wejrzenia. Fikcja literacka ukuta tak dawno, że trudno dojść, kto pierwszy po nią sięgnął. Być może towarzyszyła naszym miłosnym fantazjom jeszcze zanim wpadliśmy na pomysł, by je spisywać. Jakkolwiek piękna może wydawać się sama idea takiej miłości, to szara, codzienna chemia związków zwykła z niej niewybrednie kpić na każdym kroku.

Bo załóżmy nawet, że na podstawie wyglądu i zachowania da się wywnioskować coś więcej o danej osobie niż to, że pobudza nasze zwierzęce instynkty. Że nie licząc na łut szczęścia, można w mgnieniu oka osądzić, czy ktoś z natury jest osobą, której szukamy. Albo nawet dopuśćmy i uśmiech losu do tych rozważań. Bo nawet z jego błogosławieństwem trudno pójść krok dalej i przewidzieć te wszystkie drobne różnice, które uporczywym kłuciem potrafią wykrwawić zauroczenie na śmierć. Diabeł tkwi w szczegółach.

Bez cienia skrępowania przyznam, że w głosie Lim Kim zakochałem się od pierwszego przesłuchania, co muzycznie jest zapewne nie bardziej rozsądne od poważnych inwestycji emocjonalnych dokonywanych na podstawie jakichś ukradkowych spojrzeń. Ale jak tu się nie zakochać w głosie, którego barwa jest jak pieczołowicie dobrana mieszanka orientalnych ziół? Może i nie komponuje się z każdym muzycznym daniem, ale przy zręcznie dobranym menu może rozsławić kuchnię na cały świat.

No właśnie. Do tej pory oklaskiwałem nie tylko samą wokalistkę, ale właściwie całą stworzoną wokół niej otoczkę - może z drobnym wyłączeniem niepotrzebnie pretensjonalnego teasera do "All Right". Jej głos to dar i atut sam w sobie, a jednak bez stosownego wsparcia wytwórni jej losy mogły potoczyć się różnie.

Dlatego od początku nie mogłem nachwalić się kompozycji, które podsuwano piosenkarce - zgrabnych, lekkich i napisanych jakby z myślą o tym jednym głosie. Nie mogłem wyjść z podziwu nad nad wyraz zgrabnymi i pomysłowymi teledyskami, które urzekały subtelnością wykonania. No i nie mogłem przemilczeć tego jak podlotek, który jeszcze niedawno występował w talent-show "Superstar K3", pod okiem wytwórni przeobraził się w nienachalną piękność.

A jednak, ostatni title-track wokalistki - "Voice" - przyniósł pierwsze ukłucia i zaczynam obawiać się, czy czasem moja miłość do jej muzyki także nie jest skazana na powolne wykrwawienie się.



Może trochę przesadzam - to wciąż solidna kompozycja, a jej głos wciąż brzmi fenomenalnie. A jednak jestem w nastroju żeby sobie ponarzekać, bo w jakimś stopniu czuję się rozczarowany tym nagraniem. Po części na pewno dlatego, że pre-release - "Rain" (>>TUTAJ<<) - zawiesił poprzeczkę niesamowicie wysoko, tamta piosenka jest niemal idealna.

Właśnie, zacznijmy może od kwestii pre-releasów. Tak się składa, że jakkolwiek dania główne z dwóch pierwszych mini-albumów Lim Kim - "All Right" (>>TUTAJ<<) i "Voice" - to bardzo solidne, treściwe propozycje, to w moim odczuciu przegrywają z pre-releasowymi nagraniami czyli "Colloring" (>>TUTAJ<<) i "Rain". I jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że nie jest to wyłącznie kwestią moich preferencji.

Dla przypomnienia, "Rain" brzmi tak:



Najprostsza przewaga pre-releasów nad title-trackami sprowadza się do przyjętych konwencji. Piosenki "przystawkowe" korzystają z nawet jeśli nieco offowych, to wciąż utartych muzycznych schematów. Dzięki temu są niezwykle płynnie brzmiące, naturalne dla uszu - łatwe w odbiorze. Przy czym w żadnym razie nie można nazwać ich muzycznie banalnymi - są zgrabne i muzyczną misternością wciąż górują nad popową konkurencją.

Tymczasem title-tracki wydają się nieco przekombinowane, przez co brak im tej zwiewności. Kompozycje te starają się być nieco bardziej liryczne, ale cierpi na tym i dynamika, i siła brzmienia, a przede wszystkim melodyjność. I to wszystko może byłoby i do przebolenia gdyby nie to, że pośrednio cierpią przez to także wykonania.

Krótkie, bardziej wypowiadane  niż śpiewane słowa nie wydobywają całego piękna głosu Kim Ye Rim, przynajmniej nie w moich nieobytych jeszcze z językiem uszach. Głos Koreanki rozkwita śpiewając silnie melodyjne utwory, o długich, silnych dźwiękach, które działają jak wyzwalacz dla piękna jej barwy, która w innych okolicznościach nierzadko pozostaje subtelnym, trudnym do wychwycenia smaczkiem. Podobnym wyzwalaczem są końcówki słów i fraz, które mają muzyczną przestrzeń by wybrzmieć i tym samym pieścić moje niegodne takich pieszczot uszy.

Na siłę można się przyczepić, że może w niektórych momentach lepsza technika pozwoliłaby dziewczynie nawet z takiej kompozycji wycisnąć więcej. Po części podzielam ten pogląd, tym bardziej, że wokalne niedoróbki w trakcie wykonań na żywo wciąż się jej przytrafiają. Jednak nie potrafię być wobec niej zbytnio krytczny, bo raz, że to, co już teraz pokazuje samo w sobie jest wybitne i znamionuje muzyczną klasę; dwa, że jest to młodziutka dziewczyna, świeżo po scenicznym debiucie. To naturalne, że przed nią jeszcze sporo szlifów dotyczących tak sceny, jak i studyjnego warsztatu.

Ostatni punkt na moim rozkładzie narzekania to bardziej przestroga niż prawdziwy zarzut. Obawiam się nieco muzycznej stagnacji. Dwa pierwsze kompakty wokalistki są osadzone w bardzo zbliżonej, wyciszonej estetyce i o ile na samym starcie kariery nie jest to niczym złym - wręcz przeciwnie, pomoże ustanowić własną markę na rynku, o tyle na następnych wydawnictwach życzyłbym sobie nieco większego muzycznego bogactwa. Bo nie mam wątpliwości, że Lim Kim dałaby sobie radę także w mocniejszych utworach.

Swoją drogą, wybór najlepszego utworu z mini-albumu "Her Voice" to nie jest proste zadanie i mam wrażenie, że title-track może mieć problemy nawet z załapaniem się do pierwszej trójki. Jestem rozkochany w "Rain", jednak od pierwszego odtworzenia urzekło mnie także "Urban Green", które na wydawnictwie pojawia się w dwóch wersjach językowych - koreańskiej i angielskiej.



Ponieważ wytwórnia Mystic89 stojąca za wokalistką znów okazała się na tyle uprzejma, by udostępnić wszystkie piosenki z jej mini-albumu na swoim kanale na YT, pozwolę sobie osadzić tutaj jeszcze jedną piosenkę, która moim zdaniem jest obowiązkową pozycją do przesłuchania - być może najlepszym nagraniem z tego albumu, a po ressztę zapraszam na kanał wytwórni >>TUTAJ<<.



W zasadzie mógłbym już kończyć, ale czuję wewnętrzną potrzebę wrzucenie jeszcze dwóch filmików. Pierwszy to Lim Kim wykonująca "Voice" na antenie stacji radiowej.



Drugi filmik jest całkiem niezwiązany z tym tekstem, ale został nagrany w trakcie tej samej audycji, co klip powyżej. To żeńska grupa Spica wykonująca swój najnowszy kawałek "Tonight" (więcej o nim >>TUTAJ<<). Wrzucam to przede wszystkim dlatego, że naszła mnie taka ponura myśl. To studio radiowe w jednej chwili gościło więcej wokalnego talentu i ładnych dziewczyn niż dowolna z polskich festiwalowych scen w tym roku.