poniedziałek, 10 czerwca 2013

Starcie czerwca: Sistar vs After School [ważenie]

Okej, nie planuję robić stałej pozycji tego typu na tym blogu, więc nie oczekujcie starć lipca, sierpnia itd. Po prostu akurat tak się złożyło, że dwie duże żeńskie formacje ogłosiły swoje powroty nie tylko na czerwiec, ale nawet na ten sam tydzień czerwca. Drugi album Sistar i szósty maxi-singiel After School rozdzielają raptem 2 dni czasu. Przy tym obie grupy mierzą w tę samą demografię, więc porównania są nie do uniknięcia.

W dodatku tak się składa, że obie formacje należą do moich ulubionych w k-popowym światku, a przynajmniej mają w swoich składach kilka dziewczyn, które przykuwają moją uwagę. Czy bym nazwał to starciem czerwca, czy też nie - i tak ten tydzień zdominowałyby wpisy o tych dwóch formacjach. Nie to żeby nie było innych tematów - co to, to nie. Już dzisiaj na półeczkę wędruje bardzo ciekawy teledysk, do którego wrócę w wolnej chwili.

A wszystko po to, żeby zrobić miejsce na ten tekst, który tak naprawdę jest tylko garścią informacji, komentarzy i moich domysłów spisanych jeszcze przed premierą obydwu krążków. Czekałem z tym tekstem do ostatniej chwili, licząc, że After School zdąży ujawnić video-teaser dla swojej głównej piosenki i zdecydowanie dobrze zrobiłem.

Jeszcze zanim przejdę do meritum, sypnę króciutkim terminarzem na ten tydzień, który i tak pewnie weźmie w łeb z jakiegoś powodu.
10.06.13 - ważenie, czyli zapowiedź właściwego starcia (poniedziałek) [dzisiaj]
11.06.13 - Sistar "Give it to me" recenzja teledysku i title-tracku (wtorek) [>>TUTAJ<<]
12.06.13 - Sistar "Give it to me" recenzja albumu (środa) [>>TUTAJ<<]
13.06.13 - After School "First Love" recenzja teledysku i title-tracku (czwartek) [>>TUTAJ<<]
14.06.13 - After School "First Love" recenzja maxi-singla (piątek) [>>TUTAJ<<]
15.06.13 - pojedynek, czyli porównanie obydwu piosenek, klipów i występów (sobota) [>>TUTAJ<<]

Od czego by tu zacząć? Chyba od After School, które pierwsze zaczęło sypać konkretami, choć ich mniejsze wydawnictwo pojawi się kilka dni później od konkurencji. Czerwcowy comeback jest zdecydowanie ważniejszy właśnie dla tej formacji, która przez blisko rok nie pojawiała się na scenie. W dodatku grupa jest po licznych przetasowaniach w składzie (więcej >>TUTAJ<<), rok temu z formacji odeszła jej założycielka i dotychczasowa liderka - Kahi (więcej o niej >>TUTAJ<<). W dodatku ostatnie nagranie grupy - "Flashback" (>>TUTAJ<<) - nie było też tym, czego spodziewali się fani, choć sama piosenka została nawet ciepło odebrana i dobrze się sprzedawała.

Ogólnie rzecz biorąc, zdaniem wielu, problemem grupy jest zbyt szeroki skład, a dokładniej to, że wiele spośród dziewczyn niewiele wnosi do występów i piosenek. After School jest znane ze świetnych tanecznych występów, ale większości dziewczyn nieco brakuje charyzmy i talentu wokalnego, dlatego odejście Kahi było takim ciosem dla formacji. Teraz After School potrzebuje dużego przeboju, być może największego w swojej historii - nie tylko by pójść w górę drabiny popularności, ale także by nie osunąć się w dół.


Pierwszy teaser - grupowa fotka - wywołał mieszane reakcje. Dziewczyny jak zwykle wyglądają świetnie, stylizacja też jest niczego sobie, jednak wśród fanów AS i miłośników koreańskiej sceny pojawiła się jedna obawa - że After School postanowi wpisać się w tegoroczny nurt "Bad Girls" czyli pewnej mieszanki, która w ostatnich miesiącach dominuje na koreańskich scenach. Ladies' Code debiutowało z piosenką "Bad Girls" (>>TUTAJ<<), Lee Hyori powróciła z piosenką "Bad Girls" (>>TUTAJ<<), a w strachu przed konkurencją solowy debiut CL z 2NE1 na szybko przemianowano na "The Baddest Female" (>>TUTAJ<<). No i jeszcze w zeszłym tygodniu Bumkey wypuścił piosenkę zatytułowaną - a jakże - "Bad Girl". A to tylko przykłady nawiązań poprzez same tytuły, wizerunkowych odchyłów w tym kierunku było znacznie więcej. Trochę hip-hopu do swojego stylu w tym roku próbowało przemycić nawet Girls' Generation ze swoim "I Got A Boy" (>>TUTAJ<<).

Na pewno po części podzielałem te obawy, ale moją uwagę zwróciło co innego. Do tej pory Pledis Entertainment, a w szczególności After School, słynęło z pomysłów na występy/teledyski. Dziewczyny z AS do tej pory wcielały się w mażoretki na potrzeby promocji "Bang!" (>>TUTAJ<<), na potrzeby promocji do "Shampoo" opracowały numer ze stepowaniem, a "Flashback" towarzyszyła piosenka "Rip Off" (link już gdzieś wyżej) i lekko kabaretowy występ z machaniem laskami. Przy okazji ujawnienia powyższej fotki, Pledis - w dość enigmatyczny sposób - zapowiedziało numer, który miałby być dłuższy od poprzednich i bić je na głowę od strony widowiskowości. Padły słowa porównujące całość do występów w Las Vegas, choc do końca nie wiadomo, czy chodziło tylko o pewien wyznacznik jakości, czy było to jakieś odwołanie co do samej natury występu?


Co do samego wizerunku to mnie dziewczyny kupiły natychmiast. Stylizacja jest zdecydowanie bardziej pomysłowa, niż u konkurencji. Widzę też, że Pledis ogarnęło nieco temat Rainy (z prawej), która zaczęła być zdecydowanie korzystniej stylizowana. Widać to było we "Flashback", widać to było w zeszłorocznych nagraniach Orange Caramel, widać to też teraz. Druga dobra wiadomość to odnalezienie sposobu na E-Young (więcej o tej utalentowanej dziewczynie >>TUTAJ<<). Do tej pory w niemal każdym klipie i nagraniu wyglądała jak podlotek - zdecydowanie mniej korzystnie niż podczas zwykłych występów przed kamerami. Ktoś w wytwórni postanowił pociągnąć jej wizerunek w stronę ostentacyjnej i nieco trącącej fałszem niewinności. W dotychczas ujawnionych materiałach sprawdza się to rewelacyjnie.



Jednak niekwestionowaną królową teaserów została Nana. Już przy okazji jej gościnnego występu w piosence "Ma Boy 3" (>>TUTAJ<<) przewidywałem, że jej rola w grupie zyska na znaczeniu. Nie wiadomo jeszcze jak to będzie od strony wokalnej, ale na pewno teasery kreują ją na twarz i liderkę formacji. Choć nominalnie grupą wciąż zawiaduje Jungah. A propos Jungah...



Chcę wierzyć, że oni w Korei nie do końca pojmują wydźwięk takiego gestu.

Dobra, zmieńmy narożnik. Teraz trochę o Sistar. Dla nich czerwcowy comeback również jest ważny, choć nie ma tego ciężaru "życia i śmierci". Sistar w zeszłym roku wypromowało dwa wielkie przeboje, które miejsca na listach przebojów ustępowały tylko PSY'owi i jego "Gangnam Style". Wyprodukowane przez Brave Brothers "Alone" (>>TUTAJ<<) było także transformacją nieco szmatławego, pstrokatego wizerunku grupy. Sistar - tak od strony muzycznej, jak i wizerunkowej, zyskały na klasie i prawdziwym seksapilu, co natychmiast wyniosło grupę wyżej na drabinie sławy.

Drugi hit - wakacyjne "Loving U" (>>TUTAJ<<) umocniło formację tuż za plecami takich potentatów jak 2NE1 z YG Entertainment i Girls' Generation z SM Entertainment (dwóch największych wytwórni na rynku). Co więcej, Sistar stało się tak mocne, że nawet w okrojonym do dwóch osób składzie tzw. Sistar19 i z nierewelacyjną piosenką "Gone Not Around Any Longer" (>>TUTAJ<<), grupa w tym roku nie tylko sięgnęła już po pierwsze miejsce na listach przebojów, ale także przez wiele tygodni nikomu tego miejsca nie oddawała. "Gone Not Around Any Longer" to póki co największy przebój tego roku.


Sistar zaczęło przecieki od ciekawej i seksownej fotki Bory - głównej tancerki grupy. Już wcześniej wytwórnia chwaliła się m.in. nagraniami Bory tańczącej na rurze, ale taniec na obręczy? To zdecydowanie zapowiada się ciekawie. No i pierwszy teaser z miejsca potwierdzał, że Sistar na dobre zrezygnowało z wizerunku bardziej pasującego do przydrożnych panienek. Jednak sama natura nadchodzącego występu wciąż wydawała się niejasna.



Zdecydowanie więcej wyjaśnił następny kontrolowany przeciek. Sistar poszło w kierunku burleski i muszę przyznać, że to zdecydowanie dobry pomysł. Taka stylizacja zdecydowanie pasuje do seksownej natury grupy i pełniejszych kształtów dziewczyn. A jednocześnie widać, że sporo pracy włożono w to, by całość była przygotowana ze smakiem i możliwie oryginalnie. Bardzo podoba mi się kolorystyka wykorzystująca dużo odcieni granatu i beżu/złota.



Jednak jeszcze ciekawszy okazał się teaser ujawniający listę nagrań na nowym krążku grupy. Chodzi nie tyle o tytuły czy liczbę nagrań, a o pseudonim kryjący się obok większości kompozycji. Za płytą w lwiej części stoi Double Kick (często spotkacie się z wariantem Duble Sidekick albo jakąś mieszanką obydwu). To o tyle ciekawe, że przez lata Sistar nieomal nierozerwalnie związane było z Brave Brothers, który stał choćby za "Alone". Jednak współpraca z Double Kick też nie może być zaskoczeniem. Grupa ta już w zeszłym roku podrzuciła Sistar "Loving U", poza tym odniosła też wiele sukcesów z innymi piosenkami oraz wykonawcami i zaskakująco stała się najlepszym producenckim teamem zeszłego roku. W tym roku też idzie im bardzo dobrze, to własnie Duble Sidekick stoi choćby za debiutem T-ara N4 z piosenką "Jeon Won Diary" (>>TUTAJ<<).

Wracamy do obozu After School, a tam...



Zaskakująca zmiana wizerunku. Druga seria zdjęciowych teaserów jest zdecydowanie subtelniejsza, a w opisach zdjęć pojawiły się pytania o pierwszą miłość. Z całego setu wybieram Lizzy z dwóch względów. Po pierwsze, żeby pokazać, że nie ścięła włosów - wbrew temu, co mogłoby się wydawać po pierwszej serii zdjęć. Dwa, by napisać, że najprawdopodobniej ominą ją wszystkie promocje związane z piosenką, a wydaje mi się także, że jej udział w teledysku będzie symboliczny. Naruszone wiązadło w kostce i noga w gipsie - efekt treningów. Wszystkie osiem fotek z seta >>TUTAJ<<. Nie chce mi się kombinować z wydostawaniem linków do osadzenia, ale przynajmniej na kilka zdjęć bardzo miło popatrzeć.

Jednak najciekawszy zdjęciowy teaser, nieco oderwany od całości, wypłynął później



Nie wiem, co mnie bardziej zastanawia. To, że Pledis zdecydowało się na tak śmiałą promocję, czy to, że w zasadzie uszło im to na sucho? Koreańska opinia publiczna jest mocno wyczulona na temat golizny, szczególnie jeśli idzie o celebrytów, a właściwie celebrytki. Uważam, że całkiem słusznie. A jednak najgorsze, co można było przeczytać pod tym zdjęciem na koreańskich stronach to to, że Nana i tak jest "płaska". Nie mówiąc o zagranicznych komentarzach, które były raczej zlepkiem pochlebstw. Najwyraźniej to, że Nana jest przy okazji także modelką jakoś daje jej specjalną dyspensę na tego typu sesje zdjęciowe. Inna rzecz, że na dobrą sprawę nie ma tu nic gorszącego - ot odsłonięte plecy.

No dobra, ale późno się robi, trzeba po mału zmierzać do clou programu. Jedna fotka, która bardzo dużo wytłumaczyła w temacie After School...



Już wiadomo, dlaczego powrót tak się przesuwał, już wiadomo, dlaczego mówiło się, że nad nowym numerem grupa pracuje w pocie czoła od sześciu miesięcy. Wyjaśniły się siniaki na nogach dziewczyn i zauważalny choćby na pierwszej fotce przyrost masy mięśniowej. Wyjaśniła się w końcu też kontuzja Lizzy, której brakuje na powyższym zdjęciu. After School będzie tańczyło na rurach.

Co do samego pomysłu mam mieszane uczucia. Tak, taniec na rurze w ostatnich latach przestał być łączony jednoznacznie z seks-biznesem, także w Korei. Ponadto dobrze wykonany taniec może być pokazem siły, zręczności i wygimnastykowania - wcale nie musi w ordynarny sposób kipieć od seksualnych sugestii. A jednak nie mam żadnej gwarancji, że ktoś to w zręczny sposób poprowadzi. Tym bardziej, że sam nowy wizerunek na tym zdjęciu raczej średnio przypadł mi do gustu. Stroje są okej - nawet bardzo okej, wyłączywszy czapkę na głowie Nany. Kolorystyka sceny? Już zdecydowanie gorzej. No i te nieszczęsne tatuaże. Tutaj słabo je widać, ale uwierzcie mi na słowo, że z bliska wypadają kiepsko. W dodatku wydają się być rozsiane po ciałach dziewczyn bez żadnego ładu i składu. Powrót After School zaczyna w tym momencie trącić aktem desperacji i stawianiem wszystkiego na jedną kartę.

Na tamtą chwilę teledysk Sistar zapowiadał się zdecydowanie ciekawiej, bo...



No właśnie. Całość tutaj zdecydowanie trzyma się kupy. Bardzo podoba mi się wystrój sceny, a wsparcie kilku czy nawet kilkunastu tancerek zdaje się kierować występ bardziej w kierunku rewii w stylu Moulin Rouge, a przynajmniej doda kilku kadrom nieco spektakularności. Od strony muzycznej na razie niewiele można powiedzieć.



Drugi video teaser zyskał nieco sensu od kiedy dodano do niego angielskie napisy. Ale i tak jest nieco porąbany.

A co w obozie After School? Wspominałem przecież na wstępie, że czekałem na ich teaser. No cóż... Jeżeli do dzisiaj próbowałem tonować nastroje i nie obiecywać sobie zbyt wiele to...



Tak, to po prostu musi być zajebiste. Nawet jeżeli piosenka produkcji Brave Brothers zawiedzie, a chyba jednak nie zawiedzie, nawet jeżeli teledysk zawiedzie, a prawie na pewno nie zawiedzie, to ja po prostu chcę zobaczyć występy na żywo. Nie mam pojęcia jak dziewczyny mają zamiar łączyć śpiewanie z tańcem na rurze, czy będzie to jakaś przeplatanka, czy osobny występ tak jak w wypadku numerów ze stepowaniem i werblami. Ale i tak to po prostu musi być zajebiste. Nie ma innej opcji.

W gębie przez długi czas mocniejsze wydawało się Sistar - uderzając rzadziej, ale celniej, nawet na moment nie spuszcając werbalnej gardy, nie pokazując słabości, nie narażając się na żadne docinki. Jednak kiedy przyszła pora stanąć na wadze, nagle ośmioosobowy skład After School zrobił swoje i to właśnie one na teraz wydają się moimi faworytkami. Jeżeli ich numer wypali, to mają duże szanse w starciu z Sistar, bo trzeba jednak pamiętać, że na ten moment Sistar startuje z uprzywilejowanej pozycji.

sobota, 8 czerwca 2013

Rainbow - Sunshine

Potwory w filmach możemy podzielić na trzy proste kategorie - 1. nieudane eksperymenty; 2. udane eksperymenty; 3. przypadkowy efekt uboczny eksperymentu. Ciekawym tematem, rzadko podejmowanym przez sci-fiowy mainstream, jest ta szara strefa między udanym i nieudanym eksperymentem.

Bo załóżmy przez moment, że jesteśmy szalonymi naukowcami, pragnącymi stworzyć jakąś dziwną bestię na pohybel społeczeństwu. Możemy być szaleni, możemy być nawet genialni, ale mało prawdopodobne, że jesteśmy nieomylni. Jeżeli pokpimy sprawę w sposób znaczący, to potwór wymyka się spod kontroli i zaczyna terroryzować świat, a widz ogląda scenariusz numer jeden.

Ale przecież klapa nie musi być aż tak spektakularna. Możemy stworzyć potwora, który nie będzie pasował do oczekiwanych specyfikacji, ale także nie musi z miejsca dewastować otoczenia. Zresztą testując każdą technologię, rzadko kiedy pierwsze testy przeprowadza się na etapie finalnego produktu. Najpierw testuje się poszczególne rozwiązania, a dopiero potem całość. Co więc z tymi wszystkimi próbnymi potworami? Słoje z formaliną? Oczyszczające objęcia płomieni? Czy też spróbujemy je opchnąć jakiemuś mniej wymagającemu szaleńcowi pragnącemu zawładnąć światem?

O co chodzi w tym wstępie? Ano, nie wiem czy Secret ze swoim "Yoo Hoo" (>>TUTAJ<<) było eksperymentem udanym czy też nie, ale z mojej perpsektywy na pewno było potworne. Natomiast nowa piosenka Rainbow - "Sunshine" - brzmi jak... Nieudana wersja "Yoo Hoo". Tzn. nie tak nieudana, żeby od razu wyłonić się z morza i zacząć burzyć Tokio, ale jednak gorsza od konkurencji.



W sumie, dostrzegam tu pewien paradoks. Wydawało mi się, że "Yoo Hoo" nie podobało mi się ze względu na swoją krzykliwość i pretensjonalność całej koncepcji - przesłodzonej do granic możliwości. Twórcy "Sunshine" byli nieco bardziej wstrzemięźliwi z cukrem, a i tak ich produkt okazał się gorszy, bo nudniejszy i równie słaby muzycznie. To trochę jak naszprycowane prozakiem dziecko z ADHD. Może i jest spokojniejsze, ale wciąż jest z nim coś nie tak.

Nie chce mi się sprawdzać, czy za obiema piosenkami stoi ten sam producent, ale wcale bym się nie zdziwił. Brzmienie, efekty, poszczególne dźwięki - są po prostu bliźniaczo podobne, w piosence Rainbow brakuje tylko tej napędzanej cukrem energii (hm, w sumie to nawet logiczne, że bez cukru jest mniej energii - i znów siły przyrody w służbie człowieka).

Takie młócenie jednego brzmienia przez producenta nie byłoby też niczym nowym. Brave Brothers w zeszłym roku najpierw obsłużył Sistar ich wielkim przebojem "Alone" (>>TUTAJ<<) a kilka miesięcy później, na potrzeby projektu The Color of K-pop, wysmażył "That Guy" (>>TUTAJ<<) dla Dazzling Red. Brzmienie instrumentów w obydwu kawałkach było tak podobne, że nie wierzę, że piosenki powstały od siebie niezależnie.

Wracając do Rainbow. Od strony teledysku, mam wrażenie, że dziewczyny wypadają przystępniej niż Secret. Po prostu ich wygłupy są jakieś bardziej sympatyczne. Raz, że konkurencja nie zawiesiła poprzeczki zbyt wysoko, bo Secret w swoim klipie zachowywało się jakby miało papiery potwierdzające stopień zidiocenia, ale trzeba też oddać, że Rainbow z aegyo radzi sobie zręcznie i większóść pomysłów wykonuje z pewną dozą wdzięku i uroku.

Trochę gorzej z pomysłem na klip. Tak, jest tu trochę fajnych, nieco szalonych momentów - szczególnie przypadły mi do gustu lalki na kijach. Jednak to trochę mało żeby zastąpić w klipie treść, a tej bardzo trudno mi się dopatrzeć. W dodatku od strony filmowego warsztatu też nie jest najlepiej. Plany są zbyt szerokie i chaotycznie dobrane, detale kiepsko wyeksponowane i w ogóle łatwo byłoby się w tym wszystkim pogubić gdyby klip gdziekolwiek zmierzał.

Aha i proszę o jakieś rozsądne wyjaśnienie - dlaczego jedna z dziewczyn na początku klipu najpierw wącha wnętrze swojego buta, a potem wykrzywia twarz w geście obrzydzenia? Czego dokładnie się spodziewała? Fiołków i wanilii?

Co do samej piosenki to niewiele mogę napisać. Choćby z racji tego, że przesłuchałem ją już kilkanascie razy i poza ciekawym intrem nie pamiętam z niej prawie nic. Refren nie jest chwytliwy, most niczemu nie służy, wstawki nie tyle urozmaicają kompozycję, co czynią ją jeszcze mniej zajmującą, a zwrotki są nie dość że przegadane, to jeszcze głosy wydają się sztucznie wypłaszczone w produkcji. Nie wiem poco, nie wiem dlaczego, ale w piosence Secret było coś podobnego.

Niby występ na żywo troszeczkę podciąga tę piosenkę w górę jęsli idzie o dźwięk, bo te gadane partie, bez przetworzenia brzmią nieco bardziej melodyjnie i da się ich posłuchać, ale za to sam występ jest po prostu nudny. "Yoo Hoo" było energetyzujące, miało pokręconą, ale ciekawą choreografię. Tutaj jest po prostu nudno.



Zapomniałbym o tłumaczeniu słów piosenki... W sumie, byłaby to niewielka strata, ale skoro i tak mam otwarte na jakiejś karcie, to czemu nie podlinkować angielskiego tłumaczenia - znajdziecie je >>TUTAJ<<. Swoją drogą, "Go, Jerry, Go" to chyba najbardziej przypadkowa anglojęzyczna wstawka, jaką do tej pory słyszałem. No chyba, że dziewczyny wciąż kibicują Trzeciej Rzeszy. Nie chciałbym "spoilować", ale to chyba przegrana sprawa.

// UWAGA, wyjaśniam "dowcip".
/* Jeśli ktoś nie łapie klimatu moich ostatnich zdań - w trakcie drugiej wojny światowej anglojęzyczni alianci, głównie Brytole, ale podchwycili też Jankesi, na Niemców mówili Jerry/Jerries. */

środa, 5 czerwca 2013

Andamiro feat. Double K - Waiting

Już trochę czasu śledzę k-popowy rynek i wciąż mam wrażenie badania studni bez dna. Nie chodzi nawet o debiuty, czy powroty dużych marek, o których trąbi się z wielodniowym wyprzedzeniem. To co najsilniej składa się na to odczucie, to całkiem szerokie spektrum tła - wykonawców, których łatwo przeoczyć, którzy nie dają rady konkurować z największymi markami w branży, a jednak wciąż przemykają gdzieś tam w tle, od czasu do czasu sprawiając miłą niespodziankę.

Tak jest z dzisiejszą bohaterką - Andamiro - która debiutowała w kwietniu zeszłego roku i z powodzeniem udało jej się ukrywać przed moim wzrokiem aż do dziś. W sumie szkoda, bo to kolejna dziewczyna, która bez problemu przyprawiłaby Kame Sennina o krwotok z nosa, ale na szczęście błędy zostały naprawione. W dodatku okazało się, że jako wokalistka, dziewczę sprawdza się wcale nie gorzej.



Hm, to jest ten rodzaj popu, który w ostatnich latach, szczególnie na zachodzie, wydaje się być na wymarciu. Próżno tu szukać inspiracji jakimiś nowoczesnymi nurtami muzyki klubowej, nie pobrzmiewa w tym nawet nuta starego, dobrego R'n'B. Żadnych rockowych aspiracji, żadnego elektronicznego zacięcia, pojawia się rap, ale do hip-hopowego brzmienia też temu bardzo daleko. To jest po prostu pop czysty na wskroś. I niby nic w tej piosence niezwykłego, a jednak jest chwytliwa jak diabli, szczególnie jej refren.

Akompaniament - poza fragmentami, gdzie gitara gra solo - zbija się w dosyć trudną do rozróżnienia zbitkę dźwięków... A może inaczej - nie tyle dźwięki są tu trudne o rozróżnienia, co sama linia podkładu jest poprowadzona w ten sposób, by jak najmniej rzucać się w uszy i nie przyciągać uwagi słuchacza. Przy czym nie oznacza to w żadnym razie, że podkład jest zły. Jest mało zajmujący, ale taki ma być z założenia - ma być tłem dla prowadzących piosenkę głosów.

Jednocześnie sama kompozycja ma swoją wewnętrzną dynamikę, która choć nie angażuje świadomości słuchacza, to wyraźnie wpływa na odbiór piosenki. Całość zaczyna się subtelnie i kameralnie - samą gitarą, jednak wraz z nadejściem refrenu, piosenka dostaje kopa, pojawia się mocny beat i trochę dźwiękowego zapełnienia tła - głównie smyczkami. Po refrenie znowu jest trochę wyciszenia, ale beat pozostaje na miejscu więc nie ma odczucia powtórki z otwarcia piosenki. Potem znowu refren, chwila wyciszenia na moście, szybkie podpompowanie energii i efektowny finał. Sztampa, ale bardzo zgrabnie wykonana.

Podkład muszę jeszcze pochwalić za samo dobranie brzmienia, które świetnie komponuje się tak z treścią piosenki - jest w nim trochę napięcia, trochę ciszy związanej z tytułowym oczekiwaniem, ale jest też energia podlana emocjonalnym sosem, która zostaje uwolniona we właściwych momentach - jak i z linią samego wokalu.

Andamiro tą piosenką została wyrzucona w bardzo przyjemne rejony swojego głosu, gdzie nawet kiedy wydobywa z siebie nieco głuche dźwięki, to są one aż gęste od barwy. A jednocześnie, kiedy udaje się jej uciec z tych wytłumionych mielizn, jej wokal natychmiast zyskuje bardzo przyjemnego tembru - tak w górze, jak i w dole. Bardzo podoba mi się pomysł by dość płaskie wersy kończyć właśnie ucieczkami w ciekawsze dźwięki. Nie tylko nie burzy to nastroju i wymowy samej piosenki - wręcz tym silniej kojarzy się z zapłakanym głosem, który z płaskiej chrypy czasem ucieknie w jakieś egzotyczne rejony - ale w dodatku zabieg dodaje kawałkowi trochę muzycznego życia.

Tematu rapu nie będę za bardzo zgłębiał, bo dla mnie ani on zły, ani szczególnie godny zapamiętania od strony wykonania. Double K ma na pewno ciekawe brzmienie w głosie, które nie gryzie się z konwencją, ale też nie wydaje się by wnosił coś istotnego do piosenki. Bardziej interesujący jest tutaj tekst, który sytuację rozstania i późniejszych powrotowych pertraktacji przedstawia z dwóch stron barykady i rysuje dosyć ostry obraz, szczególnie z męskiego punktu widzenia. Angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<. W samym ujęciu miłosnych tematów nieco przypomina mi to inną piosenkę, którą Double K nagrał na początku roku z JeĄ z Brown Eyed Girls (>>TUTAJ<<).

Niby takie skromniutkie nagranie, a ile tekstu już zdążyłem spłodzić. Wypadałoby jeszcze rzucić kilka słów o teledysku, który w pierwszej kolejności przykuł moją uwagę. Tak jak w wypadku piosenki, o rewolucji, czy wyznaczaniu nowych standardów mowy być nie może, ale wszystko jest bardzo zręcznie i gustownie wykonane i wydaje się być przemyślane.

Teledysk stawia na obraz, który nie tyle niesie ze sobą treść, co rozbudza ją w samym odbiorcy. Poszczególne kadry nie tyle mają jakieś wyraźne znaczenia, co budują w widzu podskórne odczucia i emocje. Ogólnie plany są raczej zimne kolorystycznie, choć gdzieniegdzie wzbiera krwista czerwień, która jest tu raczej nośnikiem gniewu i wściekłości niż miłości.

Dużo tu negatywnych uczuć. Przede wszystkim pełno bólu i okaleczenia - ciernie, tłuczone szkło, gniecione i palone motyle. Pies na uwięzi ma tu wiele ładunków, bo z jednej strony wpisuje się w motyw związania i zawieszenia płynącego z oczekiwania, z drugiej strony to pewien obraz gniewu targającego mężczyzną. Ale pies to także jego kły, które mogą być kolejnym narzędziem okaleczenia.

Powtarza się też motyw ograniczenia i uwięzienia i to obydwu stron konfliktu. Z jednej strony wokalistka skrępowana sznurami, z ręką przyklejoną do scenografii, w większości kadrów dodatkowo ograniczana jakąś ramą-więzieniem. Z drugiej strony mężczyzna - pies na uwięzi, nie rusza się ze swojego fotela. No i ta scena z oplatającymi rękami, która szybko z subtelnej pieszczoty przeradza się w obraz obsesji i zawładnięcia cudzym życiem.

No i oczywiście od strony czysto technicznej teledysk wykonany jest nienagannie. Świetnie dobrano nie tylko kadry, ale także tempo, bo wiele scen jest nieco zwolnionych dla wzmocnienia efektu. No i te wszystkie drobne elementy cyfrowo wstawione do obrazu, które dodają całości nieco życia i powiewu oryginalności. Bez nich klip mógłby się jednak okazać zbyt surowy, szczególnie w stosunku do brzmienia samej piosenki.

wtorek, 4 czerwca 2013

김예림 (Kim Ye Rim / Lim Kim) - 컬러링 (Colorring)

Jakoś nie mam dzisiaj weny, żeby pastwić się nad  Rainbow i ich nową piosenką, a jednocześnie po cichu liczę, że jak przesłucham całego ich nowego wydawnictwa, to znajdę jakiś jasny kontrapunkt, który zrekompensuje mi ich nowy title-track. Dlatego na razie o Rainbow sza.

Zamiast tego dzisiaj raczej drobiazg, ale za to brzmieniowo przesympatyczny. "Colorring" - jak upiera się zapisywać tytuł wytwórnia - to pre-realeasowe nagranie z płyty znaczącej solowy debiut wokalistki Kim Ye Rim, do tej pory znanej z występów w duecie Two Months... Nie, przepraszam, nie mogę, muszę sobie zrobić przerwę na tarzanie się po podłodze.

Okej, wróciłem. To pewnie wcale nie jest takie zabawne, ale udało mi się złapać solidną drzemkę pod wieczór i jakoś tak mnie to naładowało pozytywną energią w tym koszmarnie przemokniętym dniu. Gdzie ja to byłem? Aha, Two Months. No właśnie, czy łby stojące za wokalistką naprawdę muszą to wszystko tak bardzo komplikować?

Two Months to jedna z niewielu koreańskich grup (duże słowo jak na dwie osoby), która upiera się, że transliteracja ich nazwy to stanowczo zbyt mało. Nie, oni muszą mieć dwie nazwy, jedną po angielsku i jedną po koreańsku. Dlatego spotkacie się z nazwą Two Months, ale także z 투개월. No i oczywiście z transliteracją koreańskiej nazwy czyli Togeworl, bo skoro wszyscy mają transliteracje, to my nie możemy być gorsi. Swoją drogą to "g" w transliteracjach czyta się "po polsku" - jako "g", a nie żadne "dż". To tak, jakby się ktoś zastanawiał.

Na tym nie koniec komplikacji, bo oto Kim Ye Rim, bohaterka dzisiejszego wpisu, stwierdziła, że jej prawdziwe imię i nazwisko jej nie odpowiada i solową karierę będzie prowadziła jako Lim Kim. Można i tak.

Ale w tym całym nazewnictwowym szaleństwie najbardziej bawi mnie tytuł piosenki. Czemu u diabła znalazło się w nim drugie "r" - nie wiem. Jednak jeszcze zabawniejszy wydaje mi się tytuł koreański. Otóż czyta się go "coloring". Tak, oryginalny tytuł jest koreańską transliteracją angielskiego słowa, a angielska transliteracja tego tytułu jest zapisywana z błędem. No i oczywiście na dokładkę cała piosenka jest po koreańsku, wbrew k-popowym trendom nie pojawia się w niej nawet jedno słowo po angielsku.

Dobra, pośmiałem się z czegoś prawdopodobnie zupełnie nieśmiesznego, pora na piosenkę. A ta, jak już wspominałem, jest bardzo sympatyczna.



Tak, na zachodzie takie brzmienie - zarówno wokalu, jak i akompaniamentu - nie jest niczym niezwykłym, ale w K-popowym światku jakoś nie kojarzę podobnie brzmiących nagrań. A całości słucha się bardzo przyjemnie. Wokal jest leciutki, przyjemnie zabarwiony i ogólnie kojący, a kompozycja, choć dosyć głośna i całkiem mocno pokręcona od strony efektów, jakimś cudem daje radę utrzymać się w tej samej konwencji. Może dlatego, że centralnym elementem pozostaje mocno wyluzowana gitara. Całość po prostu ocieka  pozytywną energią i kaloriami, jak sterta porannych naleśników oblana czekoladą.

Teledysk, jest raczej niskobudżetowy (nie mylić ze zły i brzydki), ale trudno się dziwić, to tylko taki muzyczny aperitif przed pełnym wydawnictwem. Aperitif wybitnie interesujący, który właśnie dodał krążek... Lim Kim (niech jej będzie) do grona czerwcowych wydawnictw, których wyczekuję. Choć trzeba przyznać, że będzie miała dziewuszka ciężko, bo jedenastego Sistar, a trzynastego After School - nawet jak nie będzie czego słuchać, to zdecydowanie będzie na co popatrzeć :) .

Aha, jeżeli zżera Was ciekawość, co też jest tam powypisywane na tych żółtych karteczkach w teledysku, to pragnę Was uspokoić, że w tym wypadku nieznajomość koreańskiego nie przynosi żadnej znaczącej straty. Na karteczkach pojawiają się kolejne wersy piosenki, a jej angielskie tłumaczenie znajdziecie >>TUTAJ<<.

niedziela, 2 czerwca 2013

9MUSES - WILD [występy]


Obiecałem sobie, że wrócę do tematu najnowszego nagrania 9MUSES i muszę przyznać, że sam jestem zaskoczony powodem. Do tej pory głównym atutem tej grupy był wzrost i uroda dziewczyn, które gdyby nie wzięły się za śpiewanie, z powodzeniem mogłyby brykać po wybiegach. Teledysk zdawał się sugerować, że grupa dalej będzie wozić się na swoim wyglądzie, tymczasem podczas promocji dla piosenki "WILD", 9MUSES zrobiło wiele, by przekonać, że jest pełnoprawną grupą, nie gorszą od konkurencji pod względem śpiewu i tańca.

Piosenkę, teledysk i jeszcze sporo innych materiałów towarzyszących znajdziecie >>TUTAJ<<. Ja dzisiaj skupię się na występach, zaczynając od choreografii. Jednak, paradoksalnie, zacząć muszę od pokazania tanecznej wersji teledysku. I to nie dlatego, żeby pokazać jak ciekawa jest choreografia - nie, robię to dlatego, żeby pokazać jak źle wykonany i bezsensowny jest ten teledysk.



Nuda - nieciekawe stroje, brak jakiejkolwiek scenografii, ani sama choreografia nie powala, ani jej wykonanie, w dodatku kamera jest koszmarnie oddalona od grupy tylko potęgując uczucie pustki. Stroje miały chyba w założeniu podkreślać ciemne sylwetki na jasnym tle, ale efekt raczej nie służy podkreśleniu tanecznych akcentów, co najwyżej podkreśla zgrabne ciała tancerek. To samo z kamerą, której ustawienie służy dodatkowemu wydłużeniu już i tak długich nóg 9MUSES, ale nie tylko nie pomaga, ale wręcz szkodzi atrakcyjnemu zaprezentowaniu tańca. Nic więc dziwnego, że wytwórnia zdecydowała się opublikować także to nagranie.



Ten sam taniec w wykonaniu tych samych tancerek w teledysku wypada blado, podczas gdy zwykłe nagranie z treningu wygląda rewelacyjnie. Na pewno trochę w tym zasługi lepszego wykonania, bo jednak teledysk kręcono jeszcze przed debiutem utworu, podczas gdy powyższe nagranie powstało, kiedy dziewczyny miały już trochę występów na koncie. Jednak kluczem do sukcesu są tu kamera, oświetlenie i stroje. Teraz nie tylko widać symetrię, spójność i płynność układu, ale w dodatku ciepłe, punktowe oświetlenie w połączeniu z odsłoniętymi nogami i ramionami pomaga zaznaczać najbardziej efektowne części choreografi czyli dynamiczne wymachy rękami i nogami.

A jak to wypada na scenie?



Nawet nieźle, tutaj akurat wyszperałem bardzo fajną stylizację - i zespołu, i przede wszystkim sceny. Sęk w tym, że w większości wykonań powielony zostaje błąd z tanecznego teledysku - nogi i ramiona pozostają zakryte, przez co o wiele trudniej jest zwrócić uwagę na taneczne akcenty. Z drugiej strony... I tak realizatorzy tego typu programów przyzwyczaili mnie do rujnowania nawet dobrze wyeksponowanych choreografii swoją nadpobudliwą pracą kamery.

Moją uwagę przykuło jednak coś innego, popatrzcie tutaj, bo motyw się powtarza (w tym i w następnym video można podbijać jakość obrazu, co gorąco polecam, jeśli nie lubicie gapić się na piksele).



Dziewczyny próbują całą piosenkę zaśpiewać na żywo. To wbrew pozorom nie jest chleb powszedni w tego typu programach. Powiem więcej, o wiele lepsze wokalistki decydują się (lub ktoś decyduje za nie) by naprawdę duże fragmenty piosenek puszczać z taśmy. Tutaj oczywiście też w wielu miejscach czuwa stopniowany playback, a raperka (Eunji) rezygnuje z dwóch linijek tekstu, żeby dokończyć taniec, ale poza tym nawet te dziewczyny, które ze śpiewaniem wyraźnie mają kłopoty, próbują radzić sobie bez technicznego wsparcia. A i na to grupa opatentowała ciekawy sposób.



Minha, dziewczyna zdecydowanie najsłabiej radząca sobie ze śpiewaniem, wykonuje magiczną sztuczkę w trakcie swojej partii, aby odwrócić uwagę widowni. Tego jeszcze nigdy nie widziałem, ale pomysłodawcę muszę pochwalić za inwencję i ciutek życiowego szaleństwa.

Z poważniejszych spraw, oglądając te występy jeszcze jedna rzecz rzuca się w oczy. Sera jest tu wyraźnie promowana na wokalny "powerhouse" grupy. Jestem ciekaw czy wytwórnia ma dla niej jakieś solowe plany, czy też próbuje zrobić z dziewczyny twarz grupy, która pociągnie zespół do większej popularności. W każdym razie coś w jej sprawie musi się kroić, bo inaczej wytwórnia raczej nie kleciłaby takiego bonusowego nagrania z jej udziałem.



Może nie jest to najlepszy głos, jaki w życiu słyszałem, ale nie mogę Serze odmówić ani mocy, ani techniki, ani barwy - szczególnie w górnych partiach. Słucha się jej przyjemnie i z dobrze dobranym repertuarem stanowczo jest w stanie sobie poradzić bez wsparcia koleżanek. A warto chyba podkreślić, że przecież dziewczyna ma nie tylko atuty wokalne, bo urody i figury mogłaby jej pozazdrościć całkiem pokaźna rzesza piosenkarek. A nie oszukujmy się, w show-biznesie czasem łatwiej zrobić karierę bez talentu niż bez wyglądu.

POSTSCRIPTUM
Zupełnie zapomniałem dodać tutaj to nagranie, a przecież jest jak najbardziej na miejscu. Dziewczyny uczą kilku kroków z choreografii, jak zwykle są też angielskie napisy.


piątek, 31 maja 2013

EXO - Wolf

Nie ma we mnie zbyt wiele sympatii do boys-bandów, ale jednak od czasu do czasu pojawi się coś, czego nawet ja nie mogę przemilczeć i co nawet ja muszę docenić. Nowe nagranie  Nowy występ grupy EXO jest po prostu powalający. Niesamowite "show", które sam chętnie zobaczyłbym na żywo.

O samej formacji nie będę się rozpisywał, bo wiem o niej niewiele i szczerze powiedziawszy nie chce mi się dowiadywać więcej. Najważniejszy wydaje się fakt, że należą do stajni SM Entertainment (m.in. Girls' Generation i f(x)), jednego z trzech największych graczy na koreańskim rynku, a biorąc pod uwagę ostatni rok, grono potentatów można w zasadzie zawęzić do dwójki, w której oprócz SM znalazłoby się jeszcze miejsce dla YG Entertainment (m.in. PSY, Big Bang, G-Dragon, 2NE1 i Lee Hi). Tłumacząc na język polski - zasoby finansowo-organizacyjne za ich plecami wydają się nieograniczone.

Coś jeszcze? "Wolf" to ich pierwszy comeback, debiutowali jakoś w zeszłym roku. Chłopaków jest całkiem pokaźna grupka, bo aż dwunastu. Poprzednią piosenkę promowali podzieleni na szóstki, ale tym razem wydaje się, że będą współdzielili jedną scenę. Chyba starczy tych wstępów, pora na teledysk. Tu jeszcze tylko jedna uwaga, nawet jeżeli klip nie przypadnie wam do gustu - bo to boys-band - warto spojrzeć na nagranie z występu, które ma mniej boys-bandowej otoczki. Całość jest po prostu tego warta.



Pierwsza rzecz, która przykuła moją uwagę, to oczywiście intrygujące wprowadzenie z tą niesamowitą figurą-cieniem ułożoną z tancerzy i fantastyczny pomysł na otwarcie z rękami wyłaniającymi się u podstawy i "ryjącymi" parkiet na podobieństwo łap dzikiej bestii. Ale potem, nim układ taneczny na dobre się rozkręci, mamy chwilę dosyć standardowego, boys-bandowego rapu i nieco rzemieślniczej roboty operatorskiej, a jednak teledysk wciąż zachwyca...

Bo wtedy dopiero można się przyjrzeć niesamowitej scenografii, która śmiało nadaje się na wystawę w muzeum sztuki nowoczesnej. To jest jeden z powodów, dla których tak bardzo cenię koreańskie teledyski. W dobie wszechobecnego CGI, gdzie już nie tylko "Avatar", ale takie hollywoodzkie produkcje jak ekranizacja "Wielkiego Gatsby" przypominają bardziej film animowany niż tradycyjne kino - w takich czasach w Korei wciąż buduje się spektakularne scenografie.

Mówcie co chcecie, ale dla mnie te wszystkie cyfrowe gadżety wciąż nie wyglądają dość autentycznie, by zastępować prawdziwe scenografie, rekwizyty i pojazdy. Poza tym zastępowanie podobnych planów zdjęciowych zwykłymi greenscreenami to tak jakby architekt poprzestawał na przygotowaniu planów budynku i ewentualnie oprowadzał ludzi po pustym polu, opowiadając co gdzie jest. Komputery są wspaniałym narzędziem, ale sztuka - także ta filmowa - w jakimś stopniu powinna pozostawać namacalna.

Ale zostawmy już scenografię. W szczegóły samej piosenki też jeszcze na razie nie będę wchodził. Chcę jeszcze przez chwilę zająć się układem tanecznym, który jest kolejną perełką i kolejnym elementem, który - patrząc szerzej - przyciąga mnie do k-popu. To, co prezentuje w tym utworze grupa EXO, to nie są jakieś śmieszne podrygi czy sztampowe machanie kończynami. To kolejny element tego nagrania, który śmiało można podciągać pod kategorie sztuki, bo jest to choreografia przemyślana, pomysłowa, która sama w sobie ma oddziaływać na wyobraźnię widza. To coś więcej niż efektowne widowisko, to - krótki, bo taka jego forma - ale jednak rodzaj tanecznego spektaklu.

Jednym z mocniejszych punktów układu jest dynamika, którą zapewnia podzielenie zespołu na dwie części. Dzięki temu większe sceny z kompletem tancerzy zyskują na wizualnym rozmachu w stosunku do tych bardziej kameralnych. Jednocześnie ciągłe zmiany występujących na scenie tancerzy, zejścia jednej grupy, wejścia drugiej - to wymusza ruch po całej powierzchni sceny i wnosi olbrzymią ilość życia do całego układu, a przy tym pozostaje niezwykle zręcznie wplecione w ogólną stylistykę prezentowanego tańca. No i pomysł na ludzką jaskinię z wypadającym z niej wilkiem jest rewelacyjny.

Patrząc na taniec szerzej, w pierwszej kolejności w oczy rzucają się zwierzęca natura ruchów tancerzy i elementy choreografii w oczywisty sposób nawiązujące do tytułowego wilka - kłapanie paszczą, wycie do księżyca, itp. Jednak w tym układzie tkwi coś więcej. Warto zwrócić uwagę na bardzo zróżnicowaną piosenkę, której towarzyszy. Im więcej patrzę na ten układ, tym silniejsze odnoszę wrażenie, że piosenkę tak bardzo rozrzucono brzmieniowo nie dla wzbogacenia doznań słuchowych, ale by dać pretekst dla bardziej zróżnicowanego repertuaru ruchów. Dzięki temu mamy okazję oglądać niezwykle płynne, pełne zwierzęcej gracji ruchy imitujące skradanie się, ale także energiczne wymachy kojarzące się z prymitywną energią emanującą z dzikiej bestii.

A najlepsze w tym wszystkim jest dla mnie to, że EXO swój numer wykonuje jeszcze lepiej na żywo, niż na planie zdjęciowym.



Od strony piosenki mam już troszkę problem z tym kawałkiem. W towarzystwie numeru tanecznego sprawdza się rewelacyjnie, natomiast mam pewne wątpliwości, na ile broni się jako samodzielny produkt. Wszystko jest tu niby na miejscu i trzyma pewien przyjęty w branży poziom, przynajmniej dla tej konwencji, ale jednak to chaotyczne przemieszanie wątków i tematów sprawia, że niekoniecznie chciałbym aby ten utwór atakował mnie z radioodbiornika. Haczyk "kure wolf, nega wolf, auuuu" działa (swoją drogą, angielskie tłumaczenie tekstu >>TUTAJ<<), melodyjny refren też, most przed finałem z rozpędzającym się podkładem to bardzo dobry pomysł, a sam podkład to też kawał dobrej roboty.

Elektroniczne brzmienie, które nie sili się na przesadną oryginalność i korzysta raczej ze standardowych chwytów, ale zręcznie i pomysłowo przemieszanych. W efekcie podkład może nieszczególnie zapada w pamięć, ale też nie będzie nikomu zawadzał, a w trakcie słuchania piosenki zwyczajnie czuć, że trzyma poziom.

Problemem są wokale. Pal licho, że w trakcie występu większość to playback, przy tym nakładzie sił wkładanych w taniec, można to zrozumieć. Zresztą zauważyłem, że z początku większośc grup zaczyna grubym playbackiem, a wraz z kolejnymi występami coraz więcej jest śpiewania na żywo. Sęk w tym, że niektórych partii, nawet jakby chcieli, wokaliści nie odratują - w oryginale zostały strasznie przeprodukowane i nie ma możliwości, żeby zaśpiewane na żywo wypadły chociaż blisko studyjnego oryginału.

Niestety ta przesadna produkcja na wokalu rzutuje także na nagranie studyjne, bo w wielu sytuacjach nie jestem w stanie stwierdzić czy dany gość faktycznie umie coś zaśpiewać, czy tylko jakiś magik dobrze go zakręcił za konsoletą. W dodatku piosence daje w kość także fakt, że śpiewa ją dwunastu chłopa. Nudniejsze, mniej obrobione partie rapu są przez to bardzo rozrzucone, podczas gdy bardziej melodyjne, ale przy tym także bardziej obrobione fragmenty zaczynają zlewać się w nieco mało charakterystyczną papkę. Może efekt końcowy nie jest bardzo zły, może nawet nie psuje piosenki, ale z pewnością zawadza.

Na koniec jeszcze ciekawostka. Piosenka ma także wersję chińską, która od koreańskiej różni się nie tylko językiem, ale także podziałem partii pomiędzy podgrupy i samych wykonawców, siłą rzeczy pociąga to za sobą także drobne zmiany w choreografii i teledysku.

czwartek, 30 maja 2013

Lee Hyori - Amor Mio (with Park Ji Yong of Honey-G) + insze różności

Hm, obrodziło mi kulawymi tematami. Niby jest o czym pisać, ale mało co nadaje się na poważniejszy wpis. Przede wszystkim After School nareszcie podało termin powrotu na scenę. Szósty maxi-singiel grupy na sklepowe półki trafi 13 czerwca, a nowy występ ma potłuc szczęki publiki o podłogę. Na razie Pledis Entertainment ujawniło zdjęciowe zajawki, ale nawet drapieżna fotka Nany i nieco niezręczne(?) zdjęcie Jungah to trochę mało, żeby produkować pełny wpis. Pewnie nie wytrzymam i popełnię kilka słów jeszcze przed premierą, ale póki co poczekam chociaż na jakieś klipy video. Na horyzoncie majaczy także drugi duży czerwcowy powrót - Sistar, ale tu wiadomo jeszcze mniej.

W temacie aktualnych premier dzieje się niewiele, a przynajmniej nic, co autentycznie by mnie zainteresowało. Na bok odłożyłem temat debiutu Z.Hery, w którym niemal wszystko jest dla mnie atrakcyjniejsze od głosu samej wokalistki. Ale że temat dość ciekawy to najpewniej wrócę do niego jeszcze w tym tygodniu, choć nie dzisiaj, bo dzisiaj mi się nie chce. Pewnie skrobnę też kilka dodatkowych słów o 9MUSES, które w ostatnich dniach zyskały w moich oczach, a mój tekst o ich ostatniej piosence - "WILD" (>>TUTAJ<<) - i tak jest już zbyt opasły w video, by dodawać tam jeszcze nowe klipy.

Tematem, który cały czas kołacze mi się po głowie, jest powrót Lee Hyori. Nie dość, że jej nowy album "Monochrome" (więcej >>TUTAJ<<) właściwie nie schodzi z mojej listy odtwarzania, to jeszcze w internecie wyskakują jej kolejne występy z wszelakiej maści programów muzycznych. W dodatku występy z piosenkami b-side'owymi i to występy autentycznie ciekawe. Jednak i ten wątek odkładam na później, bo liczę, że do zestawienia dołączy jeszcze kilka piosenek.

Dzisiaj za to zrzut zaległych pomniejszych video-ciekawostek - na tyle zgrabnie przygotowanych, że nie chciałbym, żeby zaginęły w pomroce dziejów. Część to wszelakiej maści teasery, ale znajdzie się też miejsce dla dwóch pomniejszych teledysków, które właściwie powstały nie wiadomo po co i dlaczego, ale powstały i są nawet całkiem przyzwoite. A warto zaznaczyć, że już wypływają przecieki kolejnego teledysku, który tym razem zapowiada się na materiał godny odrębnego wpisu, choć jeszcze nie wiadomo, która piosenka będzie mu towarzyszyła.

Najwygodniej będzie chyba ułożyć to wszystko chronologicznie, więc zaczynamy od albumowych teaserów...

Raz



Dwa



Trzy



Cztery



Pięć



Normalnie pewnie nie wrzucałbym wszystkich pięciu, ale męska część czytelników zapewne zrozumie moją motywację. Chodzi oczywiście o pięć różnych aranżacji motywu piosenki "Wouldn't Ask You" ;) Co ciekawe, żadna z wersji nie jest tą, która ostatecznie znalazła się na albumie (porównać można sobie >>TUTAJ<< , 12. kawałek). Wizualnie wszystko trzyma się czarno-białej konwencji, ale przecież nie mogło być inaczej, skoro klipy zwiastują album zatytułowany "Monochrome". Szczególnie ciekawie wypada stylizacja cyrkowa, która była częścią sesji zdjęciowej dla koreańskiej edycji magazynu "Vogue". Mniej więcej w podobnym czasie youtube'owy kanał magazynu udostępnił dłuższy klip w formie teledysku.



Piosenka w tle to wokalnie okrojona do refrenu i nieco przycięta na końcu wersja "Show, Show, Show" (albumowa czternastka). Szkoda, że nie zdecydowano się na wykorzystanie całej piosenki, bo materiał jest świetnie zmontowany i jak ulał pasuje tak do nastroju, jak i do słów piosenki (link do angielskiego tłumaczenia znajdziecie we wcześniejszym tekście). Klip pokazuje temat przewodni utworu - sceniczny fałsz - i robi to bardzo zgrabnie, poprzez odarcie obrazu z fabularnej narracji i skierowanie go w stronę symboliki. Ponadto zestawienie pustkowia z cyrkową tematyką nadaje poszczególnym kadrom lekko surrelistycznego posmaku, który świetnie współgra z gęstym, tajemniczym brzmieniem akompaniamentu. Po cichu wciąż liczę, że jest to klip okaleczony tylko na potrzeby promocyjne i że jego pełna wersja wciąż oczekuje na wydanie.

Po albumowych teaserach pora na teasery piosenek promujących płytę. Najpierw pre-releasowa "Miss Korea".



Zgrabniutki teaser, który eksponuje przebojowy refren piosenki, ale nie mówi o niej wszystkiego. Przyznam, że ja byłem nawet nieco zaskoczony pierwszy raz oglądając teledysk. Zaskoczony oczywiście w sposób pozytywny, bo Lee Hyori pociągnęła tak piosenkę, jak i cały teledysk, w bardzo ciekawym kierunku. Polecam zajrzeć >>TUTAJ<< i zapoznać się z całością. A ja lecę dalej.



Teaser do "Bad Girls" również dobrze wykonał swoją robotę, przykuwając uwagę, ale nie psując ani piosenki, ani samego teledysku, choć w moim odczuciu nie jest już tak zgrabny jak poprzedni. Może to dlatego, że nie rozumiem koreańskiego i nie wiem, co mówi narrator. W każdym razie, jeśli jeszcze nie widzieliście teledysku, to po całość zapraszam >>TUTAJ<<. Na dole tekstu dodałem też wypuszczoną później, alternatywną, taneczną wersję klipu.

Na zakończenie zostawiłem danie główne, czyli pełnoprawny teledysk do piosenki "Amor Mio", który wypuszczono bodaj w poniedziałek, więc sprawa jeszcze dosyć świeża.



Kilka słów o piosence napisałem już przy okazji moich zachwytów nad albumem, więc powtarzał się nie będę. Tam jednak odpuściłem temu kawałkowi jedną drobną przewinę - bo była to jedna z szesnastu piosenek na płycie - teraz jednak muszę o tym wspomnieć. Utworu słucha mi się bardzo przyjemnie - jest tak pięknie wyciszony, subtelny i minimalistyczny, nie gubiąc przy tym siły wyrazu. Sęk w tym, że w tym duecie zdecydowanie większą rolę odgrywa artysta goszczony. Park Ji Yong ewidentnie przerasta Lee Hyori możliwościami wokalnymi i to raczej wokalistka jest tu dodatkiem.

Od strony wizualnej jest... adekwatnie. Znów przez palce przeciska mi się słowo "minimalizm", co w żadnym razie nie jest rzeczą złą, a biorąc pod uwagę, że przecież jest to także wyróżniającą się cechą towarzyszącego utworu, w głowie słuchacza powstaje pewne poświadome poczucie spójności. Niestety minimalizm oznacza także, że nie mam zbyt wiele więcej do napisania, choć muszę zwrócić uwagę na ciepłą barwę oświetlenia, która współgra z piosenką, ale także na pewnym poziomie kształtuje jej odbiór. Śmiem twierdzić, że sama zmiana koloru światła na zimny diametralnie zmieniłaby także sposób postrzegania piosenki, przynajmniej w tym kontekście.

Fajnym, subtelnym zabiegiem jest też dodanie powiewów wiatru, które można interpretować jako pewne trudności stające na drodze kochanków. No i ta czarna sceneria, która nie tylko doprowadza minimalizm konwencji do ekstremum, ale także pozwala wyizolować bohaterów, oderwać ich od rzeczywistego świata. Z jednej strony podkreśla to brak znaczenia okoliczności wobec samego uczucia, z drugiej czyni całą przedstawioną sytuację niezwykle uniwersalną i łatwą do przeniesienia choćby na grunt odbiorcy.